poniedziałek, 13 listopada 2017

Konstelacja

Autor: Marek Machura
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Rok wydania: 2017

   Do sięgnięcia po debiutancką powieść Marka Machury, zatytułowaną „Konstelacja” skusił mnie snobistyczny światek ambulistów – kolekcjonerów zabytkowych lasek. Był to dla mnie wątek na tyle nowy i niespotykany w literaturze, że wzbudził moje zainteresowanie. Niestety powieść nieco rozczarowała i choć czytało się ją całkiem nieźle, to znaleźć w niej można sporo mankamentów, negatywnie wpływających na wrażenia z lektury.

   Pierwszoosobowa narracja sprawia, że fabuła skupia się wyłącznie wokół głównego bohatera. Simon jest bogatym właścicielem zamku Blackwey Fort. Miejsce to jest jego azylem, gdyż poza odwiedzającą go raz w tygodniu gosposią i nieczęstymi gośćmi pozostaje w nim sam. Codzienną monotonię rozpraszają mu sporadyczne zakupy nowych lasek do kolekcji. Samuel, snuje plany związane z napisaniem książki, związanej z jego kolekcją, rozpamiętuje jedno wydarzenie z przeszłości, które mocno rzutowało na to, kim jest i co robi teraz, oraz, odkąd w jego ręce trafiła laska Wellingtona czyta jego biografię.

   Postać Samuela otacza wiele niedopowiedzeń. Jego wiek możemy oszacować na około pięćdziesiąt lat, jednak równie dobrze może mieć z dekadę więcej. Nie dowiemy się, skąd wziął się jego majątek, wiemy tylko, że sam go zdobył dzięki własnym umiejętnościom. Bohater nie pracuje i źródło jego utrzymania (oraz utrzymania ogromnej posiadłości) jest nieznane. Gdy dodamy do niego silne oderwanie od współczesności i skupienie na rozpamiętywaniu tego co było, jawi się nam jako postać mało realistyczna. Z jednej strony mamy więc dojrzałego mężczyznę, z drugiej zaś młodzieńczo naiwnego marzyciela, dla którego przypadkowa noc wśród narkotycznych wizji sprzed lat wydaje się czymś niezwykle ważnym wokół czego próbuje budować sens swojej dalszej egzystencji.

   Nieliczni pozostali bohaterowie zarysowani są równie enigmatycznie. Ważne są w zasadzie jedynie stosunki łączące ich z Samuelem oraz ich ambulistyczna pasja, bądź jej brak. Ich relacje z głównym bohaterem nie pozwalają zbyt wiele wywnioskować na jego temat. Jedynym wyjątkiem jest niełatwy związek z matką, która nagle, po kilkudziesięciu latach ponownie pojawia się jego życiu.

   Fabuła leniwie toczy się w przeciągu mniej więcej dwóch lat, przełomowych dla nowego millenium. W bieżącą akcję autor, wplótł jednak mnóstwo wspomnień i dygresji, nawiązujących do przeszłości Samuela. One, podobnie jak cała powieść, też skupiają się wokół jego charakteru, przemyśleń i skutków, jakie rzutują na dzień bieżący. Wśród rozważań i retrospekcji głównego bohatera, ginie gdzieś celowość fabuły. Pewne wydarzenia sugerują wyrazistą kumulację, narastającego napięcia, jednak siła jej wyrazu może rozczarowywać. Część scen natomiast zdaje się być zupełnie nie na miejscu i bez związku z główną osią fabularną, ich wpływ na kreacje postaci również jest znikomy.

   Czytając „Konstelację” odniosłam silne wrażenie, że książce dobrze by zrobiło, gdyby czas akcji cofnąć o wiek albo dwa. O ile snobizm i brak zajęć głównego bohatera nie raziły by u dziewiętnastowiecznego dziedzica, o tyle w przypadku bohatera wchodzącego w nowe tysiąclecie są już zupełnie niezrozumiałe. Pojawiające się czasem zdobycze cywilizacyjne, takie jak telefon czy dyktafon, najczęściej nie odgrywają znaczącej roli i bez problemu można by z nich zrezygnować, lub zastąpić czym innym.

   Książkę czyta się całkiem nieźle i językowi niewiele można zarzucić. Stosunkowo bogate słownictwo i zrozumiała, niewymyślna składnia, to wszystko czego potrzeba, by swobodnie przewracać kolejne strony powieści. Znajdziemy tu sporo opisów, okraszonych uroczymi metaforami, dobrze oddające angielski klimat i obraz prowincji.

  Ciekawy motyw przewodni – historyczne laski został dość dobrze wyeksploatowany i jest to jedną z zalet książki. Zgodnie z obietnicami z okładki, powieść Marka Machury miała zmusić do refleksji, niestety głównym pytaniem, które towarzyszyło mi podczas lektury, było: „dokąd to wszystko zmierza?” a zakończenie nie dało na nie satysfakcjonującej odpowiedzi.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

środa, 8 listopada 2017

Kolekcja pośmiertnych portretów

Autor: Maciek Jakubski
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2017

   Wydawnictwa typu vanity cieszą się niezbyt pochlebnymi opiniami wśród czytelników. Są tacy, którzy otwarcie zarzekają, że ten sposób wydawania książek psuje rynek a proponowane dzieła nie są warte najmniejszej uwagi. Jest jednak spora grupa osób, którzy fakt opublikowania debiutu w wydawnictwie vanity ignorują i dają powieści szansę. Ci pierwsi twierdzą, że nie czytając, nic nie tracą, ci drudzy natomiast mogą takie stwierdzenie zweryfikować i czasem przyjemnie się zaskoczyć. W ostatnim czasie, jedna z książek wydanych w ten sposób, wzbudziła moje zainteresowanie. Była to „Kolekcja pośmiertnych portretów” napisana przez byłego dziennikarza magazynu „CD Action” – Maćka Jakubskiego. Po lekturze mogę stwierdzić jedno –  jest to pozycja warta uwagi.

   Już sam początek powieści jest nietypowy, gdyż książkę otwiera scena zgonu głównego bohatera. Alkkenstan umarł w wyniku zarazy, jednak zamiast zacząć się rozkładać w masowej mogile, jak na przyzwoite zwłoki przystało, wstał z martwych jako licz. Ponieważ zaistniała sytuacja niezbyt przypadła mu do gustu, czarodziej postanawił poszukać pomocy u przyjaciela ze szkolnej ławy – nekromanty Nyteshada. W związku z tym, pomimo niestandardowego początku, książka idealnie wpasowuje się w typowy schemat powieści fantastycznej, gdzie bohater poszukuje ratunku (dla siebie lub dla świata) i po drodze spotyka towarzyszy oraz przeżywa rozmaite przygody.

   Godnym uwagi jest świat przedstawiony w powieści. Z jednej strony jest to klasyczna wizja pseudośredniowiecznego uniwersum, w którym oprócz ludzi mieszkają krasnoludy i różne potworne stworzenia. Z drugiej zaś, autor w kreacji świata przemycił kilka drobiazgów, nadających mu wyjątkowości, przy okazji okraszając je humorem. Spotkamy tu  prostych robotników, którzy nasłuchali się pozytywistycznych haseł o pracy u podstaw i godziwym życiu, usłyszymy bardzo naukowy język ludzi wykształconych czy będziemy mogli podziwiać zmyślne steampunkowe konstrukcje krasnoludów. Na osobną uwagę zasługuje skrupulatność autora w nazywaniu flory przedstawionego świata. Większość roślin opatrzono pełną polską nazwą gatunkową, dającą się zweryfikować w każdym podręcznym atlasie botanicznym.

   Kreacje bohaterów są zadowalające Postacie pierwszo- i drugoplanowe są wyraziste i charakteryzują się  specyficznymi cechami osobowości, posługują się również różnymi językami. Zupełnie inaczej wypowiadają się czarodzieje, zwłaszcza, gdy schodzą na branżowe tematy, a zupełnie innymi językami posługują się spotkani po drodze: barbarzyńca, złodziejka, czy były marynarz krasnolud. O ile można tego oczekiwać w każdej dobrze napisanej powieści, o tyle w „Kolekcji pośmiertnych portretów” zaznaczone jest to bardzo wyraźnie. Nie dane jest nam poznać historii poszczególnych postaci. Narrator opisuje ich przeszłość, wybierając z niej kluczowe momenty, które bezpośrednio wpłynęły, na to, że ich losy skierowały ich na drogę jaką podąża Alkkenstan. Trudno doszukiwać się wśród nich osób o ukrytych motywach, ich postępowanie jest proste i logiczne. Choć często tylko przypadek sprawia, że znaleźli się w danym miejscu i czasie, to ich postępowanie jest konsekwencją zmieniających się okoliczności.

   Powieść czyta się bardzo dobrze. Jest napisana lekkim, przystępnym i bogatym językiem. Znajdziemy tu nieco archaizmów, zwłaszcza przy opisach krasnoludzkich wynalazków, jak i odrobinę specjalistycznego słownictwa – wspomniane wcześniej nazewnictwo roślin. Pojawiają się też wtrącenia z innych języków, jak naleciałości niemieckiego przy wypowiedziach jednego z pobocznych bohaterów, albo łacina przy tytułach książek czy nazwach eliksirów i rytuałów. Stylistyka i składnia zdań jest bez zarzutu, Frazy są rozbudowane, ale i zrozumiałe, bez nadmiernych uproszczeń i zawikłania. 

   Książce nie można zarzucić zbyt wiele. Nie zaniedbano redakcji ani korekty tekstu – co często się zdarza w przypadku wydawnictw typu vanity. Stworzony świat jest spójny a następujące po sobie wydarzenia są konsekwencją podjętych przez bohaterów działań. Pewien niedosyt mogą budzić brak jakiejś głębszej intrygi, kryjącej się w motywach działania bohaterów oraz znikome informacje odnośnie ich przeszłości. „Kolekcja pośmiertnych portretów” nie jest specjalnie odkrywcza, czy przełomowa, nie pobudza do głębszego namysłu, czy analizowania otaczającego nas świata. Stanowi natomiast świetną, lekką rozrywkę a otwarte zakończenie pozostawia furtkę, na wypadek, gdybyśmy mieli jeszcze okazję powrócić do stworzonego przez Maćka Jakubskiego uniwersum.

