środa, 28 czerwca 2017

Młody

Autor: Magdalena Kozak
Cykl: Tajne Akta Vespera. Tom IV
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2017

   Gdy dowiedziałam się o szykowanej premierze nowego tomu opowieści o Vesperze miałam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony silne obawy czy powieść nie okaże się odcinaniem kuponów od bardzo popularnego cyklu i dość mocne przeświadczenie, że się na „Młodym” zawiodę. Z drugiej zaś nadzieja, na kolejne spotkanie z Nocarzami, Renegarami i Inaitami, o których zachowałam bardzo dobre wspomnienia. Na szczęście książka sprostała moim oczekiwaniom i się na niej nie zawiodłam. 

   Ponieważ akcja powieści jest bezpośrednią kontynuacją wydarzeń przedstawionych w poprzednim tomie zatytułowanym „Nikt”, zdecydowanie lepiej jest sięgnąć po tę książkę dopiero po zapoznaniu się z poprzednimi częściami przygód Vespera. W książce sporo jest nawiązań do przeszłości, które wprawdzie wiele wyjaśniają o stosunkach panujących między rodami i poszczególnymi postaciami, jednak by w pełni zrozumieć sytuację w jakiej znajduje się najmłodszy z Lordów należy znać jego przeszłość. Ułatwi to również zorientowanie się w politycznych zagrywkach pomiędzy pozostałymi Lordami.

   Akcja powieści rozpoczyna się od pierwszego zebrania Kapituły, w którym Vesper uczestniczy jako Lord rodu Inaitów. Spadły na niego nowe obowiązki oraz wielka odpowiedzialność i musi sobie z tym poradzić. Zamieszanie jakie wybuchło wśród wampirów i poszczególnych rodów zdecydowanie nie ułatwia mu życia i stawia przed nim kolejne wyzwania.

   „Młody” to kolejna okazja do spotkania z Vesperem i wampirami tworzącymi oficjalnie nieistniejący ród Inaitów – Araneą, Nidorem, Resem czy Celerem. W książce mamy okazję przyjrzeć się bliżej Lordom pozostałych rodów, których większość również mieliśmy okazję poznać w poprzednich tomach. Z nielicznych nowych postaci najważniejszy jest Ignis – wampir z rodu Winorośli, który okazuje się kluczową postacią w powstałym wśród rodów zamieszaniu. Jest też pierwszym Inaitą rekrutowanym już po oficjalnym utworzeniu rodu. Następnym nabytkiem jest Mitta, dawniej Naukowiec, będącą snifferem -potrafi przechwytywać transmisje telepatyczne, i silnym wsparciem w drużynie Vespera.

   Relacje między postaciami zostały nakreślone bardzo dobrze. Począwszy od Lordów i ich rozgrywek na najwyższym szczeblu, poprzez ich kontakty z szeregowymi wampirami w rodach, aż do stosunków między poszczególnymi postaciami. Wiele miejsca poświęcono lojalności i honorowi a także posłuszeństwu. Większość bohaterów to żołnierze i jako tacy wykonują rozkazy. Ponadto społeczeństwo wampirów wymusza wręcz poddańczy stosunek wobec Lordów nawet wśród niebojowych frakcji. Ma to ogromne znaczenie w rozgrywającej się fabule.

  Największą zaletą książki jest fabuła oraz spore tempo akcji. Wydarzenia następują po sobie błyskawicznie, nie dając bohaterom czasu na odpoczynek. Jednak mimo tego, czytając książkę nie czujemy się zagubieni i w każdej chwili bez problemów odnajdujemy się w przedstawionej sytuacji. Fabuła została skonstruowana w przemyślany sposób i wszystkie nagłe zwroty akcji są w pełni uzasadnione. 

   Język powieści jest niewymagający. Stosunkowo proste słownictwo oraz równie niewyszukana składnia nie sprawiają żadnych problemów w lekturze, pozwalając w pełni skupić się na akcji i rozgrywającej się fabule. Nie znajdziemy tu malowniczych opisów, czy dygresji. Wszystkie zdania służą do przedstawienia ciągu wydarzeń i utrzymaniu czytelnika w niecierpliwym oczekiwaniu na to, jak sytuacja się rozwinie.

   „Młody” mnie nie zawiódł. Podobnie jak: „Nocarz”, „Renegat” i „Nikt” jest świetnym czytadłem. Nie ma w niej wielkich, życiowych filozofii, czy głębokich myśli, jest za to akcja i dobrze przemyślana fabuła, co sprawia, że przez te czterysta stron mknie się błyskawicznie, chciwie chłonąc każde kolejne zdanie. Nie polecałabym zaczynania spotkania z Vesperem od tego tomu, gdyż można by się poczuć odrobinę zagubionym. Jest on natomiast bardzo dobrą kontynuacją przygody z Nocarzami i całą resztą wampirów stworzonych przez Magdalenę Kozak.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Panna i smok

Autor: Anna Dmytruszyńska
Wydawnictwo: OVO
Rok wydania: 2015

   Przy pierwszym spotkaniu z Anną Dmytruszyńską i jej „Tuzinem wierszy dla urwisów” jej twórczość wydała mi się mocno przeciętna. Ot, zwyczajne, nie zachwycające niczym wierszyki dla dzieci. Sięgając po „Pannę i smoka” nie spodziewałam się niczego szczególnego. Oczekiwałam opowieści dla dzieci, w której na próżno szukać czegoś więcej. Książka jednak pozytywnie mnie zaskoczyła.

  Bohaterką opowiadania jest królewna Helenka, dziedziczka tronu w Całkiem Ładnym Zamku. Pewnego dnia zostaje porwana przez złego smoka, który zamieszkał w okolicy. Król wraz z poddanymi rusza córce na ratunek. Nie zabrakło również przystojnego księcia na białym koniu, który zamierza zabić smoka, uratować dziewczynkę i ożenić się z nią za pięć lat. Fabuła pozornie więc jest typową bajką o uwięzionej księżniczce, jednak dość szybko możemy się przekonać, że to tylko powierzchowny osąd.

   Helenka nie przypomina typowej królewny. Nie jest rozkapryszoną, roszczeniową panną, która tylko czeka aż inni będą na jej rozkazy. Dziewczyna jest rezolutna i nie boi się samodzielnie rozwiązywać swoich problemów. Nie boi się smoka i nie ma najmniejszych oporów, by spokojnie napić się z nim herbaty. Wizyta rycerza psuje jej plany, gdyż samodzielnie znalazła znacznie lepsze rozwiązanie sprawy porwania niż bezmyślne zabicie smoka i przymusowe zamążpójście.

   O ile postać Helenki została naszkicowana drobiazgowo, o tyle pozostali bohaterowie znacznie bardziej przypominają klasyczne archetypy. Król jest królem i ojcem, który zrobi wszystko by ratować jedyne dziecko. Zgodnie z baśniową konwencją, jest poczciwym, nieco pociesznym mężczyzną, otoczonym grupką wiernych wasali. Książę na białym koniu, również w niczym nie odbiega od standardowego przedstawienia postaci. Młody, przystojny i bogaty w wszelkie przymioty ciała jest przy tym nieco zarozumiały i zbyt pewny siebie. Od baśniowego schematu odbiega nieco smok. Nie jest to bezmyślna i żądna krwi bestia. Jest inteligentny i nie ma oporów przed prowadzeniem negocjacji, dzięki którym wszystkim w królestwie będzie żyło się lepiej.

   Opowieść jest pięknie wydana. Mapy na wewnętrznych stronach okładek pozwalają czytelnikom poznać przedstawione królestwo, a nazwy poszczególny miejsc mają w sobie wiele uroku, znajdziemy wśród nich zarówno Królewski Zagon Kapusty jak i Lasy Pełne Grzybów. Kolorowe ilustracje Alicji Kocurek sprawiają bardzo baśniowe wrażenie, podkreślając konwencję przyjętą przez autorkę.  Wewnątrz znajdziemy zarówno duże dwustronicowe, wielobarwne obrazki, jak i niewielkie rysunki wpasowane w tekst. Z jednej strony duże połacie zapełnione treścią mogą nieco zniechęcić młodych czytelników, z drugiej zaś czcionka jakiej użyto jest duża i całość jest bardzo czytelna.

   Anna Dmytruszyńska używa bogatego słownictwa, które również przywodzi na myśl tradycyjne baśnie. Znajdziemy tu takie słowa, których nie używa się na co dzień, jednak nie ma ich bardzo wiele. Nie są to też ani specjalistyczne określenia, ani archaizmy, raczej wyrażenia wychodzące powoli z użycia lub po prostu niepopularne - jak choćby „pantalony”, czy „sprawunki”. W książce dominują zdania złożone, ale nie wielokrotnie, dzięki czemu są łatwe w odbiorze. 

   „Panna i smok” to wspaniała, wciągająca opowieść dla dzieci, w której autorka pobawiła się nieco z konwencja baśni i nadała historii zupełnie inny wymiar. Ma ogromny potencjał wychowawczy, gdyż ukazuje, że znacznie lepiej samemu spróbować sobie poradzić z problemem, niż czekać na rycerza na białym koniu, przynoszącego ratunek. Ubranie tej myśli w interesującą, zabawną historyjkę, sprawia, że losy Helenki poznajemy z niekłamaną przyjemnością. Książka z pewnością może pomóc w budowaniu w dziecku pewności siebie i wiary we własne siły i jest to jej ogromną zaletą.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Stos czerwcowy - potrójny

   Do dzisiejszego stosu przygotowywałam się dość długo, przez kilka dni oczekiwałam przesyłki od Sztukatera, by zawarte w niej książki uwzględnić w czerwcowej notce. Sporo zakupów tym razem i to zarówno zakupy nowych książek z Arosa, jak i używanych, nabytych w jednym z licznych internetowych antykwariatów.

