wtorek, 23 maja 2017

Tysiąc imion

Autor: Django Wexler
Tytuł oryginału: The Thousand names
Cykl: Kampanie cienia. Tom I
Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2016

   "Tysiąc imion" rozpoczyna debiutancki cykl amerykańskiego pisarza Django Wexlera zatytułowany "Kampanie cienia". Określony przez wydawcę jako militarystyczna fantastyka niesie ze sobą nie tylko szczęk oręża i huk broni palnej, ale i tajemniczą  oraz mroczną magię. 

   Django Wexler stworzył autorski świat, przenosząc czytelników w pustynne rejony Khandaru, krainy bardzo starej, jednak mocno zacofanej technologicznie względem tego, co w powieści uchodzi za rejony cywilizowane. W skutek zagranicznej polityki Vordanu – tej lepiej rozwiniętej części świata, w Khandarze stacjonują oddziały kolonialne. Po wybuchu rewolucji na tle wyznaniowym wojska vordańskie bronią prawowitego władcy pustynnych miast. Odkupienie przedstawione zostało jako krwawa rebelia, bezlitośnie rozprawiająca się ze wszystkimi, którzy nie przyjęli nowych poglądów. Gdy na brzegach Khandaru lądują posiłki dowodzone przez ambitnego pułkownika Vhalnicha niewielkie kolonialne oddziały ruszają na znacznie liczniejszego, miejscowego wroga.

   To właśnie kolejne bitwy między Khandarem a kolonistami są osią, wokół której skupia się akcja pierwszej części powieści. Pułkownik, pozornie bardzo beztrosko prowadzi swoje oddziały do walki z Odkupieniem by odzyskać tron dla prawowitego króla. W powieści przedstawiono zarówno pełne chwały bitwy, jak i drobne starcia. Autor nie pominął również tych mniej chwalebnych części prowadzenia kampanii wojskowej i przedstawia kulisy marszu niedoświadczonych oddziałów przez piaski pustyni. Mamy wgląd zarówno w to co dzieje się w sztabie, gdzie zapadają decyzję, jak i w zwykłych szeregach żołnierzy, w których nie brak brutalności, naiwności i głupoty. Sceny walk zostały przedstawione bardzo dynamicznie i realistycznie a jedyne co można im zarzucić, to fakt, że wszystkie założenia taktyczne pułkownika spełniają się w stu procentach. Brak tu chaosu i nieprzewidywalności, które nieodmiennie powinny towarzyszyć wojennej kampanii.

   W drugiej części powieści, nie brakuje kolejnych podbojów i wypraw, które na Vhalnicha rzucają podejrzenie szaleństwa. Tym  co zaczyna się wyróżniać w pewnym momencie jest magia, o której wcześniej prawie w ogóle nie ma wzmianki. Tajemne moce z czasem stają się namacalne i realne w przedstawionym świecie, by dojść do kulminacji w zakończeniu powieści. Przedstawiona przez pisarza magia jest potężna i mroczna, budząca niepokój i zdająca się nie prowadzić do niczego dobrego. Choć nawet ona może posłużyć do ratowania życia, jednak koszta okazują się nieprzewidywanie wysokie.

   Fabułę powieści poznajemy z trzech perspektyw, przy czym udział jednej z nich jest znikomy. Wśród głównych bohaterów, których postępowania i przemyślenia śledzimy są: doświadczony kapitan kolonialnych oddziałów Marcus d’Ivoire, niespodziewanie awansowany na sierżanta szeregowy Winter Ihernglass oraz stojący po drugiej stronie konfliktu khandarski polityk Jaffa. Temu ostatniemu poświęcona zdecydowanie najmniej miejsca i rozdziałów rozpoczynających się od jego imienia znajdziemy w powieści bardzo mało. Pozostałej dwójce poświęcono porównywalną ilość czasu, dzięki czemu poznajemy kulisy kolonialnej kampanii z dwóch perspektyw.

   Dwoje głównych bohaterów to dość ciekawe osobistości. Marcus jest nieco naiwnym, doświadczonym kapitanem, który po latach spędzonych w kolonii świetnie orientuje się w realiach khandarkiego społeczeństwa. Jego wiedza często wystawiana jest na ciężką próbę, gdy przychodzi mu wykonywać rozkazy pułkownika Vhalnicha. Łączy w sobie odwagę i zamiłowanie do życia pozbawionego problemów To drugie nigdy mu nie przeszkadza w działaniu i choć niejednokrotnie żałuje swojego postępowania, jednak nigdy nie waha się gdy trzeba podjąć trudną decyzję. Tę cechę dzieli z nim Winter. Dziewczyna, ukrywająca swoją płeć i uciekająca przed ponurą przeszłością, nagle z oddziałowego popychadła musi przeistoczyć się w dowódcę. Wprawdzie jest jedynie sierżantem, jednak i to wiążę się z odpowiedzialnością za podległych jej ludzi. Winter radzi sobie wyjątkowo dobrze, co sprawia, że początkowe przerażenie związane z nową sytuacją potrafi przekuć w sukces.

   W powieści nie brak postaci czarno-białych. Znajdziemy tu zarówno typowego brutala, napawającego się możliwością gnębienia słabszych – sierżant Davis, jak i genialnego stratega, niepopełniającego błędów – pułkownik Vhalnich. Nie brakuje tu również postaci znacznie mniej jednoznacznych, jak choćby kapitan Aldrecht czy panna Alhundt. Kreacje wszystkich postaci, tych przedstawionych drobiazgowo i tych jedynie delikatnie nakreślonych są poprowadzone w sposób przemyślany od samego początku. Brakuje tu jednak jakiegoś charakteru, który silnie przyciągałby uwagę a jego postępowanie budziłoby emocje. Losy bohaterów śledzi się dość beznamiętnie i choć nie można powiedzieć, by były nudne, trudno przywiązać się do kogokolwiek na tyle, by z niecierpliwością wypatrywać powrotu do przerwanego końcem rozdziału wątku.

   Powieść napisana jest poprawnie i płynnie, nie zachwyca jednak pod względem językowych. Składnia jest stosunkowo nieskomplikowana a i słownictwo nie urzeka bogactwem, nie znajdziemy tu nadmiaru środków stylistycznych. Nie natrafimy tu również na żadne rażące błędy, ani manierę, które budziłyby niechęć do lektury. Dzięki temu książkę czyta się bez większych przestojów. Niestety w warstwie językowej nie ma nic, co mogłoby zachwycić.

   Początek "Kampanii cienia" to ciekawa powieść, w której proporcje między akcją a opisami dobrane są bardzo dobrze. Książka ani nie nudzi dłużyznami, ani nie rozczarowuje zbyt zdawkowym przedstawieniem świata, w jakim rozgrywa się fabuła powieści. Bohaterowie może i nie przyciągają zbyt wiele uwagi, ale i nie zniechęcają do sobie. Jest to książka ze wszech miar poprawna i pozwala czerpać przyjemność z niezobowiązującej lektury. Raczej nie zapadnie na zbyt długo w pamięci czytającego, jednak po przewróceniu ostatniej strony, zdecydowanie chce się poznać dalsze losy jej bohaterów.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Insimilion.

poniedziałek, 22 maja 2017

Biblioteka

   Dziś wyjątkowo, nierecenzencki post, a przymierzałam się do niego już od dłuższego czasu, od kiedy to udało mi się (w końcu!) zrobić porządek w książkach, które posiadam. Na zdjęciach poniżej znaleźć można tak z 95% wszystkich tomów, jakie mam w domu. Nie załapały się niefotogeniczne książki akademickie i kucharskie.
Ostatni tego typu post pochodzi z lipca 2013 roku, więc mój stan posiadania mocno ewoluował. Cześć książek znalazło nowy dom a znacznie więcej ich do mnie przybyło. Jeśli zaś chodzi o stan przeczytanych i nieprzeczytanych... tu no cóż, podejrzewam, że procentowo ilości pozostają takie same, choć muszę przyznać, że książki kupuję nieco rzadziej. Tak czy inaczej poczekalnia się nie kurczy, choć i rozrasta się ostatnio we w miarę wolnym tempie. Bieżący stan mojej biblioteczki oraz listę książek, które z chęcią wymienię, jak zawsze można znaleźć na moim profilu na Lubimyczytać. Pilnuję, by chociaż tam był porządek, bo mocno pomaga to w zakupach, zwłaszcza antykwariatowych. Tamtejszy licznik wskazuje, że posiadam w domu 1899 książek, a następne już są w drodze. Muszę zacząć szykować się do świętowania z okazji 2000.

A poniżej zdjęcia z krótkim opisem.

Zaczynam od półki Pratchettowej, tu tylko pół półki, z racji na rozmiar "Ostatniego bohatera" dalej


Pratchetta ciąg dalszy, z luką na "Długi kosmos" oraz "Jesiennymi ogniami w ramach uzupełnienia.


Fantastyki ciąg dalszy, w tym kolekcja Eddingsa


I miejsce na sci-fi, "Diuna", twórczość Georga Wellsa, dalej Orson Scott Card.


I jeszcze więcej Carda, dalej już fantastyka.


Zagranicznej fantastyki ciąg dalszy (w kącie chowa się "Mechaniczny" Iana Tregillisa, dalej już polska fantastyka.


I jeszcze więcej polskiej fantastyki, głównie Dukaj i Komuda, na dolnej półce w kącie chowa się "Idź i czekaj mrozów" Marty Krajewskiej.


I jeszcze trochę polskich fantastów z przewagą Ziemiańskiego i Sapkowskiego. Z brzegu przycięły 
się pierwsze dwa tomy "Achai" i "Trylogia Husycka".


Końcówka fantastyki na dole, i początek klasyki zagranicznej. Górna półka zdominowana przez Henry'ego Jamesa.


