piątek, 8 lutego 2019

Stosiszcze styczniowo-lutowe

   Styczeń to miesiąc, w którym w mojej biblioteczce znacząco przybywa książek. By zrobić im miejsce, zawsze w tym okresie przetrzepuję regały i te pozycje, których nie chcę mieć u siebie lądują na WOŚPowych aukcjach. Z drugiej strony, na tychże aukcjach nie tylko sprzedaję, ale i kupuję sporo. W tym roku, poza jednymi puzzlami, kupiłam troszkę książek. No może odrobinę więcej niż troszkę. Czekając na wszystkie wysyłki, zdążyłam uzupełnić zakupy o pozycje, które już od jakiegoś czasu były u mnie na liście, a i kilka zupełnie spontanicznych rzeczy się znalazło. Powrót do recenzowania też ma swoje prawa, więc i kolejne zamówienie recenzenckie do mnie dotarło. To wszystko sprawia, że choć planowałam nie za wielki stosik, to okazało się, że jest to ogromne, wielotomowe stosiszcze. No ale po kolei.

Część pierwsza - recenzencka:


   Na wiosłach przez Atlantyk Romuald Koperski Muzyk i podróżnik, który odważył się przepłynąć Ocean Atlantycki na łodzi napędzanej wiosłami. Tego nie można było pominąć.
   Basil Wilkie Collins Kolejna powieść tego autora na mojej półce, jedna z tych, które skusiły mnie do zamówienie recenzenckiego.
   Jak hodować i karmić domową czarną dziurę Michelle Cuevas Książka dla dzieci i fizyka, biorę w ciemno!
   Obietnice poranka Carrie Turansky Szukałam czegoś do uzupełnienia zamówienia, wybór padł na romans historyczny o całkiem niezłych ocenach na Lubimyczytać.
   Jad Daniel Karpiński Analogiczna historia jak z powyższym, tym razem powieść historyczna, która również pochwalić się może całkiem przyzwoitymi ocenami.
   Mutant Bogdan Loebl Miałam do czynienia z prozą tego autora (Śpiąca jasnowłosa), tym razem sięgnęłam po poezję. Jestem po lekturze i nie narzekam.

Część druga - nie tylko książkowa:


   Zwierzęta, które zniknęły Nikola Kucharska Jeden z planowanych zakupów, który nieco zaskoczył mnie rozmiarem. Póki co przekartkowałam i nie jestem rozczarowana, mam nadzieję, że lektura mnie nie zawiedzie.
   Zwierzęta na mapie (170), Wszystko na mapie (600) Aleksandra i Daniel Mizielińscy Będąc wielką fanką ichniejszych Map oraz puzzli nie mogłam przejść obojętnie obok tych wspaniałości. Oficjalnie dla syna, nieoficjalnie, no cóż...
   Gdzie ten ptak Dawid Kilan To jedna z pozycji, która bardzo krótko gościła na liście zakupowej, zakup przemyślany, wypatrzony na fanpage'u Birding Poland. Podobnie jak pierwsza z książek na tym zdjęciu, ta zaskoczyła mnie rozmiarem. Wstępne wrażenia bardzo dobre.
   Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt, Rok w lesie Emilia Dziubak Drugą z nich kupiłam spontanicznie w Biedronce i zakochałam się w ilustracjach oraz w fajnym przekazaniu przyrodniczej wiedzy. Nic więc dziwnego, że dokupiłam drugą, zwłaszcza, że zawsze lubiłam ekologię.
   WWF Panda (1000) Jakiś czas temu można było za całkiem przyzwoite pieniądze kupić puzzle z tej serii, żałuję do dziś, że nie kupiłam wszystkich, gdy znalazłam te na WOŚPowej aukcji nie wahałam się zbyt długo.

Część trzecia - zdecydowanie WOŚPowa:


   Duchy polskie, czyli krótki przewodnik po nawiedzanych zamkach, dworach i pałacach Bogna Wernichowska, Maciej Kozłowski Zakup zupełnie spontaniczny, bardziej niż pozostałe, gdzie kierowałam się autorami, lub innymi względami. Tu zadziałała tematyka.
   Tajemnice piaszczystego kanionu (3 tomy), W wąwozach Bałkanów, Niebezpieczne szlaki, Kapitan Kajman, W niewoli Karol May - Uzupełnienie kolekcji przygodowych klasyków i wspaniały dowód na to, jak wydawano tanie książki w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.
   Wesołe przygody Robin Hooda Howard Pyle Kolejny przygodowy klasyk w kolekcji.
   Na giełdzie Forsyte'ów John Galsworthy Rok temu kupiłam prawie wszystkie tomy (też w ramach WOŚP), tej jednej nie zdążyłam, więc uzupełniłam zbiór w tym roku.
   Drobne utwory Gabriela Zapolska Obok tej pani nie przechodzę obojętnie, a sama książka to ciekawa historia, o czym pisałam przy podsumowaniu stycznia.
   Robinson w Bolechowie Maciej Płaza Autora znam z tłumaczeń Lovecrafta, postanowiłam sprawdzić, jak podejdzie mi jego proza.
   Giaur George Gordon Byron I znów uzupełnianie klasyków i nadrabianie braków w szkolnych lekturach.
   Odprawa posłów greckich Jan Kochanowski Historia jak powyżej, z tą różnicą, że już przeczytana.
   Cień wzgórz Giovani Arpino A to książka niespodzianka, którą dostałam gratis do tej powyżej. Miła niespodzianka biorąc pod uwagę, że cenię sobie tę serię wydawniczą.
   Klejnoty Guy de Maupassant Klasyk, a ja jestem łakoma na klasyki.

Część czwarta - zakupowa, nie WOŚPowa:


   Złoty atlas Edward Brooke Hitching To jeszcze świąteczny zakup, i podobnie jak poprzednia książka tego autora, jest to przepiękna pozycja.
   Księga zwierząt niemalże niemożliwych. Bestiariusz XXI wieku Caspar Henderson Jedna z tych pozycji, którą jak tylko zobaczyłam w zapowiedziach wiedziałam, że chcę mieć.
   Nikt nie idzie Jakub Małecki Co tu dużo mówić, proza tego autora urzekła mnie już jakiś czas temu, nie wiem jak to wyszło, że jeszcze nie miałam tej książki u siebie.
   Kobieta w bieli Wilkie Collins Ten autor już się tu pojawił, cóż z pewnością jeszcze nie raz zagości u mnie na blogu.
   George i tajny klucz do wszechświata Lucy i Stephen Hawking Książka dla dzieci i fizyka... wiem powtarzam się,Hawkingowi się jednak nie odmawia.
   Świt między dobrym a złym Marta Krajewska Świat Wilczej Doliny mnie oczarował bez reszty, również w opowieściach dla dzieci.
   Wilki Adam Wajrak A to trochę spontaniczna niewiadoma, ale się skusiłam.
   Gawędy o wilkach i innych zwierzętach Marcin Kostrzyński Druga w tym wielki stosiszczu zdobycz biedronkowa. Jestem dobrej myśli.

Część piąta - ostatnia nie tylko WOŚPowa:


   Encyklopedia grzybów w Polsce Wiesław Kamiński, Malwina Flaczyńska Od jakiegoś roku buszuję po fanpage'u Sympatycy portalu NaGrzyby, więc i chęć nabycia nowego atlasu grzybów rosła dość szybko. Tu autorem jest założyciel portalu NaGrzyby, grzyboznawca z wieloletnim stażem, który wciąż poszerza swoją wiedzę. Jeden zarzut mam do tej publikacji - uszeregowanie gatunków z podziałem na jadalne, niejadalne/trujące i chronione.
   Wyprawa dookoła Galii, Asteriks i Kleopatra, Walka wodzów, Asteriks u Brytów, Asteriks i Goci, Asteriks i Normanowie, Asteriks i kociołek, Asteriks u Helwetów, Osiedle bogów, Wróżbita, Asteriks na Korsyce, Asteriks u Belgów, Róża i miecz, Jak Obeliks wpadł do kociołka kiedy była mały Rene Goscinny, Albert Uderzo Prawie wszystkie, poza ostatnią, kupione w Tezeuszu, przy okazji odkryłam jak bardzo złe jest nowe grupowanie aukcji na Allegro.
   Dookoła świata bez sztormów Andrzej Urbańczyk Kupiona w WOŚPowej aukcji, jestem fanką Urbańczyka, nie mogłam odpuścić.
   Legenda jako też bohaterskie, wesołe i sławne przygody Dyla Sowizdrzała i Jagnuszka Poczciwca w krajach flamandzkich i gdzie indziej Charles de Coster Kolejny przygodowy klasyk wyłapany na WOŚPie.
   Na bialskim zamku, Cet czy licho Józef Ignacy Kraszewski  Złapane w ostatniej chwili na aukcjach charytatywnych, w momencie, w którym już miałam nic nie kupować.
   Ethan Frome Edith Wharton To kolejny klasyk a WOŚPowej aukcji.
   Plaża nad Styksem Wojciech Żukrowski Książka również aukcyjna, polecona przez mamę.
   Elektra Eurypides Kolejny klasyk do kolekcji
   Trojlus i Kressyda William Shakespeare I jeszcze jeden
   Samotny rejs Opty Leonid Teliga Kolejna w wielkim stosie pozycja okołożeglarska, stan pozostawia co nieco do życzenia, ale cóż... Też WOŚPowy nabytek.
   Cesarzowa Norbert Fryn I kolejna pozycja z aukcji polecona przez mamę.
   Pieśń o Rolandzie, Dzieje Tristana i Izoldy, Wielki Testament Joseph Bedier, Francois Villon Takie oto ładne wydanie klasyków, z których miałam tylko ten środkowy utwór, ponadto w znacznie brzydszym wydaniu.
   Namioty Wezyra Walery Przyborowski I jeszcze jedna przygodowa powieść napisana dość dawno temu.
   Porwany za młodu Robert Louis Stevenson Ostatni już w tym sosie przygodowy klasyk złowiony na WOŚPie w tym roku.

   Ot i całe stosiszcze. Jest co czytać (aż za bardzo), jest co oglądać i jest co układać. Na pierwszy ogień na pewno pójdą recenzentki, a reszta zależy od tak wielu czynników, że ciężko mi powiedzieć, co będzie pierwsze, póki co wszystko ląduje w rozrośniętej niesamowicie Poczekalni.

niedziela, 3 lutego 2019

Binio Bill. Rio Klawo

Autor: Jerzy Wróblewski
Cykl: Binio Bill.Tom II
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Rok wydania: 2017

   „Binio Bill. Rio Klawo” to drugi tom opowieści o polskim Lucky Luku, postaci wymyślonej przez Jerzego Wróblewskiego. Trzy zawarte w komiksie opowieści pojawiły się na łamach „Świata Młodych” we wczesnych latach osiemdziesiątych a za sprawą wydawnictwa Kultura Gniewu młodzi czytelnicy ponownie mogą się cieszyć przygodami nieustraszonego i błyskotliwego szeryfa.