   Pierwszy stosik - antykwariatowy:


   Obeliks i spółka, Wielka przeprawa Rene Gościnny, Albert Uderzo Kiedyś ten moment musiał nastąpić. To pierwsze tomy w rodzącej się powoli kolekcji Asteriksa i Obeliksa. Obydwa przeczytane.
   Katedra Jacek Dukaj, Tomasz Bagiński Zdecydowanie najdroższa pozycja na tej kupce i jak większość również z pochodząca z biblioteki, a że ogólnie jest obecnie słabodostępna, to nie wydziwiałam za bardzo, zwłaszcza, że wizualnie piękna. Przeczytana i możliwe, że doczeka się recenzji.
   Korsarz admirałem George Bidwell To książka, która sprawiła mi pewien kłopot, bo byłam pewna, że z pośród biograficznych utworów tego autora nie mam książki poświęconej Francisowi Drake'owi, okazało się jednak, że mam i jest to Pirat królowej. Porównałam obydwie i pewne różnice widać, tak czy inaczej na ten tomik znajdę chętnego, więc się nie martwię za bardzo.
   Mistrz pieśni Orson Scott Card Czytałam ją co najmniej dwukrotnie, z tym za pierwszym razem lata temu, trafiła się w przyzwoitej cenie, to kupiłam.
   Pippi Pończoszanka Astrid Lindgren To sprawczyni całego tego stosiku, jedna z moich ulubionych książek w dzieciństwie. Kupiłam ją, bo tylko tej części przygód rudej pieguski mi brakowało, a potem zerknęłam, co jeszcze ma ten sam sprzedający i tak jakoś się nazbierało.
   Bracia rywale, Zygmuntowskie czasy, Historia kołka w płocie Józef Ignacy Kraszewski Czyli przeszukiwanie przedmiotów sprzedającego, każda z nich była poniżej dwóch złotych, więc grzechem byłoby się nie skusić.
   Aleksander Wielki Maurice Druon Autora uwielbiam za jego Królów przeklętych, nie miałam więc żadnych oporów, by za śmiesznie małe pieniądze kupić kolejną jego książkę.
   Marmurowy faun Nathaniel Hawthorne to książka wybrana przypadkiem. Nazwisko autora kiedyś mi się gdzieś o uszy obiło, a że pisał już dość dawno temu, więc się skusiłam.
   Wiersze Adam Mickiewicz Całkiem solidny tomik prozy wieszcza, również za grosze, ciężko było nie brać.

   Stosik drugi - arosowy


   Naturalne związki organiczne Andrzej Kołodziejczyk Czytałam tę książkę na studiach i byłam oczarowana, mnóstwo interesującej wiedzy, podanej w bardzo fajny sposób. Nowe wydanie w porównaniu ze starym utyło o jakiś dwieście stron, więc sporo. Na pewno będę do niej zaglądać, choć raczej nie przeczytam ponownie.
   Huzar, Misja: Encyklopedia Arturo Perez Reverte Kolejne dwie książki tego autora na moich regałach (oczywiście nie mam na nie miejsca, ale to nie ważne). Pewnie nieco poczekają na swoją kolej.
   Grimm City. Bestie Jakub Ćwiek Pierwszy tom serii bardzo mi się podobał, więc trzeba było kupić kolejny. Z lekturą nieco poczekam zapewne.
   Przewodnik pani Bradshaw. Ilustrowany informator o drogach żelaznych Terry Pratchett Ciężko było nie kupić. Już przeczytana, nie wiem jeszcze czy będę recenzować.
   Żółw przypomniany Terry Pratechett, Stephen Briggs Pratchettowe kompendium, równie ciężko było się oprzeć. Czeka cierpliwie na przeczytanie.
   Ostre cięcia Joe Abercrombie Pierwsze prawo tego autora bardzo mi się podobało, więc z chęcią sięgnę po opowiadania z tego uniwersum.

   I stosik trzeci - zakupowo/recenzencko/wymiankowo/prezentowy


   Historia trucizny Adela Munoz Paez Prezent, z jednej strony trafiony, bo moja tematyka, z drugiej strony niestety zdublowany. Szuka zatem nowego domu. Recenzję nawet udało mi się napisać i nie tak dawno temu była na blogu.
   Psygoda na czterech łapach. Diuna w Himalajach Agata "Agi" Włodarczyk, Ksenia Potępa O tej książce dowiedziałam się już jakiś czas temu, śledząc profil Wombata, którego uwielbiam. Pojawiła się więc ciekawość i chęć podziwiania kolejnych rysunków Ksenii Potępy a i tematyka wydaje mi się ciekawa. Trafiła do mnie jako recenzentka.
   Mądra małpa Stefano Borgidlioni Prezent dla najstarszego z synów, książeczka z gatunku pierwszych czytanek. Przeczytana już dawno, ale recenzować nie będę.
   Dygot Jakub Małecki Kolejny autor, którego poznałam dzięki Legendom Polskim Allegro. Do tej książki przymierzałam się już jakiś czas, udało się ją przygarnąć na wymianie, więc się skusiłam.
   Boska cząstka Leon Laderman, Dick Teresi Książka, którą mocno polecał mi mąż. Kolejna po publikacjach Stephena Hawkinga porcja fizyki w planowanych lekturach.
   Dalej niż boska cząstka Leon Laderman, Christopher Hill Ciąg dalszy opowieści o bozonie Hicksa i jego kompanach. Podobnie jak po poprzednią, pewnie zbyt szybko po nią nie sięgnę.
   Prowadź swój pług przez kości umarłych Olga Tokarczuk Kolejna pozycja z wymiany, skusiłam się gdyż zaintrygował mnie Pokot Agnieszki Holland, a którego jeszcze nie obejrzałam. Książka przeczytana, ale nie zachwyciła. Jutro wędruje do nowego domu.
   Ukryte życia lasu David Haskell Na blogu crazy nauka czytałam pochlebną recenzję tej książki, zresztą do takiej tematyki zachęcać mnie nie trzeba. Recenzentka od Sztukatera.
   Sprawy Sherlocka Holmesa Arthur Conan Doyle Podobnie jak z pierwszą pozycją w tym stosie, również prezent i również dubel. Szuka nowego domu.
   Co w trawie piszczy Sabina Kaszak, Ewa Kussowska, Grażyna Naczyk To książeczka to również prezent, ale i nagroda. Wydana przez Miejski Ogród Zoologiczny Wybrzeża w ramach akcji Let it grow. Podoba mi się jej forma,
   Stąd do płotu, czyli z życia wiejskiego podwórka Anna Kaca Dopełnienie sztukaterowego zamówienia. Mała książeczka dla małych czytelników. Recenzja wkrótce.
   Czar kąkoli. Wybór fraszek Janusz Sipkowski Podobnie jak poprzedniczka, ta również dopełniała zamówienie. Lubię fraszki za ich zwięzłość, a jak są trafne, to tym bardziej. Przeczytałam kilka na wyrywki i już wiem, że nie będę żałować wyboru.

   Uff! Udało się wrzucić wszystko co do mnie ostatnio przyszło. Jak widać tematyka rozmaita, jak zawsze, a plany czytelnicze również, jak zawsze, odległe. Zdjęcia niestety nie najlepszej jakości, a że książki już rozdysponowałam po regałach, więc lepszych fotek nie będzie.

sobota, 17 czerwca 2017

Grom i szkwał

Autor: Jacek Łukawski
Cykl: Kraina Martwej Ziemi. Tom II
Wydawnictwo: SQN Imaginatio
Rok wydania: 2017

  Gdy skończyłam debiutancką powieść Jacka Łukawskiego byłam nią zachwycona. To sprawiło, że niezwykle niecierpliwie wypatrywałam jej kontynuacji, tym bardziej, że najchętniej czytam cykle za jednym zamachem, unikając czekania na pojawienie się kolejnego tomu. W przypadku „Gromu i szkwału” czas, jaki przyszło mi na nią czekać dość mocno odbił się na odbiorze powieści. Musiała sprostać sporym oczekiwaniom oraz nie najlepszej pamięci odnośnie wydarzeń przedstawionych w „Krwi i stali”, a to nie wyszło jej na dobre. Po drodze pochłonęłam opowiadanie „Gianca” i już to nieco ostudziło moje oczekiwania.

   „Grom i szkwał” jest bezpośrednią kontynuacją „Krwi i stali”. Wątki urwane w pierwszym tomie, tu biegną dalej bez żadnego odstępu czasu. Arthorn wraz z Marcasem po powrocie do Wondertel zamiast odpocząć po trudach przeprawy przez Martwicę, musi zmierzyć się z oblężeniem Carmenes przez lorda Aurissa i zaginięciem następczyni tronu – księżniczki Azure. Jest ona jedyną kobiecą postacią pierwszoplanową i jedną z dwóch nowych postaci w tym tomie cyklu. Drugim bohaterem jest Ark Olson, znany z opowiadania „Gianca”. Niestety autorowi nie udało się wyeliminować problemu, jaki pojawił się w pierwszej części. I choć postacie są nieco mniej sztampowe, poznajemy ich głębię i motywy, to jednak nadal relacje między bohaterami są dość proste i schematyczne. Lojalność sługi względem przełożonego, wymagania władczyni względem wasali, czy uwielbienie dla lokalnego bohatera, to tylko przykłady związków między nimi na jakie natrafimy na kartach powieści. Trudno doszukać się bardziej skomplikowanych motywów ich postępowania.

   Mroczny i tajemniczy Fardor, który zagościł na kartach „Krwi i stali” w dalszym ciągu pozostaje mroczny i tajemniczy. Dowiadujemy się o nim niewiele. Pojawia się natomiast równie enigmatyczna Pani, dla której prawie wszyscy pracują w mniej lub bardziej jawny i oczywisty sposób. Nie można nie odnieść wrażenie, że Pani rządzi całym przedstawionym światem, jednak o tym dlaczego i co zamierza z nim zrobić się nie dowiemy.

   Poznany w pierwszym tomie świat mocno się rozrósł na kartach „Gromu i szkwału”. Poza płanetami i ich mieszkańcami, którzy pojawili się w „Giance” wraz z bohaterami zwiedzamy kolejne krainy. Ziemie zamieszkane przez smoki, czy ogromny labirynt podziemnych tuneli, to tylko nieliczne z nowych przestrzeni wyrysowanych przez autora. Wszystkie zostały przedstawione dość dobrze, choć można by narzekać na ich nadmiar i wynikający z niego brak drobiazgowości. To sprawia, że choć nowych ziem jest tu sporo, o wielu dowiadujemy się jedynie tyle, że są nowe i nieznane wcześniej bohaterom.

   Sporą bolączką, utrudniającą lekturę powieści są nawiązania do pierwszej części i dość mętna ogólna polityka przedstawionych stronnictw. To sprawia, że przez pierwszą połowę książki dość trudno zrozumieć o co tak naprawdę chodzi i do czego dążą bohaterowie. Wynika to nie tyle z głębi ich motywów, co raczej z symbolicznego i chaotycznego ich przedstawienia. 