Końcówka Jamesa i początek brytyjskich klasyków: Jane Austen, Wilkie Collins, Charles Dickens...


Ciąg dalszy. Z góry nieco rozmyte siostry Bronte a na dole Shakespeare


A tu Elizabeth Gaskell, Walter Scott i WIlliam Makepeace Tackeray, dalej przejście do klasyków francuskich. Począwszy od Colette, dalej Victor Hugo.


I jeszcze kilku francuzów, między innymi Honore de Balzac i Maurice Druon.


I spory zbiór Aleksandra Dumas oraz nieco Włochów.


Rosjanie i przejście do literatury współczesnej.


Tu już kryminalnie, Robert van Gulik i Elizabeth Peters, dalej Arthur Conan Doyle i Agatha Christie. W kącie u góry chowają się "Kalevala" oraz "Księga tysiąca i jednej nocy"


Agathy Christie ciąg dalszy, niżej Maurice Leblanc oraz nieco polskich kryminałów.


I jeszcze więcej literatury współczesnej. Dominuje Wilbur Smith ustawiony cyklami, niestety formaty są rozmaite. Dalej między innymi Jose Freches i dalekowschodnie klimaty. W kącie dolnej półki, klasyczne już "Kwiaty śliwy w złotym wazonie".


Jeszce trochę francuzów, w tym ulubiony Roland Topor, dalej Arturo Perez Reverte i literatura iberoamerykańska - Gabriel Garcia Marquez, Mario Vargas Llosa i Isabel Allende. Następnie skandynawia - Mika Waltari, Sigrid Undset.


I Polacy, od wspóczesnych, po klasyków.


I jeszcze trochę polskich klasyków, zdominowanych tu przez Józefa Kraszewskiego.


Tu już literatura przygodowa i dziecięca, polska i zagraniczna.


Klasyka przygodowej: Karol May, Julius Verne i Jack London.


Jeszcze trochę dziecięcej w tym Lucy Maud Montgomery, czy z Polaków Kornel Makuszyński.


Reszta dziecięcej i popularnonaukowa - Formaty niestety wymuszają takie pomieszanie. Na górnej półce prawie cała kolekcja "Tajemnic zwierząt".


Popularnonaukowej ciąg dalszy, dominują przyrodnicze.


Oraz pięknie wydane albumy.


Tu "Encyklopedia Dzikich zwierzą" i mój ulubiony David Attenborough obok rozmaitości.


Niewielka, wąska półka, gdzie zgrupowałam albumy różne, przewodniki i kilka książek, które ciężko zakwalifikować.


Tu już pozycje około- geograficzne i podróżnicze.


Motoryzacyjne i historyczne


Historycznych ciąg dalszy oraz biografie, na dole głównie te pisane przez George'a Bidwella.


   I to już (dopiero) wszystko. Ostrość zdjęć jest różna, ale nie miałam cierpliwości by tego pilnować. Jak widać jest tego bardzo dużo, optymistycznie szacuję, że przeczytałam jakieś 40%, co wcale nie przeszkadza w poszukiwaniach coraz to nowych książek. O tyle dobrze, że niektóre rzeczy, które chciałam mieć już mam w komplecie, choć co rusz pojawiają się jakieś nowe tytuły.



środa, 17 maja 2017

Lśnienie księżyca

Autor: Edith Wharton
Tytuł oryginału: The glimpses of the moon
Tłumaczenie: Karolina Rybicka
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2017

   Najbardziej znaną powieścią Edith Wharton jest zekranizowany przez Martina Scorsese „Wiek niewinności” z Michelle Pfeiffer i Danielem Day-Lewisem. Ja natomiast swoją przygodę z twórczością tej amerykańskiej pisarki rozpoczęłam od książki „Lśnienie księżyca”, wydanej po raz pierwszy w Polsce nakładem wydawnictwa MG. Po raz kolejny nie zawiódł mnie kredyt zaufania, jakim obdarzam przedwojennych pisarzy a powieść idealnie wpasowała się w mój gust.

   Osią wokół której toczy się opowieść jest dwoje młodych ludzi - małżeństwo Nick i Susy. Oboje mogą pochwalić się dobrym pochodzeniem i umiejętnością zjednywania sobie innych. Każde z nich jest duszą towarzystwa. Oboje też usilnie pracują na tę pozycję i robią wszystko by nie wypaść z roli, gdyż żadne z nich nie posiada majątku i źródła utrzymania, a swoje życie na wysokiej stopie zawdzięczają żerowaniu na bogatych znajomych. Ich aspiracjami było znaleźć jak najlepszą partię, która zapewni im spokojny byt. Spontanicznie zawarte małżeństwo zgodnie z umową miało jedynie odwlec te plany w czasie, póki co dając im przyjemność z przebywania razem. W tych chłodnych i racjonalnych kalkulacjach zupełnie nie wzięli pod uwagę uczuć. Ani tych, jakimi obdarzają ich inni, ani tych, które, siłą rzeczy, pojawiły się między nimi.

   Edith Wharton powierza narrację powieści zarówno Susy, jak i jej mężowi. I choć znacznie więcej wydarzeń poznajemy z perspektywy kobiety, to jednak spojrzenie Nicka jest równie ważne w przedstawieniu historii. Dzięki temu dogłębnie poznajemy myśli i emocje, którymi kierują się główni bohaterowie książki. To właśnie w tym możemy najbardziej docenić talent autorki, gdyż zarówno Nick jak i Susy są przedstawieni niezwykle realistycznie, obnażając maski, jakie zwykli przybierać w towarzystwie i którymi próbują oszukać samych siebie.

   Kolejnym mocnym punktem powieści jest przedstawienie bogatego towarzystwa w jakim obracają się bohaterowie. Żądna próżnych rozrywek, ciągle poszukująca nowych podniet społeczność trwoni rodzinne majątki. Konsumpcjonizm jest w tej grupie niczym religia, nigdy nie można mieć zbyt wiele, by nie chciałoby się wyciągnąć ręki po więcej. W takiej atmosferze nie ma miejsca na prawdziwe uczucia, liczy się chwilowy zachwyt i moda a przedstawiciele socjety niczym epikurejczycy skupiają się jedynie na tym co przyjemne. Nick i Susy są częścią tego towarzystwa, jednak potrafili znaleźć w sobie coś więcej, odkrywając zupełnie nieznany sobie świat. Kilka nagłych zwrotów akcji zwiększa tempo toczącej się opowieści, która poprowadzona jest dość leniwie, ponieważ historia skupia się na wewnętrznych przeżyciach bohaterów.

   Powieść daje do myślenia, gdyż poruszone zostały w niej podstawowe wartości jakimi kierują się bohaterowie i których echo bez trudu znajdziemy we współczesnym świecie. Znajdziemy tu potwierdzenie tezy, że tych najważniejszych w życiu rzeczy nie można kupić, a dobrowolne pozbawienie się ich, spłyca sens egzystencji. Ta myśl jest ponadczasowa i choć na próżno w dzisiejszym świecie szukać przedstawionych realiów, to jednak konflikt między być, a mieć jest wciąż aktualny.

   Książkę czyta się wyśmienicie. Plastyczny, bogaty język idealnie oddaje myśli i emocje bohaterów, dzięki czemu możemy poczuć dręczące ich dylematy i w pełni zrozumieć to, z czym się borykają. Równie godne uwagi są opisy przedstawionych miejsc i prezentacja Europy schyłku XIX wieku.

   „Lśnienie księżyca” to godna polecenia powieść, która z pewnością zachwyci wszystkich miłośników literatury tego okresu. Psychologiczny portret dwójki głównych bohaterów urzeka skrupulatnością i głębokim zrozumieniem natury ludzkiej. Książka porusza ponadczasowy problem, jakim jest koszt materializmu, dzięki czemu, mimo zupełnie odległych w czasie scenerii, pozostaje aktualna. To wszystko ubrane w lekki i przyjemny język sprawia, że lektura wciąga i niezwykle trudno jest się od niej oderwać.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

niedziela, 14 maja 2017

Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści

Autor: Howard Phillips Lovecraft
Tłumaczenie: Maciej Płaza
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2012

   "Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści" to pierwszy zbiór opowiadań Howarda Phillipsa Lovecrafta wydany nakładem wydawnictwa Vesper. Podobnie jak w późniejszym "Przyszła na Sarnath zagłada" tu również za wybór i tłumaczenie tekstów odpowiedzialny jest Maciej Płaza i tak jak w przypadku wspomnianego tytułu "Zgroza w Dunwich" jest zbiorem nie tylko pięknie wyglądającym ale i wyjątkowym w odbiorze.

   W skład książki wchodzi piętnaście opowiadań Lovecrafta oraz obszerne posłowie napisane przez tłumacza. Teksty umieszczone zostały chronologicznie zgodnie z datami powstania i wszystkie łączy jeden wspólny mianownik. Jest nim motyw wędrówki, która prowadzi do przerażających i budzących obłęd odkryć. Jak możemy przeczytać w posłowiu taki wybór tekstów był jak najbardziej celowy. Maciej Płaza umieścił w zbiorze najbardziej rozpoznawalne teksty autora, jak "Zgroza w Dunwich", "Zew Chtulhu" czy "Przypadek Charlesa Dextera Warda" uzupełniając je tymi nieco mniej rozpoznawalnymi, które idealnie wypełniają bogaty świat mitologii stworzonej przez Lovecrafta. 