   W komiksie znajdziemy trzy historie. Pierwsza z nich zatytułowana „Rio Klawo” opowiada o starciu między szeryfem a bezwzględnym rządzącym w mieście Maksem Kopyto, który poprzez zastraszenia i wymuszenia otrzymuje wszystko, co chce. Druga z historii „Na szlaku bezprawia” to opowieść o tym, jak nieustraszony Binio Bill, przypadkiem trafia w sam środek gangu złoczyńców dowodzonych przez piękną Jane Klamota. Opowieść ostatnia „Binio Bill kontra trojaczki Benneta” fabułą przypomina pierwszą z zawartych w tomie historii, tym razem jednak przeciwko dzielnemu szeryfowi staje, trudniąca się złodziejskim rzemiosłem, rodzina Bennetów.

   Tytułowy Binio Bill, to typowy bohater bez zmazy i skazy. We wszystkim jest najlepszy, wszystko mu się udaje a z każdej, największej nawet, opresji wychodzi bez żadnego szwanku. Dzielny, odważny i obowiązkowo przystojny szeryf wykazuje się nie lada odwagą, bezwzględnym poszanowaniem prawa i sporą dozą pewności siebie, graniczącą miejscami z zarozumiałością. Taka, a nie inna kreacja postaci nie odbiega zbytnio od typowego wzoru dobrego, dzielnego szeryfa, robiącego porządek w miasteczkach Dzikiego Zachodu. Podobnym typem bohatera jest Old Satterrhand znany z książek „Winnetou” Karola Maya, czy komiksowo-kreskówkowy Lucky Luke.

   „Binio Bill” to przede wszystkim komiks dla dzieci i to widać w zasadzie na każdej stronie. Mimo że realia w jakich rozgrywają się przygody szeryfa są dość brutalne, to nie sposób odczuć to w zachowaniach bohaterów, którzy choć strzelają często, to trafiają bardzo rzadko i nigdy w inne postacie. Szeryf Binio, pozostając wzorem dla młodych czytelników gardzi publicznie wodą ognistą, wychwalając zalety picia wody sodowej. Tak przedstawiony Dziki Zachód jest mocno ugrzeczniony, jednak idealny dla kilkuletniego czytelnika.

   Wizualnie komiks prezentuje się bardzo dobrze. Bardzo kolorowe ilustracje, silne kontrasty i wyrazista kreska zdecydowanie przyciągają uwagę młodego czytelnika. Kreska Jerzego Wróblewskiego dobrze, choć dość schematycznie oddaje emocje na twarzach postaci, które prawie zawsze są podkreślone odpowiadającymi im dialogami. Skojarzenia z Lucky Luke’iem są bardzo silne również jeśli chodzi o wygląd komiksu. I choć kreska nie jest identyczna, a postacie są nieco mniej groteskowe i bardziej realistyczne, to jednak kolorystyka i wyrazistość komiksu wyglądają dość podobnie. Mankamentem strony graficznej może być użyta w dymkach czcionka, która momentami wydaje się być niezbyt czytelna.

   Pod względem językowym „Binio Bill. Rio Klawo” ani nie zachwyca, ani nie rozczarowuje. Wypowiedzi bohaterów nie są przesadnie skomplikowane, brakuje też trochę wyraźnego rozróżnienia w stylach wypowiedzi poszczególnych postaci, choć wypowiedziach Indian oczywiście nie zabrakło „bladych twarzy” i typowego żargonu jaki kojarzy się z czerwonoskórymi. Przeszkadzać może natomiast fakt, że zarówno bohaterski szeryf jak i każda osoba, jaką spotyka mówi czystą polszczyzną, charakterystyczną raczej dla ludzi wykształconych, niż prostych osadników na Dzikim Zachodzie.

   Drugi zbiór przygód Binio Billa to dobra lektura dla dzieci wciągająca młodych czytelników, w niego zapomniany w dzisiejszych czasach Dziki Zachód. Przyjemne dla oka i równie atrakcyjne w lekturze historie polskiego Lucky Luke’a z lat osiemdziesiątych przyciągają uwagę i sprawiają, że dziecku trudno się od nich oderwać, przy okazji prezentując takie wartości, jak honor, odwaga i praworządność.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

sobota, 2 lutego 2019

Podsumowanie stycznia

   Wraz z nowym rokiem postanowiłam wrócić do blogowania i częstszego czytania, bo z tym też ostatnio był problem. Powiedzmy, że póki co udaje mi się dotrzymać postanowienia i dość regularnie pojawiają się nowe notki, a blog doczekał się nowej oprawy graficznej. Wynik czytelniczy też jest niczego sobie, bo przez ten miesiąc przeczytałam w sumie 7 książek, które podziwiać można na zdjęciu poniżej. Cztery z nich pochodzą z Poczekalni, reszta to spontaniczne zakupy, które czekają na swoja notkę stosikową.

   Spośród przeczytanych pozycji dwie nie były zbyt treściwe. Jest to stojąca na drugim planie książka "Rok w lesie" Emilli Dziubak oraz wciśnięta pomiędzy "Piknik pod Wiszącą Skałą oraz "Wiedźmę Jego Królewskiej Mości" "Odprawa posłów greckich" Jana Kochanowskiego. Pozostałe pozycje to już "zwyczajne" pozycje, trzy powieści, jedna książka popularnonaukowa oraz z pewnych względów najciekawsza pozycja w tym zestawieniu, czyli zbiór nowel autorstwa Gabrieli Zapolskiej. Przechodząc do bardziej szczegółowych opinii.

  "Rok w lesie" Emilia Dziubak to książka obrazkowa przeznaczona dla dzieci. Znaleźć tu można sceny z życia lasu i jego mieszkańców miesiąc po miesiącu. Przepiękne barwne ilustracje, oraz sztywne kartki świetnie się sprawdzają przy wspólnej "lekturze" z dzieckiem. Dodatkowo na pierwszych stronach przedstawieni w kilku słowach zostali bohaterowie tej opowieści o leśnym życiu, zarówno ci więksi, jak dziki, czy rysie, jak i ci najmniejsi, jak kowale bezskrzydłe. Jest to godna uwagi pozycja, do której zaglądać można wielokrotnie, by poznawać i śledzić leśne życie.

   "Rzecz o ptakach" Noah Strycker To książka, na którą czaiłam się już od jakiegoś czasu i w końcu przyszedł ten moment, by po nią sięgnąć. To zbiór kilkunastu opowieści o konkretnych gatunkach i rodzinach ptaków, a poruszone w nich tematy często wychodzą daleko poza ornitologię. Jak dla mnie czasem odrobinę zbyt daleko. Choć na szczęście nie zdarza się to często a zbędnego uczłowieczania awifauny też tu nie znajdziemy. Autor niejednokrotnie bywa dość stronniczy względem ptaków, w tym sensie, że spogląda na ich miejsce w ekosystemach z ich perspektywy, wspominając o zagrożeniach ze strony nieptasich drapieżników, jakby nie było to częścią równowagi w przyrodzie. Niemniej jednak wrażenia z lektury mam bardzo pozytywne i każdemu "ptasiarzowi" z czystym sercem tę książkę mogę polecić.

   "Piknik pod wiszącą skałą" Joan Lindsay to historia, którą najpierw poznałam w wersji filmowej. Sięgając po książkę miałam nadzieję, na poznanie nieco większej ilości szczegółów tej niesamowitej, ponoć autentycznej historii z antypodów. Lektura upłynęła mi przyjemnie idealnie wpasowując się w moje gusta literackie, choć niekoniecznie spełniła wszystkie moje oczekiwania. Trochę mało odczuwalna była w niej groza, o  jakiej wspominano wielokrotnie na łamach powieści, ogólne wrażenia mam jednak bardzo dobre.

   "Odprawa posłów grackich" Jan Kochanowski Uzupełniając listę nieprzeczytanych szkolnych lektur nie mogłam pominąć tej, a że nabyłam ją ostatnio na jednaj z WOŚPowych aukcji, postanowiłam, że nie będzie zagrzewać miejsca w Poczekalni i od razu przystąpiłam do lektury. Nie jest to łatwa książka. Napisana archaicznym, nie zawsze zrozumiałym językiem  sprawia, że czyta się ją relatywnie długo względem dość mizernej objętości. Liczne wyjaśnienia nieco ułatwiają sprawę, jednak wciąż, zamiast czerpać radość ze słów, trzeba było się mocno skupić nad zrozumieniem ich sensu. Tak czy inaczej nie żałuję poświęconego na nią czasu i cieszę się, że w końcu udało mi się do niej wrócić.

   "Spalić wiedźmę" "Wiedźma Jego Królewskiej Mości" Magdalena Kubasiewicz Obie kupiłam jakieś półtorej roku temu, przy okazji jakiejś ciekawej promocji na stronie wydawnictwa. Poszukując z początkiem roku jakiejś lekkiej, łatwej i przyjemnej lektury, rzuciły mi się w oczy. I faktycznie spełniły moje oczekiwania w tym zakresie, obydwa tomy to przyjemna i szybka lektura, która wciąga fabułą oraz intryguje przedstawionymi postaciami. Jest to całkiem przyjemny kawałek typowo rozrywkowej lektury, do której z chęcią wrócę. Z równie wielką przyjemnością poznam dalsze losy postaci, o ile takie się pojawią.

   "Drobne utwory" Gabriela Zapolska Pominięta wcześniej pozycja o dość niepozornym grzbiecie, to nie tylko bardzo interesująca, choć niekoniecznie równa, lektura ale też niesamowita historia. Kupiłam ją w ramach WOŚPowych aukcji i ku mojemu ogromnemu zdumieniu odkryłam, że byłam pierwszą jej czytelniczką po prawie siedemdziesięciu latach od wydania.Wydana w 1950 roku trafiła do Biblioteki Cukrowni w Gostyniu (o czym mówią liczne pieczątki), będąc żywym dowodem na walkę z analfabetyzmem klasy pracującej wczesnego PRLu. Coś jednak poszło nie tak i nikt nie sięgnął po nowelki Zapolskiej, gdyż książka trafiła do mnie z nierozciętymi stronami. Nie zrobiłam niestety zdjęć, zanim porozcinałam kartki, by móc ją przeczytać, zamieszczam za to poniżej kilka zbliżeń, na których widać co nieco. Same opowiadania są dość nierówne, od nieco naiwnych i niezgrabnych, bo te najbardziej przenikliwe, dające dowód na to, jak bystrą obserwatorką ludzi była Gabriela Zapolska. 





   To już koniec podsumowania miesiąca. Wciąż mam pewną recenzencką blokadę, ale ponieważ czekam na kolejne książki od Sztukatera, to i z nią będę musiała sobie poradzić. 

