czwartek, 15 października 2020

Grzechy Imperium


Autor: Brian McClellan

Tytuł oryginału: Sins of Empire

Cykl: Bogowie krwi i prochu. Tom 1

Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski

Wydawnictwo: Fabryka Słów


Gdy sięgałam po pierwszy tom nowej trylogii Briana McClellana w pamięci miałam bardzo dobre wspomnienia z lektury „Trylogii magów prochowych”. Nieco inne spojrzenie na magię, szczęk oręża i zapach prochu towarzyszące epickim bitwom, to była najbardziej emblematyczna zaleta cyklu. Całość wzbogacona o interesujących bohaterów budziła apetyt na więcej. Sięgając po „Grzechy imperium” spodziewałam się opowieści podobnej klimatem i rozmachem. I nie zawiodłam się, choć nie ukrywam, że pierwszy tom „Bogów krwi i prochu” nieco mnie zaskoczył.

Opowieść osadzona jest na Fantraście – kontynencie odległym od znanego z „Trylogii magów prochowych” Ardo, będącym kolonialnym przyczółkiem. Niepokorni tubylcy – Palo z problemami dogadują się z napływową ludnością, która z nowych ziem próbuje wycisnąć jak najwięcej. Akcja rozgrywa się dziesięć lat po wydarzeniach jakie miały miejsce w pierwszej trylogii, której bohaterowie zapisali się w pamięci ludzi jako osoby nietuzinkowe i godne szacunku.

Na pierwszym planie powieści umiejscowiono troje bohaterów. Pierwszym z nich jest Michel Bravis – urzędnik Czarnych kapeluszy - tajnej policji Landfall, będącym głównym miastem Fantrasty. Drugim z bohaterów jest Benjamin Styke, weteran wojen z Kezem, dowódca legendarnych Szalonych Lansjerów, którego po raz pierwszy spotykamy w obozie pracy, gdzie odsiaduje wyrok za niesubordynację. Ostatnią z pierwszoplanowych postaci, jest poznana już w poprzednim cyklu Vlora, dowodząca Strzelcami Wyborowymi – elitarną jednostką najemników.

Tym, co mnie najbardziej zaskoczyło w lekturze są liczne nawiązania do poprzedniej trylogii. Na tyle częste, że zaczęłam żałować, że tak słabo ją pamiętam. Zwłaszcza często wspominany jest Taniel Dwa Strzały oraz kulminacyjna scena „Trylogii Magów Prochowych”. To sprawia, że dobrze jest przed sięgnięciem po „Grzechy imperium” być zaznajomionym z pierwszym spotkaniem w świecie, w jakim spotkać można magów prochowych. Nie jest to jednak niezbędne, gdyż nawiązania są dość precyzyjne i wiele sytuacji wyjaśnia się dość wcześnie, by nie odczuwać zagubienia w rozgrywających się wątkach.

W powieści przeplata się kilka wątków silnie osadzonych wokół głównych bohaterów. Z jednej strony mamy Michela Bravisa, który w działaniach by awansować na Złotą różę – kolejny poziom w hierarchii Czarnych Kapeluszy wplątuje się w misję, która zdaje się go przerastać. Podobnie Benjamin Styke, po przedwczesnym opuszczeniu obozu pracy, dostaje enigmatyczne zadanie od tajemniczego zleceniodawcy, dzięki któremu udało mu się wyjść z obozu. Również Vlora przyjmująca kolejne zlecenie od rządzącej imperium Lindet nie spodziewa się, w jak poważny konflikt się wplątała. Wszystkie wątki przeplatają się przez całą powieść, by w końcu znaleźć wspólne rozwiązanie w zakończeniu powieści.

„Grzechy imperium” czyta się bardzo dobrze, ta grubo ponad siedmiuset stronicowa książka kończy się zaskakująco szybko. Spora w tym zasługa wartkiej akcji i dobrze wykreowanych bohaterów, którym z przyjemnością towarzyszy się przez każdy rozdział. Nie ma tu wątków znacząco słabszych i losy całej trójki śledzi się ze sporym zainteresowaniem. Język Briana McClellana jest przystępny, ale też bogaty i niezwykle sugestywny, idealnie sprawdza się w opisywaniu szybko rozgrywających się wydarzeń.

Pierwsza część „Bogów krwi i prochu” to bardzo dobry wstęp do kolejnego epickiego cyklu fantasy, osadzonego w interesującym świecie wykreowanym przez Briana McClellana. Interesujący bohaterowie, wielka polityka i równie wielkie bitwy, to coś czego nie brakuje w „Grzechach imperium”. Wartka akcja z niewielką ilością  niedopowiedzeń, które intrygują przyciągają uwagę czytelnika, na tyle dobrze, że od książki niezwykle ciężko się oderwać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zachęcam do komentowania, choć lojalnie ostrzegam, że komentarze poniżej pewnego poziomu nie zostaną opublikowane.