środa, 24 czerwca 2020

Wyspa Itongo


Autor: Stefan Grabiński
Wydawnictwo: Wydawnictwo CM
Cykl wydawniczy: CM Klasyka
Rok wydania: 2019

   Stefan Grabiński uznawany jest za polskiego Edgara Alana Poe lub Philipa Howarda Lovecrafta, gdyż podobnie jak oni skupia się w swoich tekstach na wnikaniu w granicę poznawania, niejednokrotnie ją przekraczając. W jego opowiadaniach groza miesza się z niezwykłą poetyką, a niesamowitość z przywiązaniem do rozwijającej się technologii. Napisana kilka lat przed drugą Wojną Światową „Wyspa Itongo” zawiera w sobie wszystkie te pierwiastki, stając się pełnoprawną polską powieścią grozy.

   Głównym bohaterem opowieści jest Jan Gniewosz. Nieślubne dziecko poczęte w niezwykłych okolicznościach przy pełnej aprobacie duchów przywiązanych do tajemniczego, opuszczonego domu. Wychowujący się w rodzinie kowala do ukończenia kilkunastu lat wzrastał w błogiej nieświadomości swojego przeznaczenia. Jednak ono upomniało się o niego i od tej pory Jan, pod skrzydłami doktora Będzińskiego wypełniał nadaną mu rolę, pośrednicząc w rozmowach między żyjącymi a zmarłymi. Z biegiem lat trafia również na tytułową wyspę Itongo, gdzie jego rola sprowadza się do rozmów z duchami przodków i demonami żywiołów.

   Tym co najbardziej uderza w historii Gniewosza, to jego przeznaczenie. Od chwili, w której jego biologiczni rodzice zmylili kroki, by spotkać się w nawiedzonym domu, kieruje nim los. Niczym starożytne fatum jest mocą, z której nie można się wyzwolić i każda próba z założenia skazana jest na klęskę. Nie oznacza to, że Jan nie próbuje się z nim mierzyć. Cała książka jest zbiorem opowieści przytaczających jego kolejne próby wyzwolenia się spod siły przeznaczenia.

   Ta książka to również szybki przegląd przez tematy, które były na topie w latach trzydziestych dwudziestego wieku i nieco wcześniej. Znajdziemy tu, jakże modny wtedy, spirytyzm i okultyzm. Seanse z udziałem zaproszonych gości, pragnących porozumieć się z utraconymi bliskimi. Drugim równie ważnym wątkiem jest rozwój psychiatrii i psychologii, Jan Gniewosz trafia do zakładu, gdzie poza wzmacnianiem jego zdolności mediumistycznych, zostaje poddany pełnej psychoanalizie. Kolejnym tematem jest zmierzch epoki odkryć geograficznych. W świecie, który w przeciągu dekad malał coraz bardziej, gdzie odległości przestawały być wielkim problemem oraz gdzie coraz mniej było już na mapach białych plam, wciąż silnie żył głód odkrywania nowych lądów i poznawania nowych światów.

   Kompozycyjnie książka znacznie bardziej przypomina zbiór opowiadań niż powieść. Poszczególne etapy życia Jana przedstawione są bardzo dokładnie, ale całą jego historię poznajemy wyrywkowo. Każdy z rozdziałów tworzy spójną całość, przytaczając konkretny moment z życia Gniewosza i choć wszystkie one łączą się w jedno, to równie dobrze funkcjonują samodzielnie.

   „Wyspa Itongo” zachwyca nie najłatwiejszym jednak językiem. Jest napisana w bardzo niewspółczesny sposób, pełna wielokrotnie złożonych zdań, w których czasem trudno uchwycić ich sens, a które tworzą niesamowity klimat i idealnie odzwierciedlają ducha opowieści. To również niezwykle bogate słownictwo, pełne synonimów i niezwykle trafnych epitetów opisujących rzeczywistość. Pod tym względem powieść również przywodzi na myśl dzieła Lovecrafta oraz Poego.