środa, 30 stycznia 2019

Kotek psotek, karuzela, kołowrotek

Autor: Monika Sylwia Ziemann
Czyta: Piotr Fronczewski
Ilustracje: Grażyna Rigall
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2017

   Mam ogromny sentyment do wierszy dla dzieci pisanych przez Jana Brzechwę, czy Juliana Tuwima i gdy sięgam po jakieś współcześnie napisane utwory, to zawsze tych dwóch autorów stawiam jako punkt odniesienie. Podobnie było z książka Moniki Sylwii Ziemann zatytułowaną „Kotek Psotek,karuzela, kołowrotek”, która dzięki załączonemu audiobookowi zasługuje na podniesienie oceny.

   To niewielki tom, zawierający około dwudziestu wierszyków, z których większość mieści się na pojedynczej stronie. Ich tematyka skupia się na tym, co można spotkać na co dzień. Znajdziemy tu więc wiersz poświęcony wiatrowi, czy wiewiórce, ale też utwór o brudasie. Wszystkie opisują, to z czym kilkulatek, gdyż taka jest grupa docelowa tej książki, spotyka się na co dzień i co jest mu dobrze znane. Niektóre z utworów niosą ze sobą wyraźnie, choć nienachalnie zaznaczone przesłanie. Czy będzie to sugestia dbania o higienę poprzez unikanie nadmiaru słodkości, czy też troska o otaczające nas zwierzęta, w jakiś sposób zależne od człowieka: głodnego wróbla, lub bezdomnego psa. Są i takie, w których ogromnie ważna jest zabawa onomatopejami, wymagające odpowiedniej intonacji przy głośnej lekturze.

   Ich lektura mocno przywodzi na myśl polskich klasyków. Są lekkie i zabawne, okraszone onomatopejami, dzięki czemu tym silniej przemawiają do wyobraźni dziecka. Brakuje w nich jakiejś dozy przewrotności, jaką znamy choćby z utworów Jana Brzechwy, czy charakterystycznej dla Juliana Tuwima zabawy słowotwórstwem, jednak ich ogólny wydźwięk jest dość zbliżony do poezji dziecięcej pisanej przez tych dwóch autorów. Monika Sylwia Ziemann nie unika stosowania rymów niedokładnych, nie są one też zbyt banalne. Ułożone prawie zawsze parzyście idealnie komponują się z dobrą rytmiką wierszy.

   Jednak warstwa literacka to nie jedyna zaleta tej książki. Około pięćdziesięciu stron zamknięto w sztywnej oprawie gęsto okraszonej ilustracjami autorstwa Grażyny Rigall. Rysunki są wyraźne i bardo dobrze oddają tematykę wierszy. Utrzymane w pastelowej kolorystyce nie przytłaczają kompozycji poszczególnych stron, nie rozpraszając młodego czytelnika i pozwalają mu się skupić na lekturze. Nieco chaotyczne dodają utworom specyficznego uroku tworząc spójną całość, ciepłą i przyjemną w odbiorze. Zastosowanie sporej czcionki, zawsze w kontrastującym kolorze nie sprawi najmniejszych problemów nawet początkującemu czytelnikowi.

   Tym, co najbardziej spodobało mi się w tej publikacji jest audiobook czytany przez Piotra Fronczewskiego. Aktor znany mi, między innymi z mówionych książek z wierszami Jana Brzechwy, spisuje się doskonale. Jego niski, basowy głos bardzo dobrze sprawdza się w roli narratora przedstawiającego wierszowaną opowieść. To sprawia, że tomik Moniki Sylwii Ziemann równie dobrze się czyta i ogląda, co i słucha.

   „Kotek Psotek, karuzela, kołowrotek” to interesująca i bardzo przyjemna dla oka książeczka. Niezbyt obfita w treść, stanowi idealna lekturę dla dzieci. Bogate i barwne lustracje czynią obcowanie z książką jeszcze przyjemniejszym. Zawarte zaś w wierszach przesłania sprawiają, że sięgnięcie po tę książkę ma nie tylko wymiar rozrywkowy, ale i moralizatorski. Ten drugi zaś w żaden sposób nie przesłania i nie przytłacza czerpania radości z lektury. Monika Sylwia Ziemann wzorując się na najważniejszych polskich poetach dziecięcych, stworzyła bardzo udany tomik, wzbogacony przez wydawcę o świetnie przeczytany audiobook.

Recenzja powstała na zlecenie portalu Sztukater.

sobota, 26 stycznia 2019

Nie pozwolisz żyć czarownicy

Autor: Tomasz Kowalski
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2018

   Tomasz Kowalski to współczesny pisarz, który w swoich utworach często porusza tematykę śmierci,  najczęściej tragicznej i gwałtownej. Jednak taki, a nie inny wybór przewodniego motywu w powieściach służy obnażeniu ludzkich wad i słabości. Pokładów okrucieństwa, do którego zdolni są, gdy w grę wchodzi poczucie działania w słusznej sprawie i w imię ważniejszych celów. Taką też książką, jest jego najnowsze dzieło, zatytułowane „Nie pozwolisz żyć czarownicy” i poświęcone sprawie polskiego Salem.

   Fabuła książki skupia się na na poły legendarnych wydarzeniach jakie miały miejsce w Doruchowie w roku 1775. Na podstawie anonimowej relacji opublikowanej sześćdziesiąt lat później na łamach tygodnika „Przyjaciel ludu” polskie społeczeństwo dowiedziało się o kulisach wyjątkowo okrutnego postępowania. Zbrodni, będącej bezpośrednią przyczyną zgonu czternastu kobiet, pośrednio powiększając grono ofiar o kolejne, związane z zamordowanymi osoby. Historycy nie są zgodni, co do autentyczności relacji rzekomego naocznego świadka, jej nieprawdziwość upatrując, między innymi w jego długim milczeniu. W internecie bez problemu można znaleźć streszczenie tej relacji, która w najdrobniejszych szczegółach posłużyła Tomaszowi Kowalskiemu jako motyw jego najnowszej powieści.

   Okrucieństwo ostatniego w Polsce polowania na czarownice choć jest motywem przewodnim w książce, nie jest najważniejszym jej aspektem. Autor skupił się na przedstawieniu procesów myślowych, które doprowadziły do tragedii. Prezentując, często bardzo przyziemne motywy, jakimi kierowały się poszczególne osoby zaangażowane w wydarzenia wprost daje do zrozumienia, że są one często częścią składową natury ludzkiej. Tomasz Kowalski wyraźnie daje też do zrozumienia, że proces czarownic jest też metaforą i w różnych sytuacjach dokładnie te same pobudki nawet w dzisiejszych czasach mają równie destruktywny wpływ. I choć może dosłownie stosów już nikt nie rozpala, to te metaforyczne zdarzają się po dziś dzień.

   Narratorem opowieści jest ośmioletni chłopiec, który z wielką ciekawością i typowym, dziecięcym brakiem krytycyzmu przygląda się rozgrywającym się na jego oczach wydarzeniom. Jednak nawet on, gdy stał się przypadkowym świadkiem okrucieństwa zwyczajnych, otaczających go ludzi, nie jest w stanie go pojąć i jest nim przerażony. Jego opiekun, ksiądz Józef, jako jedyny wykazał się odwagą, by przeciwstawić się tłumowi, jednak nawet powaga chroniącej go kapłańskiej szaty nie była w stanie pomóc skazanym. 

   Książkę czyta się bardzo dobrze, choć nie można jej nazwać lekką lekturą. Zarówno tematyka, jak i wyjątkowy naturalizm przy opisie scen tortur sprawiają bardzo ciężkie wrażenie. Pełne szczegółów opisy miejscami są niesmaczne i dla wrażliwego czytelnika mogą być trudne. Znajdziemy tu również archaizację języka pojawiającą się w dialogach. W nich również często natrafimy na wiejski dialekt podkreślający pochodzenie postaci.

   Tomasz Kowalski w tej niewielkiej powieści w bardzo błyskotliwy i prawdziwy sposób przedstawił mechanizm publicznego linczu, którego ofiarami znacznie częściej są kobiety. Przedstawił jak wzajemne nieufność, nienawiść i zwykła głupota potrafią stworzyć niebezpieczeństwo o ile znajdzie się ktoś, kto będzie potrafił je wykorzystać i znajdzie w tym swój cel. Autor wyraźnie wykazał jak niewiele trzeba do podburzenia tłumu i jak trudno jest się temu tłumowi przeciwstawić. Opatrzenie książki cytatem z Konwencji  Rady Europy o zwalczaniu przemocy wyraźnie sugeruje, że choć opisywane wydarzenia rozegrały się dawno (o ile w ogóle), to ich mechanizm jest ponadczasowy, a pozbawiona sensownych przyczyn nienawiść do kobiet wciąż jest obecna w społeczeństwie.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

środa, 23 stycznia 2019

Potem przychodzi ktoś inny

Autor: Anna Kłodzińska
Seria: Najlepsze kryminały PRL. Tom XIII
Wydawnictwo: CM
Rok wydania: 2017

   „Potem przychodzi ktoś inny” Anny Kłodzińskiej to trzynasta opowieść o kapitanie Szczęsnym, wydana w ramach serii „Najlepsze kryminały PRL”. Jest to jednocześnie moje trzecie, po „Srebrzystej śmierci” i „Świetlistej igle” spotkanie z twórczością tej autorki i wykreowanymi przez nią bohaterami. Z czystym sumieniem, mogę stwierdzić, że było ono udane, a lektura dostarczyła mi dokładnie tego, czego po niej oczekiwałam.

   Opowieść, jak na kryminał przystało, otwiera zgon. Ginie wybitny polski naukowiec – Adam Zieliński, który pracował nad przełomową technologią z dziedziny chemii. Dla Centralnego Laboratorium jest to ogromna strata. Postać mordercy oraz kierujący nim motyw również poznajemy już na samym początku książki. Morderstwa dokonano na zlecenie zagranicznej spółki chemicznej „Camilla”. Gdy znalezione zostają zwłoki naukowca do akcji wkracza policja, a wyjątkowe podobieństwo między ofiarą a Szczęsnym nasuwa bardzo brawurowy plan działania. Przez całą opowieść śledzimy swoistą zabawę w kotka i myszkę między mordercą a policjantami, przez co książce znacznie bliżej do opowieści o Jamesie Bondzie, niż do klasycznego kryminału, gdzie najważniejszym pytaniem jest, który z podejrzanych jest mordercą.

   Po raz kolejny autorka wybiera na ofiary środowisko naukowców i inżynierów, a z licznych wstawek dotyczących ich pracy jasno można wywnioskować, że pisarka jest doskonale zorientowana w tym, hermetycznym dość, środowisku. Współpracownicy docenta Adama Zielińskiego pełnią niezbyt znaczącą rolę, całkiem wiarygodnych statystów, nadających realizmu rozgrywającym się wydarzeniom. Postacie związane ze złowrogą i niecofającą się przed niczym „Camillą” są równie dobrze zaprezentowane. Posiadają swoje charakterystyczne cechy, dzięki którym stają się rozpoznawalni. Kapitan Szczęsny, konsekwentnie pozostaje taki sam, jak we wcześniejszych tomach, jest dokładny, przenikliwy i nie brak mu odwagi. Pracownicy milicji również przedstawieni zostali dobrze i nie budzą żadnych zastrzeżeń.