   Każdy z tekstów tworzy odrębną całość, wszystkie jednak opisują ten sam świat i jego niezwykłą, wymykającą się z granic świadomego pojmowania, rozbudowaną historię. Z każdym opowiadaniem zyskujemy coraz więcej informacji o Starszej Rasie, Przedwiecznych czy kulcie Dagona. To wszystko tworzy niesamowity świat, a bohaterowie, którzy krok po kroku odkrywają jego specyfikę  ocierają się o szaleństwo. Obłęd wydaje się być bezpieczniejszy niż przerażająca prawda z jaką się spotykają. Łatwiej im uznać, że padli ofiarą pomieszania zmysłów, niż że to czego doświadczyli może być rzeczywiste.

   Bohaterów wszystkich opowiadań łączy bardzo wiele. Są to wykształceni, inteligentni mężczyźni o silnym głodzie wiedzy i ogromnej chęci poznania tajników świata. Często początkowo sceptyczni względem rozpościerających się przed nimi możliwości z czasem muszą zweryfikować swój światopogląd. I chociaż pcha ich niepohamowana ciekawość, ich odkrycia nie przynoszą im satysfakcji w zamian dając strach i obłęd. W prawie każdym opowiadaniu bohaterowie przeklinają swoją dociekliwość, przez którą nie potrafią już zaznać spokoju a ich wizja i rozumienie świata zostają zrujnowane.

   Wyjątkowym tekstem jest "Wyrzutek", gdyż w nim jedynym poznajemy opowieść „z drugiej strony”. Bohaterem i narratorem nie jest dociekliwy poszukiwacz a zagubiona istota będąca jednym z tajemniczych stworów zasiedlających mroczny świat stworzony przez Lovecrafta. Jednak nawet w tym opowiadaniu obecny jest motyw wędrówki i poszukiwań, które przynoszą poszukującemu wiedzę jakiej nie jest gotów przyjąć.

   W obszernym posłowiu znajdziemy skróconą biografię autora oraz analizę umieszczonych w zbiorze tekstów. Wyłania się z niego również ogrom podziwu i sympatii jakim tłumacz darzy Lovecrafta i jego twórczość. Możemy również odnieść wrażenie, że Maciej Płaza potraktował przekład opowiadań jako misję i okazję by wreszcie nadać im oprawę i szlif na jakie zasługują. Czytając "Zgrozę w Dunwich" upewniamy się, że tłumacz wykonał kawał dobrej roboty.

   Na uwagę zasługuje styl jakim napisane zostały opowiadania. Są prawie zupełnie pozbawione dialogów i przyjmują formę relacji czy to pierwszo-, czy trzecioosobowej. Zdania jakim posługuje się Lovecraft są długie i wielokrotnie złożone, pełne niezwykle sugestywnych opisów i dygresji służących zaprezentowaniu tła i okoliczności w jakich rozgrywają się wydarzenia. Ogromne bogactwo języka i niezwykła siła wyrazu budują niesamowitą, pełną prawie namacalnej grozy atmosferę. Styl Lovecrafta może wydać się nieco zbyt rozegzaltowany, czasem przerysowany prawie do karykaturalnych rozmiarów, nie można jednak odmówić mu wyjątkowej siły wyrazu. 

   "Zgroza w Dunwich" to niesamowita i wręcz obowiązkowa pozycja dla każdego miłośnika literatury fantastycznej. Znajdziemy tu niezwykle bogaty i konsekwentnie kreowany świat toczącej się przez miliardy lat historii. Kolejnym plusem jest siła sugestywnej grozy bijąca z zawartych tu opowiadań. Zdecydowanie nie jest to pozycja, który skusi miłośników wartkiej, pełnej nagłych zwrotów akcji. Tu możemy się rozkoszować klimatem powoli pogrążając się w obłędnych wizjach Lovecrafta, gdyż o ile w trakcie lektury kilku pierwszych opowiadań możemy czuć dreszcz emocji, co będzie dalej i jak zakończą się poszukiwania bohaterów, o tyle z powodu zbliżonej konstrukcji wszystkich tekstów z czasem możemy spodziewać się zakończenia. Nie przeszkadza to jednak w czerpaniu przyjemności z lektury.

Recenzja powstała dla portalu Insimilion.

środa, 10 maja 2017

Słowa

Jak zawsze są niewystarczające, ułomne
narzędzie przekazu.
A jednak wciąż próbujesz ubrać
w nie swoje myśli,
uczucia, życie.

Za ich pomocą po raz kolejny
rozdrapujesz rany duszy
i wiesz, że to się nie uda,
że nawet jeśli obnażysz fragment siebie
będzie on niekompletny.

Padają z twoich ust często, może
nawet zbyt często.
Wyrzucasz z siebie całe ich potoki,
zalewasz nimi innych.
A one i tak trafiają w próżnię!

A jeśli nawet trafi ci się czułe ucho
co z chęcią chłonie, każde z nich
to i tak nic z tego nie wynika.
Zostaje niezrozumienie
Błędny obraz, iluzja.

Czy jednak masz coś więcej?
Coś ponad zgłoski, frazy, zdania?
Korzystasz z nich, wiedząc
jak bardzo wybrakowanym
są narzędziem.

I kiedy milkniesz obrażony
na ich ułomność,
rodzi się ból, króluje pustka,
więc wracasz do nich pełen skruchy,
bo więcej nie masz nic!

Barnim. Kamienie

Autor: Bernard Berg
Cykl: Barnim. Saga
Wydawnictwo: Tegono
Rok wydania: 2016

   Do projektów selfpublishingowych zawsze podchodzę z wielkim dystansem i sporą dawką niechęci. Mocno przyczyniła się ku temu powieść „Arte” Haliny Grudzieckiej, w której można znaleźć wszystkie wady tego typu publikacji. Takie samo sceptyczne podejście mam do książek wydawanych na zasadzie crowdfundingu, który to proces znacznie łatwiej mi zrozumieć w przypadku wydawania gier planszowych niż literatury. Niemniej  jednak skusiłam się na lekturę darmowego opowiadania „Barnim. Kamienie” Bernarda Berga będącego swoistym demem powieści „Barnim. Ogień” i jedno muszę stwierdzić z całą pewnością – spełniło swoją rolę.

   Krótkie opowiadanie sprowadza się do zarysowania głównej postaci. Ciąg wydarzeń ukazuje czytelnikowi jak Barnim radzi sobie w trudnych sytuacjach i jakie są główne cechy jego charakteru. Jednak nawet te informacje są dość skąpe i opowiadanie skupione jest na akcji. Bohaterowie z drugiego i pozostałych planów są ukazani symbolicznie. Pojawiają się, robią, co mają do zrobienia i przemijają. Niewiele dowiemy się również o świecie przedstawionym, którego charakterystyka sprowadza się do szczegółowych opisów kilku miejsc i budynków. Trudno jednak wyobrazić sobie jego całość i na dobrą sprawę problemem jest nawet umiejscowienie wydarzeń w czasie i rzeczywistości. Nie sposób jednoznacznie stwierdzić, czy są to czasy współczesne i świat dobrze nam znany, czy może jest on całkowicie wykreowany przez autora i zupełnie nierealny.

   Niedobór informacji o świecie i zamieszkujących go postaciach skutecznie wynagradza dobre tempo akcji oraz ciekawie nakreślona intryga. Wydarzenia, w jakie wplątał się Barnim są prawdopodobne a zwroty akcji stanowią konsekwencję tego, co zostało przedstawione wcześniej. W ten sposób może stają się nieco przewidywalne, jednak z drugiej strony są dobrze umiejscowione i nieoderwane od przedstawionej rzeczywistości. Akcja wciąga czytelnika i sprawia, że z przyjemnością czyta się opowiadanie oraz pojawia się chęć na poznanie dalszych losów bohatera. Zabrakło natomiast rozwiązania intrygi, gdyż zakończenie opowiadania udziela jedynie paru odpowiedzi, pozostawiając bardzo wiele niewiadomych.

   Opowiadanie nie zaskakuje niczym szczególnym pod względem językowym. Dość prosta składnia i niewyszukane słownictwo sprawiają, że czyta się je bardzo płynnie. Scena erotyczna, otwierająca utwór opisana została niezbyt subtelnie ale i bez naruszania granic dobrego smaku, dzięki czemu nie zniechęca do lektury i nie szufladkuje jej już na samym początku.

   Większość wad, o których wspomniałam powyżej jest naturalną konsekwencją niewielkich rozmiarów utworu i można mieć nadzieję, że w powieści, będącej kontynuacją opowiadania, zostały one zniwelowane. Brak całkowitego rozwiązania poruszonego w nim kryminalnego wątku, również budzi niedosyt i oczekiwania odnośnie powieści. Dzięki temu spełnia ono swoją podstawową rolę, zachęca do poznania dalszych losów Barnima. 

   Lektura opowiadania „Barnim. Kamienie” pozostawia po sobie dobre wrażenie. Konsekwencja w kreowaniu następujących po sobie wydarzeń, dobre tempo akcji oraz intrygująca główna postać, to najmocniejsze punkty tego utworu. I choć książka pozostawia po sobie spory niedosyt, to jednak stanowi dobry wstęp do zapoznania się z całą, zaplanowaną na kilka tomów sagą.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

poniedziałek, 8 maja 2017

Podróże Guliwera

Autor: Jonathan Swift
Tytuł oryginału: Gulliver’s Travels
Tłumaczenie: anonimowy przekład z 1784 r.
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2017

   Napisane na początku XVIII wieku „Podróże Guliwera” to jedna z tych książek, o których prawie każdy słyszał i o których większość osób ma choćby znikome pojęcie. Kilkukrotnie ekranizowana, bądź będąca źródłem, na jakim oparto bajki dla dzieci o podróżniku w kraju liliputów jest powieścią bezapelacyjnie wchodzącą do klasyki literatury brytyjskiej. Lektura takiego dzieła zawsze jest pewnym wyzwaniem, gdy przychodzi skonfrontować swoje wyobrażenie znanej z innych źródeł fabuły z tym, jak wyglądało to w oryginale.