   „Wyspa Itongo” Stefana Grabińskiego to wspaniała opowieść z pogranicza grozy i fantastyki, niczym nie ustępująca utworom jego słynnych amerykańskich kolegów. To jeden z tych utworów, które słusznie plasują autora, zaraz obok Jerzego Żuławskiego, jako jednego z ojców polskiej fantastyki i grozy. To wspaniała metafizyczna podróż poza granice własnej woli i przeznaczenia. To w końcu niezwykle przyjemna rozrywka, której żadna minuta nie wydaje się zmarnowana i cieszę się, że Stefan Grabiński ponownie zagościł w planach wydawniczych, gdyż jego twórczość zupełnie niesłusznie, zdawała się popadać w zapomnienie.

Recenzja powstała na zlecenie portalu Sztukater.

czwartek, 18 czerwca 2020

Nie bójcie się starych ludzi


Autor: Janusz Eksner
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Rok wydania: 2019

   Janusz Eksner jest jednym z tych twórców, którzy długo czekali na swój debiut. Urodzony na początku lat czterdziestych swoją pierwszą książkę opublikował dopiero po nieco ponad siedemdziesięciu latach. Pisze zarówno poezję jak i prozę a „Nie bójcie się starych ludzi” jest siódmym tomikiem wierszy w dorobku autora.

   W niewielkiej książeczce znajdziemy dwadzieścia utworów, wierszy prezentujących świat z perspektywy człowieka, który niejedno już w życiu widział i niejedno przeżył. To rymowane opowieści o smutkach i radościach starości. O radzeniu sobie z trudami codzienności, o tęsknocie za bliskimi, których nie ma pod ręką, o coraz większym niezrozumieniu współczesności. To spojrzenie człowieka, któremu obcy jest współczesny pośpiech, galopujące tempo życia i ciągła bieganina po lepsze. To w końcu wiersze kogoś, kto ma mnóstwo czasu na kontemplację rzeczywistości, obserwowanie tego co wokół i próbę odnalezienia się w niej.

   Tematyka wierszy jest dość szeroka i choć większość utworów spaja kwestia wieku, gdyż dotyczą tytułowych „starych ludzi”, to jednak pozostaje ona dość uniwersalna. Takie uczucia jak samotność, tęsknota, czy poczucie wyobcowania nie są emblematyczne dla podeszłego wieku. To coś, co może poczuć i zrozumieć każdy, zwłaszcza jeśli posiada zdolność do autorefleksji. W „Nie bójcie się starych ludzi” przemijanie jest tylko jedną z faz życia, nieuniknioną i nieuchronną, konsekwentnie lecz powoli prowadzącą do kresu.

   W zbiorze tak mocno związanym ze starością, nie sposób uniknąć tematyki śmierci. Jednak nawet ona widziana z perspektywy przeżytych lat nie wydaje się być czymś strasznym, czymś co budzi lęk, czy potrzebę buntu. Jawi się raczej jako smutna okoliczność zabierająca najbliższych i czyniąca nasze życie bardziej samotnym. Jest metą, do której się zmierza i która prędzej, czy później zostanie osiągnięta.

   Tym, co jak zawsze decyduje o odbiorze poezji jest zbieżność wrażliwości autora i odbiorcy. I chociaż jestem blisko pół wieku młodsza od Janusza Eksnera, to nie mogę powiedzieć, by jego wrażliwość była mi zupełnie obca. Z jednej strony spowodowane jest to uniwersalnością poruszanych tematów, z drugiej zaś dojrzałe spojrzenie na sprawy proste i prawie oczywiste, zawsze jest u mnie w cenie. W wierszach znajdziemy mocno przemyślany obraz rzeczywistości, dogłębnie przeanalizowany i podany czytelnikowi nie tyle z poziomu autorytetu, z którym nie można dyskutować, co raczej jako zbiór subiektywnych wrażeń, z którymi możemy, ale wcale nie musimy się zgadzać.