   „Kolekcja pośmiertnych portretów” wykorzystuje znane w fantastyce schematy. Motyw wędrówki, zebranie drużyny czy przemiana głównego bohatera, tu zostały pokazane w nieco wypaczony, ale i zabawny sposób. Autor, podobnie jak przy kreacji świata, tak i przy tworzeniu fabuły sięgnął po to, co w fantastyce już było, lekko zmodyfikował, doprawił własnym pomysłem i dorzucił nieco przewrotnego humoru. Dzięki temu otrzymujemy dzieło zabawne i wciągające.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Stosik na długie jesienne wieczory

  Miałam już nie kupować książek w tym roku, ale niezbyt mi wyszło. Ba! Zdecydowanie mi nie wyszło. Niby mogę się usprawiedliwiać, że w stosie są też recenzentki i konkursowe wygrane, ale i tak stanowią niewielki procent dość okazałego zbioru zakupionego przeze mnie w ostatnim miesiącu. Książki są różne, nieco popularno-naukowych, trochę fantastyki, obowiązkowo klasyka, ale znalazło się też parę książek dla dzieci i dwa komiksy. No ale, nie ma co pisać po próżnicy. Na zdjęciach wygląda to tak:


Tradycyjnie od dołu licząc:

   Detektyw Miś Zbyś. Skarb kapitana Czarnofutrzastego Piotr Nowacki, Maciej Jasiński, Tomasz Kaczkowski To pierwszy w stosach komiks i jednocześnie recenzentka od Sztukatera. Już przeczytany i całkiem niezłe sprawił wrażenie. Recenzja pewnie się pojawi jakoś, kiedyś.
   Chłopcy 4. Największa z przygód, Chłopcy 3. Zguba, Drobinki nieśmiertelności Jakub Ćwiek Pewna internetowa księgarnia miała całkiem przyjemną promocję na książki tego autora, więc uzupełniłam swoje półki, o to czego do tej pory na nich nie było.
   Zapiski nosorożca Łukasz Orbitowski Kupiona do kompletu z poprzednimi, za powalającą kwotę ośmiu złotych. Lubię tego autora i jestem niezmiernie ciekawa jego wspomnień z RPA.
   Gargantua i Pantagruel Księga I, II i III Francois Rabalais Klasyka przygarnięta do recenzji od Sztukatera. Tak się jakoś ostatnio składa, że jak kusi mnie jakaś nowość od wydawnictwa MG, to udaje się ją dostać jako recenzentkę. Książka czeka na swoją kolej, długo nie poczeka.
   Książę Niccolo Machiavelli Kolejny klasyk, który chodził za mną już od dawna, również recenzentka od Sztukatera, akurat jestem w trakcie lektury i nie żałuję wyboru.
   Droga do Indii Edward Morgan Forster A to już spontaniczny zakup z gatunku: co ja będę robić zamówienie na mniej niż sto piećdziesiąt złotych. Trochę pewnie poczeka, ale mam na nią spory apetyt.
   Koszmar jednej nocy Elizabeth Gaskell Lubię wydawnictwo C&T za te wszystkie gotycki powieści i opowiadania, a na prozie tej autorki jeszcze nigdy się nie zawiodłam, więc myślę, że zakup udany.
   Świat kupek Terry Pratchett Książka, o której najpierw wspomniano na łamach innej książki, a dopiero potem pomysł został zrealizowany. Liczę na zabawną, lekką lekturę..
   Serce ciemności. Spolszczenie Jacek Dukaj Joseph Conrad O ile z samym autorem mam dość zabawne wspomnienia - nie ma to jak omawianie na maturze nieprzeczytanego Lorda Jima, o tyle do Jacka Dukaja zdążyłam nabrać zaufania. Liczę na dobrą, choć niekoniecznie łatwą lekturę, która zaneguje nieco nieciekawe skojarzenia z autorem.
   Wichrowe wzgórza Emily Bronte Jeden z pierwszych u mnie przypadków, gdy celowo kupiłam książkę, którą już posiadam. Niestety egzemplarz, który mam na półce wygląda źle, więc postanowiłam go wymienić na bardziej reprezentatywny.
   Virion. Wyrocznia Andrzej Ziemiański Mam, mimo wszytko, sentyment do uniwersum Achai, więc kupiłam najnowszą powieść tego autora.
  Srebrzysta śmierć, Świetlista igła. Tajemniczy pasażer Anna Kłodzińska Dawno już nie czytałam kryminałów, a coś trzeba było wziąć do recenzji. Za mną już pierwszy z nich, wrażenia całkiem niezłe.
   Ilustrowany przewodnik po Poznaniu i Wielkim Księstwie Poznańskim Konstanty Kościński Ta książka od początku mnie zaciekawiła, gdyż jest to przedruk pozycji z 1909 roku. Zdumiewające jak bardzo zmienił się język przez te sto lat z kawałkiem. Jako ciekawostka pozycja niezwykle cenna. Również od Sztukatera.



   Bezdomne wampiry. O zmroku Tadeusz Baranowski Jeszcze jakiś czas temu pojedyncze tomy osiągały horrendalne ceny na Allegro, a tu miła niespodzianka. Nie dość, że nowe wydanie, to jeszcze zebrane razem i wzbogacone o kolejne przygody Szlurpa i Burpa. Lektura już za mną i nie nazwałabym tego pozycją dla dzieci.
   Samochody z Lublina 1915-2014 Marek Kuc To książka kupiona mężowi, był z niej bardzo zadowolony.
   Podwozia i nadwozia pojazdów samochodowych Marek Gabrylewicz W zasadzie tej książki być tu nie powinno, gdyż mąż po przejrzeniu jej, stwierdził, że jednak nie do końca jest to, to co by go interesowało. Odsyłam zatem.
   Historia brudu Katehrine Ashenburg Tę książkę czytałam dość dawno temu i byłam nią zachwycona. Z chęcią wrócę, dlatego kupiłam.
   Koń doskonały Elizabeth Letts Wygrana w facebookowym konkursie od księgarni Aros. Zupełne zaskoczenie, choć nie powiem, by temat mnie nie interesował.
    Rzecz o ptakach Noah Strycker Na tę książkę długo się czaiłam i nie miałam pewności, czy chcę ją kupić, czy niekoniecznie. Przekonało mnie kilka pozytywnych opinii, więc o to jest.
   Córki Wawelu. Opowieści o jagiellońskich królewnach Anna Brzezińska Tę cegiełkę zakupiłam z dwóch powodów. Sympatii do autorki za cykl o Twardokęsku oraz nadziei na dobrze napisany kawałek historii.
   Tajemnicze życie grzybów Robert Hofrichter Z tą książkę było podobnie, jak z tą o ptakach. Tu dodatkową pokusą była tematyka, dość skrupulatnie unikana przez wielu autorów.
   Opowieść o dwóch miastach Charles Dickens Czy nie wspominałam ostatnio, że muszę w końcu zacząć czytać książki tego pisarza, zamiast tylko je namiętnie kolekcjonować?
   Kolekcja pośmiertnych portretów Maciek Jakubski Kolejna niespodziewana wygrana. Jestem już po lekturze i jestem bardzo zadowolona. Recenzja wkrótce.

Jak widać stosiszcze ogromne i jak zwykle z terminem przeczytania na nie wiadomo kiedy. Cóż, publicznie sobie obiecuję, że w tym roku już książek nie kupię. Może uda się dotrzymać słowa.

niedziela, 5 listopada 2017

Nocnik. Wypełniana forma bardziej pojemna

Autor: Wojciech Łabędź
Wydawnictwo: Jirafa Roja
Rok wydania: 2016

   Są takie książki, które niezwykle trudno określić jednym słowem, w szczególnych przypadkach można natrafić na spory problem już przy próbie zaszufladkowania utworu do konkretnej odmiany prozy i jedynym co można o nim stwierdzić, to to, że z pewnością jest to powieść. Takim, niełatwym w klasyfikacji przypadkiem jest debiutancka powieść Wojciecha Łabędzia o jakże kontrowersyjnym tytule „Nocnik. Wypełniana forma bardziej pojemna”.

   Zarówno tytuł, jak i sam początek powieści sugeruje, że mamy do czynienia z współczesną powieścią postmodernistyczną, gęsto okraszoną ukrytymi znaczeniami i wielością metafor. Pierwsze wrażenie jest, jak najbardziej, adekwatne: nie jest to książka prosta i jednoznaczna. Dominują w niej satyra z domieszką horroru, ale pojawiają się również fragmenty, które wydają się zupełnie oderwane od przedstawianej rzeczywistości, przez co zaburzają spójność opowieści.

   Powieść skupia się wokół Mateusza, głównego bohatera i narratora historii. Dręczony wizjami snuje opowieść o sobie i swych przyjaciołach, przedstawiając ich w nie wolny od satyry i ironii sposób. Podobnie jak w greckiej tragedii, losy nieświadomych niczego bohaterów powoli zmierzają do momentu kulminacyjnego. Tylko Mateusz widzi i czuje więcej, i w pewnym sensie spodziewa się tragicznego końca. 

   W przypadku „Nocnika” trudno mówić o fabule. Rozgrywające się wydarzenia przyjmują formę niekoniecznie ze sobą powiązanych scen, z których dość trudno znaleźć myśl przewodnią. Wszystkie skupiają się wokół Mateusza i stanowią zapis jego wspomnień oraz aktualnie zachodzących zdarzeń. Przemieszanie ze sobą miejsc i czasów w jakich się one rozgrywają nie ułatwia jednoznacznego określenia, o czym jest ta książka.

   Na Mateuszu i jego znajomych skupia się obraz współczesnych dwudziestokilkulatków. Imprezy, wspólne marnotrawienie czasu, wędrówki od pubu, do pubu, przygody z alkoholem i innymi używkami. Gdzieś w tym wszystkim kryją się bohaterowie, jedni z ambicjami – jak malarka Klara, inni, zwyczajnie spędzający kolejne dni na nic nie robieniu. W takich postawach możemy znaleźć , powierzchowny i satyryczny obraz pokolenia urodzonego pod koniec ubiegłego wieku, dla którego „tu i teraz” jest najważniejsze.

   „Nocnik” to również bogactwo form. W powieść wpleciona została krótka scena dramatyczna, biały wiersz, fragment filozoficznej rozprawy, opowiadanie typu „fanfiction” a nawet zapis z rozgrywanej przez bohaterów sesji RPG, podobnie jak fanfik osadzone w realiach „Wiedźmina” Andrzeja Sapkowskiego. Nawiązań do popkultury jest tu znacznie więcej, zarówno bezpośrednich, jak zaczerpnięcie z wykreowanego wcześniej przez kogoś świata, jak i tych, gdzie kluczową rolą jest sceneria czy zbudowany przez autora klimat. Czasem trudno wyłapać sens umieszczenia w jednej, dość krótkiej książce tak wielu rozmaitych treści.