   Powieść podzielona jest na cztery części, cztery wyprawy Guliwera, z których każda kończy się w   wyimaginowanej krainie. Począwszy od świata Liliputów, poprzez zamieszkany przez olbrzymy Brobdingnag, latającą wyspę Laputę a skończywszy na świecie koniopodobnych Houyhnhnmów. Wszystkie epizody wyglądają podobnie, głód podróży i chęć zarobku skłania Guliwera do wzięcia udziału w zupełnie zwyczajnym rejsie handlowych a na skutek nieprzewidzianych okoliczności (czy jest to kaprys pogody, czy bunt załogi), podróżnik trafia samotnie na nieznaną wcześniej szerokiemu światu wyspę. Tam budząc wielką ciekawość wśród tubylców spędza pewien czas, poznając ich zwyczaje i prowadząc liczne dyskusje, by wrócić do domu przy pierwszej nadarzającej się okazji.

   Przypadki Guliwera w zasadzie niczym się nie różnią od opisywanych w typowych osiemnastowiecznych powieściach podróżniczych. Pierwszoosobowa narracja sugeruje, że czytamy dziennik głównego bohatera, który przedstawia nam swoje spostrzeżenia dotyczące poznanych światów. „Podróże Guliwera” stanowią parodię  tego typu powieści, o czym świadczyć mogą częste zwroty do czytelnika, w których narrator wprost stwierdza, że w przeciwieństwie do innych autorów, nie chce go zanudzać zbyt wnikliwym przedstawianiem detali własnych podróży. O parodystycznym charakterze książki świadczą też przedstawione światy, będące niezamierzonym celem wypraw Guliwera. Są one w tak oczywisty sposób nierzeczywiste, że nie czytelnik nie ma najmniejszych wątpliwości, iż powstały jedynie w umyśle autora.

   Jednak to nie parodystyczny charakter tej powieści jest jej największą zaletą. Znacznie cenniejsze są uwagi autora dotyczące współczesnego mu społeczeństwa. Wśród przedstawionych narodów, każdy w bardzo wyraźny sposób różni się od społeczności europejskiej i wszystkie posiadają dominującą cechę charakterystyczną, stanowiącą hiperbolę wad ludzkich. Czy będzie to kłótliwość niewielkich Liliputów, którzy ciągną przez lata błahy konflikt, czy też zupełne oderwanie od rzeczywistości narodu poznanego w trzeciej wyprawie, który do perfekcji opanował teoretyczne rozważania na temat codzienności, zupełnie pomijając jej praktyczne aspekty. Guliwer opowiadając spotkanym tubylcom o społeczeństwie, z którego pochodzi nie szczędzi krytyki i choć często stara się wybielić przedstawiany obraz, jego rozmówcy bez problemu wyciągają słuszne wnioski co do rzeczywistego jego obrazu. Dzięki przerysowaniu wad oraz skonfrontowaniu ich z wizerunkami wymyślonych narodów w „Podróżach Guliwera” znajdziemy wysokiej klasy satyrę na społeczność współczesną autorowi.

   Powieści nie czyta się zbyt lekko. Tłumaczenie z osiemnastego wieku, wprawdzie mocno uwspółcześnione pod względem gramatycznym (choć trafiły się drobne wpadki korektorskie, jak choćby krócica pisana przez „u”), może sprawiać problem jeśli chodzi o składnię. Wielokrotnie złożone zdania o konstrukcji, jakiej współcześnie raczej się nie używa nie są łatwe w odbiorze. Lektury nie ułatwiają też dość liczne archaizmy. Język, pomimo że wymagający, jest przy tym niezwykle plastyczny i zachwyci każdego, kto ceni sobie kunszt operowania słowem.

   Nie dziwię się, że George Orwell wybrał „Podróże Guliwera” jako jedną z sześciu książek, które ocaliłby, gdyby wszystkie inne miały ulec zagładzie. Jest to wspaniały obraz ludzkiego społeczeństwa i choć szkicowany był w osiemnastym wieku nie traci prawie nic na aktualności. Filozoficzno-etyczny aspekt powieści porusza wciąż aktualne dylematy odnośnie moralności ludzkiej, stawiając retoryczne pytanie, czy człowiek rozumny tak na dobrą sprawę naprawdę potrafi dobrze korzystać ze swego rozumu. Jest to jedna z tych książek, które znać wypada, nie tyle ze względu na powszechność odwołań do jej fabularnej strony, co raczej z powodu poruszanych w niej treści. I choć lektura może stanowić wyzwanie, to zdecydowanie warto je podjąć.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

czwartek, 4 maja 2017

Stosik majowy

   Po ostatnim dość dużym stosie, dzisiaj skromniutko (choć i tak zbierane przez cały kwiecień). Kilka sztuk od Sztukatera i nieco zakupów planowanych w ramach akcji: uzupełnić biblioteczkę o... Gatunkowo, to co zwykle u mnie: fantastyka, klasyka i nieco literatury dziecięcej. A podejrzeć można poniżej.


   Od dołu licząc:
   Góry, ludzie kontynenty Jerzy Strudel Książka od Sztukatera i jedyna niebeletrystyka w stosie, pobieżnie przejrzałam i wizualnie jest się czym pozachwycać. Spodziewam się dobrej lektury.
   Lśnienie księżyca Edith Wharton Autorkę znam z Wieku niewinności, który czeka aż go przeczytam, a kupiłam zachęcona ekranizacją. Póki co zaczęłam lekturę tej pozycji i nie rozczarowałam się. Też od Sztukatera, więc recenzja wkrótce.
   Bestia najgorsza Michał Cetnarowski Wzięta od Sztukatera ze sporym kredytem zaufania. Ta czy inaczej jestem jej niezmiernie ciekawa, autora kojarzę ze współudziału w Wywiadzie z Borutą obok Łukasza Orbitowskiego.
   Rysiek Zyga. Zadziwiający Pan Magik Megan McDonald Jako uzupełnienie sztukaterowego zamówienia. Książeczka przeczytana i niedługo zajmę się ubraniem w słowa wrażeń po lekturze.
   Opowiadania nowojorskie Henry James Pięknie wydane, grube tomiszcze opowiadań Henry'ego Jamesa. Kupione na Allegro za dość okrągłą sumę, za to pięknie się komponuje w towarzystwie innych dzieł tego autora.
   Wroniec, Córka łupieżcy, Extensa Jacek Dukaj A to już zakupy z Arosa, w ramach uzupełniania brakujących pozycji tego autora. Z lekturą, a co za tym idzie z recenzjami nieco pewnie poczekam, gdyż chociaż Dukaja lubię, to muszę mieć na niego nastrój.
   Dzieci Ziemi, Odrodzenie Ziemi Orson Scott Card To kolejny zakup i uzupełnienie cyklu, którego trzy pierwsze tomy mam w domu już od dawna.
   Panna młoda czeka Lucy Maud Montgomery To efekt łowów w internetowym antykwariacie. Cierpliwie czeka na swoją kolej.
   Hrabina Cagliostro Maurice Leblanc To również zdobycz w ramach uzupełniania biblioteczki. Dość dawno czytałam pożyczony egzemplarz, zachęcam do zerknięcia w recenzję.

   I na tym koniec tego skromnego stosiku, recenzje czterech książek pojawią się wkrótce, a reszta? - ciężko powiedzieć.

wtorek, 2 maja 2017

Klaudyna powraca

Autor: Sidonie Gabrielle Colette
Tytuł oryginału: La retraite sentimentale
Tłumaczenie: Hanna Igalson-Tygielska
Wydawnictwo: WAB
Rok wydania: 2013

   Cykl o Klaudynie to pierwsze i zarazem najgłośniejsze dzieło Sidonie Gabrielle Colette. Na jego łamach francuska pisarka odważyła się pisać o tym, o czym inne, jej współczesne autorki taktownie milczały. I choć powieści Colette dziś już nie budzą aż takiej sensacji, to jednak wciąż warto po nie sięgnąć, gdyż każda z nich jest wspaniałym studium kobiecych charakterów. Podobnie jest i z zamknięciem serii o Klaudynie. W przeciwieństwie do czterech wcześniejszych części, w tworzeniu tej nie brał udziału mąż Colette, co znacząco przełożyło się na jakość książki.

   O ile pierwsze cztery tomy poświęcone Klaudynie opisują głównie jej perypetie i relacje z innymi, o tyle w „Klaudyna powraca” autorka skupiła się na wyrysowaniu charakterystyk kilku postaci poprzez przytoczone przez nie historie. Fabuła skupia się wokół wspomnień Annie, przyjaciółki Klaudyny, która wraz z nią spędza leniwe dnie i wieczory w wiejskim domu w Casamene snując wspomnienia. W tak skonstruowanej powieści nie ma miejsca na akcję, liczą się refleksje i przemyślenia. Jedynym naprawdę istotnym wydarzeniem jest zakłócenie skromnego grona w Casamene przez Marcela, pasierba Klaudyny, który właśnie tu postanowił ukryć się przed skandalem jaki wybuchł wokół niego w Paryżu.

   Powieść można podzielić na dwie części. Pierwszą, stanowiąca większość, jest pobyt Klaudyny w Casamene, która spędzając czas wraz z Annie, czeka na powrót ukochanego męża ze szwajcarskiego sanatorium. Druga, znacznie krótsza część opisuje spotkanie Klaudyny z przyjaciółmi, którzy postanowili odwiedzić ją w jej wiejskiej samotni, już po śmierci męża.