   Chyba największą zaletą powieści jest przedstawienie PRLowskich realiów. Z jednej strony mamy milicję o sporych możliwościach, potrafią z wielką dokładnością prześledzić wydarzenia rozgrywające się w prawie całej Warszawie w nocy, w której zginął docent Zieliński. Wyraźnie widać też pewną ich niedbałość i nieśpieszność w wykonywaniu poleceń. Z drugiej strony przedstawione zostały problemy, jakich nastręcza pracy wymiaru sprawiedliwości niemieckie pochodzenie podejrzanych oraz kwestia przekraczania granicy przez obywateli Polskiej Republiki Ludowej. Jak zwykle w książce znajdziemy coś interesującego dla fanów dawnych samochodów. Na kartach książki znajdziemy zarówno wyjątkowy na polskich ziemiach model Citroena, jak i  znacznie częstsze policyjne Fiaty, czy Mercedesy. 

   „Potem przychodzi ktoś inny” to sprawnie napisany kryminał, zarówno jeśli wziąć pod uwagę kompozycję opowieści i odkrywane z każdą stroną nowe szczegóły rozgrywających się wydarzeń, jak i patrząc na warstwę językową powieści. Książkę czyta się dobrze i nawet fragmenty dotyczące naukowej działalności zamordowanego docenta nie sprawiają większych problemów, choć autorka nie boi się używać trudnych nazw chemicznych, gdy zachodzi uzasadniona fabularnie konieczność. 

   Trzynasta opowieść o przygodach kapitana Szczęsnego nie rozczarowuje. Ekonomiczny spisek oraz wynikająca z niego zbrodnia osadzone w realiach poprzedniego ustroju intrygują a wierność w ich oddaniu sprawia, że powieść jest wiarygodna. I choć nie musimy od początku się zastanawiać kto zabił i dlaczego, to jednak doprowadzenie do ukarania winnych jest równie interesujące. 

Recenzja powstała na zlecenie portalu Sztukater.

niedziela, 20 stycznia 2019

Marysieńka Sobieska

Autor: Tadeusz Żeleński-Boy
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2017

   W historii Polski niewiele kobiet zapisało się tak wyrazistymi zgłoskami jak żona króla Jana III Sobieskiego. Romans Marii Kazimiery, znanej potomnym pod mianem Marysieńki rozwijał się długo, a jego pełny szczegółów obraz zachował się w jej listach. Na początku dwudziestego wieku, historię tej niezwykłej kobiety i jej wpływu na polskiego króla spisał Tadeusz Żeleński-Boy.

   Opowieść o Marysieńce Sobieskiej to tylko pozornie tkliwa historia miłosna między młodziutką, znudzoną mężatką, a dzielnym i dumnym szlachcicem. W ich trwającą kilkadziesiąt lat relację, niejednokrotnie wplata się polityka, również ta na najwyższym szczeblu. Jednak mimo wpływów z zewnątrz związek Jana III Sobieskiego z Marysieńką był wyjątkowy jak na owe czasy, a siła wpływu drobnej kobiety na sławnego rycerza, żołnierza i króla do dziś budzi podziw.

   Tadeusz Żeleński-Boy spisując historię Marii Kazimiery i jej relacji z Janem III Sobieskim w pełni zdawał sobie sprawę, że nie można ich rozpatrywać w oderwaniu od czasów i sytuacji politycznej panującej w tym czasie w Polsce. W związku z tym opowieść rozpoczynająca się od najmłodszych lat drobnej Francuzki ściśle wiąże się z osobą Marii Gonzagi oraz jej wpływu na polskich królów. Dzięki temu możemy ujrzeć pełen obraz powiązań panujących w tym czasie na królewskim dworze, które doprowadziły najpierw do małżeństwa Marysieńki z panem Zamoyskim, a następnie do jej zbliżenia w Janem III Sobieskim.

   Oprócz politycznych okoliczności powstającej relacji równie ważne, jeśli nie posiadające większego znaczenia są względy osobiste. Maria Kazimiera nieszczęśliwie zamężna, będąc wręcz więźniem we własnym domu, zawzięcie szuka z niego ucieczki. Tę w pewnym sensie znajduje w listach, które wymienia z przyjacielem męża Janem III Sobieskim. Z listów wyłania się postać osoby o silnej woli i niezwykłej osobowości, która świadomie lub nie znajduje idealny klucz do utrzymania wpływu na młodego rycerza. To dla niej Sobieski z rubasznego hulaki, nie stroniącego od typowych żołnierskich rozrywek i miłostek przekształca się w wiernego przyjaciela, a następnie kochanka.

   Ogromną zaletą książki Tadeusza Żeleńskiego-Boya jest wykazanie pełnych okoliczności towarzyszących życiu tej niezwykłej kobiety. Wpływy polityczne, jej własne pragnienia oraz nieszczęśliwe małżeństwo ukształtowały zdecydowany i nieco wyrachowany charakter kobiety, która zawsze potrafiła osiągnąć, to na czym jej zależało. Jest to nie tylko historia Marysieńki, ale i wszystkich osób, które miały w jej życiu jakieś znaczenie.

   Książkę czyta się wyśmienicie. Lekki ton jakim została napisana, liczne życzliwo-złośliwe wstawki kierowane pod adresem opisywanych postaci, bądź po prostu służące za komentarz do rozgrywających się wydarzeń sprawiają, że przez kolejne strony mknie się błyskawicznie i z pełnym zainteresowaniem. Bogactwo języka i wyjątkowa zręczność w formułowaniu zdań jakimi posługuje się Tadeusz Żeleński-Boy są kolejnym bardzo mocnym aspektem książki.

   „Marysieńka Sobieska” to wyśmienita lektura, która oczarowuje nie tylko niebanalną formą, ale i niezwykle interesującą treścią. Przedstawienie niezwykłej kobiety i jej ogromnego wpływu na króla, który w polskiej historii zapisał się dość niejednoznacznie, to wspaniały materiał, z którego tak utalentowany pisarz, jak Tadeusz Żeleński-Boy wykroił dzieło wyjątkowe. Pełna niezwykłego uroku książka stanowi nie tylko dobre źródło wiedzy o tym, co działo się w Polsce w siedemnastym wieku, ale i świetną rozrywkę, godną polecenia każdemu.

Recenzja powstała na zlecenie portalu Sztukater

czwartek, 17 stycznia 2019

Fraszki baraszki

Autor: Irena Gaweł
Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza ATUT
Rok wydania: 2017

   Lubię fraszki i choć mam swoich ulubionych fraszkopisarzy, takich jak Jan Izydor Sztaudynger, czy Andrzej Urbańczyk to zawsze z chęcią wypatruję nowych. Nie tak dawno zainteresowała mnie twórczość Janusza Sipkowskiego, więc ze sporą nadzieją sięgnęłam po tomik zupełnie mi nieznanej autorki. Niestety nieco się rozczarowałam i choć „Fraszki baraszki” Ireny Gaweł nie są złą pozycją, to jednak daleko im do mistrzowskiego operowania słowem, za które tak bardzo lubię tę formę poezji.

   W książce znajdziemy nie tylko fraszki, kolejne rozdziały zawierają limeryki, aforyzmy, epitafia i „definicyjki” - czyli krótkie i przewrotne definicje znanych słów. To one wraz z aforyzmami najbardziej przypadły mi do gustu w tym niewielkim tomiku. Znajdziemy w nich niebanalny humor i nieszablonowe myślenie, które pozwala spojrzeć na pewne rzeczy inaczej. Aforyzmy w większości są bardzo trafne i udatne, co jest kwintesencją dobrego aforyzmu. Dość wysoki poziom cechuje również przytoczone epitafia i choć daleko im do Sztaudyngerowego „Na nagrobku kurtyzany” („Tu leży dama, pierwszy raz sama”) to jednak nie można im odmówić im humoru i przewrotności. 

   Limeryki są dość przeciętne. Są skonstruowane zgodnie z zasadami, zarówno jeśli chodzi o ich rymy oraz rytmikę, jak i schemat – w pierwszych wersach, jak na porządne limeryki przystało, prawie zawsze znajdziemy określenie miejsca. Pomysły Ireny Gaweł są zabawne i przy lekturze limeryków można się uśmiechnąć, jednak brakuje w nich czegoś co by je wyróżniało i co nadało by im oryginalności i spójnego stylu.

   Najsłabiej wypadły tytułowe fraszki. Bo o ile, pomysły są ciekawe, skojarzenia i ciągi myślowe często są dość oryginalne i prawie zawsze bardzo trafne, o tyle już nieco gorzej jest z ich wykonaniem. W wielu z nich zawiodła rytmika, kolejne wersy mają albo zbyt wiele, albo za mało sylab. Często też zmiana szyku w zdaniach również wyszła by z korzyścią dla utworów. Równie często nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wykorzystanie synonimu użytego słowa, przydałoby fraszkom lekkości i płynności. Z tych powodów fraszki Ireny Gaweł wydają się być nieco toporne i niezgrabne, można odnieść wrażenie, że bardziej stanowią wstępny szkic, niż skończony utwór.

   Mocnym punktem fraszek jest ich tematyka. Autorka sięga zarówno po aktualne tematy, znajdziemy kilka komentarzy do wydarzeń politycznych z ostatnich kilku lat, jak i po motywy ponadczasowe, takie jak miłość, związki, czy praca. Część z nich siłą rzeczy się zdezaktualizuje i już za tych kilka lat, nie będą tak bardzo śmieszyć, jak obecnie (jak na przykład „Wycinka drzew” - „Kiedy świerki spadną, to i szyszki spadną”). Jednak znacznej większości ten problem nie dotyczy i ujęte w przewrotne zdania problemy codzienności wciąż będą śmieszyć.

   „Fraszki baraszki” Ireny Gaweł to tomik nieco nierówny i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że odrobinę niedopracowany. Spostrzeżenia autorki są nad wyraz trafne i nie można im odmówić inteligentnego humoru. Niestety w poszczególnych utworach zabrakło rytmu, co w przypadku fraszek jest dość istotne, gdyż nadaje im płynności. Ten problem znika w aforyzmach, gdyż ich konstrukcja nie ma takich wymagań. Trudno mi polecić tę książkę, która zwłaszcza miłośnikom zabawy językiem może wydać się toporna, jednak nie jest to pozycja zupełnie zła i ma swoje mocne strony.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

niedziela, 13 stycznia 2019

Jadwiga z Andegawenów Jagiełłowa. Album rodzinny

Autor: Janina Lesiak
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2017

   Królowa Jadwiga, żona Władysława Jagiełły była kobietą wyjątkową. Jej niezbyt długie i niezbyt szczęśliwe życie pełne było sukcesów społecznych i politycznych, dzięki którym zapisała się w pamięci jako osoba bardzo pozytywna. Nic więc dziwnego, że nawet dziś, znajdują się chętni do spisywania jej biografii. Janina Lesiak w książce „Jadwiga z Andegawenów Jagiełlowa. Album rodzinny” spróbowała w zbeletryzowany sposób przybliżyć współczesnemu czytelnikowi postać królowej Jadwigi.