   Wartym uwagi jest, że podążając za mnogością umieszczonych w powieści elementów, autor odpowiednio modyfikuję też stylistykę i składnię zdań. Po bezpośrednim odniesieniu do czytelnika we wstępie opowieści, przechodzimy do pamiętnikarskiej narracji we wspomnieniach Mateusza, w obydwu mamy do czynienia z bogatym językiem i niezbyt prostą składnią. Te ulegają zupełnej odmianie, gdy przechodzimy do opisu rozgrywanej przez bohaterów przygody – język staje się znacznie prostszy a zdania dużo bardziej zrozumiałe. Inny styl pisanie cechuje również wiedźmińskie opowiadanie.

   Tytuł jest w pewien sposób znamienny, gdyż czytając tę książkę możemy odnieść wrażenie, że autor zawarł w niej wszystko, co tylko przyszło mu do głowy i wydalił to z siebie, mieszając, bez zwracania uwagi, czy będzie do siebie pasować. Paradoksalnie z takiego pomieszania powstała intrygująca, wymagająca, ale i wciągająca powieść. Warto po nią sięgnąć i  choć podczas lektury jednym z głównych odczuć jest „Ale co ja właściwie czytam?!”, to absolutnie nie można pozostać wobec niej obojętnym.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 27 października 2017

Węgierska wiosna

Autor: Krzysztof Jagielski
Cykl: Saga Siedmiogrodzka. Tom II
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Rok wydania: 2016

   Historia Węgier nie należy do najpopularniejszych tematów w dostępnej na naszym rynku literaturze, jeśli już się pojawia to gdzieś z boku, jako niewiele znaczący wątek. Tym większą ciekawość wzbudziła we mnie książka Krzysztofa Jagielskiego zatytułowana „Węgierska wiosna”, w której autor przybliża kulisy powstania węgierskiego i „Wiosny ludów” w połowie dziewiętnastego wieku.

   Fabuła powieści skupia się wokół rodu Stack-Eroes i jest bezpośrednią kontynuacją „Sagi siedmiogrodzkiej” tego samego autora. Książę Stack-Eroes oraz piątka jego dzieci biorą czynny udział w zamieszaniu na Węgrzech. Trzech jego synów i dwóch zięciów wspierają dążenie Węgier do wyzwolenia się spod Cesarstwa Austrowęgierskiego, biorąc czynny udział w bitwach pod dowództwem generała Józefa Bema. W wojennej zawierusze nie zabrakło czasu na prywatne sprawy. Młodzi ludzie kochają się, żenią i w miarę możliwości korzystają z życia.

   Osadzenie fabuły powieści w niezbyt znanych przeciętnemu czytelnikowi realiach historycznych było bardzo dobrym zabiegiem. Historia Węgier wniosła powiew świeżości w literaturze historycznej, zdominowanej przez świat anglosaski. Niestety z wykonaniem nie było już aż tak dobrze. O ile nie można narzekać na brak akcji, gdyż w książce dzieje się sporo i intensywnie, z racji na burzliwy okres rozgrywających się wydarzeń, o tyle trudno w trakcie lektury doświadczyć dramatyzmu, czy z żywym zainteresowaniem śledzić perypetie bohaterów. Kolejne wydarzenia pozbawione są jakiegokolwiek napięcia i ich przedstawienie bardziej przypomina kronikę, niż powieść. Postacie nie stoją przed dylematami, nie muszą rozważać, co będzie dla nich najlepsze, a to co zaplanują wychodzi im bez najmniejszych problemów. Młodzi ludzie, spotykają się, zakochują, żenią, nie natrafiając po drodze na żadne przeszkody, z którymi musieliby się mierzyć. I chociaż ich losom daleko do sielanki, wszak w kraju panuje wojna, w którą są zaangażowani, to w przedstawieniu tego, z czym się spotykają zabrakło choćby odrobiny niepewności i dramaturgii.

   Kreacje postaci niewiele różnią się od sposobu przedstawienia fabuły. Bohaterowie są ze wszech miar uzdolnieni a wszystko czego się podejmują wychodzi im bez większych komplikacji. Skutkiem takiej ich prezentacji jest brak możliwości wejrzenia w ich osobowość. Nie przeżywają wewnętrznych dylematów, nie toczą sporów z najbliższymi, nie muszą podejmować trudnych decyzji. Postępują zgodnie z własnym poczuciem obowiązku i zawsze jest to godne pochwały jako postawa prawdziwie patriotyczna. To wszystko sprawia, że są to kreacje płytkie i pozbawione polotu. Ponadto mnogość bohaterów wysuwających się na pierwszy i drugi plan opowieści jest uciążliwa z racji na ich niejakie kreacje. Stają się przez to tylko pustymi nazwiskami, za którymi nie  kryje się zbyt wiele.

   Kolejnym dość uciążliwym mankamentem książki jest jej język. Powieść czyta się wyjątkowo źle. Z jednej strony znajdziemy tu mnóstwo archaizmów i słów typowych dla języka węgierskiego, z drugiej zaś, przyjemne wrażenie bogactwa językowego skonfrontowane zostało z fatalną składnią. Zdania są przesadnie stylizowane na archaiczne i o ile można by to zrozumieć, gdyby chodziło o wypowiedzi bohaterów, o tyle w opisach męczy. Tym bardziej, że z powodu dziwnego szyku wyrazów w zdaniach, często trzeba się zastanowić o co tak naprawdę w nich chodzi. To sprawia, że każda strona jest dość męczącym wyzwaniem.

   „Węgierska wiosna” to książka z dużym potencjałem. Porusza niezbyt znane „szaremu czytelnikowi” fragmenty historii Europy i mnoży się od bohaterów, których losy można by śledzić z prawdziwym zainteresowaniem. Niestety znacznie gorzej wyszło z wykonaniem. Nużąca i męcząca fabuła oraz powierzchowna i zbyt wyidealizowana kreacja postaci już same w sobie są sporą wadą. Gdy do tego dodamy okropną składnię, powodującą, że ciężko jest przebrnąć przez kolejne strony, to w efekcie otrzymujemy dzieło wyjątkowo trudne w lekturze.

Za książkę dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 23 października 2017

Symfonia złoczyńcy

Autor: Doina Lungu
Tytuł oryginału: 
Tłumaczenie: Olga Bartosiewicz
Seria: Czyli nigdzie
Wydawnictwo: Korporacja Ha!Art
Rok wydania: 2016

   „Symfonia złoczyńcy” to debiutancka powieść, młodziutkiej raptem dziewiętnastoletniej Mołdawianki. Książkę jest tym ciekawsza, że pisarka umieściła jej akcję w Krakowie, w którym, jak się przyznaje nigdy nie była, a całą swoją wiedzę o nim i o Polsce czerpała z internetu. Jak wyszło? Po lekturze mam dość mieszane uczucia, choć fakt, że jest to kryminał nieco ratuje sytuację.

   Mimo zachęcającego opisu na okładce samego Krakowa i okolicznej Wieliczki jest w powieści niewiele. Miejsca pełnią rolę statystów – po prostu są. Nie znajdziemy tu szczegółowych opisów, czy odmalowanych pejzaży, zabrakło nawet miejsc charakterystycznych dla danych miejscowości. Wspomniana jest kopalnia soli w Wieliczce ale jedynie w kontekście, że od czasu umieszczenia jej na liście dziedzictwa Unesco, popularność regionu wzrosła. W przedstawionym Krakowie nie znajdziemy nawet tyle. Na kartach powieści pojawiają się bary, domy i mieszkania, które mogłyby być gdziekolwiek.

   Samych Polaków również prawie w powieści nie ma. Pojawia się kilkoro bohaterów oraz jacyś bliżej niekreśleni ludzie w tle. Szalejąca artystyczna młodzież, czy społeczność małego miasta zostały przedstawione bez cech szczególnych, zgodnie ze stereotypowym wyobrażeniem. U bohaterów powieści na próżno szukać cech związanych z pochodzeniem. Mamy ojca tyrana, kobiety z religijną obsesją, czy rodziców wyrzekających się swej dorosłej córki po tym, jak oświadczyła, że jest homoseksualistką. Takie zachowania, choć można spotkać w Polsce, można też spotkać w wielu miejscach na świecie. Żadna z cech bohaterów nie ma znamion narodowości.

   Głównymi bohaterami powieści są Adam, Ewa, Eliza i Anna. Pochodzący z patologicznej rodziny mężczyzna w muzyce i religii znajduje ujście dręczących go traum z dzieciństwa. Komponuję symfonię, w której wyraża wszystkie silne emocje, które dręczą go w dorosłym życiu. W konserwatorium muzycznym poznał swą przyszłą żonę – Ewę. Jest to kobieta obsesyjnie religijna i oddana swemu panu i władcy – mężowi. Gotowa zrobić dla niego absolutnie wszystko. Eliza i Anna to dwie młode dziewczyny. Pierwsza jest bogatą artystką, która zawsze na pierwszym miejscu stawia miłość własną. Anna zaś po odkryciu swej tożsamości płciowej w Elizie odnajduje miłość swojego życia. Relacje między całą czwórką są przedstawione dość żywiołowo. Każde z nich jest narratorem, w związku z czym mamy wgląd w cały szereg rządzących nimi uczuć i myśli kierujących ich postępowaniem.

   Ta powieść to przede wszystkim kryminał i jako taki, sprawdza się całkiem nieźle. Mamy szereg tajemniczych morderstw, mamy dziwnych, budzących niepokój bohaterów i zakończenie wyjaśniające kim jest morderca i dlaczego popełnił wszystkie zbrodnie. Efekt nieco psuje zmienność postaci narratora. I choć oddanie głosu mordercy nie jest niczym nowym czy niezwykłym w kryminale, rzadko kiedy już od pierwszej strony poznajemy go z imienia i nazwiska, co pozwala na połączenie go ze zbrodniami. Wprawdzie rozwiązanie zagadki nie jest aż tak oczywiste, to jednak nie jest też zbyt zaskakujące.

   Książkę czyta się swobodnie i lekko. Język nie należy do trudnych a użyte słownictwo jest stosunkowo proste i łatwe w odbiorze. Pomimo osadzenia akcji w świecie ściśle związanym ze sztuką – muzyk i malarka, nie uświadczymy tu zbyt wielu specjalistycznych słów oddających, czy  to niezwykłość brzmienia, czy też zachwyt obrazem. Sztuka została przedstawiona w bardzo laicki sposób.