   „Nie bójcie się starych ludzi” zawiera utwory pisane białym wierszem o dobrze zachowanej rytmice. Każde słowo ma swoje miejsce, dzięki czemu utwory nie tylko sprawiają wrażenie kompletnych, ale co znacznie ważniejsze, nie zawierają słów, jakie można by uznać za zbędne.  Idealnie wyważone użycie każdego z wyrazów, oddaje poruszaną tematykę w najlepszy możliwy sposób. Nie sposób nie docenić umiejętności operowania słowem autora.

   Siódmy tomik wierszy Janusza Eksnera to całkiem przyjemny kawałek nieźle napisanej współczesnej poezji. Jego lektura stanowić może przyjemność nie tylko czytelnikowi zbliżonemu wiekiem do autora, o ile tylko nie boi się szerzej spojrzeć na otaczający go świat. To zbiór dla ludzi w równej mierze wrażliwych, co pragmatycznych, takich, którzy nie tracą czasu na zbędne ozdobniki, by wprost wyrazić to co czują i jak patrzą na świat.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

niedziela, 14 czerwca 2020

Stosik czerwcowy

   Tegoroczny czerwiec jest u mnie miesiącem spod znaku komiksu, a wszystko za sprawą dwóch rzeczy. Po pierwsze niezwykle kuszącej promocji na Dzień dziecka w Kulturze Gniewu, a po drugie, mojej fascynacji komiksami Tomasza Samojlika. I choć prace tego autora miałam już wcześniej okazję poznać, to dopiero teraz wsiąknęłam w nie bez reszty. W ten sposób właśnie jego dzieła zdominowały mój stosik. Na zdjęciu wygląda to tak.


   Bieszczadzcy mocarze Mateusz Matysiak Przepiękny album o zwierzętach Bieszczad, od tych największych, bo te malutkie, równie pasjonujące. 
   Do bani z takim komiksem Tadeusz Baranowski Najnowsza pozycja autora Antresolki profesorka Nerwosolka, ponownie z nim jako głównym bohaterem. Dla fanów autora, wręcz obowiązkowa. Oprócz samego komiksu, w pakiecie był jeszcze zestaw szkiców (ta niewielka granatowa książeczka powyżej).
   Binio Bill i szalony Heronimo, Binio Bill kręci western i leci w kosmos Jerzy Wróblewski Dwa brakujące tomy przygód polskiego Lucky Luke'a. Rzecz łatwa i przyjemna.
   Ryjówka przeznaczenia, Norka zagłady, Powrót rzęsorka, Zguba zębiełków Tomasz Samojlik Czterotomowa opowieść o małych owadożernych, pełna zabawnych nawiązań  i wiedzy pomocnej w budowaniu świadomości ekologicznej młodego czytelnika. Jestem nimi zachwycona.
   To nie jest las dla starych wilków Tomasz Samojlik Kolejny komiks tego autora, tym razem zbiór kilkunastu krótkich historyjek ze zwierzakami w rolach głównych oczywiście.
   Umarły las, NieUmarły las, Zew padliny Tomasz Samojlik, Adam Wajrak Kolejne trzy komiksy tego autora, tym razem napisane zw wsparciem Adama Wajraka. To wyprawa w świat zgnilizny i rozkładu - podstaw funkcjonowania każdego zdrowego ekosystemu. Oprócz komiksu znajdziemy tu krótkie notki na temat zwierzaków, roślin i zjawisk zachodzących w lesie.
   Jeść zdrowo, żyć dłużej. żywienie osób w starszym wieku Karol Okrasa Zaplątała się tutaj, otrzymana w prezencie, wylądowała na stosie propozycji WOŚPowych.
   Ptaki doliny Biebrzy i Narwi Marek Pióro, Robert Bałdyga To niezbyt wielka opowieść o ptakach zamieszkujących największy nasz obszar bagienny. Oprócz pięknych zdjęć i ciekawych opowieści znajdziemy tu również kody QR, które po odczytaniu przenoszą do bazy nagrań ptasich głosów - świetny pomysł.
   Kalendarz ptaków Marek Pióro Kolejna "ptasia" pozycja u mnie, zbiór opowieści blogera piszącego o ptakach, znam jego wpisy, śledzę fanpage, więc lektury jestem spokojna.
   Czyżyk na drogę Adam Wajrak, Krzysztof Czyżewski, Stanisław Łubieński, Anna Kamińska, Adam Robiński, Lechosław Herz, Piotr Brysacz To zbiór kilku opowieści, wywiadów o ptakach, zapowiada się ciekawie, a była w przyjemnej promocji razem z dwójką powyższych.
   Poezje Halina Poświatowska Kolejny tom z pięknie wydanych polskich poezji. Nie miałam wcześniej kontaktu z jej utworami, ale szybki rzut oka na to jak pisze rozwiał moje wątpliwości.
   Jagiellonowie. Schyłek średniowiecza Sławomir Koper, Niemieckie życie. Byłam sekretarką Geobbelsa Brunhilde Pomsel, Thore D. Hansen Dwa kolejne tomy z kolekcji,prędzej czy później wpadną na listę do przeczytania.