   Język książki nie odbiega niczym od tego z pierwszego tomu. Ponownie znajdziemy tu sporo archaizmów nawiązujących do czasów średniowiecznych. Nazwy stworzeń zamieszkujących uniwersum Martwej Ziemi są albo zgodne z mitologią słowiańską, albo wymyślone przez autora w taki sposób, że idealnie się do niej wpasowują. Warstwa językowa to jedna z mocniejszych stron tej książki.

   Po ogromnych oczekiwaniach odnośnie drugiej części „Krainy Martwej Ziemi” przyszło spore rozczarowanie. Lektura nie pochłonęła mnie prawie zupełnie i musiałam się zmuszać, by zasiąść do książki, choć podejrzewam tego problemu częściowo można by uniknąć, gdybym tomy czytała jeden po drugim. Ponadto trudno było się uwolnić od poczucia zagubienia i całkowitego chaosu, jakby autor miał ogromną ilość pomysłów i wszystkie próbował umieścić w jednej powieści, nie przejmując się na ile ma to sens. I choć tak od drugiej połowy, to wrażenie mija, to jednak znacznie wpływa na odbiór lektury. Nie jest to jednak zła książka, a cały cykl ma ogromny potencjał.

wtorek, 13 czerwca 2017

Cuda z mleka. Pankracy i Tatarak na tropie bakerii

Autor: Justyna Bednarek
Cykl: Czytam sobie. Poziom 2
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2017

   Zachęcanie dzieci do czytania książek to inicjatywa, której zawsze będę gorąco kibicować. By to się jednak udało potrzeba nie tylko odpowiednio napisać książkę, ale i znaleźć temat na tyle interesujący, by młody czytelnik czuł, że z lektury dowiedział się czegoś nowego i ciekawego. Seria „Czytam sobie” ukazująca się nakładem wydawnictwa Egmont zawiera między innymi opowiastki dla dzieci, w których przemycono nieco wiedzy o otaczającym nas świecie. Jedną z takich książeczek są „Cuda z mleka” a jej tematem jest fermentacja mlekowa. Jako mama i biotechnolog w jednym, nie mogłam przejść obojętnie obok takiej pozycji.

   W książeczce mały chłopiec – Pankracy pozostawił poza lodówką bidon napełniony mlekiem i gdy napił się z niego następnego dnia, był zdziwiony zmianami jakie w nim zaszły. Na szczęście obecny w pobliżu profesor Tatarak wyjaśnił mu, co się stało i dlaczego. A dzięki specjalnemu pojazdowi młody bohater mógł na własne oczy zobaczyć cud fermentacji mlekowej.

   Książeczka jest bardzo kolorowa i bogato ilustrowana. Ostre, wyraźne kontury oraz plamy niczym z rozlanej farby przywodzą na myśl rysunki kilkulatka, są jednakże bardzo przyjemne dla oka. Przedstawione schematycznie bakterie oraz proces fermentacji może dalekie są od rzeczywistego obrazu, jednak idealnie go prezentują. Znajdziemy tu sympatyczne pozytywne bakterie i groźnie wyglądające złe bmikroby. Pokazano też cząsteczki cukrów i białek, których wielkość jest absolutnie nieproporcjonalna do wymiarów drobnoustrojów, jednak gdyby zachować proporcje, to nie byłoby ich widać w ogóle. 

   Pod względem merytorycznym nie można się jednak przyczepić do przedstawienie tego, co dzieje się w pozostawionym w pokojowej temperaturze mleku. Informacje o fermentacji przedstawione zostały w sposób zrozumiały i choć są mocno uproszczone, to, co niezwykle ważne, w uproszczenia nie wkradły się przekłamania. Dzięki temu po lekturze, bez problemu można porozmawiać z dzieckiem o pominiętych szczegółach, bez konieczności prostowania zawartych w książeczce informacji. Walory edukacyjne tej, jakby nie było, niepopularnonaukowej lektury są warte docenienia.

   Jak możemy przeczytać na okładce, książeczka zalicza się do czytanek drugiego poziomu w serii „Czytam sobie”. Oznacza to, że nie znajdziemy tu ani polskich znaków (z wyjątkiem „ł” i „ó”), ani dwuznaków. Słownictwo zostało dobrane z pominięciem tych, trudniejszych głosek, co z pewnością ułatwia składanie zdań początkującemu czytelnikowi. Natrafimy tu natomiast na kilkanaście trudniejszych, specjalistycznych słów, takich jak: konsystencja, cytoplazma, czy fermentacja. Pozwala to dziecku na znaczne wzbogacenie słownictwa i poznanie nowych, ciekawie brzmiących terminów. I choć mamy tu do czynienia z celowym uproszczeniem języka, zarówno pod względem składni jak i doboru użytych głosek, nie razi to jednak dzięki bogatemu słownictwu.

   Jest to bardzo ciekawa pozycja i zdecydowanie rodzi w młodym czytelniku głód wiedzy oraz budzi zainteresowanie otaczającym nas światem. Znajdziemy tu zarówno ciekawą, fantazyjną fabułę, jak i dyskretnie przemyconą, poprawną merytorycznie, wiedzę. Książeczka skłania do zadawania pytań i zgłębienia tematu, dzięki czemu jest to prawdziwie wartościowa lektura, która spełnia wszystko, co powinna spełniać książeczka dla dzieci uczących się czytać: daje przyjemność z czytania oraz pozwala dowiedzieć się czegoś nowego.  Z pewnością jest to pozycja znacznie bardziej godna uwagi, niż czytanki sprowadzające się do przedstawienia zabawnych przygód bohaterów.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Sztukater.

niedziela, 11 czerwca 2017

Góry, ludzie, kontynenty w obiektywie ekstremalnej kamery. Góry i telewizja

Cykl: Góry, ludzie, kontynenty w obiektywie ekstremalnej kamery. Tom I
Autor: Jerzy Surdel, Andrzej Mirek
Wydawnictwo: Annapurna
Rok wydania: 2015

   Jerzy Surdel to jedna z tych osób, które mają bardzo dużo do powiedzenia a ich opowieści są wyjątkowe, między innymi ze względu na niebanalne koleje ich życia. W wywiadzie Andrzeja Mirka poznajemy historię najsłynniejszego polskiego filmowca wysokogórskiego, autora „Trylogii taternickiej”, której druga część „Odwrót” zdobyła mnóstwo prestiżowych nagród i nawet dziś po ponad pięćdziesięciu latach robi niezwykłe wrażenie.

   W pierwszej części wywiadu Jerzy Surdel opowiada skąd wzięła się jego pasja i miłość do gór. O tym jak wyglądał raczkujący jeszcze powojenny alpinizm i o pierwszej powojennej, polskiej wyprawie w Alpy. Wysokogórska opowieść kończy się na roku 1974 i pierwszej polskiej wyprawie w Himalaje. Jerzy Surdel był tam po raz drugi, pierwszy raz stopę stawiając na Mont Everście w międzynarodowej wyprawie kilka lat wcześniej. Wyprawa z 1974 roku była szczególna. Grupa Polaków po raz pierwszy szturmowała ośmiotysięcznik, a wybór padł na Lhotse – czwarty najwyższy szczyt świata od Mont Everestu oddzielony Przełęczą południową. Jednak w historii polskiego alpinizmu wyprawa ta zapisała się również tragicznie, gdyż to właśnie na stoku Lhotse zamarzł na śmierć Staszek Latałło – pierwsza, polska ofiara Himalajów. Wspomnienia Jerzego Surdla są w tej kwestii o tyle istotne,  że to on rozmawiał z nim jako ostatni i to on znalazł do wiszącego na linie przy podejściu na stoku Lhotse.

   Podtytuł wywiadu brzmi „Góry i telewizja” i telewizyjnej pracy oraz karierze Jerzego Surdla jest on w znacznej mierze poświęcony. Mamy okazję poczytać o tym, jak stawiał on swoje pierwsze kroki za kamerą, kręcił pierwsze ujęcia i kształcił się na operatora filmowego. W międzyczasie podjął pracę w telewizji katowickiej, gdzie skupiał się na transmitowaniu wydarzeń kulturalnych. Po latach przeniósł się do telewizji Kraków. Był też częścią zespołu tworzącego szkołę filmową w Algierze. Jednak to podróżnicze dokonania są zdecydowania najciekawsze w jego biografii. Jako filmowiec pojechał na pierwszą polską wyprawę do Etiopii, następnie jako członek międzynarodowej ekipy szturmował Himalaje, by po trzech latach wrócić do nich już z polską ekspedycją. Jednak zanim Jerzy Surdel wyruszył na dach świata, stworzył pierwszy swój film dokumentalny - „Dwóch”. Dziesięciominutowy etiuda została uhonorowana na przeglądzie filmów wysokogórskich w Trento nadając mu etykietkę filmowca wysokogórskiego. 

   W wywiadzie z Andrzejem Mirkiem, Jerzy Surdel zdradza kulisy tworzenia filmów dokumentalnych połączonych z pasją odkrywania tego, co jest za następnym szczytem. Ta pasja często napędzała jego kroki kierując go w góry i do Afryki. Mamy okazję poznać jego wspomnienia z dzieciństwa naznaczonego wojną (urodził się w 1935 roku) oraz kilka epizodów z jego osobistego życia. Jednak  prywatności i swoim bliskim Jerzy Surdel poświęca w wywiadzie bardzo niewiele miejsca, na pierwszym miejscu stawiając góry, film i podróże.

   Książkę czyta się bardzo dobrze a wspomnienia jej bohatera są niezwykle interesujące. Pozwalają poznać choć w drobnym stopniu trudy z jakimi borykają się himalaiści okiem operatora kamery. Ekstremalne przygody i budzące najróżniejsze emocje wspomnienia, od zachwytu i dumy z bycia pierwszym na ośmiotysięczniku, po smutek i żal po stracie przyjaciół z branży – śmierć Staszka Latałły jest tylko jednym z tragicznych zgonów, z jakimi musiał borykać się Jerzy Surdel. 