   „Symfonia złoczyńcy” nie jest złą książką, a biorąc pod uwagę młody wiek autorki, wypada całkiem nieźle. Jest to przyjemnie wciągający kryminał, w którym spotykamy ludzi z poharataną psychiką. Ca ważne i niezbyt częste u debiutujących pisarzy, Doina Lungu konsekwentnie trzyma się przyjętej konwencji i zachowanie bohaterów oraz ich charakter pozostają spójne. W żadnym momencie książki nie odczuwamy, że coś jest nie tak, jak być powinno. Dlatego mimo swoich wad książka świetnie się sprawdza na relaks w słoneczne popołudnie.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 16 października 2017

Stosik jesienny

   Jesień coraz piękniej manifestuje swą obecność, pora więc przyszła i na jesienny stosik. Sporo zakupów, trochę recenzentek i nawet jedna nagroda i gratis się trafiły. Tematyka jak zawsze zróżnicowana. Trochę fantastyki, sporo książek dla dzieci, ale też i troszkę literatury popularno-naukowej. Całość w dwóch dość ładnych stosikach, choć pierwszy z nich nieco nieforemny.


   Od dołu licząc:
   Mapy Daniel Mizieliński, Aleksandra Mizielińska Kupiłam tę książkę zupełnie w ciemno, w ostatnich internetowych zakupach i jestem zachwycona. Idealna pozycja dla dzieci rozpoczynających przygodę ze szkołą, z takich do wielokrotnego zaglądania.
   Wielki konkurs kup Guido van Genechten Recenzentka i przy okazji kolejna książka tego autora u mnie. Z racji posiadania w domu siedmiolatka temat mocno na czasie, choć z takiej fekalnej tematyki są lepsze tytuły.
   Bóbr. Pracowity mąciwoda Wojciech Misiukiewicz Druga z recenzentek, album - monografia o bobrze, oprócz przepięknych zdjęć, sporo w niej wartościowego teksu. Jestem zadowolona z wyboru.
   Atlas lądów niebyłych Edward Brooke-Hitching Na tę książkę czaiłam się od kiedy zobaczyłam zapowiedzi Rebisa. Kupiłam wraz z ostatnią bytnością w księgarni internetowej.
   Bestiariusz słowiański. Część druga, Bestiariusz słowiański Paweł Zych, Witold Wargas Kolejne dwie książki, które gdzieś za mną chodziły, no to kupiłam.
   Dezerter. Poroniona generacja Krzysztof Grabowski To akurat prezent dla męża, miłośnika Dezertera. Jest w niej wiele różności: zdjęcia, testy, wywiady.
   Liczby i kolory Aleksandra Artymowska Świetna, dwustronna książeczka dla maluchów. Recenzentka od Sztukatera.
   Improwizator Hans Christian Andersen Do jego baśni mam sentyment, trzeba go było zweryfikować z powieścią "dla dorosłych". Również recenzentka.
   Posiadacz John Galsworthy Ostatnia z recenzentek i kolejna książka, którą miałam w dalszych lub bliższych planach. Jako jedyna z recenzentek jeszcze nie przeczytana.
   Czerwona kraina Joe Abercrombie Do uniwersum Pierwszego prawa mam spory sentyment, więc przy okazji zakupów sięgnęłam też po tę powieść.
   Kupa. Przyrodnicza wycieczka na stronę, Robale. czyli co nas zżera Nicola Davies, Neal Layton Pierwszą z tych książeczek miałam okazję kiedyś przeczytać i zachwyciła mnie mnogością przyrodniczych ciekawostek. Drugą kupiłam w ciemno i również jestem zadowolona. Syn zachwycony.


A to już drugi, bardziej foremny stosik.

   Poezje Krzysztof Kamil Baczyński Robiąc zwykłe zakupy, natrafiłam na tak piękne wydanie poezji tego autora, nie sposób było odmówić.
   Poezje Maria Pawlikowska-Jasnorzewska Identyczna historia, co z poprzednią. Wzięłam więc obie.
   Ślady Jakub Małecki O tym, że ta książka ma się pojawić w niezłej cenie dowiedziałam się z fanage'u wydawnictwa. No to, skoro byłam na zakupach, to wzięłam, zwłaszcza, że niedawna lektura Dygotu zrobiła na mnie dobre wrażenie.
   Jak wytresować Cthulhu. Tom II Coś na dachu Maciej Jasiński To niespodziewana wygrana w konkursie. Jako, że tom drugi, to pewnie będę musiała poszukać sobie pierwszej części.
   Bezsenni Michał Jamiołkowski A to zupełnie niespodziewany gratis od wydawnictwa Genius Crations. Załapałam się na jedną z pięciuset ostatnich paczek przedsprzedażowych, do których dorzucali gratis, z racji na spore zamieszanie z pakowaniem książek.
   Wiedźma jej królewskiej mości, Spalić wiedźmę Magdalena Kubasiewicz Wzięte nieco w ciemno, w ramach akcji pomocowej dla ofiar nawałnicy, która miesiąc temu przeszła przez Bory Tucholskie.
   Zaszyj oczy wilkom, Noc między tam i tu Marta Krajewska Na pierwszą z nich czekałam bardzo niecierpliwie, gdyż Idź i czekaj mrozów mnie zachwyciła. Zobaczymy jak będzie z tą. Również kupione w przedsprzedaży w ramach akcji pomocowej.

   No i tyle, jak zwykle jest co czytać i jak zwykle nie mam pojęcie, kiedy po nie sięgnę ani tym bardziej w jakiej kolejności.

piątek, 13 października 2017

Tajemnica Mirtowego pokoju

Autor: Wilkie Collins
Tytuł oryginału: The dead secret
Tłumaczenie: Joanna Wadas
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2017

   Kilka lat temu wydawnictwo Zysk i S-ka przypomniało polskim czytelnikom postać dziewiętnastowiecznego, angielskiego pisarza Wilkie Collinsa publikując jego najbardziej znaną powieść zatytułowaną „Księżycowy kamień”. Od tego czasu kolejne utwory autora ukazywały się w Polsce za sprawą wydawnictw Zysk i S-ka oraz MG. To drugie, które w swych planach wydawniczych nie stroni od klasyków, niejednokrotnie przedstawia polskim czytelnikom utwory debiutujące w naszym kraju. Tak jest również z Wilkie Collinsem, a „Tajemnica Mirtowego Pokoju” to jedna z tych powieści, która po wielu latach od napisania trafiła w końcu nad Wisłę.

   Powieść rozpoczyna śmierć, pani Treventon umiera po długotrwałe pozostawiając pogrążonego w żałobie męża i osieracając pięcioletnią córkę. Przed śmiercią wzywa do siebie wierną służącą – Sarę  Leeson, z którą dzieli straszną tajemnicę, której ujawnienie wywróci do góry nogami życie kilku osób i przyniesie im ogromne cierpienie. Umierająca, w ramach ostatniej spowiedzi nalega, by dziewczyna wyznała prawdę kapitanowi Trevertonowi, pisząc list, w którym przyznaje się do czynu sprzed kilku lat. Sara broni się przed wypełnieniem ostatniej woli swej pani i choć ta zmusza ja do przysięgi, udaje jej się uniknąć tej najważniejszej. Obiecuje, że nie zniszczy listu ani go nie wyniesie z Porthgenna Tower. Dziewczyna, pewna, że ujawnienie listu przyniesie więcej szkody niż korzyści ukrywa go w Pokoju Mirtowych, położonym w nieużywanym od lat północnym skrzydle, po czym ucieka, nie pozostawiając po sobie śladów. Po tak gwałtownym wstępie, fabuła przeskakuje o piętnaście lat, a na pierwszy plan powieści wysuwa się dwudziestoletnia Rosamond Treverton, nie mająca pojęcia o dziwnych okolicznościach towarzyszących śmierci matki.

   Opowieść skupia się wokół dwóch kobiet, z jednej strony znajduje się Sara Leeson, niemłoda już służąca, która od lat dźwiga zbyt ciężkie brzemię, powoli wysysające z niej wszelkie życiowe siły. Kobieta jest przesądna, tchórzliwa i uległa. Przed laty jej uległość była źródłem problemów, które na siebie ściągnęła, teraz jej życiem rządzi lęk przed konsekwencjami ujawnienia strasznej tajemnicy. Jej zupełnym przeciwieństwem jest Rosamond Frankland. Jest silna i ufna, niezachwianie wierzy w miłość ociemniałego męża, przed którym przyrzeka nie mieć żadnych sekretów. Przypadkowe spotkanie obydwu kobiet budzi w tej drugiej ogromną ciekawość odnośnie tajemnicy skrytej w Porthgenna Tower.

   Jest to powieść o tym, jak ciężko jest nieść brzemię tajemnicy, której ujawnienie może mieć tragiczne skutki, a której ukrycie wydaje się być dziecinnie łatwe. Ścierają się tu słabość i strach z siłą, wiarą i mocnym poczuciem moralności. Zmusza do zadania sobie pytania, jakbyśmy postąpili w sytuacji, w jakiej znalazła się pani Frankland. Czy uleglibyśmy słabości, by zachować to co mamy, czy może zaryzykowalibyśmy utratę wszystkiego w imię prawdy? Na przykładzie Sary, wyraźnie widać, że ukrywanie tajemnicy to tylko pozornie łatwiejsze wyjście.

   Książkę czyta się wyśmienicie. Jest napisana pięknym, bardzo plastycznym językiem idealnie oddającym niełatwe stany emocjonalne bohaterów. Wszechwiedzący narrator co rusz zagląda w psychikę obu kobiet, przedstawiając uczucia jakie nimi miotają. Równie szczegółowo oddane zostały okoliczności przyrody i mroczna atmosfera opuszczonego dworu Porthgenna Tower. Wielokrotnie złożone zdania sprawdzają się w tej roli idealnie, a bogactwo słownictwa podkreśla malowniczość użytego języka. Jak przystało na dziewiętnastowieczną powieść, często równie ważnym jest to co przekazują kolejne zdania, jak i to co można wyczytać między nimi, co czytelnikowi zostało przekazane nie wprost.

   „Tajemnica Mirtowego Pokoju” to wspaniała, wciągająca powieść, w której poszukiwanie rozwiązania tajemnicy niesie sobie przede wszystkim ogromny ładunek emocjonalny realnie wpływając na zachowania i samopoczucie bohaterów. Łączy w sobie mrok typowy dla powieści gotyckich z moralnym pytaniem o to czy prawda zawsze jest najważniejsza. Lektura upływa bardzo przyjemnie, budzi wiele emocji i nie pozwala zbyt szybko o sobie zapomnieć. 

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

niedziela, 8 października 2017

I co teraz?

