czwartek, 3 grudnia 2020

Pieśni wydmowej trawy

 


Autor: Maksymilian Dzikowski
Wydawnictwo: NovaeRes
Rok wydania: 2020

Sięgając po „Pieśni wydmowej trawy” Maksymiliana Dzikowskiego spodziewałam się nastrojowej opowieści osadzonej w fantastycznym świecie ludzi związanych z morzem. Oczekiwałam lektury ze wszech miar kameralnej, o ludziach w niewielkiej wiosce gdzieś na krańcach cywilizowanego świata. I pod tym względem ta książka mnie nie zawiodła. Niestety wiele aspektów tej książki sprawiło, że lektura okazała się męcząca.

Historia zaczyna się intrygująco. Gdy do nadmorskiej wioski, w przededniu sztormowego sezonu trafia obcy, dla jej mieszkańców oznacza to spore zmiany oraz znak opatrzności. O nieznajomym nie wiemy prawie nic, poza tym, że przybył z bardzo daleka w rozlatującej się łódeczce. Wycieńczony, z objawami długotrwałego głodu i ledwo żywy nie był w stanie snuć swojej opowieści. Trafia pod opiekę dziewczyny, która dopiero co złamała odwieczne zasady rządzące społecznością, powoli wraca do zdrowia, by móc wyjaśnić co go przywiodło w te rejony oraz jaki to będzie miało wpływ na zamkniętą dotychczas społeczność.

Mocną stroną książki z pewnością jest zarysowanie tła dla rozgrywających się wydarzeń oraz kreacja świata nadmorskiej społeczności. To świat, którym rządzi morze, do którego rytmu dostosowują się mieszkańcy wioski. Morze ich żywi, dostarcza materiałów na budowę domów i otacza ich swoją opieką. Mieszkańcy czują wobec niego zabobonny wręcz lęk w połączeniu z bliskim czci podziwem. Ich życie i rytuały są bezpośrednio z nim związane. Dlatego, gdy na plażę wyrzucona została łódź z rozbitkiem, staje się on jego posłańcem i znakiem.

Jednak ciekawie i szczegółowo wykreowany świat nie przyćmiewa najpoważniejszej wady powieści. Fabuła zdaje się zmierzać donikąd. Przez blisko jedną trzecią powieści dzieje się bardzo niewiele poza faktem pojawienia się „nowego” w wiosce. Sytuacja jest rozpatrywana na wszelkie możliwe sposoby, analizowana z każdej możliwej strony. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby z tych analiz cokolwiek wynikało. Dostajemy worek mniej lub bardziej realnych domysłów opakowanych w nadmiar słów, które sprawiają wrażenie, że wszystko stoi w miejscu. I choć co chwilę mówi się, jak ważne jest to wydarzenie, to ciężko odczuć jego wagę.

Książka jest napisana mało przystępnym językiem. Dobór słownictwa oraz składnia nie sprzyjają skupieniu uwagi, jednocześnie nie zachwycając ani plastycznością opisów, ani budowanym klimatem. W połączeniu z bardzo leniwym tempem akcji lektura staje się po prostu męcząca, co więcej zdająca się niewiele wnosić.

O ile nie wymagam od powieści kalejdoskopu zdarzeń, za których tempem ciężko jest nadążyć, o tyle ciężko było mi przywiązać się do tych zaprezentowanych przez Maksymiliana Dzikowskiego w powieści „Pieśni wydmowej trawy”. Uwielbiam książki, gdzie z pieczołowitością tworzony jest klimat oddający realia w jakich dzieje się opowieść, jak u dziewiętnastowiecznych pisarzy potrafiących tak zbudować historię, że człowiek aż czuje się jej częścią. Po tej książce nie oczekiwałam aż tak wiele, liczyłam jednak na nieco magiczną książkę, która oczaruje mnie klimatem powoli snutej opowieści w niewielkim, kameralnym wręcz świecie. Niestety zawiodłam się zupełnie w swych oczekiwaniach i nie byłam w stanie cieszyć się lekturą. I choć w pełni doceniam pieczołowitość autora w tworzeniu, jakby nie było, dość interesującego świata, to dla mnie było to zbyt mało, bym mogła z czystym sumieniem ocenić tę książkę pozytywnie.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.