   Z książki wyłania się niebanalna postać, prowadząca niezwykle barwne i pełne wrażeń życie, którego co ważniejsze epizody śledzi się z niekłamaną przyjemnością. To wszystko sprawia, że jest to atrakcyjna pozycja nie tylko dla alpinistów i miłośników wspinaczki wysokogórskiej. Podobnie jak wspomnienia Ryszarda Szafirskiego, jakie znajdziemy w książce „Przeżyłem,więc wiem” również wydanej nakładem Annapurny, jest to niezwykle interesująca lektura, z której wrażenia pozostaną z czytelnikiem na dłużej.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 10 czerwca 2017

Bagno

Patrzę na otaczające mnie morze zieleni, ostrożnie stawiam stopy. Wiem że tak żywy odcień to zasługa wilgoci, podmokłego gruntu, i mchów, które wytrzymują nawet największe upały. Nad zwartym kobiercem torfowca wynurzają się włochate białe kępki wełnianki. Miejscami, niczym obrośnięta drobnymi liśćmi żmijka snuje się cienka nitka żurawiny, na której kołyszą się, zielone jeszcze owoce. Torfowisko otacza cichy las, majestatyczne stare olchy i rachityczne brzozy o bladych pniach. Gdzieniegdzie tylko żywą zieleń podkreśla ciemna barwa świerków o smętnie zwieszonych gałęziach. Na brzegu panuje przytulny półmrok, promienie zachodzącego słońca rysują na brunatnej tafli pachnącej rozkładem wody złote refleksy. Obraz przed moimi oczami jest wręcz doskonały. Zachwyca i kusi leniwym spokojem.

Ostrożnie stawiam pierwszy krok. Gruby dywan ugina się delikatnie pod moimi stopami, jednak nie czuję by przenikała przez niego woda. Złocąca się tafla znajduje się prawie w zasięgu ręki. Wyraźnie widzę niezbyt odległe brunatne dno, brązowa woda jest przejrzysta, choć przekłamuje barwy. Robię kolejny krok. Tym razem zapadam się głębiej. W równym szeregu przytulonych do siebie torfowców otwiera się rana, w której zapada się moja stopa. Czuję przyjemny chłód gdy noga zagłębia się z bagnie z cichym mlaśnięciem. Nie panikuję, nie robię nic, by ją wyciągnąć. Daję  się porwać grzęzawisku. Bez problemu robię kolejny krok odrywając stopę, która do tej pory asekurowała mnie z suchego brzegu. Im dalej od niego, tym podłożę robi się mniej stabilne. Woda dociera do kolan powoli sunąc wzdłuż uda niczym pieszczota wyrafinowanego kochanka. Czuję jak coraz  bardziej zapadam się w oparzelisku, a jednak jakaś tajemnicza siła nie pozwala mi się poruszyć. Stoję nieruchomo i zapadam się w bagnie. Nie czuję zagrożenia. Wciąż zachwycam się nieruchomością otaczającej mnie przyrody. Woda podchodzi coraz wyżej, jej delikatny dotyk podnieca mnie i koi jednocześnie. Czuję się integralną częścią mokradła, które bierze mnie w swoje władanie. Oddaję mu się bez żadnych wątpliwości. Pogrążam coraz bardziej z błogością na rozchylonych ustach. Chcę tu być, zostać na zawsze, zapomnieć o wszystkim innym. Gdzieś na granicy podświadomości resztki rozsądku wyją niczym syrena alarmowa. Ignoruję ją, Jak można zwracać uwagę na coś tak przyziemnego? Wizja pełnego oddania się oparzelisku jest tak szalenie kusząca. Oddaję się więc w całości, nie zostawiając na suchym brzegu niczego, co mogłoby mnie zawrócić z obranej już drogi. Czerpię perwersyjną przyjemność z tego oddania. Brunatna woda zalewa mi płuca, jednak nie myślę o tym. Nie czuje bólu, nie odzywa się strach. Jestem spokojna i szczęśliwa, gdy nad moją głową zasklepia się rozdarty kobierzec torfowca. Jestem cała twoja!

piątek, 9 czerwca 2017

Gianca

Autor: Jacek Łukawski
Cykl: Kraina Martwej Ziemi
Wydawnictwo: SQN Imaginatio
Rok wydania: 2017

   Wydawnictwo SQN Imaginatio rozpieszcza swoich czytelników co jakiś czas wypuszczając w formie darmowego e-booka opowiadania wchodzące w skład wydawanych przez nich cyklów. Tak było w „Parchem” Piotra Patykiewicza dającym wgląd w świat znany z „Dopóki nie zgasną gwiazdy”. Tak jest też w przypadku opowiadania „Gianca” Jacka Łukawskiego, tworzącego wraz z „Krwią i stalą” uniwersum nazwane przez autora Krainą Martwej Ziemi. 

   Niecierpliwie czekając na premierę „Gromu i szkwału” sięgnęłam po opowiadanie, by przypomnieć sobie zmyślony przez Jacka Łukawskiego świat oraz jego bohaterów. I tu nastąpił poważny zgrzyt, gdyż „Gianca” nie ma nic wspólnego z fabułą, jaką zaprezentowała „Krew i stal”. Nie spotkamy tu poznanych tam bohaterów, nie a też mowy o jakimś związku z przedstawionymi wydarzeniami. Na dobrą sprawę nawet pokazany tu fragment uniwersum zdaje się nie mieć nic wspólnego z „Krainą Martwej Ziemi”.

   Opowiadanie zabiera czytelników w świat płanet – latających wysp, pomiędzy którymi kursują statki napędzane mocą kryształów. Wśród płanetników krążą legendy o świecie poniżej, pod sklepieniem chmur, gdzie ponoć możliwe jest życie. Nikomu jednak nie udało się tego zweryfikować, gdyż na granicy chmur kryształy unoszące okręty stają się niestabilne i statki giną bez wieści. Krążą jednak legendy, że komuś udało się tam dotrzeć i wrócić z wielkim bogactwem. Te historie rozpalają wyobraźnię Arka Olsona, głównego bohatera opowieści i kierują go w stronę jego pirackiej kariery.

   Świat płanet został dobrze przedstawiony. Dostajemy informację o tym, czym jest i jakie zasady nim rządzą. Poznajemy fragmenty historii społeczności i krajów płanetników, które dają dość dobry wgląd w sytuację polityczną. Pojawia się też nić łącząca rzeczywistość sponad chmur z tą, znaną w pierwszego tomu „Krainy Martwej Ziemi”, co pozwala umiejscowić w przestrzeni płanety i ich mieszkańców. Trudniej zaś o umiejscowienie przedstawionych wydarzeń w czasie i powiązaniu ich z tym, co działo się w „Krwi i stali”.

   Jeśli chodzi o bohaterów „Gianci” to opowiadanie skupia się wokół osoby Arka Olsona i o otaczających go postaciach nie dowiemy się zbyt wiele.  Główny bohater został dobrze nakreślony i możemy poznać go dość blisko. Dowiadujemy się o przeszłości, która go ukształtowała oraz o motywach jakie nim kierują. Postacie z dalszych planów opowieści są nakreślone bardzo symbolicznie. Po prostu się pojawiają, odgrywają swoją rolę i znikają w niebycie.

   Opowiadanie napisane jest łatwo przystępnym językiem, wzbogaconym licznymi archaizmami i mniej licznymi neologizmami. Znaczenia tych drugich bez problemu można się domyślić z kontekstów w jakich występują. Te pierwsze zaś nie powinny sprawić problemu czytelnikowi przywykłemu do powieści historycznych czy fantastycznych, w których świat kreowany jest również za pomocą doboru odpowiednich słów. Użyte przez autora zdania są dość proste, nie znajdziemy tu na długich, wielokrotnie złożonych fraz, które wymagałyby skupienia na lekturze. Dzięki temu opowiadanie czyta się błyskawicznie, zwłaszcza, że fabuła została przedstawiona w interesujący sposób.

   „Gianca” choć uzupełnia uniwersum „Krainy Martwej Ziemi” w żadnym wypadku nie wymaga znajomości „Krwi i stali” czy późniejszego „Gromu i szkwału”. Jest utworem samodzielnym i jako taki wypada nieźle. Ciekawa wizja płanet i ich mieszkańców przykuwa uwagę i budzi chęć poznania reszty przedstawionego świata. Niestety losy głównego bohatera już nie. Historię Arka śledzi się beznamiętnie, bez większych emocji i ciekawość tego, co będzie dalej jest znikoma. Choć opowiadaniu daleko do bycia wyśmienitą lekturą, jednak nie można powiedzieć by była zła. Nie zachwyca ale i nie irytuje, niestety, nie można też powiedzieć by stanowiła zachętę do poznania „Krainy Martwej Ziemi”.

wtorek, 6 czerwca 2017

52 tygodnie

Autor: Anne Crauzas
Tytuł oryginału: L’aiseau sur la branche
Tłumaczenie: Anna Nowacka-Devillard
Wydawnictwo: Widnokrąg
Rok wydania: 2017

   Ostatnio niezwykłą popularnością cieszą się książki o zwierzętach i roślinach, które znaleźć możemy na wyciągnięcie ręki. Drzewa, kwiaty, czy ptaki to często bohaterowie książek popularnonaukowych, w których ściśle naukowych informacji nie znajdziemy zbyt wiele. Tego typu pozycje od dawna były obecne w literaturze dla dzieci, wzbudzając w młodych czytelnikach zamiłowanie do przyrody. Jedną z takich książek są „52 tygodnie” Anne Crauzas.

   Autorka prezentuje czytelnikom zmiany jakie dokonują się w ciągu roku na jednej gałęzi jabłoni a głównymi bohaterami są, kolejno na niej przysiadające, ptaki. Najzwyklejsze, dobrze znane ogrodowe ptaki, ale i nieco bardziej egzotyczni goście, nie kojarzący się na co dzień z ogrodową fauną. Znajdziemy tu takich bohaterów jak szczygieł, sikora, wróbel ale i kraskę, czy wilgę, ptaki nie tylko znacznie rzadziej występujące ale i preferujące nieco inny biotop.

   Mimo sporych rozmiarów książki (duży format, ponad sto stron) tekstu jest w niej niewiele. Każdy tydzień został opisany raptem kilkoma zdaniami, informującymi o zmianach jakie następują w przyrodzie i kolejnych etapach rozwoju jabłoni. Również ptasim gościom poświęcono kilka słów, dość wyrywkowo przedstawiając ich zwyczaje. Nie są to informacje emblematyczne dla poszczególnych gatunków, raczej dość luźno wybrane ciekawostki.