Autor: Guido van Genechten
Tytuł oryginału: Wat zou jij doen?
Tłumaczenie: Ryszard Turczyn
Wydawnictwo: Adamada
Rok wydania: 2016

   Do sięgnięcia po książkę „I co teraz?” Guido van Genechten skusiła mnie jej tematyka. Samoakceptacja i tolerancja to dwie niezwykle ważne rzeczy, które od maleńkości powinny być wpajane dzieciom. Ta pozycja  w prosty i zabawny sposób tłumaczy je obie dzieciom zaczynającym swoją przygodę z literaturą.

   Bohaterem opowieści jest mały chłopiec, który obudziwszy się pewnego ranka odkrył na swojej głowie parę dorodnych, pięknie ukształtowanych jelenich rogów. No i co teraz? Przecież nikt kogo zna, nie ma czegoś takiego na głowie. Ukryć je ciężko, usunąć się nie dadzą, jedynym wyjściem jest je zaakceptować, a wtedy można pomyśleć o tym, by znaleźć dla nich jakieś zastosowanie. Wszak z rogami może być całkiem zabawnie, a to że nikt inny nie ma takich sprawia, że jest się wyjątkowym. Bycie wyjątkowym jest fajne, a może gdzieś kiedyś uda się spotkać kogoś, kto też tak ma.

   Dzieci bardzo często by czuć się spełnione społecznie dążą do tego, by mieć wszystko identyczne jak ich rówieśnicy, to daje im poczucie wspólnoty i pomaga kształtować własną tożsamość. W tym wieku niezmiernie ważne jest, by mimo wszystko nauczyły się akceptować same siebie, nawet jeśli czymś się różnią. Ta książka w bardzo przystępny sposób pokazuje, że nawet najdziwniejsze odchylenia od normy nie są niczym złym, i że nawet pomimo nich można być pełni szczęśliwym.

   „I co teraz?” mimo niewielkiej objętości jest dość sporą książką. Duży (większy od A4) format i sztywne oprawy sprawiają, że jest nieco nieporęczna dla rąk małego czytelnika. Duże, utrzymane w pastelowej brązowo niebieskiej tonacji ilustracje są przyjemne dla oka. Niestety pojedyncze wersy, czasem zdania porozrzucane po całej powierzchni stron giną wśród ilustracji i łatwo można je przeoczyć. Tym bardziej, że nie ma żadnego schematu według, którego ułożone by były pola tekstu. Czasem pojawiają się w górnej, czasem w dolnej części strony. Użyta czcionka jest duża i czytelna, tak że nawet fragmenty tekstu umieszczone na barwnym tle bez problemu można odczytać.

   Pod względem językowym nie jest to wymagająca pozycja i idealnie się nadaje dla młodych czytelników. Narracja w drugiej osobie liczby pojedynczej i bezpośrednie zwroty do czytelnika sprawiają, że dziecko nie tylko poznaje perypetie małego rogatego chłopca, ale i automatycznie stawia się na jego miejscu, tak że sam zaczyna poszukiwać odpowiedzi na podane pytania.

   Książka nie tylko zmusza do refleksji ale i bawi. Kolejne przykłady w jaki sposób chłopiec próbuje sobie poradzić z problemem, by w końcu go zaakceptować budzą uśmiech. Ukrywanie rogów, a następnie ich wykorzystanie na przeróżne sposoby (jako wieszak, bożonarodzeniowa choinka, czy ptasie lądowisko) zostało zobrazowane na ilustracjach, które prowokują salwy śmiechu u małego czytelnika.

   „I co teraz?” to zabawna książka, poruszająca bardzo ważne tematy. Z jednej strony niesie czytelnikowi sporą dawkę humoru, z drugiej zaś zmusza go do przemyśleń i pomaga budować pewność siebie. Jej jedyną, ale dość uciążliwą wadą jest bardzo nieporęczny format, który nie tylko utrudnia lekturę, zmuszając do szukania słów na wielkiej przestrzeni papieru, ale i sprawia, że dziecku trudno utrzymać ją w rękach. Jest to jednak mankament, który blednie przy wyraźnej wartości tej pozycji jako książki, kształtującej młodego odbiorcę.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 6 października 2017

Ukryte życie lasu

Autor: David Haskell
Tytuł oryginału: The forest unseen
Tłumaczenie: Katarzyna Sosnowska
Wydawnictwo: Feeria science
Rok wydania: 2017

   „Ukryte życie lasu” Davida Haskella jest jedną z pozycji, które cieszą się ostatnio sporą popularnością. Popularno-naukowe książki o przyrodzie przeżywają swój rozkwit, zwłaszcza, gdy większy nacisk położony został na ich popularny, niż naukowy aspekt. Jako miłośniczka przyrody i fanka książek sir Davida Attenborough po „Ukryte życie lasu” sięgnęłam ze sporymi oczekiwaniami. Nie mogę stwierdzić, bym się zawiodła, jednak wrażenia z lektury mam na tyle mieszane, że trudno mi o jednoznaczne ocenienie tej książki.

   W czterdziestu trzech rozdziałach autor prezentuje życie toczące się wokół niewielkiego wycinka pierwotnego, górskiego lasu w Tennessee. Zmieniające się pory roku determinują zmiany jakie zachodzą w małym kręgu wybranym przez autora. Większość rozdziałów dotyczy życia podglądanego przez lupę, ale o większych zwierzętach i roślinach David Haskell również wspomina.

   Jest to książka o ekologii rozumianej zgodnie z encyklopedyczną definicją jako nauka o zależnościach między różnymi organizmami oraz między nimi a otaczającym ich środowiskiem. Żadna roślina czy zwierzę nie jest tu rozpatrywana w oderwaniu od reszty – innych stworzeń, towarzyszących im mikroorganizmów oraz uwarunkowań geologiczno-klimatycznych jakie mają na nie wpływ. Liczni bohaterowie tej książki pozostają w ścisłym związku ze swoją ewolucyjną historią, dzięki której w chwili obecnej wyglądają i zachowują się w taki a nie inny sposób. Całościowe ujęcie tematu jest ogromną zaletą tej książki i pozwala autorowi wyjść daleko poza wybrany przez niego niewielki wycinek leśnego ekosystemu. Nie pominięto też ogromnej roli człowieka w kształtowaniu i modyfikowaniu otaczającego nas świata.

   Tym co wyróżnia tę książkę spośród podobnych pozycji z jakimi miałam wcześniej do czynienia jest język. Niezwykle plastyczny i poetycki, pełen rozbudowanych metafor i porównań. Taki sposób napisania książki odziera ją zupełnie z naukowego charakteru, choć słownictwo ściśle związane z biologią również tu znajdziemy. Z jednej strony jest to jej zaletą, z pewnością z większą chęcią po taką pozycję sięgnie czytelnik, którego naukowe pozycje odstraszają trudnym językiem i skomplikowanym słownictwem. Z drugiej strony może to być wadą dla bardziej obeznanych z tego typu pozycjami czytelników, którzy po tę książkę sięgnęli w poszukiwaniu konkretnych informacji. Jedni i drudzy znajdą tu sporo informacji oraz próby wyjaśnienia wielu zjawisk obecnych w przyrodzie podane w sposób zrozumiały, choć może trochę zbyt upiększony.

   „Ukryte życie lasu” to dobra książka, do której niezmiernie trudno było mi się przekonać. Jako wytrwała czytelniczka znacznie bardziej naukowych pozycji, niezbyt dobrze odnalazłam się w zastosowanym tu języku przepełnionym poetyzmem. Sporo tu też życiowej filozofii i dywagacji przenoszących zjawiska obecne w przyrodzie w aspekty egzystencji człowieka, zarówno w ujęciu globalnym, jak i jako indywidualnej jednostki.

   Książkę Davida Haskella z czystym sercem mogę polecić wszystkim miłośnikom przyrody, choć osobom ze sporą wiedzą czy wykształceniem biologicznym może wydać się zbyt luźna stylistycznie. Co niezmiernie ważne, nie znajdziemy tu rzeczowych błędów i wszelkie informacje, choć zostały podane w bardzo plastyczny sposób nie odbiegają od współczesnej wiedzy biologicznej (wprawdzie trafiło się nazwanie kleszcza owadem, ale podejrzewam tutaj raczej wpadkę tłumacza, niż brak wiedzy autora). Warto sięgnąć po „Ukryte życie lasu” by w pełni zdać sobie sprawę z ekologicznych zależności jakie mają miejsce w świecie, w którym żyjemy, a które na co dzień nam umykają, mimo że mamy je na wyciągnięcie ręki.

Za książkę serdecznie dziękuje portalowi Sztukater.

niedziela, 1 października 2017

Huzar

Autor: Arturo Perez Reverte
Tytuł oryginału: El Husar
Tłumaczenie: Joanna Karasek
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2014

   Zanim Arturo Perez Reverte stał się rozpoznawalnym pisarzem był korespondentem wojennym. Relacjonował wydarzenia z konfliktów zbrojnych na Bałkanach, w Afryce, czy w Zatoce Perskiej. Nie zaskakuje zatem, że jego debiutancka powieść traktuje właśnie o wojnie. Napisany ponad trzydzieści lat temu „Huzar” z powodu niezbyt fortunnie wybranego wydawcy przeleżał mnóstwo czasu, zanim został wydany ponownie i ruszył na podbój światowych rynków księgarskich.

   Bohaterem powieści jest młody porucznik wojsk napoleońskich, członek elitarnej jednostki huzarów, do której dostęp mają tylko nieliczni. Huzarzy słyną z prędkiej do pojedynków ręki, dumy oraz ogromnej odwagi. Prawdziwy huzar nie boi się niczego, z podniesionym czołem stając na wprost niebezpieczeństwa. Młody Frederic Glüntz z wyróżnieniem ukończył szkołę i trafił na front do Hiszpanii, oczekując na jedną z wielu potyczek, będących jednocześnie jego chrztem bojowym. Z licznych dialogów i wspomnień wyłania się obraz nakarmionego opowieściami o chwale Frederica, który gdzieś w głębi odczuwa lęk, tłumiony jako niegodny huzarskiego munduru.

   Akcja książki zamyka się w kilkudziesięciu godzinach. Począwszy od nocy wypełnionej oczekiwaniem przed walką, poprzez potyczkę w ciągu dnia aż do kolejnego wieczora już po bitwie.  Noc wypełniają Fredericowi rozmowy z przyjaciółmi i oczekiwanie na swoją pierwszą kawaleryjską szarżę. Porucznik, który poznał wyidealizowany obraz bitwy tłumi w sobie niepokój, nie dopuszczając go do głosu. Wszak dla huzara największą chwałą jest polec w pełnej splendoru walce z równymi sobie. Gdy rzeczywistość zaczyna odbiegać od wyidealizowanego obrazu, Frederic nie akceptuje jej, oszukując sam siebie, że wojna to przede wszystkim cześć i chwała.