   Książka dzieli się na cztery rozdziały. Każdy z nich stanowią wspomnienia osób bliskich Jadwidze, bądź takich, którzy byli wokół niej. Autorka oddaje głos pięciu osobom: matce i siostrze Jadwigi, Wilhelmowi Habsburgowi, Władysławowi Jagielle oraz kronikarzowi Stanisława ze Skalbmierza – powiernika królowej. Każdy z rozdziałów napisany jest nieco innym stylem oddającym osobę lub osoby snujące wspomnienia. Z tego powodu książka jest dość niejednorodna i niestety odbija się to na lekturze.

   Jako pierwsza zabiera głos Maria Węgierska, jej wspomnienia o Jadwidze przeplatają się ze wspomnieniami  ich matce Elżbiecie Bośniaczce. W pierwszej chwili, to właśnie matka przyćmiewa tytułową bohaterkę. Wspomnienia Marii są ważne, gdyż wprowadzają czytelnika w okoliczności, w jakich znalazła się Jadwiga, które zaprowadziły ją na polski tron u boku Władysława Jagiełły. W tej części dowiemy się wszystkiego na temat ambitnych planów jej matki oraz biernego i równie nieszczęśliwego żywota jej siostry.

   Kolejno snuje swoje wspomnienia Wilhelm Habsburg, we wczesnym dzieciństwie zaręczony z Jadwigą. Z jego bardzo osobistej narracji poznajemy przyszłą królową Polski jako wchodzącą w dorosłość nastolatkę. Jej królewskie panowanie opisuje Władysław Jagiełło. Jest w swych wspomnieniach równie subiektywny co Wilhelm i przedstawia nam Jadwigę taką, jaka mu się wydaje. Najbardziej obiektywnym głosem są wspomnienia skryby, który jako jedyny podjął się próby zaprezentowania położenia królowej i jej charakteru. Jest to też jedyny rozdział, w którym o samym narratorze dowiadujemy się najmniej.

   Pierwsze trzy rozdziały służą nie tyle przedstawieniu królowej Jadwigi, co zaprezentowaniu charakterów osób jej bliskich, które miały realny wpływ na los, jaki ją spotkał. Maria Węgierska, Wilhelm Habsburg i Jagiełło snując swoje wspomnienia o Jadwidze znacznie bardziej przedstawiają siebie niż ją. Dość dobrze poznajemy też charakter jej matki, gdyż we wspomnieniach Marii obie kobiety zostały przedstawione w formie porównania i skontrastowania cech charakteru.

   Przedstawienie Jadwigi przez pryzmat wspomnień i myśli osób jej bliskich jest dość ciekawym zabiegiem, niestety nie pozbawionym wad. Otrzymujemy bowiem luźne ciągi myślowe, w których wydarzenia tylko z grubsza są ułożone chronologicznie. W takiej narracji bardzo często pojawiają się dygresje, w których narrator znacznie odbiega od pierwotnej myśli wzbudzając w czytelniku poczucie zagubienia. Jest to najlepiej widoczne w pierwszym rozdziale, gdzie osoba Jadwigi przeplata się z Marią i Elżbietą Bośniaczką, a wspomniane są również inne postacie, w tym babka Jadwigi – Elżbieta Łokietkówna. 

   Godnym uznania jest natomiast wyraźne rozróżnienie stylu w jakich przedstawiane są wspomnienia. Dość chaotyczne w przypadku Marii i znacznie bardziej uporządkowane Władysława Jagiełły. Z kolei skryba podjął się napisania kroniki i w jego wspomnieniach również można odnaleźć typowo kronikarskie zabiegi literackie. Książka jest z tego powodu niejednorodna, co odbija się na płynności czytania. 

   „Jadwiga z Andegawenów Jagiełłowa. Album rodzinny” to ciekawa pozycja pozwalająca bliżej poznać sytuację polityczną i relacje w jakich znalazła się ta niebanalna kobieta. Ponieważ jej samej nie oddano głosu, poznajemy ją jedynie przez pryzmat osób, które ją znały, a biorąc pod uwagę, że nikt nie znał jej bardzo blisko, jest to obraz dość powierzchowny. Możemy jedynie domyślać się co działo się w duszy Jadwigi oraz gdzie naprawdę wędrowały jej myśli. W książce zabrakło mi nieco rozprawienia się z tym, jak widzieli ją inni, a tym jaka była. Mimo tego jest to pozycja godna uwagi, choć niekoniecznie obowiązkowa.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

sobota, 12 stycznia 2019

Świetlista igła. Tajemniczy pasażer

Autor: Anna Kłodzińska
Seria: Najlepsze kryminały PRL. Anna Kłodzińska. Tom XII
Wydawnictwo: CM
Rok wydania: 2017

   „Świetlista igła. Tajemniczy pasażer” Anny Kłodzińskiej to kolejny tom cyklu ukazującego się nakładem wydawnictwa CM, w którym publikowane są najlepsze kryminalne opowieści czasów PRLu. O ile inni autorzy mają w tej serii raptem po kilka powieści jest Anna Kłodzińska doczekała się własnego cyklu w całej serii, a książka, będąca przedmiotem tej recenzji jest jego dwunastą odsłoną. Dla mnie było to drugie, po „Srebrzystej śmierci” spotkanie z tą autorką i kolejna wyprawa w czasy PRLu, widziane z perspektywy warszawskiej komendy Milicji Obywatelskiej.

   W książce znajdziemy powieść „Świetlista igła” oraz niewielkie opowiadanie, scenkę właściwie zatytułowaną „Tajemniczy pasażer”. Trudno znaleźć powiązanie między nimi, poza przewijającymi się przez obydwa postaciami inżynierów, nie po raz pierwszy pojawiających się na kartach kryminałów Anny Kłodzińskiej.

   Od czasów „Srebrzystej śmierci” minęło dziesięć lat. Czas ten jest wyraźnie widoczny na kartach powieści. Końcówka lat sześćdziesiątych, to gwałtownie rozwijająca się technika, w tym elektronika, sporo dużych ośrodków naukowych w kraju i mnóstwo odkryć. To właśnie w świecie naukowców: doktorów i inżynierów fizyki rozgrywa się akcja „Świetlistej igły”, a tytułową igłą jest wiązka światła lasera, zupełna nowość w Polsce późnych lat sześćdziesiątych.

   Akcję poznajemy z dwóch perspektyw. Tym razem oprócz przedstawienia wydarzeń widzianych od strony pracowników milicji możemy śledzić ich rozwój również z perspektywy złoczyńcy. Nadanie mu roli drugiego narratora pozwala dokładnie poznać jego, niezbyt oczywiste motywy i tym lepiej przedstawia konflikt między nim a wymiarem sprawiedliwości. Zabieg ten umożliwia również przeprowadzenie kryminalnej tajemnicy, niebędącej z początku oczywistą dla czytelnika, co jest intrygujące.

   „Świetlista igła” to kolejna okazja do spotkania z kapitanem Szczęsnym i jego współpracownikami. Postacie prowadzone są konsekwentnie, z utrzymaniem cech charakterystycznych, jakie autorka nadała im już wcześniej i bez zbytniego zagłębiania się w ich historie i życie osobiste. Nadal więc znajdziemy tu, bliskiego ideału, kapitana; nieco protekcyjnego szefa; czy mądrego doświadczeniem lekarza ostatniego kontaktu. Niektórzy mają mgliście wspomniane rodziny, przewijające się gdzieś na ostatnim planie żony, czy dzieci, informacje o nich są jednak pozbawione jakiegokolwiek fabularnego znaczenia.

   Fabuła książki skupia się wokół genialnych fizyków i ich wspaniałych odkryć z dziedziny elektroniki. Późne lata sześćdziesiąte, to czasy, gdy na świecie dokonywał się ogromny skok technologiczny, moment, w którym już nawet w Polsce stosowano tranzystory, będące prawdziwą rewolucją, zmieniającą zupełnie oblicze elektroniki. Kryminalna intryga rozpoczyna się banalnie, od kradzieży niezwykle ważnej pracy jednego z naukowców. Brakuje motywu, a stopiony zamek w drzwiach oraz szafie sugerują użycia źródła ciepła o ogromnej mocy. Podejrzenie pada na laser, jednak nikomu z naukowców nie jest znany laser, który byłby mniejszy niż niewielka szafka, więc hipoteza ta od początku przyjmowana jest ze sporą dozą nieufności. Sprawa kradzieży na długo staje w miejscu i ma swą kontynuację, gdy dochodzi do kolejnego ataku na fizyka. Tym razem ginie nie tylko jego dorobek naukowy, ale i on sam. Od tego momentu, na scenę wkracza kapitan Szczęsny.

   Podobnie, jak poprzednią książkę Anny Kłodzińskiej, tak i tę czyta się bardzo przyjemnie. Widać, że autorka przyłożyła się do zgłębienia zgłębienia środowiska warszawskich naukowców, gdyż podane przez nią szczegóły techniczne mają sens i są adekwatne ze stanem ówczesnej wiedzy. Z drugiej strony nie znajdziemy tu nadmiaru specjalistycznego słownictwa a język, jakim napisano książkę, jest prosty i zrozumiały.

   „Świetlista igła” to kolejny dobry kryminał w dorobku autorki i jeszcze jedna warta uwagi pozycja dla każdego miłośnika tego typu literatury. Przemyślany wątek kryminalny oraz dobrze wyrysowane dla niego tło to niewątpliwe zalety powieści. Charyzmatyczna postać kapitana Szczęsnego również przykuwa uwagę czytelnika, choć można mu zarzucić, że jest nieco zbyt idealny.

Recenzja powstała na zlecenie portalu Sztukater.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Srebrzysta śmierć

Autor: Anna Kłodzińska
Seria: Najlepsze kryminały PRL. Anna Kłodzińska. Tom III
Wydawnictwo: CM
Rok wydania: 2015

   Nie należę może do wielkich miłośniczek kryminałów, jednak mam spory sentyment do twórczości Agathy Christie i klasycznych historii ze zbrodnią w tle. Z tego względu sięgnęłam po po „Srebrzystą śmierć” Anny Kłodzińskiej. Jest to powieść napisana pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, w której kryminalną zagadką zajmują się funkcjonariusze warszawskiej Milicji Obywatelskiej. Taka wycieczka w przeszłość jest niezwykle intrygująca i pozwala spojrzeć na czasy PRLu z zupełnie innej perspektywy.