   Językowo nie jest to pozycja zbyt wymagająca, dzięki czemu nie sprawi problemu młodemu czytelnikowi. Niewielka ilość tekstu na każdej ze stron i dość proste zdania oraz nieskomplikowane słownictwo trafią nawet do tych dzieci, które dopiero uczą się czytać. Nie znajdziemy tu wyrażeń specjalistycznych, ściśle związanych z ornitologią, a język potoczny.

   Książka jest pięknie wydana i bogato ilustrowana. I choć na każdym z rysunków znajduje się dokładnie ta sama gałąź jabłoni, to zmiany jakie zachodzą w kolejnych tygodniach są dobrze widoczne. Pękające pąki, rozkwitające kwiaty, zawiązane i dojrzewające owoce. Rysunki są realistyczne, choć prawie zupełnie pozbawione cieniowania. Barwne, prawie jednorodne plany sprawiają nieco minimalistyczne wrażenie, pozwalają jednak na dobrą identyfikację przedstawionych gatunków ptaków. Tym bardziej, że zostały one narysowane w rzeczywistym rozmiarze z zachowaniem prawidłowych proporcji.

   Książka niewątpliwie ma w sobie spory walor edukacyjny i może posłużyć do rozpoznania i nazwania kilkudziesięciu gatunków popularnie występujących ptaków. Na temat ich zwyczajów natomiast nie dowiemy się zbyt wiele. Jest natomiast bardzo dobrym pierwszym krokiem dla przyszłych miłośników ptaków, gdyż nie przytłacza treścią, pozwalając jednak dość jednoznacznie oznaczyć spotkane w naturze gatunki.

   „52 tygodnie” to bardzo interesująca pozycja, która powinna skusić wszystkich młodych miłośników przyrody, tym starszym również dostarczając sporo przyjemności. To jedna z takich książek, obok których trudno przejść obojętnie, gdyż minimalizm w szacie graficznej zachwyca. Nie jest to typowo popularnonaukowa propozycja, jednak nie można odmówić jej edukacyjnego aspektu. Z pewnością w niejednym czytelniku potrafi wzbudzić zamiłowanie do przyrody, i to nie do tej spektakularnej, egzotycznej, ale do tej zwyczajnej, codziennej, którą mamy na wyciągnięcie ręki.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

niedziela, 4 czerwca 2017

Bestia najgorsza i inne sny o miłości i wolności

Autor: Michał Cetnarowski
Wydawnictwo: Powergraph
Rok wydania: 2017

   Rzadko kiedy sięgam po szeroko rekomendowane pozycje, o których wzmianki pojawiają się często. Spośród nowości również najczęściej sięgam po nowe książki znanych mi autorów, zamiast po utwory pisarzy prawie zupełnie mi obcych. Nieco inaczej było z „Bestią najgorszą” Michała Cetnarowskiego, której zapowiedzi i recenzje widziałam dość często. Mój kontakt z twórczością pisarza ograniczał się do utworu „Wywiad z Borutą”, który współtworzył wraz z Łukaszem Orbitowskim. Jednak z bliżej nieokreślonych przyczyn najnowsza pozycja w serii powergraphowych „Kontrapunków” przyciągnęła moją uwagę. Po lekturze mogę stwierdzić jedno – intuicja mnie nie zawiodła.

   „Bestia najgorsza” to zbiór sześciu opowiadań, których akcja rozgrywa się we współczesnej Polsce. Większość z nich wprowadza czytelnika w ciężki, mroczny klimat, z którego niełatwo się uwolnić. Pełny tytuł zbioru opowiadań wspomina o miłości i wolności, i w tekstach Michała Cetnarowskiego znajdziemy zarówno różne odmiany tej pierwszej, jak i silne pragnienie zasmakowania tej drugiej. Większość przedstawionych bohaterów poszukuje ścieżki, która ich w jakimś stopniu wyzwoli, czy jest to „nauczający społeczeństwo” Jan Korwin Maria Pałuba z tytułowego opowiadania, czy zagubiona bohaterka „Kwantowych kochanków”, czy też uzależniony od seksu Paweł Łazarczuk, kochający wszystkie spotkane na swej drodze kobiety z utworu „RP Productions”.

   Przedstawionych, bardzo różnorodnych bohaterów, łączy dogłębna samotność i poczucie pustki. Każde z nich samodzielnie stawia czoła okolicznościom w jakich się znalazło, gdyż nie mają przy sobie kogoś, kto by przyspieszył z pomocą. Nawet wspólnota przedstawiona na kartach opowiadania „Strach. Historia rodzinna” jest raczej zbiorem osób o podobnych problemach, połączonych we wspólnym celu, niż rodziną, którą łączyłaby prawdziwa bliskość. Takie zaprezentowanie bohaterów jest bardzo bliskie współczesności. W świecie piętnującym każdą słabość i spłycającym prawdziwe uczucia, niezwykle trudno o bratnią duszę, kogoś z kim można osiągnąć pełnię porozumienia i poczuć wyjątkową bliskość.

   Autor w niezwykle plastyczny sposób przedstawia otaczającą nas rzeczywistość. Począwszy od lat dziewięćdziesiątych i burzliwego okres przełomu mileniów aż do drugiej dekady obecnego wieku. Świat, który większość z czytelników bardzo dobrze zna z własnych wspomnień został przedstawiony niezwykle realistycznie. Poznajemy tylko jego wyrywki, fragmenty jakie zapisały się w umysłach bohaterów, jednak mimo tego możemy być pewni, że jest to nasz, dobrze znany nam z codzienności świat, a nie surrealistyczna wizja autora.

   Od pozostałych opowiadań odstaje ostatni tekst w tym tomie: „Żadna na świecie rzecz”. W przeciwieństwie do poprzednich, tu bohaterowie są bardzo młodzi. Już nie są to zmęczeni życiem dorośli po różnych przejściach i traumach hodowanych przez lata, a nastolatkowie i ich pierwsze „dorosłe” problemy. I choć również tu od początku pogrążamy się w mrocznej atmosferze duchowej samotności głównej bohaterki, to jednak zakończenie niesie ze sobą sporą dawkę optymizmu. To właśnie on najbardziej wyróżnia to opowiadanie, po jego lekturze nie czujemy się przytłoczeni beznadziejnością położenia głównego bohatera i ciężaru problemów, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Tu nastąpiło wyzwolenie.

   Książki nie  czyta się łatwo czego powodem jest niełatwy język jakim posługuje się Michał Cetnarowski. Wielokrotnie złożone zdania są tak naszpikowane epitetami, że łatwo jest zgubić ich kontekst. W wielu miejscach natrafimy na prawdziwą wyliczankę określeń i synonimów, podkreślających emocje jakie autor chce w nas wzbudzić. Niezbyt często pojawiające się dialogi są wolne od tego przeglądu metafor i epitetów. Poprowadzone zostały w bardzo naturalny sposób, co nadaje bohaterom realizmu. Czasem zamiast pełnych dialogów pojawia się jedynie wyliczanka fraz padających z ust jednego z rozmówców, przez co stajemy się ich bezpośrednimi odbiorcami i sami zaczynamy zastanawiać się nad tym, jak na nie odpowiedzieć.

   Lektura opowiadań zdecydowanie wymaga od czytelnika skupienia i cierpliwości, gdyż czasem można poczuć się przytłoczonym nadmiarem epitetów. O ile nie jest to aż takim problemem, gdy w tekście pojawia się jeden narrator, o tyle, gdy jest ich kilkoro, jak w opowiadaniu „Strach. Historia rodzinna” można poczuć się nieco zagubionym. Tym bardziej, że przejścia między narratorami są bardzo płynne, więc nie zawsze mamy pewność czyje wrażenia poznajemy w danej chwili.

   Ogromna ciekawość, jaką obudziła we mnie ta książka, została w pełni zaspokojona. Spodziewałam się niełatwej lektury, która wzbudzi prawdziwe emocje i taka właśnie jest ta pozycja. Wymagająca ale i niezwykle wciągająca, pozwalająca w pełni poznać emocje i nastroje przedstawionych bohaterów jest jedną z takich książek obok, których trudno przejść obojętnie. „Bestia najgorsza” to zbiór opowiadań, o którym szybko się nie zapomina, gdyż lektura pozostawia po sobie, nieco przyciężkie, ale silne i trudne do zatarcia wrażenia.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

czwartek, 1 czerwca 2017

Dziecko Odyna

Autor: Siri Pettersen
Cykl: Krucze pierścienie. Tom I
Tytuł oryginału: Odinsbarn
Tłumaczenie: Anna Krochmal, Robert Kędzierski
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2016

   Kampania reklamowa debiutanckiej powieści norweskiej pisarki Siri Pettersen nawiązuje do ogromnej popularności, jaką w całej Europie zyskały skandynawskie kryminały. Czy "Dziecko Odyna", otwierające cykl Krucze pierścienie, ma szanse wybić się spośród dominującej literatury anglosaskiej i rozpocząć zmasowane poszukiwania innych dzieł pochodzących z północnej Europy?  To się dopiero okaże, póki co z całą pewnością można stwierdzić, że mamy do czynienia z porządnie napisaną powieścią.

   Autorka stworzyła świat pozornie niewiele różniący się od historycznej Skandynawii. Trudne do przebycia góry gęsto pokryte lasami stanowią dominującą scenerię dla wydarzeń rozgrywających się w powieści. Uniwersum zamieszkiwane jest przez podobną do ludzi rasę: Ætlingów wyróżniających się posiadaniem ogona oraz wrażliwością na Evnę – duchową siłę drzemiącą we wszystkich elementach przedstawionego świata. Każdy Ætling potrafi jej zaczerpnąć, by z jej pomocą poszerzyć swoje umiejętności. Tej zdolności pozbawieni są Ślepi oraz Dzieci Odyna, istoty z dawno zapomnianych legend, które dla wielu mieszkańców są jedynie mitem. Podania głoszą, że gdzieś wśród gór i lasów rozrzucone są Krucze Pierścienie – kamienne kręgi będące bramami do innych światów. Jednym z nich jest ten zamieszkiwany przez Dzieci Odyna – ludzi.