   Arturo Perez Reverte we wspaniały sposób skonfrontował wyobrażenie wojny z nią samą. Z jednej strony mamy oczekiwanie na wspaniałe pojedynki i spektakularne walki, w rzeczywistości zaś rozproszonych po lesie partyzantów, gotowych w każdej chwili zadać cios w plecy lub wypruć flaki z osamotnionego najeźdźcy. Młody Frederic broni się przed obrazami, które widzi, nie dopuszcza ich do siebie, dopóki sam nie znajduje się w krytycznej sytuacji. Brud, głód i okrucieństwo są rzeczywistymi twarzami wojny, pudrowanymi przez opowieści o bohaterstwie i szlachetności. 

   Koncepcyjnie powieść przypomina nieco grecką tragedię. Od samego początku czujemy silne napięcie, które z czasem tylko wzrasta, by pod koniec sięgnąć zenitu. Domyślamy się, jak zakończy się powieść, co jednak nie przeszkadza niecierpliwie chłonąć kolejnych stron. Z naiwnych i aroganckich wypowiedzi bohaterów wyłania się ich brak wiedzy i wiara w propagandowe hasła. I choć pojawia się tu również głos rozsądku, w postaci zrezygnowanego weterana, jest on bagatelizowany niczym przepowiednie Kasandry.

   Językowo książka wypada dobrze. Bogate słownictwo i nieskomplikowana składnia wprawdzie nie oczarowują czytelnika, ale pozwalają na swobodną lekturę i skupienie się na przekazywanej treści. Książka jest w pewnym sensie subiektywnym sprawozdaniem z jednego dnia wojny, w którym wyraźnie widać zmianę podejścia do niej jego autora. Biorąc pod uwagę dziennikarską działalność Artura Pereza Reverte taka forma powieści nie zaskakuje.

   „Huzar” to krótka, ale i bardzo esencjonalna powieść. W prostej opowieści Frederica wyłania się prawdziwy obraz wojny, niezmiernie daleki od wyidealizowanego, jakim karmieni są młodzi rekruci. Trudno oprzeć się wrażeniu, że choć akcja umieszczona została w czasach napoleońskich, to pod wieloma względami wojna wciąż pozostaje taka sama a rekrutów mami się szlachetnymi obrazami.

środa, 27 września 2017

Remek marzyciel

Autor: Anne Crauzas
Tytuł oryginału: Raymond reve
Tłumaczenie: Anna Nowacka-Devillard
Wydawnictwo: Widnokrąg
Rok wydania: 2017

   Gdy sięgałam po pierwszą wydaną u nas książkę Anne Crauzas – „52 tygodnie” nie wiedziałam czego się spodziewać. Skusiły mnie ornitologiczna tematyka i dość charakterystyczne ilustracje. Ponieważ ta pozycja bardzo mi się spodobała, nie wahałam się ani chwili, by sięgnąć po kolejną książkę tej autorki wydanej nakładem wydawnictwa Widnokrąg. W „Remku marzycielu” znajdziemy identyczną stylistykę ilustracji co w „52 tygodniach” i jest to ogromnym plusem książki.

   Remek jest ślimakiem, zwyczajnym muszlowym ślimakiem, najpewniej winniczkiem, jakich wiele pełza po każdym przydomowym ogródku i jakiego większość dzieci niejednokrotnie ma okazję spotkać na swej drodze. Poznajemy go od samych narodzin, od czasu, kiedy to wypełzł z jajeczka, jednego z wielu, zniesionych wiosną przez jego rodziców. Remek lubi swój zwyczajny żywot, jednak marzy czasem, by być kimś więcej: stonogą, smokiem, a nawet muchomorem. Wyobraźnia Remka nie ma żadnych ograniczeń.

   Każdej wyobrażonej przemianie Remka towarzyszy odpowiednia ilustracja. Kolejno możemy podziwiać ślimakowilka, ślimakożyrafę, czy ślimakojabłuszko. Oszczędność kreski i zdecydowane barwy sprawiają, że ilustracje są może nieco minimalistyczne, ale dokładnie oddają, to co tworzy wyobraźnia Remka. Te ślimacze hybrydy budzą w dzieciach salwy śmiechu i sprawiają, że każdą kolejną kartkę młody czytelnik obraca z wielkim zainteresowaniem i oczekiwaniem na kolejną zabawną ślimaczą krzyżówkę.

   Opowieść o Remku nie zawiera zbyt wielu słów, oprócz bardzo krótkiego wprowadzenia i równie krótkiej puenty, pojawiają się tu jedynie zdawkowe komentarze do poszczególnych remkowych wyobrażeń. Tak niewielka ilość słów sprawia, że dzieci dopiero zaczynające swą przygodę z książką, z chęcią chłoną kolejne epitety opisujące niezwykłe ilustracje różnych wcieleń Remka.

   O ile w „52 tygodniach” Anne Crauzas w bardzo nienachalny sposób przemyciła sporo wiedzy ornitologicznej, o tyle „Remek marzyciel” pozbawiony jest edukacyjnego aspektu. Obranie za  główną postać zwierzątka tak zwyczajnego i pospolitego jak ślimak jest świetnym wyborem, gdyż dla każdego małego czytelnika jest to ktoś, kogo bez trudu sobie wyobrazi. Publikacja posiada bardzo wyraźny aspekt wychowawczy. Z jednej strony mały ślimak marzy, by być kimkolwiek, a jego wyobraźnia nie ma absolutnie żadnych ograniczeń, z drugiej zaś książkę puentuje silne wyrażenie akceptacji siebie, bo „Przecież nic w tym złego, że jest się ślimakiem”.

   „Remek marzyciel” to bardzo ładnie wydana książka. W twardej oprawie znajdziemy kartki z grubego i lekko szorstkiego w dotyku papieru, co znacząco zwiększa trwałość książki. Kwadratowy, nieco większy od A5 format publikacji jest idealny, by z jednej strony pomieścić duże i wyraźne ilustracje, z drugiej zaś nie sprawiać wrażenia zbyt wielu pustych przestrzeni na poszczególnych stronach, zwłaszcza, że tekstu jest tu naprawdę bardzo mało. Jest to też format w sam raz wpasowujące się w niewielkie rączki małych czytelników.

   „Remek marzyciel” Anne Crauzas to bardzo dobra książeczka dla dzieci. Na  pierwszy rzut oka zwraca uwagę ładnym i trwałym wydaniem oraz prostymi, intensywnie barwionymi, minimalistycznymi ilustracjami. W młodym czytelniku budzi głośne salwy śmiechu oraz co znacznie ważniejsze, pobudza wyobraźnię. Niesie też ze sobą ogromnie ważne przesłanie, mówiące, że choć możemy być kim tylko zechcemy i robić, co tylko przyjdzie nam do głowy, zawsze najlepiej jest być sobą. 

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 15 września 2017

Prowadź swój pług przez kości umarłych

Autor: Olga Tokarczuk
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2016

   Rzadko ulegam modom na jakiś tytuł, a szum medialny wokół książki raczej mnie zniechęca niż jest dla mnie rekomendacją. Zupełnie inaczej było z „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk. Gdy zobaczyłam zwiastun filmu „Pokot” Agnieszki Holland, od razu wiedziałam, że chcę go zobaczyć. Jednak czas mijał a okazja sprawiła, że sięgnęłam po literacki pierwowzór, zanim zapoznałam się z jego ekranizacją. Wrażenia z lektury mam dość niejednoznaczne.

   Fabuła skupia się wokół Janiny Duszejko, będącej jednocześnie narratorką powieści. W zapomnianym przez ludzi i bogów odludziu, gdzieś w Kotlinie Kłodzkiej ginie sąsiad głównej bohaterki. Kilka dni później w podejrzanych okolicznościach umiera lokalny komendant. Obydwie śmierci łączy jedno, obaj mężczyźni brali aktywny udział w polowaniach a w pobliżu ich ciał znaleziono mnóstwo sarnich tropów. Czyżby natura brała odwet na myśliwych i kłusownikach?

   Powieść od początku budzi zainteresowanie. Tajemnica, dość śmiała teza dotycząca motywów oraz nieliczni ale ekscentryczni bohaterowie zdecydowanie przykuwają uwagę. Jednak w dalszej części tempo akcji maleje a napięcie jakie pojawiło się na pierwszych stronach gdzieś się ulatnia. Pojawiające się opisy Płaskowyżu i okolic oraz ludzi ich zamieszkujących tworzą mroczny klimat, i trzyma w napięciu. Z czasem jednak zostaje zastąpiony astrologią, którą para się Janina. Jej kreacja silnie oparta na oddziaływaniach znaków zodiaku na życie człowieka z jednej strony stanowi dobrą podwalinę do kreacji postaci, z drugiej sprawia, że główny wątek powieści gdzieś umyka a akcja i fabuła zaczynają się rozmywać.

   Znacznie mocniejszą częścią powieści jest kreacja postaci. Spośród kilkorga jacy przewijają się na pierwszych planach, każdy wydaje się interesujący. Są to zwyczajni ludzie, zmagający się ze swoimi słabościami i problemami. Przedstawieni zostali z perspektywy Janiny, której nie można odmówić spostrzegawczości, dzięki czemu stają się realistyczni i pełnowymiarowi. Główna bohaterka uchodzi w okolicy za starą wariatkę i choć bardzo dobrze poznajemy jej punkt widzenia oraz sposób w jaki patrzy na świat, nie sposób nie uznać jej za ekscentryczną. Jej działania i motywy są zrozumiałe, a silnie spolaryzowane poglądy i przymus ich bronienia a nawet narzucania ich innym sprawiają, że jest bardzo wyrazista.

   Motywem przewodnim powieści jest stosunek ludzi do zwierząt. Główny nacisk położony został na okrucieństwo polowań, ale nie zabrakło też innych aspektów zwierzęco-ludzkich relacji. Ponieważ narratorką jest Janina a jej poglądy w tej sprawie są bardzo kategoryczne, tak również został przedstawiony problem traktowania zwierząt przez ludzi. Problem został przedstawiony w sposób bardzo emocjonalny i silnie spolaryzowany. Mamy tu złych, okrutnych myśliwych pozbawionych empatii oraz pełną współczucia Janinę. Zabrakło tu szarości, tym bardziej, że z punktu widzenia narratorki każdy kto nie podziela jej poglądu na sprawę polowań staje się wrogiem. Janiny nie sposób nazwać ekologiem, gdyż w jej spojrzeniu dominuje antropomorfizacja natury a nie zrozumienie mechanizmów jej działania, przez co łatwo nadać jej etykietkę ekoterrorystki.