   Tematem przewodnim powieści jest miłość silnie skonfrontowana z żądzą i potrzebami ciała. Z jednej strony mamy Annie, która poznawszy „głód młodego ciała” oddaje się całkowicie fizycznej miłości, nie znajdując w sobie siły, która pozwoliłaby jej oprzeć się spełnieniu dręczących ją pragnień. Taka sama żądza kieruje Marcelem i jest ona źródłem jego kłopotów. Po drugiej stronie znajduje się Klaudyna przywiązująca ogromną wagę do duchowego aspektu miłości. Pogardzając niskimi pragnieniami przyjaciółki i pasierba, oddaje się wzniosłemu uczuciu, w którym bliskość duszy jest znacznie ważniejsza od potrzeb ciała. Podsumowaniem tego aspektu miłości jest końcowa część powieści, w której nieobecny już mąż nadal ma miejsce w sercu Klaudyny, dla której prawdziwa miłość nie skończyła się wraz z jego śmiercią.

   Wydana po raz pierwszy na początku dwudziestego wieku powieść musiała budzić ogromną sensacje. Samo stwierdzenie, że kobiety równie chętnie ulegają potrzebom ciała i potrafią je zaspokoić musiało budzić zgorszenie. Autorka dodała do tego Marcela z jego nieukrywanym homoseksualizmem i skandalem związanym z bardzo młodymi kochankami, co tym bardziej musiało poruszyć opinię publiczną. Przedstawione postawy nie budzą we współczesnym czytelniku aż takich kontrowersji, zachwycają natomiast dogłębną znajomością ludzkiej natury, czasem słabej i uległej, kiedy indziej zaś pełnej siły i wierności własnym ideałom.

   Język jakim posługuje się Colette jest niezwykle urokliwy. Z jednej strony znajdziemy dość bezpośrednie, choć nie pozbawione dobrego smaku opisy fizycznych przyjemności, z drugiej zaś ogromną wrażliwość na świat przyrody i malownicze jej opisy. Głębokie zrozumienie zmian zachodzących wraz z porami roku i zachowań zwierząt idzie w parze z dogłębną znajomością ludzkich charakterów. Językowo jedne i drugie fragmenty również się różnią. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z opowieściami przytaczanymi prostymi słowami, zdradzającymi zawstydzenie osoby mówiącej, w związku z czym przemilczenia stają się w nich równie ważne, co słowa. Opisy natury, ściśle powiązane z przemyśleniami Klaudyny charakteryzują się znacznie większą dosłownością, a ich plastyczność zachwyca formą i wprowadza w silnie refleksyjny nastrój.

   „Klaudyna powraca” to powieść dla wrażliwego odbiorcy, którego wprowadzi w pełen ciepła, refleksyjny nastrój, utrzymujący się długo po przewróceniu ostatniej strony. Wyidealizowany obraz duchowej miłości, nie wolnej od fizycznych pragnień, nakreślony przez Colette, jest  piękny i wzruszający. A tak niegdyś skandaliczne opisy fizycznego aspektu uczucia w dzisiejszych czasach wydają się wyjątkowo niewinne, przez co niezmiernie urokliwe. Jest to kolejna powieść tej autorki, na której w najmniejszym nawet stopniu się nie zawiodłam, otrzymując dokładnie to, czego się spodziewałam. Powieść idealnie współgra z moim poczuciem wrażliwości i choć niektórym może wydać się infantylna albo zbyt banalna, mnie zachwyciła całkowicie.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

I wrzucą was w ogień

Autor: Piotr Patykiewicz
Wydawnictwo: Sine Qua Non Imagnatio
Rok wydania: 2016

   Powieść „Dopóki nie zgasną gwiazdy” Piotra Patykiewicza oczarowała mnie niezwykłym klimatem i mroźnym, pełnym nieuchwytnego niebezpieczeństwa postapokaliptycznym światem. „I wrzucą was w ogień” ponownie przenosi czytelnika w stworzone przez autora uniwersum. Uzupełniona o opowiadanie „Parch”, które można było pobrać za darmo w formie ebooka, idealnie wypełnia i poszerza snutą przez autora wizję i daje okazję zagłębić się w skutym lodem świecie.

   Akcja powieści rozgrywa się dwadzieścia pięć lat po wydarzeniach opisanych w „Dopóki nie zgasną gwiazdy”. Masową aktywność „świetlików” zarażających każdego żyjącego człowieka przeżyli tylko ci, którzy dobrowolnie dali się oślepić. Ocalałych nęka parch, tajemnicza choroba, powodującą powolne gnicie tkanek i światłowstręt połączony z bólem,  który w końcu doprowadza do wyniszczenia, bądź samozapłonu w świetle słońca. Mieszkańcy gór opuścili swoje schronienia i ruszyli w doliny, by zacząć żyć od nowa. „I wrzucą was w ogień” prezentuje ustabilizowaną już sytuację, w której wioski zamieszkują ślepcy i ich widzące, wchodzące w dorosłość dzieci. Część ludzi osiedliła się w ruinach miasta. Dzięki uruchomieniu ciepłowni, jego mieszkańcom nie zagraża wszechobecny chłód, a ich życie wydaje się być znacznie prostsze od egzystencji mieszkańców rozproszonych po lesie wiosek. Jednak miastu daleko do utopii - rządzą nim surowe prawa a ci najbardziej uprzywilejowani, mieszkańcy ciepłowni stają się więźniami wizji snutej przez Ciepłownika. Jedni i drudzy z jednakową pogardą traktują ludzi zarażonych parchem.

   W porównaniu z „Dopóki nie zgasną gwiazdy „otrzymujemy znacznie więcej informacji o przedstawionym świecie. Staje się on znacznie szerszy i bogatszy. Poznajemy życie w mieście i powolną wegetację we wsiach. Spotykamy również tajemniczą społeczność żyjącą daleko pod lodowcem nawiedzanym przez demony. O ile w pierwszej powieści roiło się od niewiadomych, o tyle tu wyjaśnione zostaje wszystko. Dowiadujemy się czym są „świetliki”, a właściwie czym były, gdyż po masowych zakażeniach w apogeum ich aktywności, zniknęły. Poznajemy prawdę o parchu i nierozerwalnie związanych z nim demonach. W końcu dostajemy informację, co się stało, że świat wygląda w taki, a nie inny sposób oraz jak wyglądała jego zagłada. Pojawiają się pytania, co dalej. Jak ludzkość ma sobie poradzić w zaistniałych warunkach? Czy ma wegetować na skraju przetrwania, jak robiła to od lat, czy rzucić światu wyzwanie i jednocześnie narazić się na utratę tego, co znaczy człowieczeństwo?

   Bohaterami powieści są Maciek i Kaśka – dzieci znanych z „Dopóki nie zgasną gwiazdy” Kacpra i Miry. Oboje są zwyczajnymi, niczym niewyróżniającymi się mieszkańcami wsi. Kaśka zajmuje się tym, czym wszystkie panny na wydaniu, pomaga niewidzącym rodzicom i zbiera węgiel na „czarnym szlaku”, którym przemieszczają się pociągi zaopatrujące ciepłownię. Maciek to zdolny myśliwy, który nie boi się stawić czoła niebezpieczeństwom i który, podobnie jak wszyscy wieśniacy, wielką niechęcią darzy Miasto i jego mieszkańców.  Gdy Kaśka zakochuje się w młodym techniku z ciepłowni, oboje stają przed obliczem zupełnie nowych wyzwań i muszą mierzyć się z sytuacją, na jaką nie byli przygotowani. Kacper, doskonale zdający sobie sprawę z tego kim jest Ciepłownik i jakie są jego cele, wyrusza do Miasta, by uratować córkę, niezdającą sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Stary i ślepy nie waha się przed niczym, byle tylko uratować Kaśkę i, pomimo przeciwności losu, nie odpuszcza w dążeniu do celu.

   Wszystkie przedstawione postacie stają przed zupełnie nową dla siebie sytuacją. Kacpra w poważne kłopoty pakuje jego naiwność i wiara w to, że wartości, które miały znaczenie ćwierć wieku wcześniej nadal są istotne. I choć z czasem odkrywa błędy w swoim rozumowaniu, to pozostaje im wierny i z narażeniem własnego życia walczy o to, co uważa za słuszne. Kaśkę spotyka ogromne rozczarowanie. Początkowo próbuje wierzyć, że wszystko się ułoży, jednak gdy tylko odkrywa przerażającą prawdę, to nie waha się walczyć o siebie. Najtrudniej w nowej rzeczywistości odnajduje się Maciek. Zupełnie pogodzony z realiami, w jakich przyszło mu żyć, czuje zagubienie, gdy okazuje się, że świat jest większy niż przypuszczał. Jednak nawet on potrafi odnaleźć w sobie pokłady siły, pomagające mu zawalczyć o życie najbliższych.

   Piotr Patykiewicz po raz kolejny przenosi czytelników w świat pełen zagrożeń, w którym ludzie muszą nauczyć się egzystować. Rzeczywistość się zmienia i ludzkość musi się do niej dostosować. Po raz kolejny zburzona zostaje krucha równowaga w jakiej społeczeństwo nauczyło się trwać i ponownie staje ono przed wyzwaniem, co dalej. Przedstawiony świat wydaje się być niewielki, poznajemy raptem mały jego wycinek, jednak możemy przypuszczać, że wszędzie sytuacja wygląda podobnie. Poznane społeczności stanowią jeśli nie ostatni bastion ludzkości, to na pewno bardzo odizolowany układ, nie posiadający żadnego kontaktu zresztą świata.

   „I wrzucą was w ogień” napisana jest bardzo dobrze i czyta się ją sprawnie. Wprawdzie składnia i dobór słownictwa nie niosą ze sobą nic wyjątkowego, to jednak książka silnie oddziałuje na wyobraźnię i ma w sobie wiele klimatu. Tempo akcji nie jest zbyt zawrotne, wydarzenia następują po sobie powoli, dążąc do kumulacji w końcowych scenach. Dopełnienie przedstawionego świata i poznanie rządzących nim reguł sprawiają, że brakuje w niej niedopowiedzeń, które tak bardzo intrygowały w „Dopóki nie zgasną gwiazdy”. Nie jest to jednak wadą, gdyż pozwala na zrozumienie tego, z czym mierzą się mieszkańcy przedstawionego świata.