   Anna Kłodzińska napisała współczesny sobie kryminał, przedstawiając Warszawę końca lat pięćdziesiątych, taką jaką widziała na co dzień, a która dla współczesnego odbiorcy wydaje się być zaskakująca. Sadyba, gdzie osadzono akcję powieści w niczym nie przypomina obecnego osiedla domków jednorodzinnych, będąc jedynie zgrupowaniem kilkudziesięciu pojedynczych domów z ogródkami, należących przeważnie do ludzi wykształconych: lekarzy, inżynierów, prawników. Opisanej Sadybie znacznie bliżej do niewielkiej podmiejskiej osady, niż części wielkiej aglomeracji.

   Upływ lat, jakie minęły od czasu napisania powieści, widać nie tylko w szczegółach architektonicznych i urbanistycznych. Bohaterowie poruszają się pojazdami, które współcześni czytelnicy słusznie uznają za klasyki, jeśli w ogóle wiedzą o jakich pojazdach mowa. O ile z warszawami, będącymi samochodami Milicji Obywatelskiej nie ma problemu, o tyle już motocykl Junak, nie budzi oczywistych skojarzeń. Przepaść, jaka dzieli współczesność od lat pięćdziesiątych jest jeszcze wyraźniej widoczna w opisie technik kryminalistycznych, którym autorka również poświęciła w powieści sporo miejsca.

   Głównym bohaterem „Srebrzystej śmierci” i innych książek napisanych przez Annę Kłodzińską jest kapitan Szczęsny. Bohater pod wieloma względami bliski ideałowi: wysoki, przystojny blondyn obdarzony  inteligencją i detektywistyczną intuicją nie daje swym oponentom zbyt wielu szans. Ta ostatnia pozwala mu na zapamiętywanie pozornie banalnych szczegółów przypadkowych spotkań i zdarzeń, które później okazują się niezwykle pomocne w tropieniu przestępców. Pozostałe postacie nie są zarysowane tak dokładnie, choć znajdziemy tu kilka typów charakterystycznych: wymagającego ale i wyrozumiałego przełożonego, kolegę z nie do końca rozumianym przez otoczenie poczuciem humoru, czy znudzonego pracą patomorfologa, którego nic już nie potrafi zdziwić ani zaskoczyć.

   Kryminalna zagadka osnuta jest wokół narkomanów: kokainistów i morfinistów. Kapitan Szczęsny w wyniku wypadku trafia do domu  na Sadybie, gdzie przypadkowo zażywa narkotyk. Gdy kilka dni później nieopodal odnaleziono zwłoki oficer rozpoznaje w nim jednego z mieszkańców odwiedzonego przez niego domu. Prowadząc śledztwo, odnajduje tropy prowadzące do kilku ważnych w Warszawie osobistości, znanych lekarza i prawnika, których pozornie nic nie łączy z narkotykami. Zadaniem kapitana Szczęsnego jest znalezienie powiązania.

   Powieść czyta się bardzo dobrze, lekko i szybko. Użyty język jest poprawny i nieprzeładowany specjalistycznych słownictwem. Kryminalna intryga również poprowadzona jest bez zarzutu, do końca nie możemy mieć pewności, który z kilkorga podejrzanych jest winien, a gdy już poznajemy prawdę, jest ona logiczna i sensowna.

   „Srebrzysta śmierć” Anny Kłodzińskiej to nie tylko całkiem dobry kryminał, ale również pasjonująca wycieczka w przeszłość. W czasy, które z jednej strony nie wydają się wcale tak odległe, a które technologicznie mocno odstają od współczesności. To intrygująca kryminalna łamigłówka, w której znajdziemy charyzmatycznego bohatera, w niczym nie odstającego od zagranicznych detektywów znanych nam z licznych książek i seriali telewizyjnych.

Recenzja powstała na zamówienie dla portalu Sztukater

środa, 2 stycznia 2019

Reaktywacja?

   "Coś się kończy, coś się zaczyna"... kolejny rok z impetem zagościł w kalendarzu uświadamiając mi, jak długo już mnie tu nie było. Cóż... ten blog wielokrotnie przechodził różne zawieszenia, zależne od ilości dostępnego czasu, weny twórczej i zwyczajnego nastroju. Postanowiłam ponownie spróbować bywać tu częściej. Mam do wrzucenia całkiem sporo tekstów pisanych dla Sztukatera, z którym nadal, choć z przerwami, współpracuję. Niestety brak czasu na cokolwiek, odbił się też niekorzystnie na tym ile czytam, a jeszcze gorzej wpłynął na to ile piszę. Trudno mi nawet stwierdzić, bym była dobrej myśli jeśli chodzi o reaktywację bloga, no ale spróbować nie zaszkodzi.

   I jeszcze ponieważ kolejna reaktywacja przypadła na taki a nie inny okres, dorzucę, że w minionym roku przeczytałam zaledwie 645 książek, co jest wynikiem bardzo mizernym i najgorszym już od wielu lat. Czy w tym roku będzie lepiej? Nie wiem, nie zakładam, że tak będzie, nie zapisuję się do żadnych czytelniczych wyzwań, nie robię postanowień. Co będzie, to będzie i tego będę się trzymać przez najbliższy rok (w sumie, to dość często stosowana przeze mnie dewiza).

   Jak wspomniałam wyżej, mam co publikować, choć pewnie teksty wymagają pewnego doszlifowania, możliwe też, że skuszę się w końcu na publikacje moich planszówkowych recenzji, których spora część przepadła w mrokach internetu wraz ze zlikwidowaniem Insimilionu. Póki co zmieniłam nieco kolorystykę bloga oraz używaną czcionkę, mnie odpowiada, ale nie nazwałabym się artystką. W najbliższym czasie na pewno pojawią się aukcje WOŚPowe, gdyż kolejny finał już wkrótce. 

   I na zakończenie, jeśli jeszcze ktoś tu zagląda, to po pierwsze miło mi z tego powodu, a po drugie, jak zawsze zapraszam.

niedziela, 7 października 2018

Trójca


Skuta lodem dusza
Boi się otworzyć
Ze strachu, że gdy lód się stopi
Nie zostanie nic

Zbolałe serce
Roni bezgłośnie
Krwawe łzy
Cierpiąc katusze

Z nieruchomych ust
Nie padnie nawet słowo
Skrępowane zażenowaniem
Błahości powodu

Strach mrożący duszę
Ból rozrywający serce
I wstyd zaszywający usta
Nieświęta trójca

Która sprawia, że zamiast mówić
Milczę
Pogrążając się w samotności
Oddając rozpaczy

Jednak jesteś Ty

Jedyny, który potrafi
Roztopić lód
Ukoić ból
Przełamać wstyd

Dziękuję Ci

sobota, 7 lipca 2018

Trzech geniuszy

Na tajną naradę zaproszono trzech geniuszy. Geniusz matematyczny w osobie Alberta Einsteina, geniusz strategii w postaci Napoleona Bonapartego i geniusz logiki i znajomości natury ludzkiej w postaci Sherlocka Holmesa. Zaproszenia były dziwne, nie można było dojść do tego skąd przyszły,
ani kto je wysłał. Jednocześnie były na tyle intrygujące, że każdy z nich uznał, że nie można ich zignorować. Gdy dotarli na miejsce ich oczom ukazał się niewielki przytulny domek, z rabatkami na zewnątrz i kwiatkami w oknach. Nad czerwonym klinkierowym dachem radośnie ulatniał się dym z komina.

Weszli wszyscy razem mijając w połowie przeszklone drzwi, osłonięte koronkową
firanką. Gdy tylko drzwi się zamknęły ich oczom miast spodziewanego kominka i przytulnego saloniku ukazało się ogromne pomieszczenie. Hala wypełniona była od podłogi po dach książkami. Były tu grube tomiszcza oprawne w skórę, których obicia skrzyły się od złota i klejnotów. Były pergaminy i papirusy zwoje wprost z Biblioteki Aleksandryjskiej. Dalej wyłaniały się sterty bambusowych książek pochodzące z Dalekiego Wschodu. Jeszcze dalej mieściły się tanie kieszonkowe wydania, byle jak wydrukowane na najnędzniejszym papierze.

- To niemożliwe, by tak niewielki domek mieścił tak potężne wnętrze - oburzył się Albert Eistein

- Dedukuję, że skoro weszliśmy przez tamte drzwi, to jednak jest to możliwe- zripostował Sherlock Holmes

- Ciekawe, gdzie tu jest kuchnia - zmartwił się Napoleon Boanparte

- CISZEJ TAM! -rozległ się potężny głos, który zdawał się rozbrzmiewać prosto w mózgu, z pominięciem uszu. - TO JEST BIBLIOTEKA, A W BIBLIOTECE NALEŻY ZACHOWAĆ CISZĘ! NIE WYJDZIECIE STĄD DOPÓKI NIE PRZECZYTACIE KAŻDEJ ZNAJDUJĄCEJ SIĘ TU POZYCJI! JAK JUŻ TEGO DOKONACIE, MAM DLA WAS ZADANIE, KTÓRE POZWOLI WAM ZMIENIĆ OBLICZE ZNANEGO WAM ŚWIATA! - gdy głos powiedział, co miał do powiedzenia zamilkł, pozostawiając trójkę bohaterów w szoku.

- To nie możliwe! - Wykrzyknął Albert Einstein- Zakładając, że pomieszczenie jest kwadratem o boku n, regały zaś stoją w metrowych odstępach , każdy ma trzy metry wysokości i sześć metrów długości, na każdym regale mieści się x książek. Zakładając, ze znamy wszystkie języki jakie są nam niezbędne by przeczytać te woluminy, na jednąksiążkę poświęcimy około 4 godzin, po pomnożeniu przez x woluminów i y regałów i podzieleniu przez powierzchnie pomieszczenia n^2, wychodzi nam, przeczytanie książek z jednego metra kwadratowego pomieszczenia poświęcimy x*y/n^2 godzin. Zakładając, że będziemy czytać bez przerw skończymy około roku 98456.

- Ale człowiek nie żyje tak długo - zmartwił się Sherlock. - głodny człowiek tym bardziej.

- Słuchajcie chłopaki, znalazłem kuchnię!- dobiegł ich głos Napoleona- a tu mnóstwo jedzenia i wyborne wina, chodźcie tu!

- Domyślam się, że głos dobiega stamtąd- rzekł Holmes wskazując właz w
podłodze, z którego dochodziło światło.

- Hmmm.... Mając stały dostęp do jedzenia, zakładając, że każdy z nas pożyje 80 lat, to w sumie mamy jeszcze 150 lat na czytanie, pozwoli nam to zapoznać się z 1/ 4568 zebranych tu pozycji, może zaczniemy od tych napisanych w znanych nam językach?

- Ja tam zacznę od wina, nie zamierzam czytać, czyichś bazgrołów, wyróbcie jak chcecie- wykrzyknął Bonaparte otwierając obiecująco wyglądająca butelczynę.
- Skup się Napoleon, skądś musiał dobiegać głos, który usłyszeliśmy, a skoro, skądś dobiegał, to ktoś musiał go dobyć, a skoro, myśmy go usłyszeli, to znaczy, że ten ktoś tu był, a skoro teraz go nie ma, to co nam to mówi?