   Lektura upływa przyjemnie, choć spadek tempa i napięcia jest mocno odczuwalny. Stylistyka zdań i język nie charakteryzują się niczym szczególnym. Jedyny dość nietypowy zabieg to rozpoczynanie niektórych słów, umieszczonych w środku zdania, wielką literą. Ma to podkreślić ich ważność oraz znaczenie dla narratorki i ten zabieg udał się w zupełności. Autorce nie można odmówić dużej wprawy w operowaniu słowem, gdyż klimat opowieści oddziałuje na czytelnika. W połączeniu z pierwszoosobową narracją możemy poczuć się bezpośrednim świadkiem rozgrywanych wydarzeń, co sprawia bardzo dobre wrażenie.

   Jako thriller powieść nie spisuje się najlepiej. I choć wątek kryminalny nie jest najgorszy a jego rozwiązanie może zaskakiwać, to jednak w pewnym momencie zostaje mocno zepchnięty na drugi plan, co niezbyt mu się przysłużyło. Moralno-etyczny aspekt książki jest w niej dominujący a sposób przedstawienia problemu może być męczący. Okrutni bezduszni myśliwi skontrastowani zostali nawiedzoną staruszką, a takie postawienie sprawy nie jedna zwolenników żadnej ze stron. Powieść budzi kontrowersje, choć nie można odnieść wrażenia, że głównie o to w niej chodzi.

   „Prowadź swój pług przez kości umarłych” nie jest złą książką a jej lektura upływa błyskawicznie. Ma sporo mocnych stron jak choćby dobrze nakreśleni bohaterowie, ma jednak również swoje wady. Z pewnością nie jest to książka, o której szybko można zapomnieć i choć mnie nie oczarowała, to jednak zadowolona, że po nią sięgnęłam.

sobota, 9 września 2017

Stąd do płotu, czyli z życia wiejskiego podwórka

Autor: Anna Kaca
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Rok wydania: 2017

   W XXI wieku w Polsce, coraz trudniej o prawdziwie wiejskie podwórka. Coś co dla pokolenia obecnych czterdziesto- i pięćdziesięciolatków jest oczywiste, dla osób o połowę młodszych już niekoniecznie, a dla dzieci wydaje się być zupełnie abstrakcyjne. Mleko prosto od krowy, jajka od wiejskich kur niegdyś były czymś zupełnie zwyczajnym, dziś zaś często stanowią trudno dostępny rarytas. W takich realiach absolutnie nie dziwi wydanie książeczki dla dzieci, przybliżającej im ten, w pewnym sensie, egzotyczny świat. Pozycja „Stąd do płotu” Anny Kacy, próbuje pokazać dzieciom prawdziwą wieś, o którą w dzisiejszych czasach już wcale nie tak łatwo.

   Bohaterami książeczki są zwierzęta zamieszkujące niewielkie gospodarstwo. Jest tu krowa Wala, świnka Gryzia, kot Supeł, pies Szybki oraz liczne kury, kaczki i gęsi. Bohaterowie przeżywają bardzo zwyczajne przygody – wycieczkę kota do miasta, czy pojawienie się nowego koguta w zagrodzie. Zwierzęta zostały przedstawione zgodnie ze stereotypami z jakimi są kojarzone. Majestatyczny i dumny kot, nadpobudliwy i rozszczekany pies, czy głupawe i rozgdakane kurki, to tylko niektóre z postaci w książce. Opowiadania nie są ani szczególnie zabawne, ani nie dają dzieciom tematu do rozmów z rodzicami o poważniejszych sprawach. Są miłe, ładne i przyjemne, ale nie niosą ze sobą zbyt wiele wartości.

   „Stąd do płotu” to nie tylko krótkie opowiadania o wiejskich zwierzętach, ale również kilka wierszyków. Ich tematyka skupia się wokół przemijających pór roku, zwierząt oraz zjawisk atmosferycznych. Cechuje je dość swobodne podejście do rymów, które często są niedokładne, a czasem po prostu ich nie ma. Rytmika wierszy zostaje zachowane, dzięki czemu czyta się je sprawnie i łatwo zapadają w pamięć. Podobnie, jak w przypadku opowiadań, młody czytelnik nie będzie wybuchał śmiechem, raczej podejdzie do nich z obojętnością.

   Książeczka utrzymana jest w biało-pastelowej tonacji. Na białych stronach opowiadania i wierszyki zostały napisane kolorową, bezszeryfową czcionką i okraszone wielobarwnymi ilustracjami, na których widać wyraźne ślady kredek. Tytuły napisano pisanymi literami, co z pewnością ułatwi lekturę młodemu czytelnikowi dopiero poznającymi słowo pisane. Niestety, w przeciwieństwie do czytanek stricte dedykowanych dzieciom, tu kolumny tekstu są dość obszerne, a same litery stosunkowo małe, co może zniechęcić i utrudnić lekturę niewprawnemu czytelnikowi.

   Językowo publikacja nie zachwyca, trudno też mówić o dostosowaniu książki do wieku czytelnika. Pojawiają się tu pojedyncze anachronizmy oraz kilka rzadziej używanych słów, co na pewno pozwoli dziecku na pogłębienie słownictwa. Autorka posłużyła się również dość oczywistymi schematami, wskazując w dialogach konkretnych rozmówców. Na przykład krowa przeciąga głoskę „u” a kury zwielokrotniają sylabę „ko”. W warstwie językowej zabrakło czegoś co uczyniłoby książkę wyjątkową i wartą uwagi.

   W mnogości publikacji dla dzieci, „Stąd do płotu” niczym nie zachwyca. Ilustracje są ładne, ale nie wyjątkowe, podobnie jak literacka warstwa książki. Jej zaletą jest pokazanie dzieciom kulisów  życia wiejskiego gospodarstwa, ale w tej roli znacznie lepiej sprawdzi się choćby „Przygód kilka wróbla Ćwirka” Sławomira Grabowskiego i Marka Nejmana. Kolejnym sporym mankamentem jest wygórowana cena, nadrukowana kwota dwudziestu złotych to stanowczo zbyt dużo za niewiele ponad trzydzieści cieniutkich stron w miękkiej oprawie.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

wtorek, 5 września 2017

Kapitan Czart. Przygody Cyrano de Bergerac

Autor: Louis Gallet
Tytuł oryginału: Le Capitaine Satan
Tłumaczenie: Witold Gomulicki
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2017

   Od chwili gdy w zapowiedziach wydawnictwa MG ukazał się „Kapitan Czart. Przygody Cyrana de Bergerac” Louisa Galleta kusiło mnie by sięgnąć po tę książkę. Uwielbiam stare powieści i choć literatura przygodowa nie należy do moich ulubionych odmian, to jednak mam do niej pewną słabość. Co najważniejsze, powieść, choć dość schematyczna, nie zawiodła mnie ani trochę.

   Sawiniusz Cyrano de Bergerac to autentyczna postać. Żyjący w siedemnastym wieku pisarz i filozof o bujnym życiorysie był inspiracją dla wielu twórców. Jednym z nich był Louis Gallet, który uczynił z niego głównego bohatera powieści. Znany w paryskim świecie pod pseudonimem Kapitan Czart, Cyrano de Bergerac jest człowiekiem w średnim wieku o sporych zasobach finansowych i ustabilizowanej sytuacji życiowej. Jednym z jego zajęć jest pisanie utworów scenicznych, które niejednokrotnie stają się pretekstem do licznych pojedynków, w które się wplątuje. Jest awanturnikiem, który nie puści płazem najmniejszej nawet ujmy na honorze. Z drugiej strony cechuje go spore poczucie sprawiedliwości i łagodności okazywanej nawet względem wrogów. Jest postacią nietuzinkową i godna podziwu, równie często budząc wśród ludzi uwielbienie jak i nienawiść.

   Fabuła powieści oparta jest o intrygę związaną z zaginionym i cudem odnalezionym dziedzicem rodu de Lembrat. Ścierają się tu interesy prawowitego dziedzica nazwiska z tym, który nosił je do tej pory, a którego prawa potwierdził umierający ojciec. Pomiędzy nimi oboma znalazł się przyjaciel umierającego na początku powieści hrabiego de Lembrat – Cyrano de Bergerac. Poeta za wszelka cenę poszukuje kompromisu między dwoma synami i robi wszystko by uchronić nazwisko zmarłego hrabiego przed hańbą, jednak charakter starszego z braci oraz postać jego narzeczonej, uniemożliwiają pokojowe rozwiązanie.

   Jest to typowa powieść przygodowa, więc na brak akcji nie można narzekać. W książce dzieje się dużo i intensywnie, a nagłe zwroty akcji są częste, choć konsekwentnie wynikające z rozgrywających się wydarzeń. Jak przystało na typowego przedstawiciela gatunku, w książce nie zabrakło wątku romansowego, w którym losy kochających osób są niepewne, a perspektywa szczęśliwego zakończenie niejednokrotnie wydaje się bardzo odległa. Cyrano de Bergerac jest bezpośrednio zaangażowany w rozgrywające się wydarzenia i to na nim spoczywa odpowiedzialność za szczęśliwe zakończenie intrygi.

   Bohaterowie zostali przedstawieni dość schematycznie. Mamy wspaniałego Cyrana de Bergerac, człowieka o licznych przymiotach, któremu wszystko się udaje. Znajdziemy tu nikczemnego Cygana, jaki nie cofnie się przed niczym, by wywrzeć zemstę za urojone krzywdy. Nie brakuje tu również interesownego sługi, gotowego do każdej podłości, byle tylko dobrze za nią zapłacono. Są tu również interesujące postacie kobiece, które choć mają znacznie mniejsze możliwości działania, również odgrywają kluczowe role. Relacje między bohaterami nie są może zbyt głębokie i wielopoziomowe, jednak są realistyczne i naturalne. I choć takie schematyczne podejście do przedstawionych postaci może nieco irytować, to jednak nie przeszkadza zbytnio, gdyż taka a nie inna ich kreacja jest dokładnie tym, czego można oczekiwać po tej powieści.

   W książce nie znajdziemy zbyt wielu opisów, gdyż główny nacisk narracji położony jest na prezentacji wydarzeń, jednak nie sposób pominąć tła obyczajowo-społecznego w jakim się one rozgrywają. W powieści przedstawiono zarówno świat francuskiej szlachty, której życie towarzyskie przez większą część czasu koncentruje się w Paryżu, jak i obyczaje Cyganów, którzy odgrywają znaczącą rolę w rozwoju intrygi. Ukazano też, choć dość powierzchownie, zwyczaje związane z wymiarem sprawiedliwości w siedemnastowiecznej Francji.