   Uniwersum jest przedstawione bardzo drobiazgowo. Dotyczy to zarówno opisów miejsc, jak i wprowadzeniu w sytuację polityczną i społeczną w nim panującą. Poznajemy różne strony konfliktu a także tajemnicze siły, wybiegające znacznie ponad to co znane jest społeczeństwu. Analizując rozgrywające się w powieści wydarzenia możemy dojść do wniosku, że autorka doskonale przemyślała nie tylko wizję przedstawionego świata, której trzyma się konsekwentnie przez całą powieść, ale i tak rozplanowała bieg wydarzeń, by z każdym tomem odkrywać coraz to nowe jego obszary.

   Głównymi bohaterami powieści są Hirka i Rime. Łączy ich młodość, dzieli zaś wszystko inne. Dziewczyna nie jest Ætlingiem, o czym dowiaduje się dopiero po swoich piętnastych urodzinach. Jako niemowlę została znaleziona wśród śniegów, a brak ogona, zupełna niewrażliwość na Evnę oraz fizyczne podobieństwo do ogoniastych jasno wskazują, że jest jednym z budzących grozę Dzieci Odyna. I choć nikt już nie pamięta, czemu tak jest, lęk mieszkańców jest silnie zakorzeniony i trudny do przezwyciężenia. Poza tym, Hirka jest prawie zwyczajną nastolatką, pełna kotłujących się emocji pod wpływem, których podejmuje błędne decyzje. Wyróżnia ją zupełnie niedziewczęcy tryb życia. Przyuczana od wczesnych lat przez swego przybranego ojca w ziołolecznictwie, nie waha się spędzać godzin na poszukiwaniu cennych ziół. Żądza przygód zaś sprawia, że znacznie ciekawsza wydaje jej się rywalizacja z Rime przy wykonywaniu fizycznych ćwiczeń, niż typowo „babskie” zajęcia. Tym co najbardziej w niej irytuje jest niedojrzałość postępowania, która jednak jest w pełni uzasadniona z racji na młody wiek.

   Niewiele starszy od Hirki, Rime jest dziedzicem rządzącego rodu i jego przyszłość jest z góry ustalona. Ma zając miejsce w Wewnętrznym Kręgu – radzie sprawującej władzę w prawie całym znanym świecie. Chłopak jednak nie godzi się z takim losem, a wrodzona dociekliwość i przenikliwość sprawiają, że zaczyna nim gardzić. Gdy następuje wielka chwila, w której ma wybrać swój dalszy los, z obrzydzeniem porzuca to, co każdy przyjąłby z wielką chęcią i dołącza do elitarnej sekcji zabójców. Rime jest silnym i odważnym młodzieńcem, który choć często waha się, co powinien zrobić, zawsze podejmuje słuszne decyzje. Zawsze też, jest tam gdzie być powinien a  wszystko czego się podejmuje kończy się sukcesem. Jego wyidealizowany obraz może nieco irytować, jednak bohater został przedstawiony w taki sposób, że nie rzuca się to w oczy zbyt wyraźnie.

   Powieść posiada również silnego antagonistę. Jest nim Urd, trzydziestokilkuletni, świeżo upieczony członek Wewnętrznego Kręgu. Nękany przez dziwną chorobę, zachowuje się niczym szaleniec. Nie można mu jednak odmówić umiejętności kontrolowania innych i sprawiania, by robili dokładnie, to co zechce. W skutek tajemniczej intrygi, której kulis nie dane jest nam poznać wplątuje się w niebezpieczną grę, sprawiającą, że zaczyna stanowić zagrożenie dla całego znanego świata. Urd jest ambitny a wśród motywów, które nim kierują równie ważna jest chęć poczucia ulgi i wyzwolenia od cierpień, co pragnienie władzy.

   Trudno zarzucić cokolwiek kreacji postaci, a jedyne czego można się przyczepić to zbytnie wyidealizowanie Rimego oraz bardzo ewidentne przedstawienie Urda jako najczarniejszego charakteru całej powieści. Nie są to jednak poważne wady, zaś postacie zostały przedstawione na tyle interesująco, że ich poczynania budzą emocje oraz niecierpliwą chęć jak najszybszego poznania ich dalszych losów. Równie ciekawie zostały zaprezentowane relacje między nimi. Dotyczy to zarówno silnej więzi łączącej Rimego z Hirką, jak i ich relacji z innymi, drugoplanowymi postaciami. Bohaterowie są konsekwentni w swym postępowaniu i nie natrafimy tu na żadne zachowania, które by do nich nie pasowały.

   Fabuła powieści wciąga. Wydarzenia następują po sobie szybko a sytuacja co rusz diametralnie się zmienia. Co ważne, nie zabrakło tu również drobiazgowego przedstawienia świata, dzięki czemu nie otrzymujemy serii zdarzeń oderwanych od rzeczywistości, a silnie zakotwiczony w uniwersum ciąg przyczynowo skutkowy. Zwroty akcji są konsekwencją zmieniających się okoliczności i nie pojawiają się jedynie po to, by wzbudzić w czytelniku silne emocje. Jednocześnie fabuła książki jest na tyle intrygująca, że doskonale przykuwa uwagę i od powieści ciężko się oderwać.

   Lektura upływa niezmiernie przyjemnie i bardzo szybko. Ogromna tu zasługa stylu jakim napisane zostało Dziecko Odyna. Użyte zdanie nie są nadmiernie skomplikowane, nie można ich również nazwać prostymi. Można natomiast poczuć lekkie zniechęcenie z powodu korekty. W wielu miejscach znajdziemy nieładne, zupełnie zbędne powtórzenia, natrafimy również na błędy w odmianie wyrazów. Może nie są one zbyt częste, jednak każdy purysta językowy zgrzytnie przy nich zębami. Ogólnie jednak język sprawia bardzo dobre wrażenie, idealnie oddając zarówno klimat przedstawianych scen jak i charaktery bohaterów powieści.

    "Dziecko Odyna" to powieść warta uwagi i budzi ogromny apetyt na więcej. Wśród przedstawionych postaci znajdziemy wiele takich, które budzą emocje i których losy chcemy poznać jak najszybciej. Świat przyciąga i zachwyca a umiejętność pracy piórem autorki sprawia, że zagłębianie się w nim jest przyjemnością. O tym, czy powieść Siri Pettersen będzie pierwszym z ogniw skandynawskiej fali ogarniającej fantastykę (jak głosi hasło na okładce), dopiero się przekonamy, jest to jednak powieść na tyle dobra, że warto po nią sięgnąć i niecierpliwie wypatrywać kolejnych tomów.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Insimilion.

środa, 31 maja 2017

Historia trucizny. Od cykuty do polonu

Autor: Adela Munoz Paez
Tytuł oryginału: Historia del venomo
Tłumaczenie: Marta Nosol
Wydawnictwo: Bellona
Rok wydania: 2015

   Możliwość pozbycia się wrogów w sposób dyskretny, szybki i nie budzący niczyich podejrzeń od zawsze wydawał się kuszący. Z drugiej strony przyroda obfituje w substancje, których spożycie często staje się ostatnim posiłkiem. Nic więc dziwnego, że narodziła się mroczna i niebezpieczna sztuka, wykorzystująca to co daje natura, by poradzić sobie z „kłopotami”. Truciciele zawsze pojawiali się, często stojąc dyskretnie w cieniu, tam gdzie była władza. I choć wiele się zmieniło, nie jest to tylko pieśń przeszłości, gdyż i najnowsza historia nie jest wolna od przypadków otruć.

   Tę interesującą dziedzinę wiedzy postanowiła wykorzystać Adela Munoz Paez, łącząc historię z chemią i medycyną, przybliżając w „Historii trucizny” kulisy najsłynniejszych otruć. Po książkę sięgnęłam bardzo chętnie, wiele sobie po niej obiecując, zwłaszcza biorąc pod uwagę chemiczne wykształcenie autorki. Niestety początkowy entuzjazm słabł z każdą kolejną stroną i lekturę kończyłam może nie tyle z mniejszym zainteresowaniem, za to z o wiele mniejszym zaangażowaniem.

   Opisywane przypadki historycznych otruć uporządkowane zostały w sposób chronologiczny. Poznajemy dokładny przebieg zgonów takich osób jak Kleopatra, Borgiowie a w końcu Maria Skłodowska-Curie (która była ofiarą przeprowadzanych przez siebie eksperymentów). Przy każdym przypadku otrucia wspomniana jest też konkretna substancja odpowiedzialna za zgon. Czasem zidentyfikowana dość jednoznacznie, kiedy indziej pozostająca w sferze domysłów. Pisarka przytacza szereg charakterystycznych objawów i konfrontując je ze źródłami historycznymi snuje tezy dotyczące poszczególnych przypadków otruć.

   Książkę czyta się dość dobrze. Jest napisana płynnym, lekkostrawnym językiem, który nawet laikom nie powinien sprawić żadnego kłopotu. Zabrakło mi w niej właśnie tej fachowości, a skrótowe, wręcz encyklopedyczne informacje o toksynach, to znacznie mniej niż się po tej pozycji spodziewałam. Ponadto tłumaczenie również pozostawia nieco do życzenia. Dość rażącym wydała mi się niedoróbka, gdzie przy opisywanym zatruciu muchomorem ani razu nie padła jego polska nazwa, choć zarówno opis jak łacińska nazwa jednoznacznie wskazują z czym mamy do czynienia. Drobnych wpadek można było znaleźć w książce nieco więcej.

   „Historia trucizny” to interesująca pozycja a jej największą zaletą są opisy otruć znanych z historii. I choć można by jeszcze dorzucić sporo przypadków – na przykład pominięcie w rozdziale o rtęci przypadkowego masowego zatrucia zbożem skażonym metylortęcią w Iraku w latach 1969-1971, wydało mi się dość poważnym brakiem. Takich braków można znaleźć znacznie więcej a wybiórczość w potraktowaniu tematu sprawia, że można odczuć powierzchowność w potraktowaniu tematyki. Publikację spokojnie można by rozszerzyć, co tylko urozmaiciłoby lekturę. Tym bardziej, że nie jest to wcale gruba książka, a pominięcie dość głośnych przypadków budzi niepewność, czy zostały pominięte celowo, czy może z powodu niepełnej wiedzy autorki.

