niedziela, 12 stycznia 2020

Góry Kaczawskie słowem malowane

Autor: Krzysztof Gdula
Wydawnictwo: PrimoLibro
Rok wydania: 2019

   O Górach Kaczawskich nigdy nie było zbyt głośno. Nawet jak ktoś zdaje sobie sprawę, że przed wzniesieniami Sudetów z najbardziej znanymi Śnieżką i Szrenicą znajdują się jakieś góry, to niewiele osób jest w stanie nazwać je po imieniu. Nie znajdziemy tu ani znanych ośrodków turystycznych, jak Szklarska Poręba, czy Karpacz, ani wielkich szczytów. Jednak między innymi te właśnie walory stały się dla Krzysztofa Gduli przyczyną napisania książki „Góry Kaczawskie słowem malowane”.

   Tytuł tej publikacji nie mógł być bardziej wymowny. Gdyż tym ona głównie jest, słownymi opisami Gór Kaczawskich. Autor dokumentując w krótkich, kilkustronicowych notatkach swoje kolejne piesze wędrówki roztacza przed czytelnikiem obraz tych właśnie gór. Nie ma tu stromych szczytów,  ostrych grani, czy zachwycających wysokości. Najwyższy szczyt – Skopiec ma nieco tylko ponad siedemset dwadzieścia metrów wysokości bezwzględnej. Szczyty w całym paśmie wznoszą się na około siedemset, sześćset metrów. To, w połączeniu z charakterem tych gór – łagodne zbocza, nieczęsto występujące skały, sprawia że mogą się one nie wydawać zbyt interesujące dla przeciętnego górołaza.

   Jednak Krzysztof Gdula zachwycił się nimi na tyle, by co jakiś czas przypuszczać wyprawy na kolejne mniejsze i większe szczyty, zwiedzając je wzdłuż i wszerz w licznych wielogodzinnych spacerach. I o tym właśnie pisze w swojej książce. Każdy z pięćdziesięciu teksów to inna wyprawa.  To opowieści o pięknie przyrody, o lasach, polach i wijących się wśród nich drożynach. O strumieniach, potokach i drobnych ciekach wodnych, którymi woda znajduje sobie drogę płynąc w dół. To w końcu panorama niewielkich, sennych wiosek i miasteczek, odległych nie tylko od wielkomiejskiego gwaru, ale też od turystycznej infrastruktury. Góry Kaczawskie nie wytrzymują konkurencji w atrakcyjności względem pobliskich Sudetów, w związku z czym pozostają dzikie i niezatłoczone.

   Widać wyraźnie, że brak komercyjnej wartości Gór Kaczawskich jest jednym z magnesów przyciągających w nie autora. Pisząc o całodniowych wędrówkach w trakcie których prawie nie spotyka innych ludzi, a oznaki cywilizacji podziwia w odległych kotlinach i dolinach, wyraźnie daje do zrozumienia, że taka ucieczka przed światem jest dla niego niezwykle cenna. I choć z jednej strony chce przybliżyć ludziom uroki tych gór, z drugiej nie cieszy go perspektywa zbyt szerokiego ich rozreklamowania.

   W książce oprócz słów znajdziemy też zdjęcia, dodają obrazu do tego, co zostało napisane. Nie ma ich jednak zbyt wiele, stanowią raczej niezbędne minimum. Z tego względu trudno tę książkę nazwać przewodnikiem, tym bardziej, że nie uświadczymy tu ani jednej mapy. Nie znajdziemy tu również zbyt wielu wzmianek o architektonicznych atrakcjach ukrytych w paśmie Gór Kaczawskich, a tych – w tym licznych zamków i zamkowych ruin w okolicy znajduje się całkiem sporo z Bolkowem i zamkiem Grodziec na czele.

   Książkę czyta się dobrze. Została napisana bardzo plastycznych językiem, pozwalającym wczuć się w klimat świtów i zachodów słońca nad Górami Kaczawskimi. Czuć wręcz schodzącą mgłę i słychać szelest opadających jesiennych liści. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że to nie tyle pisanie, co właśnie malowanie słowem.

   „Góry Kaczawskie słowem malowane” zdecydowanie nie są przewodnikiem, choć z pewnością mogą zachęcić do poznania tych, niezbyt znanych gór. To książka - wyprawa, szczególna o tyle, że prawie nieuwieczniona w obiektywie, zaś opisana słowami. To w końcu pozycja, która pokazuje, że piękno można znaleźć wszędzie, nie tylko w tych najbardziej znanych miejscach. Czasem te mniej znane, kryją w sobie równie silne, choć zupełnie inne, artystyczne doznania.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zachęcam do komentowania, choć lojalnie ostrzegam, że komentarze poniżej pewnego poziomu nie zostaną opublikowane.