   I jeszcze zupełnie zapomniane przy poprzednim zdjęciu. monoautorsko, skutek kolejnej promocji na Dzień dziecka, a że książki były na mojej liście zakupów już od jakiegoś czasu...


   Wielka księga ptaków, Wielka księga morskich zwierząt, Wielka księga robali Yuval Zommer Mam Wielką księgę ssaków tego autora, a ponieważ przypadła mi do gustu, więc pojawienie się u mnie kolejnych było kwestią czasu.
   Tajemniczy świat pod stopami Yuval Zommer, Charlotte Guillain To z kolei śmiesznie rozkładana książka o tym, po czym tak naprawdę depczemy, gdy chodzimy po łące.

   Komiksy już praktycznie przeczytane, reszta... cóż czeka jak zwykle. Na tę chwilę ugrzęzłam na jednej książce, więc pewnie jeszcze nieco poczekają.



piątek, 12 czerwca 2020

Spadać można równie dobrze w poziomie

Autor: Martyna Piotrowska
Wydawnictwo: Mamiko
Rok wydania: 2019

   Tym co zadecydowało o sięgnięciu przeze mnie po tomik poezji Martyny Piotrowskiej, było przeczytanie w krótkiej notatki na temat autorki. Jej kariera zawodowa łączy w sobie pracę piórem z mikrobiologią, czyli w pewnym sensie jest mi pokrewna. Biorąc do ręki „Spadać można równie dobrze w poziomie” liczyłam na pewne echo tego pokrewieństwa w utworach literackich i niestety się rozczarowałam.

   W zbiorze wierszy Martyny Piotrowskiej znajdziemy tematy bardzo osobiste, ale i bardzo uniwersalne. Rozstania i spadającą jak grom z jasnego nieba samotność. Opowieść o tworzeniu relacji z innymi, również tą najważniejszą z ukochaną osobą, z którą chcielibyśmy mierzyć się ze światem. To tematyka jednocześnie uniwersalna ale i osobista. Z jednej strony praktycznie każdy prędzej, czy później musi mierzyć się z emocjami jakie wywołują w nas inni, ważni dla nas ludzie. Z drugiej zaś, każdy przeżywa je zupełnie inaczej i słowa, które idealnie opisują je jednej osobie, będą zupełnie chybione w przypadku innej.

   Tym co jest kluczowe w odbiorze poezji jest zgodność wrażliwości poety i czytelnika. Tym bardziej, gdy wiersze poruszają tak intymne tematy, gdy oddają trudne uczucia, z którymi mierzy się poeta. Gdy tej współwrażliwości zabraknie, lub gdy jest ona niepełna, utwory po prostu nie trafiają do czytelnika. Brakuje z nich tego nieuchwytnego czegoś, co sprawia, że czyjeś słowa stają się zapisem naszych myśli. W trakcie lektury wkrada się wtedy poczucie jakiejś infantylności, bagatelizowania niektórych rzeczy i rozdmuchania do granic przesady innych. Trudno jest wtedy zachwycić się twórczością poety i choć można ją potraktować czysto technicznie subiektywnie oceniając jej jakość, to jednak w przypadku poezji ocena techniczna jest minimalną składową całości wrażeń.