- Że będzie mniej chętnych na wino?

- Że nasz czteroosobowy zbiór pomniejszył się o 1/4?

- Nie! Mówi nam to tyle, że tu jest wyjście i po prostu musimy je odnaleźć!

- A zadanie?- Napoleon po raz pierwszy zainteresował się czymś więcej, niż własnym żołądkiem.

- Jak już wspomniałem, zadanie jest niewykonalne, nawet jakbyśmy żyli i 100 lat to…

- Albert, zlituj się, chyba nie chcesz tu siedzieć do końca życia i czytać! Słuchajcie, ten dziwny głos, mówił, że nie ma stąd wyjścia, więc musimy szukać czegoś, co na wyjście nie wygląda. Napoleon, czy przypadkiem nie znalazłeś tu wychodka?

- A tak, jest tu zaraz za kuchnią.

- Świetnie, sugeruję zatem byśmy spróbowali uciec, przez otwór, którym wydostają się fekalia. Albercie, czy możesz zerknąć?

- Już się robi! Otwór ma 0,6 metra średnicy, czyli zmieści się w nim człowiek, który potrafi zmniejszyć swe wymiary, tak by znalazły się w zbiorze od 0 do 0,6 metra. Po drugiej stronie nie widać nic, co można tłumaczyć, tym, że natężenie światła jest tam niewystarczające dla ludzkiego oka. Zakładam bowiem,że nie mamy tu do czynienia z czarną dziurą. Dochodzę do wniosku, że taka droga ewakuacji jest względnie bezpieczna.

- To na co jeszcze czekamy!- Wykrzyknął Bonaparte- pakując kolejne butelki za pazuchę.

Cała trójka skoczyła w otwór kloaczny, z nadzieją w sercach, i marzeniami o wolności. W przekonaniu, że przechytrzyli tajemniczą postać, która zgotowała im tak ponury kawał. Opadli na coś miękkiego. Gdy tylko wzrok przyzwyczaił się do półmroku zobaczyli przed sobą ogromne sterty gazet i czasopism. Po lewej czasopisma dla nastolatek, dalej ogromna kupa brukowców, gdzieś po środku poradniki dla pań, bardziej w prawo dzienniki i tygodniki. Gdzieś daleko pod ścianą stosunkowo niewielki stos prasy fachowej i naukowej.

- ECH! KOLEJNI NAIWNI, KTÓRZY W LITERACKIM WYCHODKU SZUKAJĄ SZCZĘŚCIA- westchnął głos w ich głowach.- SKORO ZREZYGNOWALIŚCIE Z CZYTANIA
KSIĄŻEK SKAZUJĘ WAS NA CZYTANIE WSZYSTKICH DOSTĘPNYCH NA ŚWIECIE
TYTUŁÓW PRASOWYCH. JAK BĘDZIECIE POSŁUSZNI, POZWOLĘ WAM POCZYTAĆ COŚ CIEKAWEGO, PÓKI CO ZABIERAJCIE SIĘ ZA BRUKOWCE!

Ciemność


Są czasem takie noce
Ciemniejsze od innych
Zupełnie na przekór
Księżycowi w pełni

Gdy czarna chmura
Dusząc otula myśli
przytłacza zmysły
tłumi wolę

Pojawia się zwątpienie
Strach i rozpacz
Choć na pozór
Powodów brak

Rodzi się wtedy potrzeba
Twej mentalnej czułości
Uścisku duszy
Kojącego mrok


sobota, 19 maja 2018

Jan Długosz. Sąd nad kronikarzem

Autor: Andrzej Zieliński
Wydawnictwo: Rytm
Rok wydania: 2017

   Jan Długosz swoim dziełem „Roczniki, czyli kronika sławnego Królestwa Polskiego” zrobił bardzo wiele dla wszystkich ciekawych naszych korzeni i początków państwowości. W swym fenomenalnym i unikatowym w polskim kronikarstwie dziele, nie uniknął błędów, niedomówień i zwykłego koloryzowania historii. Z tym wszystkim rozprawił się Andrzej Zieliński w książce „Jan Długosz. Sąd nad kronikarzem”, której drugie wydanie (pierwsze, okrojone („Oskarżony Jan Długosz” ukazało się w roku 2011 nakładem wydawnictwa Świat Książki.

   Książka ma bardzo nietypową formę i prezentuje zapis rozprawy sądowej, jakiej poddany został wielki kronikarz. W ramach świadków oskarżenia powołani zostają ci, którzy w „Rocznikach” Długosza nie zapisali się pozytywnie. Są to: Mieszko II, Bolesław Zapomniany, Bolesław Śmiały, Wincenty z Szamotuł oraz Gniewosz z Dalewic. Każdy z nich przedstawia czytelnikowi swoją historię z położeniem akcentu na te jej aspekty, które Jan Długosz pominął, zmienił, lub po prostu zmyślił. Z każdym z nich wiąże się konkretny zarzut, obelgi, łgarstwa, pomówienia, czy wykreślenie z historii.

   Nie zabrakło też świadków obrony, w większości późniejszych historyków, którzy podkreślają monumentalność i wagę dzieła Jana Długosza w ustalaniu początków polskiej historii. Jak dowiadujemy się we wstępie, w Polsce dopiero w osobie Długosza znalazł się ktoś, kto podjął się spisywania roczników. Wcześniejsze źródła są bardzo niepełne i niekompletne, najczęściej pochodzą z archiwów kościelnych. Jednak wiele zagranicznych źródeł również pozwala zweryfikować doniesienia Długosza i tym samym uzupełnić białe luki w Polskiej historii. Sam kronikarz nie do wszystkich miał dostęp, garściami za to czerpał z dzieła Galla Anonima, który również w wielu miejscach dał się ponieść fantazji. 

   W książce nie zabrakło też prokuratora i adwokata Jana Długosza. Ten pierwszy wyszukuje luki w jego „Rocznikach” oraz pokazuje, że autor nie tylko dopisywał, to co mu było wygodnie, ale i w przypadku współczesnych sobie lat, pisał pod dyktando protektorów, fałszując tym samym historię. Spośród wszystkich zarzutów, ten jest dla oskarżyciela najcięższym, gdyż biorąc pod uwagę, jak wielu późniejszych historyków bezkrytycznie powielało błędy i przekłamania, jakie znalazły się na kartach „Roczników”, powszechnie znany obraz początków państwa polskiego niekoniecznie jest zgodny z innymi źródłami. Rola obrońcy sprowadza się przede wszystkim do wytłumaczenia z czego wynikały niedopowiedzenia i fantazjowania autora „Roczników”. Nie usprawiedliwia go z jawnych przekłamań dotyczących czasów mu współczesnych, dając jednocześnie do zrozumienia, że nie możemy oceniać jego pracy przez pryzmat tego, jak obecnie pisywane są prace naukowe.

   Książkę czyta się bardzo dobrze. Przytoczenie historycznych postaci w ich własnych osobach jest dobrym zabiegiem i nadaje lekturze pewnej lekkości, sprawiając, że nie jest tylko historyczną rozprawką. Autor pokusił się również o stylizowanie sposobu przedstawiania wydarzeń przez wybranych świadków, co dodaje im wiarygodności. Pozostałe fragmenty czyta się równie dobrze a język jakim posługuje się Andrzej Zieliński jest bardzo przystępny i zrozumiały.

   „Jan Długosz. Sąd nad kronikarzem” to warta uwagi pozycja, która powinna zainteresować nie tylko miłośników historii ale i laików. Padają w niej ważne słowa odnośnie tego, jak podchodzić do historycznych źródeł i jak z nich korzystać. Książka pozwala spojrzeć z dwóch stron na postać Jana Długosza i choć zapada w niej wyrok, to dzięki przytoczonym mowom oskarżenia i obrony, sami możemy ocenić jego zasadność.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 11 maja 2018

Noc kota, dzień sowy. Tom I Zamek cieni

Autor: Marta Kładź-Kocot
Cykl: Noc kota, dzień sowy. Tom I Zamek cieni
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok wydania: 2017

   Czasem jest tak, że sięgam po książkę z silnym przeczuciem, że będzie to coś dla mnie, coś co mi się spodoba, czy wręcz zachwyci. Do takich tytułów zawsze mam znacznie większe oczekiwania, ale i patrzę na nie dużo bardziej krytycznie. Taką książką ostatnio była „Noc kota, dzień sowy” Marty Kładź-Kocot, która z niewiadomych względów przyciągała mnie niczym magnes. Dopiero w trakcie lektury okazało się, że to pierwszy tom z planowanej serii i zaprezentowana na jej kartach historia nie została ukończona.

   Dominującym wątkiem w powieści jest miłość. Wielka, silna i spętana złym czarem. Autorka ożywiła wątek jaki świetnie pamiętam z filmu „Zaklęta w sokoła” i rozdzieliła kochających się bohaterów porami dnia. On, w nocy zmienia się w wielkiego burego kocura, ona w dzień transformuje w drobną płomykówkę. Dla siebie mają raptem dwie godziny, zmierzch i świt. Ich miłość, choć zakazana, poza tym, nie natrafia na żadne przeszkody i poznajemy ich w chwili, gdy wegetują razem, pozornie pogodzeni z losem jaki im przypadł. Jednak w cieniu wielkiej miłości Jardala i Mitrii rozwija się wątek polityczny. Wielka polityka związana z enklawą czarodziejów kondensuje się w dyktaturze jednego z wielu, niczym niewyróżniającego się państwa-miasta.

   Marta Kładź-Kocot nakreśliła całkiem interesujące uniwersum. Spotkamy tu magów, którzy uczą się, żyją i pracują w Emain Avalach, gdzie rządy sprawuje rada pod wodzą Evelyn von Stein. Czarodziejka dąży jednak do dyktatury a jej działania budzą niepokój i wprowadzają chaos. Magowie podlegają dwóm podstawowym prawom – nie mogą wpływać na losy świata oraz wymusza się na nich celibat, zwłaszcza w obrębie własnej klasy. Kolejnym dobrze przedstawionym miejscem jest Castelburg, nadmorskie miasto, w którym od kilku lat rządy przejął tajemniczy Książę, którego przedstawicielem jest Machiavello Nicoli. Książę prezentuje dokładnie taką politykę, jaką przedstawił w swym najsłynniejszym dziele Nicola Machiavalli. Jest okrutny lub wyrozumiały, w zależności od tego, jak układa się polityczny interes i co pozwoli rosnąć w siłę nowo powstałej dyktaturze.