   Książkę czyta się znakomicie. Niezbyt skomplikowany ale i nie nazbyt prosty język oraz dość bogate słownictwo sprawiają, że kolejne strony odwraca się z prawdziwą przyjemnością. Liczne dialogi zostały napisane bardzo dobrze, dokładnie oddają charaktery rozmówców. Wyraźnie zaznaczono rozróżnienie między szlachetnie urodzonymi bohaterami a licznie występującymi tu cyganami, czy osobami o niższym statusie społecznym.


   „Kapitan Czart. Przygody Cyrana de Bergerac” to typowa, ale i bardzo dobra powieść przygodowa. Znajdziemy w niej wszystko, czego można oczekiwać po tego typu literaturze. Wartką akcję, dobrze wykreowanych bohaterów i bogate tło historyczo-obyczajowe. Dla miłośników gatunku jest to wręcz pozycja obowiązkowa, ale powinna spodobać się każdemu kto lubi dobrą, lekką powieść, której lektura może nie zmusza do refleksji, ale daje mnóstwo przyjemności.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 1 września 2017

Psygoda na czterech łapach. Diuna w Himalajach

Autor: Agata „Agi” Włodarczyk
Ilustracje: Ksenia Potępa
Wydawnictwo: Helion
Rok wydania: 2017

   Nieczęsto zdarza mi się sięgnąć po książkę ze względu na rysownika, tak było z książkami z serii „Opowiem ci mamo...”, rysowanymi przez Katarzynę Bajerowicz, tak również stało się w przypadku pozycji będącej bohaterką tej recenzji. „Psygoda na czterech łapach. Diuna w Himalajach” zilustrowana została przez Ksenię Potępę, znaną z internetowego komiksu o wombacie – słodkim miłośniku ciastek, kocyków i błogiego lenistwa. W opowieść Agaty Włodarczyk rysunki Kseni Potępy wpasowują się idealnie.

   Główną bohaterką i narratorką historii jest Diuna – suczka, w której żyłach płynie domieszka wilczej krwi. Gdy pewnego dnia jej państwo zaczęli zachowywać się inaczej niż zwykle, nie spodziewała się, że to początek wspaniałej Przygody (a właściwie psygody). Z psiej perspektywy krok po kroku poznajemy szczegóły przygotowań i wyprawy w Himalaje, której celem są źródła Gangesu. Bohaterowie książki nie zapuszczają się w najwyższe góry, docierając nie dalej niż do śniegów, pokrywających pogórze w porze letniej. W trakcie wyprawy muszą zmierzyć się z licznymi niebezpieczeństwami. Suczkę w przerażenie wprawia słoń, czy tygrys, dzielnie zaś stawia czoła i ostrzega swych państwa przed zagrożeniem ze strony rzeźby terenu, lub pogody.

   Ze względu na nietypową, psią narrację nowe miejsca przedstawione zostały za pomocą węchu, słuchu i w znacznie mniejszym stopniu wzroku. Diuna jest naszą przewodniczką i towarzyszymy jej poznając zakamarki Indii. Nie zabrakło też fragmentów, w których pies przytacza wypowiedzi swoich opiekunów, ukazujące szczegóły odwiedzanych miejsc i obyczajowość ich mieszkańców. Hałas miast oraz pustota bezdroży, gdzie łatwiej spotkać tygrysa niż człowieka przedstawione zostały bardzo obrazowo, dodając opowieści walory książki podróżniczej.

   Najważniejsza w przedstawionej przygodzie jest Diuna. Suczka została przedstawiona jako odważna i zdecydowanie przeceniająca swoje siły bohaterka. Często można zauważyć jej zmienność, gdy początkowe „nigdy” topnieje pod wpływem psiego herbatnika, bądź perswazji opiekunów. Takie zaprezentowanie Diuny, świetnie oddaje psi charakter, dzięki czemu jest to postać bardzo autentyczna i wiarygodna. Nie mamy najmniejszych wątpliwości, że autorka książki doskonale zna wszystkie słabości i mocne strony swojego psa.

   Książka została napisana bardzo przystępnym językiem. Użyte słownictwo jest niezbyt wyszukane, ale i nieprzesadnie skromne. Niejednokrotnie, gdy Diuna trafia na nowe dla siebie okoliczności, zwierzęta, czy przedmioty, mamy okazję poczytać ich definicję z perspektywy psa. Pojawia się tu również kilka neologizmów, takich jak psysmak, czy psygoda, które podkreślają gatunkową przynależność narratorki opowieści.

   Mocną stroną książki jest jej wydanie. Twarda oprawa oraz zakładka z tasiemki robią bardzo dobre wrażenie. Wewnętrzną stronę okładek pokrywa mapa, na której możemy prześledzić trasę wędrówki Diuny i jej państwa. Podobnie jak wszystkie, bardzo liczne, ilustracje jest ona dziełem Kseni Potępy. Jej kreska jest bardzo charakterystyczna, a pastelowa tonacja kolorowych ilustracji i łagodne, delikatne kreski sprawiają bardzo przyjemne, ciepłe wrażenie i budzą pozytywne uczucia. 

   „Psygoda na czterech łapach. Diuna w Himalajach” to ładnie wydana i bardzo przyjemna, zupełnie nietypowa książka podróżnicza. Łączy w sobie zamiłowanie do psów wraz z umiłowaniem podróży. Przyjemność z lektury podkreślona jest walorami artystycznymi oprawy graficznej. Książka z pewnością zachwyci młodego czytelnika, pozwalając mu poznać egzotyczny kawałek świata. Dorosłym sprawi równie wiele przyjemności swą lekką i zabawną formą oraz sympatyczną postacią psiej przewodniczki.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

wtorek, 29 sierpnia 2017

Stosik na koniec sierpnia

   I znów przyszło nieco poczekać na kolejne stosiki. Tym razem podwójny, część pochodzi z zakupów, część to recenzentki a i jakiś wymianowy tytuł się trafi. Wyjątkowo kupiłam sporo książek, które już kiedyś czytałam, po prostu mój wewnętrzny chomik uznał, że muszę je mieć w papierze na półce, tym bardziej, że pięknie wydane. No i niespodzianka na blogu, dwie karcianki. Zdarzało mi się recenzować gry planszowe i karciane, teksty pojawiały się na Insimilionie, czy były pisane specjalnie dla nich, czy też na podstawie moich własnych egzemplarzy. W sumie, chyba wrócę do pisania o planszówkach, gdyż pisze się o nich zupełnie inaczej, niż o książkach.
   No ale dość tej czczej pisaniny, tak prezentują się stosiki.


   I co teraz? Guido van Genechten Z tyłu czai się dość duża książka dla dzieci, w której przesłanie jest najważniejsze. Recenzentka od Sztukatera, tekst wkrótce pojawi się na blogu.
   Remek marzyciel Anne Crauzas Pierwszą książkę tej autorki wydaną przez Widnokrąg miałam już okazję zrecenzować gdy okazało się, że mogę wziąć kolejną od Sztukatera nie wahałam się ani chwili. Recenzja opowieści o rozmarzonym ślimaku już wkrótce.
   Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze Edgar Allan Poe Już od dawna czaiłam się na coś tego autora, przy okazji ostatnich zakupów skusiłam się na zbiorcze wydanie opowiadań. Jestem w trakcie lektury, ale nie jest to książka "na raz" nie tylko ze względu na objętość.
   Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści, Przyszła na Sarnath zagłada. opowieści magiczne i tajemnicze Howard Phillip Lovecraft Obie przeczytane i zrecenzowane dla Insi, ale ponieważ musiały opuścić moje progi, postanowiłam je kupić, by mieć je pod ręką.
   Tajemnica Mirtowego pokoju Wilkie Collins Na tę książkę polowałam robiąc ostatnie zamówienie do Sztukatera. Nie zawiodłam się, przeczytana, recenzja wkrótce pojawi się na blogu.
   Tajemnica Edwina Drooda Charles Dickens Muszę w końcu zabrać się za lekturę powieści tego autora zamiast tylko dokupywać kolejne tomiszcza.
  Zaczarowany kwiecień Elizabeth von Armin To tytuł niespodzianka z wymiany. Nie mam pojęcia o czym, skusiła mnie data powstania opowieści. Czeka na swoje czasy.
   Pęk ostów Janusz Sipkowski To zupełnie niespodziewany tytuł. Po opublikowaniu recenzji drugiego tomu fraszek tego autora, dostałam niezwykle miłego maila, w którym Janusz Sipkowski poprosił o adres do przesłania pierwszego zbioru jego fraszek. Książka przyszła i sprawiła mi wiele radości.
   Czarne oceany Jacek Dukaj Tej książki jeszcze nie miałam, niestety nie tak łatwo było kupić ładny egzemplarz wydany przez Wydawnictwo Literackie. Udało się dorwać z wymiany, szkoda tylko, że odstaje od pozostałych na półce.
   Symfonia złoczyńcy Doina Longu Musiałam dobrać coś od Sztukatera do pełnego zamówienia, trafiło na ten kryminał młodej mołdawskiej pisarki. Recenzja wkrótce.


      Mapa chaosu, Mapa nieba, Mapa czasu Felix J.Palma to recenzowana już wcześniej dla Insi Trylogia wiktoriańska, udało się kupić całość za jedyne pięćdziesiąt złotych z wysyłką.
   Skandynawia. Parki narodowe i rezerwaty przyrody Andrzej Garski, Paweł Garski To już pierwszy tytuł od Sztukatera - przewodnik po przyrodniczych walorach Skandynawii, pierwszy rzut oka był bardzo obiecujący.
   Konstelacja Marek Machura Nie mam pojęcia o czym będzie ta powieść, ale coś trzeba było wziąć, a to wydawało się interesujące, zobaczymy jak po lekturze.
   Nocnik. Wypełniona forma bardziej pojemna Wojciech Łabędź Z tą książką historia jest podobna, zaczęłam lekturę i Ho! Ho! Czego tu nie ma? Recenzja wkrótce.
   Węgierska wiosna Krzysztof Jagielski Dopiero po dokonaniu zamówienia recenzenckiego sprawdziłam, że jest to drugi tom. Mam nadzieję, że nie zaważy to zbytnio na lekturze.
   Wojowoce, Pirackie PoRachunki FoxGames Dwie karcianki do recenzji od Sztukatera. Póki co przeczytałam instrukcje i zapowiadają się całkiem nieźle. Zobaczymy jak z grywalnością.

   No i to wszystko, jak zwykle mam co czytać (i jak zwykle aż za dużo). Wyjątkowo, ciągnę dwie książki naraz i potrwa to przez jakiś czas, gdyż tak najlepiej mi wchodzi Poe.