   Nie jest to powieść, o której łatwo się zapomina. I choć czyta się ją bardzo szybko, to jednak pozostawia po sobie pytania i każe się zastanowić, jak my zachowalibyśmy się z takiej rzeczywistości. Czy przetrwanie zawsze jest najważniejsze? Ważniejsze od tego, co uważamy za kwintesencję bycia człowiekiem? Czy lepsza jest bierna wegetacja, czy może próba zmiany sytuacji za wszelką cenę? Trudno uwolnić się od takich myśli po lekturze książki i to sprawia, że jest ona wyjątkowa. Nie tylko przenosi czytelnika w postapokaliptyczny świat, pozwalając mu śledzić wydarzenia, ale i zmusza do myślenia, dzięki czemu jest czymś znacznie więcej niż tylko lekką lekturą.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Insimilion.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Barry Lyndon

Autor: William Makepeace Tackeray
Tytuł oryginału: The memoires of Barry Lyndon
Tłumaczenie: Piotr Kuś
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2017

   Najbardziej znaną powieścią Williama Makepeace Tackeray’a jest „Targowisko próżności”, w której autor zachwycił dogłębną znajomością ludzkich słabości oraz ironicznym spojrzeniem na wykreowanych przez siebie bohaterów. Te same cechy znaleźć można w powieści „Wdowiec Lovel” tego samego autora. Po wydanej po raz pierwszy w Polsce książce „Barry Lyndon” spodziewałam się dokładnie tego samego i się nie zawiodłam.

   Powieść napisana jest w formie pamiętnika prowadzonego przez tytułowego bohatera, miejscami tylko okraszonego komentarzami określonymi jako uwaga od wydawcy. Na ponad czterystu stronach poznajemy historię życia Barry’ego Lyndona począwszy od jego lat młodzieńczych aż po śmierć. Główny bohater mierzy się z przeciwnościami losu, nierzadko biorąc sprawy w swoje ręce, ze wszystkich sił dążąc do tego by zająć należne mu miejsce w społeczeństwie.

   Pamiętnikarska narracja wyklucza obiektywne spojrzenie na postępowanie bohatera. Barry Lyndon prezentuje nam się jako człowiek bogaty we wszelkie przymioty ducha i ciała i choć nie milczy na temat swoich wad, to jednak albo uważa je za nieistotne, jak braki w wykształceniu, albo za obowiązkowe wręcz u prawdziwego dżentelmena za jakiego się podaje. O tym, kim jest naprawdę więcej dowiadujemy się z jego wzmianek i opinii na temat osób go otaczających, niż z tego co próbuje nam zaprezentować.  Warto też zwrócić uwagę nie tyle na to, co mówi o sonie narrator, lecz na to w jaki sposób to czyni. W ten sposób bez trudu dostrzeżemy osobą mocno zapatrzoną w siebie i bardzo dumną, nieobytą towarzysko i pozbawioną ogłady. Barry Lyndon próbuje uchodzić za człowieka odważnego, jednak z jego pamiętnika wyłania się postać tchórza, który nigdy nie odmawia pogrążenia osoby słabszej od siebie. Nie wolny od okrucieństwa względem słabszych szuka protekcji u osób silniejszych. Ulegający własnym popędom i słabościom przez lekkomyślność i rozrzutność trwoni ogromne sumy pieniędzy, w czym jednak nie dostrzega własnej winy, obarczając nią innych, bądź okoliczności w jakich się znalazł.

   W kreacji tytułowego bohatera znajdziemy prawdziwy kunszt autora, który nie waha się przedstawić wielu wad dręczących jego klasę, kumulując je w jednej postaci. Posługując się Barry’m Lyndonem i osobami go otaczającymi kreuje obraz współczesnego mu społeczeństwa, w którym zamiast prawdziwej cnoty liczy się pozłota a bezczelność i zuchwałość odbierane są jako jedyne słuszne drogi do osiągnięcia zamierzonych celów.

Powieść jest napisana bardzo przystępnym językiem oddającym realia osiemnastego wieku. Bardzo plastyczny, idealnie oddaje szybko zmieniające się okoliczności w jakich rozkwita a następnie gaśnie kariera głównego bohatera. Największą jego zaletą jest jednak umiejętnie przemycona satyra. Autor z prawdziwą maestrią wplótł kontrast między słowa jakimi posługuje się narrator a ich znaczenie podkreślając pretensjonalność głównego bohatera. Książkę czyta się dobrze, choć niewielka ilość dialogów, wynikająca z pamiętnikarskiej narracji może sprawić, że lektura będzie się dłużyć.

   „Barry Lyndon” to dobra ksiażka będąca satyrą na powieść łotrzykowską, w której bohater o podejrzanej przeszłości i trudniący się niekoniecznie legalnym zajęciem, okazuje się postacią  godną szacunku. Tu mamy do czynienia z osobą o jak najbardziej legalnym i szlacheckim rodowodzie, za to o bardzo wątpliwej moralności i ogromnym poczuciu własnej wyższości nad wszystkimi, którymi się otacza.

   Po raz kolejny nie zawiodłam się na twórczości Williama Makepeace Tackeray’a. „Barry Lyndon” jest powieścią przyciągającą czytelnika i prezentującą wspaniały, prześmiewczy obraz osiemnastowiecznego społeczeństwa. I choć objętość książki może zniechęcać, oraz odrobinę nużyć, to jednak jest to powieść ze wszech miar godna uwagi i obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników klasycznej prozy angielskiej.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Dolina Białej Wody

Autor: Piotr Narwaniec
Wydawnictwo: Bezdroża
Rok wydania: 2017

   Lubię czasem sięgnąć po książkę, która teoretycznie leży całkowicie poza moimi zainteresowaniami. Pozwala to na poszerzenie horyzontów i poznanie czegoś zupełnie nowego. Niekiedy trafiam na dzieło, które mnie oczaruje zupełnie, czasem trafi się niewypał, albo po prostu książka nie przeznaczona dla mnie. Tak sięgnęłam po „Dolinę Białej Wody” Piotra Narwańca i po lekturze wiem jedno, zdecydowanie nie była to książka dla mnie.

   Po opisie spodziewałam się wspomnień związanych ze wspinaczką skałkową, co przywiodło mi na myśl książkę „Przeżyłem, więc wiem” Ryszarda Szafirskiego. Skojarzenie okazało się jak najbardziej błędne. Z jednej strony zupełnie inną skalą należałoby ocenić wspinaczkowe wyczyny autora oraz wspomnianego himalaisty, z drugiej zaś nie znajdziemy tu typowych wyprawowych wspominek.

   Osią wokół której oscylują przytoczone wspomnienia autora jest defekacja. Poznajemy kilka historii, w których ta czynność fizjologiczna jest na pierwszym miejscu. W każdej z nich pojawiają się liczne postacie, dla osób zainteresowanych wspinaczką z pewnością nie anonimowe. Dla mnie były jedynie kolejnymi, pojawiającymi się nazwiskami a ich przedstawienie jest na tyle symboliczne, że nie tylko trudno się zorientować kim są, ale i jacy są. 

   Kolejnym ważnym elementem w książce, są filozoficzne rozważania autora, również nie pozbawione fekalnego zapaszku. Autor przekazuje swój światopogląd i to jak do niego doszedł kolejno odrzucając inne, bardziej oczywiste i popularniejsze w społeczeństwie i światku wspinaczy skałkowych. Z noty biograficznej Piotra Narwańca możemy wyczytać, że jest on autorem wielu oryginalnych tras i podejść wspinaczkowych. Przedstawiając w niniejszej książce swoją filozofię życia i spojrzenie na wspinaczkę skałkową, jesteśmy w stanie zrozumieć jego motywację, której skutkiem było wytyczenie nowych szlaków.

   Z kart książki wyłania się dość wyraźny obraz autora, który wręcz z ekshibicjonistyczną przyjemnością nie szczędzi nam najintymniejszych szczegółów swojego światopoglądu, a przynajmniej tej jego części związanej z górami. W jego słowach wyraźnie rozbrzmiewa konflikt z tradycyjnym spojrzeniem na wspinaczkę, jego zdaniem zbyt ugrzecznionym i uduchowionym. Dla Piotra Narwańca wszystko jest znacznie prostsze, wręcz prozaiczne, a najważniejszym przed próbą wspięcia się gdziekolwiek jest wypróżnienie się. Ze słów autora wyłania się buntownik protestujący przeciwko otaczającej wspinaczkową brać hipokryzji, która niepotrzebnie ugrzecznia język i pomija milczeniem niektóre kwestie.

  Książka napisana jest dość prostym, czasem wulgarnym językiem, a sprowadzenie wspinaczkowych wspominek do opisów defekacji budzi lekkie zażenowanie podczas lektury. Nie jest łatwo połapać się w filozoficznych rozważaniach autora, gdyż trudno odkryć do czego tak naprawdę się sprowadzają, co również nie ułatwia odbioru książki.