   Lektura pozostawia ogromny niedosyt. I choć znajdziemy w książce bogatą bibliografię, to jednak trudno nie odnieść wrażenia, że potencjał drzemiący w tej, jakże interesującej tematyce, nie został dostatecznie wykorzystany. Nie mogę stwierdzić, bym zmarnowała czas na lekturze tej książki, gdyż znalazłam w niej wiele ciekawych przypadków a te opisane zostały w sposób wiarygodny i budzący ogromne zainteresowanie. Jednak selektywne podejście do tematu sprawia, że trudno tę pozycję potraktować, jako poważne, a tym bardziej dogłębne, źródło informacji. Nie jestem w stanie ocenić na ile jest to publikacja rzetelna pod względem historycznym, jednak jeśli chodzi o wiedzę z zakresu chemii czy toksykologii, to rażących błędów tu nie znalazłam, jednak skromność podanych informacji nie jest w stanie zaspokoić wymagającego czytelnika.

wtorek, 30 maja 2017

Rysiek Zyga. Zdumiewający Pan Magik

Autor: Megan McDonald
Tytuł oryginału: Rocky Zang in the Amazing Mr. Magic
Tłumaczenie: Aldona Możdżyńska
Cykl: Hania Humorek i przyjaciele
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2017

   Gdy dziecko uczy się czytać, potrzebuje dobrze wyselekcjonowanych lektur, które z jednej strony będą napisane prosto, z drugiej zaś zaprezentują na tyle interesującą historię, by wzbudzić w młodym czytelniku głód literatury. „Rysiek Zyga. Zdumiewający Pan Magik” autorstwa Megan McDonald idealnie wpisuje się w powyższe wymagania.

   Bohaterami niewielkiej objętościowo książeczki są Hania Humorek (której autorka poświęciła osobny, kilkunastotomowy cykl), jej młodszy brat oraz przyjaciel Rysiek Zyga. Oboje są dziećmi w wieku wczesnoszkolnym, mieszkają po sąsiedzku i z przyjemnością spędzają ze sobą czas. Autorka bardzo wiarygodnie przedstawiła postacie. Bohaterowie mówią i zachowują się jak dzieci i radzą sobie z typowo dziecięcymi emocjami. Dzięki temu dla młodego czytelnika są bardzo wiarygodni, co z pewnością przekłada się na pozytywny odbiór książki.

   Równie realistyczne są przedstawione wydarzenia. Rysio zamarzył o karierze magika i prezentuje Hani oraz jej młodszemu bratu sztuczki, których się nauczył. Jak przystało na kreatywne dzieci, mają swoje pomysły i realizują je doskonale się bawiąc. Zabawa budzi nie tylko pozytywne emocje, co również jest charakterystyczne dla dzieci w tym wieku. Wzajemna zaś sympatia bohaterów oraz pewien przymus wynikający z braku rówieśników w okolicy, sprawiają, że młodzi bohaterowie szybko zapominają o urazach i łatwo godzą się ze sobą.

   Książka jest przeznaczona do samodzielnego czytania dla dzieci i ma to swoje odzwierciedlenie w użytym przez autorkę języku. Historia opowiedziana jest prostymi słowami, łączącymi się w równie proste, krótkie zdania. I choć dorosłego, wyrobionego czytelnika taka prostota może razić i nawet irytować, jest ona w pełni zrozumiała, gdy zwróci się uwagę na grupę, dla której ta książeczka jest przeznaczona. Młody czytelnik nie napotka zbyt wielu trudności lekturze, dzięki czemu przebrnie przez nią szybko i z przyjemnością.

   Opisane przygody z pewnością przykują uwagę młodego czytelnika, a wiarygodność w przedstawieniu bohaterów i wydarzeń sprawi, że dziecko nie poczuje się znużone lekturą. Dostosowanie języka do wieku odbiorcy ma swoje zalety, choć nie jest też pozbawione wad. Z jednej strony, młody czytelnik sprawnie poradzi sobie z lekturą, co z pewnością zachęci go do czytania. Z drugiej zaś, taki a nie inny dobór języka sprawia, że książeczka dość szybko może się dziecku znudzić. Ponadto nie można też mówić o poznaniu nowego słownictwa, gdyż opowieść napisana jest codziennie używanym, potocznym językiem. O ile w wypowiedziach młodych bohaterów jest on jak najbardziej zrozumiały, o tyle już we fragmentach narracyjnych można by się pokusić o bogatszy zasób słów.

   „Rysiek Zyga. Zdumiewający Pan Magik” świetnie się sprawdzi jako książeczka pobudzająca do czytania. Jednak dla już nieco oczytanego dziecka może okazać się zbyt prosta i nieco trywialna. Przygody młodych bohaterów są zabawne i na tyle codzienne, że czytelnik bez problemu będzie w stanie wyobrazić siebie na ich miejscu, co jest dużym plusem książki. Zabrakło w niej jednak jakiegoś głębszego dna, czegoś, co stałoby się zalążkiem rozmowy, jaką dziecko mogłoby przeprowadzić z rodzicami, bądź co skłoniłoby je do przemyśleń. Jest to prosta, rozrywkowa lektura, która niejednemu dziecku przyniesie wiele radości i z pewnością sprawdzi się w swej podstawowej roli: zachęci młodego odbiorcę do czytania.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

niedziela, 28 maja 2017

Stosik na koniec maja

   Dopiero co się chwaliłam pięknym porządkiem na moich książkowych półkach a już znów mam parę pozycji, które trzeba będzie wcisnąć na regały. Choć i tak stosik jest wyjątkowy, bo nie ma na nim żadnej książki, którą bym kupiła. Miałam w planach zakup kilku majowych premier, ale skoro udało się je dostać do recenzji, pozostaje tylko się cieszyć. Stosik składa się wyłącznie z zamówienia recenzenckiego od Sztukatera oraz wygrana w jednym z konkursów na Lubimycztać. Co tym bardziej wyjątkowe, z zamówionych książek większość już udało się przeczytać, ale fakt, krótkie były.

   A wygląda to tak:


   52 tygodnie Anne Crausaz Książka, która mocno zaskoczyła mnie gabarytami. Pięknie wydana pozycja dla młodych miłośników przyrody, prezentująca ptaki w ogrodzie. Już przeczytana, więc recenzja wkrótce.
   Panna i smok Anna Dmytruszyńska Z tą autorką miałam już do czynienia przy okazji lektury Tuzina wierszy dla urwisów. Sięgnęłam więc ponownie i tu również zaskoczył mnie format książki. Też już za mną.
   Kapitan Czart. Przygody Cyrana de Bergerac Louis Gallet Fanpage wydawnictwa MG co chwilę podsuwał mi tę pozycję i kusił, pewnie bym ją kupiła, ale udało się dostać do recenzji. Właśnie czytam.
   Oto jestem, Wszystko jest iluminacją, Strasznie głośno, niesamowicie blisko Jonathan Safran Foer To właśnie konkursowa wygrana. Zupełnie nie moja bajka i książki szukają już nowego domu. W konkursie wzięłam udział pod wpływem impulsu, bo miałam pomysł na odpowiedź na konkursowe zadanie. Absolutnie nie liczyłam na wygraną.
   Długi kosmos Terry Pratchett, Stephen Baxter To właśnie jedna z tych majowych nowości, którą na pewno bym kupiła. Udało się inaczej, co cieszy. Czeka aż skończę z Kapitanem Czartem.
   Młody Magdalena Kozak Do tej nowości również się przymierzałam, Przeczytałam i powoli zabieram się za pisanie.
   Zosia z Ulicy Kociej w ciekawych czasach Agnieszka Tyszka O Zosi z Ulicy Kociej już kiedyś pisałam przy okazji recenzji pierwszego tomu. Wzięłam więc i najnowszy, z myślą, że będę mieć komu go podarować, jak już zrecenzuję.
   Cuda z mleka Justyna Bednarek Nie mogłam przejść obojętnie obok książki opowiadającej dzieciom o fermentacji w szklance mleka.

   I to wszystko tym razem, Dominują książki dla dzieci, dlatego i zamówione pozycje w większości już przeczytałam. Wszystkich recenzji dla Sztukatera możecie się spodziewać u mnie na blogu, choć prawdopodobnie dopiero w czerwcu.

wtorek, 23 maja 2017

Tysiąc imion

Autor: Django Wexler
Tytuł oryginału: The Thousand names
Cykl: Kampanie cienia. Tom I
Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2016

   "Tysiąc imion" rozpoczyna debiutancki cykl amerykańskiego pisarza Django Wexlera zatytułowany "Kampanie cienia". Określony przez wydawcę jako militarystyczna fantastyka niesie ze sobą nie tylko szczęk oręża i huk broni palnej, ale i tajemniczą  oraz mroczną magię. 

   Django Wexler stworzył autorski świat, przenosząc czytelników w pustynne rejony Khandaru, krainy bardzo starej, jednak mocno zacofanej technologicznie względem tego, co w powieści uchodzi za rejony cywilizowane. W skutek zagranicznej polityki Vordanu – tej lepiej rozwiniętej części świata, w Khandarze stacjonują oddziały kolonialne. Po wybuchu rewolucji na tle wyznaniowym wojska vordańskie bronią prawowitego władcy pustynnych miast. Odkupienie przedstawione zostało jako krwawa rebelia, bezlitośnie rozprawiająca się ze wszystkimi, którzy nie przyjęli nowych poglądów. Gdy na brzegach Khandaru lądują posiłki dowodzone przez ambitnego pułkownika Vhalnicha niewielkie kolonialne oddziały ruszają na znacznie liczniejszego, miejscowego wroga.

   To właśnie kolejne bitwy między Khandarem a kolonistami są osią, wokół której skupia się akcja pierwszej części powieści. Pułkownik, pozornie bardzo beztrosko prowadzi swoje oddziały do walki z Odkupieniem by odzyskać tron dla prawowitego króla. W powieści przedstawiono zarówno pełne chwały bitwy, jak i drobne starcia. Autor nie pominął również tych mniej chwalebnych części prowadzenia kampanii wojskowej i przedstawia kulisy marszu niedoświadczonych oddziałów przez piaski pustyni. Mamy wgląd zarówno w to co dzieje się w sztabie, gdzie zapadają decyzję, jak i w zwykłych szeregach żołnierzy, w których nie brak brutalności, naiwności i głupoty. Sceny walk zostały przedstawione bardzo dynamicznie i realistycznie a jedyne co można im zarzucić, to fakt, że wszystkie założenia taktyczne pułkownika spełniają się w stu procentach. Brak tu chaosu i nieprzewidywalności, które nieodmiennie powinny towarzyszyć wojennej kampanii.