   Taki problem mam z utworami Martyny Piotrowskiej, gdyż jej spojrzenie na wewnętrzny świat emocji rozmija się zupełnie z moim sposobem ich pojmowania. Gdyby przy okazji te utwory były dla mnie w jakikolwiek sposób odkrywcze lub pozwalały na uświadomienie sobie pewnych rzeczy, których nie do końca pojmowałam, to miały by pewne szanse. Niestety z wrażliwością poetki jest mi tak dalece nie po drodze, że nie potrafiłam znaleźć w jej utworach niczego, co mogłabym wynieść z ich lektury.

   Zarówno pod względem językowym jak i kompozycyjnym nie mogę zbyt wiele zarzucić utworom Martyny Piotrowskiej. Większość z nich napisana została wierszem białym, bez banalnie rymowanych fraz, ale z bardzo przyjemną w odbiorze rytmiką. Wiersze są płynne i czyta się je lekko. Słownictwo również sprawia dobre wrażenie, choć ciężko powiedzieć, by było szczególnie piękne, czy wyróżniające się. 

   Tym czego najbardziej zabrakło mi w „Spadać można równie dobrze w poziomie” jest możliwość pełnego zrozumienia transkrypcji emocji autorki. I choć z jednej strony wyraźnie widać, że poruszyła te siedzące w niej dogłębnie, to jednak nie byłam w stanie ich współodczuć. Utożsamić się z nimi na tyle, by były dla mnie prawdziwe. Nie oznacza to, że wiersze Martyny Piotrowskiej są złe, będąc całkiem poprawnymi pod względem językowym i kompozycyjnym z pewnością bez problemu znajdą się osoby, którym wrażliwość poetki będzie bliższą. Pozbawione zbędnej infantylności, prostoty i egzaltacji mają na to bardzo duże szanse.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

niedziela, 7 czerwca 2020

Twarze Afryki



Autor: Jerzy Machura
Wydawnictwo: WFW
Rok wydania: 2019

   Afryka, kolebka ludzkości i matecznik największych lądowych ssaków na ziemi. Kusząca egzotyka okraszona ogromnym dreszczem emocji. Czarny kontynent od wieków budził w ludziach silne uczucia, wyobraźnia podburzana lekturą „W pustyni i w puszczy”, książek Alfreda Szklarskiego i wielu wielu innych twórców kusiła młodych, prowadząc ich na ścieżki życia pełnego podróży. Jednym z takich ludzi jest Jerzy Machura, dziś między innymi dziennikarz piszący felietony i relacje z podróży. Część z jego tekstów znaleźć można w wydanej w tym roku nakładem Warszawskiej Firmy Wydawniczej książce „Twarze Afryki”.

   W książce znajdziemy dwanaście opowieści i tyleż samo różnorodnych twarzy Czarnego Lądu. Bo Afryka, poza tym, że kusząca i pod każdym względem niesamowita jest też niezwykle zróżnicowana. Autorowi udało się w tej niewielkiej książce przedstawić jedynie niewielki ułamek tej różnorodności. Znajdziemy tu więc wędrówkę przez wiecznie tętniący życiem i wszelkim ludzkimi głosami rynek w Mombasie, gdzie spotkać można przedstawicieli praktycznie wszystkich znanych religii i większości narodowości. Nie zabrakło też opisu, jednego z bardziej emblematycznych skojarzeń z Afryką, czyli wyprawy na safari, by na zdjęciach zaliczyć wielka afrykańską piątkę (słoń, bawół, nosorożec, lampart i oczywiście lew). 