   Zdecydowanie jest to pozycja przeznaczona dla miłośników i amatorów sportów górskich. Czytelnik, któremu nazwiska wspomnianych postaci nie mówią absolutnie nic, może poczuć się zdezorientowany. Nie znajdziemy tu dogłębnych wyjaśnień, ani szczegółowych charakterystyk, przez co wiele z wywodów autora może wydać się wyrwana z kontekstu. Spodziewałam się zupełnie innej lektury i choć nie mogę stwierdzić, że żałuję czasu jaki jej poświęciłam, to jednak niewiele udało mi się z niej wynieść a tematyka wspinaczki skałkowej pozostaje mi niemal tak samo obca, jak przed sięgnięciem po tę książkę.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

środa, 12 kwietnia 2017

Echo

Autor: Henry James
Tytuł oryginału: The Reverberator
Tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2016

   W twórczości Henry’ego Jamesa znajdziemy zarówno obszerne powieści, jak i krótkie opowiadania. „Echo” podobnie, jak kilka innych jego utworów, to pod względem objętości dzieło pośrednie, niewielka powieść bądź obszerna nowela. Niezależnie jednak od tego jak ją zakwalifikujemy, znajdziemy tu wszystko za co cenić można prozę tego autora oraz to, za co niektórzy go krytykują. 

   Fabuła powieści skupiona jest wokół amerykańskiej rodziny Dossonów – ojca i dwóch córek, którzy wybrali się na kontynent i pędzą w Paryżu błogie, próżniacze życie. Ich przewodnikiem zostaje poznany jeszcze na statku dziennikarz „Echa”, typowej amerykańskiej plotkarskiej gazety, w której smaczki z życia wyższych sfer zawsze przyjmowane są bardzo chętnie. Niezwykła uroda oraz całkowita naiwność i niewinność młodszej z sióstr, zwraca na siebie uwagę dziennikarza. Starsza od niej Delia organizuje życie Francie, a ta biernie na nie przystaje, nie wykazując żadnej inicjatywy. Niewiele zmienia poznanie urodzonego w Paryżu potomka amerykańskich imigrantów – Gastona Proberta, urzeczonego urokiem młodszej z dziewcząt.

   Jak zwykle u Henry’ego Jamesa dość przewidywalna akcja powieści toczy się spokojnym rytmem, a jej zwroty są spodziewane i wręcz oczekiwane. Są naturalną konsekwencją zachowań poszczególnych postaci. Autor przyzwyczaił swoich czytelników do takiej, a nie innej konwencji przedstawiania wydarzeń i to nie one są w „Echu” kluczowe. 

   Najważniejszym elementem książki jest dogłębna i wnikliwa charakterystyka postaci. Oparcie fabuły powieści na czterech osobach pozwala na bardzo dokładne przedstawienie ich charakterów i psychiki. Autor przedstawia ich nie przez pryzmat wad i zalet, tylko całościowo, w sposób, w którym pewne cechy czasem są pozytywne, kiedy indziej zaś prowadzą do problemów. Jak choćby niewinność i naiwność Francie, która nieświadomie przyczynia się do wzbudzenia sporego zamieszania w rodzinie Probertów. Bohaterowie nie są płascy; żyją, działają i czują, postępują zgodnie z tym co uważają za słuszne w danym momencie, kiedy indziej postępując pochopnie i bezmyślnie. Są zdolni do zmian i potrafią się rozwijać, gdy wydarzenia ich do tego zmuszą.

   Pod względem językowym jest to typowe dzieło tego autora. Znajdziemy tu rozwlekłe, silnie rozbudowane zdania wielokrotnie złożone, w których liczne dygresje przeplatają się z myślą, jaka ma zostać przekazana. Taki język może nieco męczyć, jednak stosunkowo łatwo można do niego przywyknąć. W przeciwieństwie do opowiadań i nowelek grozy, jak na przykład „W kleszczach lęku” czy „O czym wiedziała Maisie” lektura nie budzi i nie przekazuje silnych emocji. To sprawia, że choć  śledzimy przedstawioną historię z ogromnym zainteresowaniem, to jednak bez wypieków na twarzy i z pewnym dystansem. Taki sposób prowadzenia opowieści skłania do refleksji nad zachowaniami bohaterów a ich pełna charakterystyka pozwala wyciągnąć wnioski i daje możliwość oceny ich postępowania.

   W tej niewielkiej powieści znajdziemy to, za co najbardziej cenię Henry’ego Jamesa. Niezwykłą umiejętność kreowania pełnowymiarowych postaci. Relacje między nimi są skomplikowane, nie upraszczane na siłę, dzięki czemu stają się bardzo realistyczne i wielowymiarowe. Powolne tempo akcji pozwala się skupić nie tyle na tym, co dzieje się między bohaterami, a na tym jak i dlaczego. Plastyczny i rozbudowany język jakim posługuje się autor można zarówno cenić, jak i ganić za zbytnie skomplikowanie przedstawianych wydarzeń. Mnie urzekł i choć po książki Henry’ego Jamesa sięgam jedynie wtedy, gdy mam ochotę na nieśpieszną lekturę, to jednak zawsze czytam je z ogromną przyjemnością.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Miecze cesarza

Autor: Brian Staveley
Tytuł oryginału: The Emparor’s blades
Tłumaczenie: Jerzy Moderski
Cykl: Kronika Nieciosanego Tronu. Tom I
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: REBIS

   Sięgając po debiutancką powieść Briana Staveley’a zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać poza tym, że biorę w ręce dość grubą powieść fantasy, która posiada swą kontynuację. Nie mając w zasadzie żadnych oczekiwań, trudno było o rozczarowanie i tym łatwiej można było się mile zaskoczyć. A po lekturze "Mieczy cesarza" jedno mogę stwierdzić na pewno, z wielką chęcią poznam dalsze losy bohaterów, gdyż książka napisana jest na tyle dobrze, że budzi apetyt na więcej.

   Miejsce akcji powieści obrazuje załączona mapa, co przywodzi na myśl czasy, w których prawie każda powieść fantastyczna trafiająca do wydawców okraszona była mapami oraz historią wykreowanego świata. Lubię, gdy autor oprócz snucia fabuły, pozwala czytelnikowi na jak najlepsze poznanie świata i mapy w książkach zawsze witam z entuzjazmem. Z jednej strony pozwala to na lepsze orientowanie się w rozgrywającej się fabule, z drugiej zaś daje jasny obraz odnośnie odległości i przestrzeni, co szybko pozwala zweryfikować, czy autor nie pogubił się w wykreowanej rzeczywistości. Brian Staveley tworząc świat, którego centralnym punktem jest Cesarstwo Annuryjskie, kolokwialnie mówiąc, odwalił kawał dobrej roboty. Otrzymujemy uniwersum pełne, o bogatej i długiej historii, w którym przeszłość rzutuje na wydarzenia w teraźniejszości. Fabuła powoli wprowadza nas w tajniki polityki, wiary oraz historii świata, konsekwentnie odkrywając kolejne szczegóły.

   Kolejnym mocnym punktem opowieści są bohaterowie. Na pierwszym planie znajduje się trójka cesarskich dzieci. Pierwszym jest dziedzic Nieciosanego Tronu – Kaden, odbywający mnisie szkolenie w zapomnianym przez bogów i ludzi klasztorze na krańcach znanego świata. Jego młodszy brat – Valyn, również pobiera nauki, jednak w przeciwieństwie do brata uczy się jak być idealnym żołnierzem, trenując w szeregach kettralowców – specjalnych służb cesarstwa. Najmniej uwagi poświęcono ich starszej siostrze - Adarze, na której barkach spoczęła powaga urzędu Ministra finansów i która musi radzić sobie w zdominowanej przez mężczyzn polityce. Wszyscy troje są młodzi i po odbyciu wyczerpujących szkoleń mają dość silnie ukształtowane charaktery. Pełni są typowo młodzieńczych uczuć, nad którymi nauczyli się doskonale panować i tłumić je w sobie, dzięki czemu sprawiają wrażenie znacznie bardziej dojrzałych. Nie na tyle jednak, by tracili na naturalności. Ich postacie nie są odrealnione ani przerysowane. Posiadając liczne zalety nie są wolni od wad, słabości i wątpliwości.

   Postacie poboczne wykreowane są równie dobrze. Niezależnie od tego, po której znajdują się stronie, mamy do czynienia z wyrazistymi i realistycznymi charakterami. Najsłabiej pod tym względem wypadają Sami Yuri i Balendin – dwóch przeciwników, z którymi ściera się Valyn. Obydwaj wydają się nieco przerysowani w swym okrucieństwie i o ile jest to zrozumiałe w przypadku drugiego z nich, o tyle dość trudno to zrozumieć w przypadku Sami’ego, gdyż nie dostajemy żadnych przesłanek odnośnie przyczyn jego zachowania. Znacznie ciekawiej wypadają towarzysze Valyna, ich nietypowe zachowania mają swoje konkretne przyczyny i stoją za nimi tajemnice z przeszłości. Równie interesujący są towarzysze Kadena. Z racji na znaczne odosobnienie w odległym klasztorze, wokół następcy tronu przewija się znacznie mniej postaci, z drugiej strony to właśnie Kaden jest następcą tronu, co przyciąga do niego kilkoro niebanalnych postaci, jak na przykład tajemnicza Pyrre. Zupełnie inną grupę stanowią dworzanie obracający się wokół Adare i tu podobnie jak w przypadku samej bohaterki, dostajemy dość skromne informacje na ich temat.

   Fabuła powieści toczy się trójtorowo i podzielona jest pomiędzy trójkę cesarskiego rodzeństwa. Każdy z wątków charakteryzuje się inną dynamiką. Najwięcej akcji znajdziemy w historii Valyna, tu również pojawia się wątek kryminalny. Znacznie wolniejsze tempo charakteryzuje perypetie Kadena, tu za to okazję dowiedzieć się najwięcej o historii poznawanego świata. Polityka dominuje przygody Adare, śledząc jej postępowanie mamy okazję zorientować się w aktualnej sytuacji panującej w granicach cesarstwa. Całościowo fabuła nie zachwyca ale i nie rozczarowuje. Zawiera wystarczająco nagłych zwrotów akcji, by utrzymać czytelnika w ciągłym zainteresowaniu, pomimo że brakuje w niej oryginalności. Wątki politycznych intryg, szkoleń jednostki specjalnej czy odosobnionego klasztoru nie niosą w sobie zbyt wiele świeżości. Autorowi jednak udało się skomponować całość na tyle zgrabnie, że w niczym to nie przeszkadza i pozwala cieszyć się lekturą.