   W drugiej części powieści, nie brakuje kolejnych podbojów i wypraw, które na Vhalnicha rzucają podejrzenie szaleństwa. Tym  co zaczyna się wyróżniać w pewnym momencie jest magia, o której wcześniej prawie w ogóle nie ma wzmianki. Tajemne moce z czasem stają się namacalne i realne w przedstawionym świecie, by dojść do kulminacji w zakończeniu powieści. Przedstawiona przez pisarza magia jest potężna i mroczna, budząca niepokój i zdająca się nie prowadzić do niczego dobrego. Choć nawet ona może posłużyć do ratowania życia, jednak koszta okazują się nieprzewidywanie wysokie.

   Fabułę powieści poznajemy z trzech perspektyw, przy czym udział jednej z nich jest znikomy. Wśród głównych bohaterów, których postępowania i przemyślenia śledzimy są: doświadczony kapitan kolonialnych oddziałów Marcus d’Ivoire, niespodziewanie awansowany na sierżanta szeregowy Winter Ihernglass oraz stojący po drugiej stronie konfliktu khandarski polityk Jaffa. Temu ostatniemu poświęcona zdecydowanie najmniej miejsca i rozdziałów rozpoczynających się od jego imienia znajdziemy w powieści bardzo mało. Pozostałej dwójce poświęcono porównywalną ilość czasu, dzięki czemu poznajemy kulisy kolonialnej kampanii z dwóch perspektyw.

   Dwoje głównych bohaterów to dość ciekawe osobistości. Marcus jest nieco naiwnym, doświadczonym kapitanem, który po latach spędzonych w kolonii świetnie orientuje się w realiach khandarkiego społeczeństwa. Jego wiedza często wystawiana jest na ciężką próbę, gdy przychodzi mu wykonywać rozkazy pułkownika Vhalnicha. Łączy w sobie odwagę i zamiłowanie do życia pozbawionego problemów To drugie nigdy mu nie przeszkadza w działaniu i choć niejednokrotnie żałuje swojego postępowania, jednak nigdy nie waha się gdy trzeba podjąć trudną decyzję. Tę cechę dzieli z nim Winter. Dziewczyna, ukrywająca swoją płeć i uciekająca przed ponurą przeszłością, nagle z oddziałowego popychadła musi przeistoczyć się w dowódcę. Wprawdzie jest jedynie sierżantem, jednak i to wiążę się z odpowiedzialnością za podległych jej ludzi. Winter radzi sobie wyjątkowo dobrze, co sprawia, że początkowe przerażenie związane z nową sytuacją potrafi przekuć w sukces.

   W powieści nie brak postaci czarno-białych. Znajdziemy tu zarówno typowego brutala, napawającego się możliwością gnębienia słabszych – sierżant Davis, jak i genialnego stratega, niepopełniającego błędów – pułkownik Vhalnich. Nie brakuje tu również postaci znacznie mniej jednoznacznych, jak choćby kapitan Aldrecht czy panna Alhundt. Kreacje wszystkich postaci, tych przedstawionych drobiazgowo i tych jedynie delikatnie nakreślonych są poprowadzone w sposób przemyślany od samego początku. Brakuje tu jednak jakiegoś charakteru, który silnie przyciągałby uwagę a jego postępowanie budziłoby emocje. Losy bohaterów śledzi się dość beznamiętnie i choć nie można powiedzieć, by były nudne, trudno przywiązać się do kogokolwiek na tyle, by z niecierpliwością wypatrywać powrotu do przerwanego końcem rozdziału wątku.

   Powieść napisana jest poprawnie i płynnie, nie zachwyca jednak pod względem językowych. Składnia jest stosunkowo nieskomplikowana a i słownictwo nie urzeka bogactwem, nie znajdziemy tu nadmiaru środków stylistycznych. Nie natrafimy tu również na żadne rażące błędy, ani manierę, które budziłyby niechęć do lektury. Dzięki temu książkę czyta się bez większych przestojów. Niestety w warstwie językowej nie ma nic, co mogłoby zachwycić.

   Początek "Kampanii cienia" to ciekawa powieść, w której proporcje między akcją a opisami dobrane są bardzo dobrze. Książka ani nie nudzi dłużyznami, ani nie rozczarowuje zbyt zdawkowym przedstawieniem świata, w jakim rozgrywa się fabuła powieści. Bohaterowie może i nie przyciągają zbyt wiele uwagi, ale i nie zniechęcają do sobie. Jest to książka ze wszech miar poprawna i pozwala czerpać przyjemność z niezobowiązującej lektury. Raczej nie zapadnie na zbyt długo w pamięci czytającego, jednak po przewróceniu ostatniej strony, zdecydowanie chce się poznać dalsze losy jej bohaterów.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Insimilion.

poniedziałek, 22 maja 2017

Biblioteka

   Dziś wyjątkowo, nierecenzencki post, a przymierzałam się do niego już od dłuższego czasu, od kiedy to udało mi się (w końcu!) zrobić porządek w książkach, które posiadam. Na zdjęciach poniżej znaleźć można tak z 95% wszystkich tomów, jakie mam w domu. Nie załapały się niefotogeniczne książki akademickie i kucharskie.
Ostatni tego typu post pochodzi z lipca 2013 roku, więc mój stan posiadania mocno ewoluował. Cześć książek znalazło nowy dom a znacznie więcej ich do mnie przybyło. Jeśli zaś chodzi o stan przeczytanych i nieprzeczytanych... tu no cóż, podejrzewam, że procentowo ilości pozostają takie same, choć muszę przyznać, że książki kupuję nieco rzadziej. Tak czy inaczej poczekalnia się nie kurczy, choć i rozrasta się ostatnio we w miarę wolnym tempie. Bieżący stan mojej biblioteczki oraz listę książek, które z chęcią wymienię, jak zawsze można znaleźć na moim profilu na Lubimyczytać. Pilnuję, by chociaż tam był porządek, bo mocno pomaga to w zakupach, zwłaszcza antykwariatowych. Tamtejszy licznik wskazuje, że posiadam w domu 1899 książek, a następne już są w drodze. Muszę zacząć szykować się do świętowania z okazji 2000.

A poniżej zdjęcia z krótkim opisem.

Zaczynam od półki Pratchettowej, tu tylko pół półki, z racji na rozmiar "Ostatniego bohatera" dalej


Pratchetta ciąg dalszy, z luką na "Długi kosmos" oraz "Jesiennymi ogniami w ramach uzupełnienia.


Fantastyki ciąg dalszy, w tym kolekcja Eddingsa


I miejsce na sci-fi, "Diuna", twórczość Georga Wellsa, dalej Orson Scott Card.


I jeszcze więcej Carda, dalej już fantastyka.


Zagranicznej fantastyki ciąg dalszy (w kącie chowa się "Mechaniczny" Iana Tregillisa, dalej już polska fantastyka.


I jeszcze więcej polskiej fantastyki, głównie Dukaj i Komuda, na dolnej półce w kącie chowa się "Idź i czekaj mrozów" Marty Krajewskiej.


I jeszcze trochę polskich fantastów z przewagą Ziemiańskiego i Sapkowskiego. Z brzegu przycięły 
się pierwsze dwa tomy "Achai" i "Trylogia Husycka".


Końcówka fantastyki na dole, i początek klasyki zagranicznej. Górna półka zdominowana przez Henry'ego Jamesa.


Końcówka Jamesa i początek brytyjskich klasyków: Jane Austen, Wilkie Collins, Charles Dickens...


Ciąg dalszy. Z góry nieco rozmyte siostry Bronte a na dole Shakespeare


A tu Elizabeth Gaskell, Walter Scott i WIlliam Makepeace Tackeray, dalej przejście do klasyków francuskich. Począwszy od Colette, dalej Victor Hugo.


I jeszcze kilku francuzów, między innymi Honore de Balzac i Maurice Druon.


I spory zbiór Aleksandra Dumas oraz nieco Włochów.


Rosjanie i przejście do literatury współczesnej.


Tu już kryminalnie, Robert van Gulik i Elizabeth Peters, dalej Arthur Conan Doyle i Agatha Christie. W kącie u góry chowają się "Kalevala" oraz "Księga tysiąca i jednej nocy"


Agathy Christie ciąg dalszy, niżej Maurice Leblanc oraz nieco polskich kryminałów.


I jeszcze więcej literatury współczesnej. Dominuje Wilbur Smith ustawiony cyklami, niestety formaty są rozmaite. Dalej między innymi Jose Freches i dalekowschodnie klimaty. W kącie dolnej półki, klasyczne już "Kwiaty śliwy w złotym wazonie".


Jeszce trochę francuzów, w tym ulubiony Roland Topor, dalej Arturo Perez Reverte i literatura iberoamerykańska - Gabriel Garcia Marquez, Mario Vargas Llosa i Isabel Allende. Następnie skandynawia - Mika Waltari, Sigrid Undset.


I Polacy, od wspóczesnych, po klasyków.


I jeszcze trochę polskich klasyków, zdominowanych tu przez Józefa Kraszewskiego.


Tu już literatura przygodowa i dziecięca, polska i zagraniczna.


Klasyka przygodowej: Karol May, Julius Verne i Jack London.


Jeszcze trochę dziecięcej w tym Lucy Maud Montgomery, czy z Polaków Kornel Makuszyński.


Reszta dziecięcej i popularnonaukowa - Formaty niestety wymuszają takie pomieszanie. Na górnej półce prawie cała kolekcja "Tajemnic zwierząt".


Popularnonaukowej ciąg dalszy, dominują przyrodnicze.


Oraz pięknie wydane albumy.


Tu "Encyklopedia Dzikich zwierzą" i mój ulubiony David Attenborough obok rozmaitości.


Niewielka, wąska półka, gdzie zgrupowałam albumy różne, przewodniki i kilka książek, które ciężko zakwalifikować.


Tu już pozycje około- geograficzne i podróżnicze.


Motoryzacyjne i historyczne


Historycznych ciąg dalszy oraz biografie, na dole głównie te pisane przez George'a Bidwella.


   I to już (dopiero) wszystko. Ostrość zdjęć jest różna, ale nie miałam cierpliwości by tego pilnować. Jak widać jest tego bardzo dużo, optymistycznie szacuję, że przeczytałam jakieś 40%, co wcale nie przeszkadza w poszukiwaniach coraz to nowych książek. O tyle dobrze, że niektóre rzeczy, które chciałam mieć już mam w komplecie, choć co rusz pojawiają się jakieś nowe tytuły.