   Zarówno do kreacji bohaterów, jak i uniwersum trudno się przyczepić. Są one poprawne i całkiem interesujące. W formie retrospekcji przedstawiona została przeszłość Jardala i Mitrii, dzięki czemu ich działania są w pełni zrozumiałe i nie zaskakują. Niestety postacie z dalszych planów zostały jedynie z grubsza naszkicowane. Zarówno jeśli chodzi o bohaterów negatywnych, jak i pozytywnych. Możemy jedynie dociekać motywacji Evelyn von Stein, oraz tego kim, lub czym tak naprawdę jest castelburski Książę. Niewiele informacji znajdziemy również o towarzyszach dwójki kochających się magów. Są to imiona i krótkie charakterystyki, w większości przypadków brak jest dalszych informacji i nawet jeśli pojawiają się jakieś tajemnice, te również nie zostają wyjawione. Zapewne rozwinięcia wątków z nimi związanych możemy się spodziewać w kolejnym tomie.

   Książkę czyta się dobrze, choć nie mogę stwierdzić, by mnie oczarowała. Autorka używa stosunkowo prostego języka, od czasu do czasu wrzucając jedynie jakieś archaizmy, mające lepiej oddawać pseudośrendiowieczny charakter stworzonego uniwersum. W warstwie językowej, podobnie jak w kreacjach świata i postaci, brakuje czegoś, co wyróżniałoby „Noc kota, dzień sowy” spośród innych książek fantastycznych.

   Trudno znaleźć mi tej powieści jakieś mocno rażące błędy (może poza jedną nieścisłością w fabule, pojawiającą się przy zakończeniu książki), jednak nie potrafię wymienić też jej ewidentnych zalet. Książkę czytałam bez większego zainteresowania losami bohaterów, zwyczajnie przeskakując ze strony, na stronę. Nie mogę też stwierdzić, by była to zupełnie zła pozycja, a określeniem, które najbardziej mi do niej pasuje, to „poprawna”.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

niedziela, 6 maja 2018

Barnim. Srebro

Autor: Bernard Berg
Cykl: Barnim Saga
Wydawnictwo: TEGONO
Rok wydania: 2017

   „Barnim. Srebro” Bernarda Berga to drugie po „Kamieniach” większe opowiadanie wchodzące w skład sagi o Barnimie. Kolejnymi tekstami, są dostępne w formie darmowych plików, króciutkie opowieści „Jaja” oraz „Zorza”, sagę zaś w głównej mierze tworzą powieści „Ogień” oraz „Woda”. Nie miałam okazji sięgnąć, po żadną z nich, więc trudno odnieść mi się do całego cyklu, jednak jako samodzielny utwór „Barnim. Srebro” broni się całkiem nieźle.

   Wydarzenia opisywane w tym tomiku skupiają się na młodości tytułowego bohatera cyklu Bernarda Berga. Szkolący się na łowcę skarbów pod okiem Ivicy, młodziutki Barnim uczy się nurkować i przeszukiwać morskie dno. W międzyczasie poznaje smak pierwszej młodzieńczej miłości oraz doznaje brutalności losu.

   Ze względu na krótką formę poznajemy tylko fragment wykreowanego świata. Miejscem akcji jest niewielkie, nadmorskie miasteczko, które budzi skojarzenia z Bałkanami. Podobnie, jak w „Kamieniach” w tym opowiadaniu nie znajdziemy żadnej ogólnej informacji dotyczącej całego uniwersum. Na podstawie przytoczonej opowieści o rozbitym statku, jesteśmy jedynie w stanie określić, że nie ma ona wiele wspólnego  naszym światem, przynajmniej, w takim kształcie, w jakim go znamy. Podobne trudności nastręcza dokładne określenie czasu rozgrywających się wydarzeń. Zaawansowanie technologiczne przywodzi na myśl epokę renesansu, jest to jednak tylko domysł, który możemy wysnuć ze skąpych informacji zawartych w opowiadaniu.

   O ile w tekście brakuje opisów wykreowanego świata, o tyle na brak akcji i ciekawie poprowadzoną fabułę nie można narzekać. W „Srebrze” zaprezentowano wprawdzie tylko jeden epizod, wokół którego osnuta jest fabuła opowieści, jednak jest on dobrze rozbudowany. Tlący się w drugim planie niewinny romans młodego Barnima dodaje opowieści kolorytu. I choć trudno jest powiązać rozgrywające się wydarzenia zresztą uniwersum, jednak sam wątek poszukiwania skarbów w zatopionym wraku został zrealizowany bardzo dobrze i z dbałością o szczegóły. Otwarte zakończenie daje spore pole do przypuszczeń, co było dalej, jednocześnie ukazując, że losom Barnima daleko do nudnawej egzystencji w prowincjonalnym miasteczku.  Zarówno początek, jak i zakończenie opowieści umiejscawia dokładnie rozgrywające się wydarzenia w historii życia Barnima, dzięki czemu opowiadanie, choć oderwane fabularnie od całej sagi stanowi jej integralną część.

   Trudno też narzekać na kreacje bohaterów. Poznajemy ważne i rzutujące na jego przyszłość epizody z dzieciństwa protagonisty całej sagi. Postaciom pobocznym również poświęcono sporo miejsca i choć są dość schematyczne oraz stereotypowe, to jednak ich charaktery są wyraziste, a ich postępowanie w pełni zgodne z osobowością.

   Jest to niewielka lektura, którą czyta się błyskawicznie. Spora w tym zasługa przystępnego, ale i całkiem bogatego języka, w którym znajdziemy nieco bałkańskich naleciałości. Stylistyka nie nadmiernie rozbudowanych zdań nie sprawia żadnych problemów, ale i nie jest przesadnie uproszczona. Liczne epitety oddają dobrze opisywane miejsca i sytuacje, pozwalając czytelnikowi na całkiem dobre zwizualizowanie toczącej się opowieści.

   „Barnim. Srebro”  to dobrze skonstruowane i napisane, interesujące opowiadanie stanowiące  uzupełnienie całej sagi o Barniemie. Jednak nawet bez znajomości całego cyklu można się świetnie bawić przy lekturze opowiadania, gdyż ujęty w nim epizod stanowi samodzielny i skończony wątek w długiej i pełnej przygód historii Barnima. Trudno znaleźć w nim rażące błędy, czy nieścisłości, które wpłynęłyby negatywnie na jego odbiór, a jeśli komuś przygód Barmina wydaje się zbyt mało, zawsze może sięgnąć po pozostałe utwory Bernarda Berga.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

piątek, 27 kwietnia 2018

Gargantua i Pantagruel. Księgi I, II i III

Autor: Francois Rabelais
Tłumaczenie: Tadeusz Żeleński-Boy
Tytuł oryginału: Le vie de Gargantua et de Pantagruel
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2017

   Dzieło Francoisa Rabelaisego to książka niezwykle ważna w dorobku francuskiej literatury, bez zbędnej przesady można nazwać je jednym z największych klasyków prozy szesnastego wieku. Obrazoburcza i prześmiewcza, w czasach, w jakich powstała cieszyła się zarówno wielkim uznaniem, jak i sporą dezaprobatą. Dziś odbiór „Gargantui i Pantagruela” jest zupełnie inny, a to co wzburzało czytelników współczesnych autorowi, w nas budzi uśmiech lub staje się niezupełnie zrozumiałe. Najnowsze wydanie, które ukazało się nakładem wydawnictwa MG, to przekład Tadeusza Boya-Żeleńskiego opatrzony licznymi komentarzami tłumacza, w których próbuje wyjaśnić czytelnikom najważniejsze elementy dzieła, które ze względu na swój silnie satyryczny charakter nieco się zestarzało.

   W książce zawarto pierwsze trzy tomy „Gargantui i Pantagruela”. Już ze wstępu dowiadujemy się, że tom pierwszy wcale nie był nim, jeśli chodzi o chronologię pisania i powstał później w ramach uzupełnienia księgi Pantagruela. Gargantui poświęcona jest właśnie pierwsza część książki, w pozostałych dwóch główną postacią staje się jego syn – Pantagruel.

   Gargantua i Pantagruel, to olbrzymy władające Amauros, dosłownie tajemniczym miastem w legendarnej Utopii. I choć o położeniu ich ojczyzny niewiele wiemy, to nie przeszkadza to bohaterom podróżować po Francji i innych miejscach Europy. Zarówno ojca jak i syna charakteryzuje wręcz epikurejskie podejście do życia, w którym głównym celem jest zapewnienie sobie przyjemności, czy to przez rozkosze stołu, czy też w inny sposób. Jednak gdy przychodzi chwila próby i gry potrzebne jest męstwo oraz spryt, olbrzymy bez wahania stają naprzeciw wyzwaniu. Spotkanych ludzi traktują z wyrozumiałością i życzliwością, a ich dobroć i protekcjonizm wobec nich mogą zaskakiwać. Choć gdy trzeba działać zdecydowanie żaden z nich się nie waha i z pewnością wykorzystują własną przewagę do osiągnięcia celu.

   „Gargantua i Pantagruel” to mocno rozbudowana satyra na współczesność. Autor nie wahał się wyśmiać wszystkiego, co miał okazję poznać. Obrywa się kościołowi i władzy, szlachcie i ludziom niższych stanów, kobietom i mężczyznom. Przedstawione postacie posiadają cechy rozwinięte wręcz do karykaturalnych rozmiarów, co tylko podkreśla prześmiewczy charakter książki. Wiele z zawartych w powieści aluzji i nawiązań dziś jest zupełnie niezrozumiała, często nawet komentarz tłumacza niewiele pomaga, gdyż dla niego okoliczności powstania dzieła są prawie tak samo odległe jak dla współczesnych czytelników. Sporo tematów jednak ma wymiar znacznie bardziej uniwersalny i wciąż aktualny.

   Powieść Rabelaisego to dzieło, do którego bardzo dobrze pasuje, powstały na jego podstawie przymiotnik – gargantuiczny. Autor nie szczędzi czytelnikom dokładnych wyliczeń i określeń, przez co książka jest wręcz najeżona epitetami, porównaniami i nawiązaniami do antyku. Język jakim  posłużył się autor, jest niezwykle bogaty i plastyczny. Mimo nagromadzenie środków stylistycznych „Gargantuę i Pantagruela” czyta się bardzo płynnie. Bardzo liczne ale i niezwykle krótkie rozdziały również usprawniają lekturę.

   Nie można powiedzieć, by dzieło Rabelaisego się nie postarzało. Specyficzny, satyryczny charakter powieści trudno w pełni zrozumieć w zupełnym oderwaniu od czasów, w których powstała. Nie znaczy to jednak, że po „Gargantuę i Pantagruela” nie warto sięgnąć. Dzięki przedmowie i komentarzom Tadeusza Boya-Żeleńskiego możemy nieco lepiej zrozumieć, że fragmenty, do których dziś podchodzimy z lekkim uśmiechem, dla współczesnych Rabelaisowi były skandaliczne. I choć dzisiaj śmieszą nas zupełnie inne jej fragmenty, niż dawniejszych czytelników, to jednak nadal wiele poruszanych tematów pozostaje aktualna a rubaszny styl w jakim książka została napisana również sprawia pozytywne wrażenie.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.