   Pod względem języka powieść również nie wnosi nic nowego. Natrafimy tu na stosunkowo prosty i bardzo przystępny język, okraszony gdzieniegdzie wtrąceniami z języków stworzonych na potrzeby uniwersum. Książkę czyta się bardzo dobrze, gdyż zarówno nieskomplikowana składnia, jak i dobór słownictwa to ułatwiają. Brakuje tu natomiast czegoś, co zachwycałoby w warstwie językowej i sprawiło, że o książce trudno byłoby zapomnieć.

   "Miecze cesarza" to dobra powieść fantastyczna. Skrupulatnie skonstruowane uniwersum i dobre kreacje postaci to jej największe zalety. Natomiast, brak zachwycającego języka, czy wyjątkowo oryginalnej fabuły są na tyle nieistotnymi mankamentami, że w niczym nie przeszkadzają, by czerpać przyjemność z lektury. Nie jest to może powieść, która zmusi czytelnika do myślenia, czy zostawi niezatarte wrażenia, jednak idealnie się sprawdza jako przyjemna, lekka lektura, której głównym celem jest dostarczenie czytelnikowi rozrywki.

Recenzja powstała dla portalu Insmilion.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Stosik wiosenny

   Długo się (i książki) zbierałam zanim naszło mnie na napisanie posta podsumowującego nowe nabytki, jakie pojawiły się na moich półkach. W stosikach dominują książki kupione, zarówno nowości (w mojej ulubionej internetowej księgarni), jak i używane książki złowione na Allegro. Jest parę prezentów, ze dwie wymianowe i kilka recenzentek. Tak czy inaczej, nieco się tego naskładało a ja jak zwykle nie wiem kiedy to wszystko będę czytać (tu na uprzywilejowanej pozycji stoją recenzentki). Tematyczne dominuje klasyka, jak widać przesyt fantastyką jeszcze do końca mi nie przeszedł, choć patrząc na to, po jakie książki ostatnio sięgam to wyjdzie jakoś podobnie.
   Ale nie ma co pisać po próżnicy, czas zaprezentować stosy, klasycznie od dołu liczą.


   Prywatne życie ptaków David Attneborough Uwielbiam zarówno książki jak i filmy tego przyrodnika, na tę jedną pozycję, której jeszcze nie miałam czaiłam się bardzo długo, jednak zaporowe ceny na Allegro odrzucały (blisko 200 zł za używaną). W końcu dostałam na urodziny.
   Tylko dla dzieci, Wiersze i bajki satyryczne dla młodszych i starszych Magdalena Samozwaniec Ta niewielka książeczka to dość przypadkowy zakup z Allegro. Przeczytana już i nie zawiodłam się. Wierszyki są zabawne i niebanalne, dzieciom też się spodobały.
   Szczęśliwa ziemia Łukasz Orbitowski Moja pierwsza książka tego autora, z pewnością nie będzie ostatnią. Przeczytana i zrecenzowana.
   Poirot prowadzi śledztwo Agatha Christie Kupiłam na Allegro, gdyż moja internetowa biblioteczka na Lubimycztać, twierdziła, że jeszcze jej nie czytałam i jej nie mam. Przeczytałam ten zbiór opowiadań i wiem, że niektóre z nich czytałam już wcześniej. Mogłabym zrobić przegląd tego co mam w innych zbiorach opowiadań o Poirocie, ale lenistwo wygrywa.
   Dolina Śmierci James Oliver Curwood Kontynuowania pasji z dzieciństwa, czyli kolejna książka jednego z moich ukochanych autorów dawno, dawno temu. Czeka na sentymentalny nastrój.
   Puste niebo Radek Rak Kupiona w ciemno jeszcze na WOŚPowej aukcji. Podobnie jak po Orbitowskiego zdecydowałam się na nią po lekturze Legend Polskich od Allegro. Czeka.
   Echo Henry James Drugi w dzisiejszej notce tytuł z wymiany. Już przeczytana i zrecenzowana, tekst czeka na ostatni rzut okiem przed publikacją.
   Bezkręgowce jadowite i drapieżne Katarzyna Bulman, Joanna Mąkol Jedna z nielicznych brakujących mi książek z tej serii. Jestem już dość bliska skompletowania całości. 


   Dziennik Mai Isabel Allende Prezent urodzinowy i kolejna pozycja tej autorki w mojej biblioteczce. Czeka na nastrój na prozę iberoamerykańską.
   Moja żona wiedźma Andriej Bielanin W ramach łowów na Allegro przygarnęłam jedyną powieść tego autora wydaną u nas, której jeszcze nie czytałam. Spodziewam się lekkiej i zabawnej fantastyki.
   Niebieska latarnia, Klaudyna powraca, Gigi Sidonie Gabrielle Colette Trzy utwory tej francuskiej pisarki złowione na Allegro. Środkowa z nich już za mną i jak zwykle jestem oczarowana. Więcej na jej temat zapewne pojawi się wkrótce, jak rzucę okiem na tekst i naniosę niezbędne poprawki.
   Dziennik paniczny Roland Topor Jakimś cudem tej książki jeszcze nie miałam, szybkie łowy na Allegro i niedopatrzenie naprawione. Czeka na swoją chwilę,
   Wybór dramatów Gabriela Zapolska Kolejny łup z Allegro i kolejna polska klasyka na moich półkach.
   Sztuka obłapiania Aleksander Fredro Obsceniczne dzieło tego autora, pierwsze pełne wydanie od czasu powstania utworu (czekał około stu lat). Lektura już za mną i  w sumie Baśń o trzech braciach i królewnie była zabawniejsza.


   Grom i szkwał Jacek Łukawski Pierwszy z zakupów w tym prawie całym, zakupowym stosiku. Czaiłam się na tę książkę od kiedy tylko wydawnictwo ją zapowiedziało. Pierwszy tom mnie zachwycił, liczę na podobne wrażenia po lekturze tej części. Raczej długo czekać nie będzie, choć pierwszeństwo mają recenzentki.
   Dom i jego głowa Ivy Compton-Burnett Nie pamiętam już co wzbudziło moje zainteresowanie tą książką, gdyż było to już dość dawno. W końcu ją kupiłam i mam nadzieję, że się nie zawiodę.
   Czarne alibi Cornell Woolrich Ta z kolei zainteresowała mnie gdy przeglądałam notatkę od wydawnictwa na zakończenie którejś z lektur. Jestem zaintrygowana tą powieścią grozy/thrillerem/kryminałem (?).
   Więzy miłości, Juda nieznany Thomas Hardy Podobna nieco historia. Na zakończenie Trilby rzuciła mi się w oczy notka na temat tej książki. Autora miło wspominam po lekturze Z dala od zgiełku, więc mniej więcej wiem czego się spodziewać.
   Pamięć wszystkich słów Robert M. Wegner Muszę w końcu sięgnąć po ten cykl, bo póki co to tylko zbieram kolejne jego tomy. Ale sięgnę z pewnością.
   Pierwsza książka mojego dziecka praca zbiorowa A to akurat prezent od Miasta Gdańsk z okazji rejestracji nowonarodzonego gdańszczanina. Zbiór wierszyków dla dzieci w większości autorstwa Elizy Piotrowskiej oraz kilka porad dla rodziców. Całość na grubych, tekturowych kartach, więc w miarę dzieckoodporna. Przeczytana i choć nie zachwyciła, to jednak gest miły.


   Barry Lyndon William Makepeace Tackerey Miałam wielka ochotę na tę powieść, jak przeglądałam nowości od Repliki i udało mi się ją zgarnąć w ramach współpracy ze Sztukaterem. Powoli kończę i nie rozczarowałam się, jest w niej wszystko za co można lubić autora Targowiska próżności.
   Podróże Guliwera Jonathan Swift Również recenzentka przytulona w ramach uzupełniania dziecięcej klasyki. Następna lektura w kolejce.
   Dolina Białej Wody Piotr Narwaniec To recenzencki strzał w ciemno. Książka o wspinaniu, choć nie do końca. Przeczytana i zrecenzowana, tekst wkrótce pojawi się na blogu.
   Barnim, Kamienie Bernard Berg Przymierzałam się do tego opowiadania od jakiegoś czasu, w końcu zdecydowałam się przygarnąć je do recenzji. Jestem zaintrygowana.
   Gianca Jacek Łukawski A na czytniku widać darmowego e-booka udostępnionego dzięki uprzejmości wydawnictwa SQN Imaginatio (naprawdę ich lubię, bo to nie pierwszy taki e-book od nich). Opowiadanie osadzone w świecie Kronik Martwej Ziemi. Nic tylko czytać! (jak już znajdę czas).

   No i dobrnęłam do końca. Wiem, że jakość zdjęć pozostawia co nieco do życzenia, ale mówi się trudno, musiałabym znów zbierać książki (rozstawione już w różnych miejscach na różnych półkach) a moje wewnętrzne zwierzę (leniwiec oczywiście) znów wygrało. Poza nielicznymi wyjątkami nie mam pojęcia kiedy i w jakiej kolejności sięgnę po zaprezentowana książki, pewne jest to, że kiedyś na pewno. Zapowiedziane notki na pewno pokażą się w tym miesiącu na blogu, a możliwe, że jeszcze jakąś ekstra dorzucę. No i mogę spokojnie zbierać kolejne porcje książek do następnego stosiku.