   Znajdziemy tu również opowieść imigranta, jednego z kilkunastu tysięcy Polaków, którzy w czasie drugiej wojny światowej zostali przeniesieni czasowo do Afryki. To w końcu również kilka anegdotek o bardzo afrykańskich korzeniach. Wspominki o lwach ludojadach, które atakowały robotników budujących linię kolejową. Wątek ten został nawet uwieczniony w filmowej produkcji „Duch i Mrok”. Czy w końcu zabawną anegdotkę ze spotkania autora z Masajami, którzy nakarmili go mięsem z „konia Masajów”.

   Tym, czego tu nie znajdziemy, a co również zaliczyć należy do twarzy Afryki, to wojna. Konflikty zbrojne toczą się przez kontynent, może nie intensywnie, ale ciągle i internet co chwile obiegają zdjęcia ciemnoskórych dzieci z bronią w ręku, bądź ofiar tejże. Również ogromna bieda, głód, choroby i wszechobecny niedobór wody, zostały poruszone jedynie symbolicznie i próżno szukać tu wzmianek, jak mocno determinują one życie tubylców. Jerzy Machura nie wspomniał też prawie w ogóle o tym jak ważny miejscami jest przemysł wydobywczy, czyniący z Afryki źródło kamieni szlachetnych oraz związane z nim przemoc i nadużycia.

   „Twarze Afryki” to książka równie wielobarwna co kontynent, któremu została poświęcona. Są tu felietony, relacje z podróży, czy nawet wątki biograficzne. Są tu przemyślenia dotyczące kolebki ludzkości oraz tego dlaczego tak silnie oddziałuje na tych, którzy poczuli jej zew. To również miejscami typowo podróżnicza książka, w której poznajemy świat zupełnie obcy przeciętnemu czytelnikowi. Znajdziemy tu opisy miejsc i ludzi, niezwykłej przyrody i niesamowitej, jakże obcej względem tej, którą znamy, kultury.

   Książkę Jerzego Machury czyta się bardzo dobrze. Słownictwo jest zrozumiałe, a gdy pojawiają się jakieś słowa mogąca sprawiać kłopot, znalazły swoje wyjaśnienie w załączonym słowniczku. Językowo nie jest specjalnie wymagająca, ale też nie jest zupełnie prosta. Zdanie sformowane zostały w taki sposób, że ich lektura budzi żywą ciekawość tym, co też jeszcze można zobaczyć i spróbować zrozumieć w Afryce.

   „Twarze Afryki” to całkiem niezła książka podróżnicza. Gęsto okraszona zdjęciami autora przenosi czytelnika na Czarny Ląd nie tylko słowem, ale i obrazem. Autor ujął w niej jedynie niewielki wyrywek tego świata, skupiając się na tym, co piękne, niesamowite i co budzi największą ciekawość. Dzięki temu jednak lektura nie tylko świetnie relaksuje, ale i może stać się impulsem, by ten niezwykły świat zobaczyć z bliska.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

wtorek, 2 czerwca 2020

Czytelnicze podsumowanie maja

   Po bardzo słabym kwietniu przyszła pora, by nieco podkręcić statystyki. Tym razem udało się przeczytać całkiem sporo, bo aż trzynaście tytułów. Wprawdzie sześć z nich, to pozycje dla dzieci, siódma zaś to niewielki tomik fraszek, ale reszta to już książki o znacząco większej objętości. Jeśli chodzi o jakość i zadowolenie z lektury, to nie czytałam tym razem pozycji słabych, nawet tych przeciętnych było mało, no ale to prosty skutek tego, że czytałam prawie wyłącznie książki z mojej kolekcji. Na zdjęciu to wygląda tak:


   Którędy do Yellowstone? Aleksandra i Daniel Mizielińscy To, że uwielbiam pozycje państwa Mizielińskich nie jest żadną nowością. Ta książka nie tylko zachwyca wydaniem - ilustracje są przecudne, ale i w mądry sposób opowiada o wybranych parkach narodowych świata i związanych z nimi ciekawostkach ekologicznych. Jedna z lepszych książek przeczytanych w maju.
   Grzyby Asia Gwis, Liliana Fabisińska Druga wielkoformatowa pozycja dla dzieci. Była na mojej czytelniczej liście już od chwili wydania, gdy w końcu udało się ją kupić, nie czekałam z lekturą.. Wrażenia bardzo pozytywne, choć ilustracje raczej nie w moim stylu. Ciekawostek ze świata grzybów za to sporo.
   Rocznica urodzin Asteriksa i Obeliksa. Złota księga Rene Goscinny, Albert Uderzo Papirus Cezara Jean Yves-Ferri, Didier Conrad Kolejne dwa tomy o dzielnych Gallach. Kupione dla syna, obowiązkowo przeczytane.
   Elegantki, truciciele i inne ziółka, Narwańcy, uwodziciele, samotnicy. Atlas tych co fruwają, skaczą i nurkują Adrienne Barman Strasznie mi się spodobał zamysł tych książek, prezentujących rośliny i zwierzęta w rozmaitych ciekawostkach. Graficznie również mnie urzekły. Zabrakło mi jedynie nieco treści i gdyby o wspomnianych gatunkach napisano cokolwiek poza nazwą, byłoby ciekawiej.
   Gawędy o wilkach i innych zwierzętach Marcin Kostrzyński Dorwałam tę książkę już dość dawna, za niezbyt wielkie pieniądze, w którymś z marketów. Po lekturze jestem zachwycona, autor w wyborny sposób opowiada o zwierzakach, jakie można na co dzień spotkać w lesie.
   Morderstwo na plebanii Agatha Christie Nie wiem, jakim cudem nie miałam tej książki wcześniej, braki w stanie posiadania i lekturze nadrobiłam błyskawicznie. Panna Marple w pierwszym spotkaniu ze zbrodnią nie zawodzi.
   Pan Piłsudski Michaił Bułhakow To książka, która wywołała we mnie najbardziej mieszane uczucia, zresztą więcej rozpisałam się o niej w recenzji, która już wkrótce pojawi się na blogu.
   Grimm City. Bestie Jakub Ćwiek Pierwszą część opowieści o Grimm City czytałam kilka lat temu, jakoś w pobliżu premiery, w końcu znalazłam czas na kontynuację. Brakowało mi nieco świeżych wspomnień z fabuły Wilka!, choć i tak zakończenie wywołało najwięcej emocji.
   Ines, pani mej duszy Isabel Allende Opowieść o konkwiście Chille ujęta w typowy dla autorki sposób skupiający się wokół postaci kobiecych. Tym razem była to autentyczne postać Ines Suarez, która w podboju Chile odegrała znaczącą rolę.
   Brązownicy Tadeusz Boy-Żeleński Ostatnia z zapomnianych recenzentek czyli zbiór felietonów opowiadających o Mickiewiczu, będący rozprawą z kultem narodowego wieszcza. Nawet po tylu latach od powstania, czyta się ją wyśmienicie.
   Łechtanie pokrzyw Janusz Sipkowski Tomik fraszek tego autora, będący dla mnie miłą niespodzianką.Fraszki, jak to w przypadku tego autora, celne, zabawne i dobrze skomponowane. Dokładnie takie, jakie lubię.

   No i tyle, jak widać rozmaicie, po trochu wszystkiego, dokładnie tak jak lubię. Niewiele brakowało, a na liście znalazła by się również Miłość w czasach zarazy Gabriela Garcii Marqueza, ale okazało się, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, że ja tę książkę już czytałam. Lubimyczytać twierdzi, że niecałe cztery lata temu i faktycznie po przekartkowaniu doszłam do wniosku, że tak, mam ją już za sobą. Z pewnością przyjdzie czas, gdy do niej wrócę, póki co zagłębiam się w czytaniu tego, czego jeszcze nie czytałam, a co cierpliwie czeka na moich regałach.

piątek, 29 maja 2020

O jedno ciało za dużo



Autor: Ellis Peters
Tytuł oryginału: One corpse too many
Tłumaczenie: Tomasz Luftner, Jarosław Kaczorowski
Cykl: Kroniki brata Cadfaela. Tom II
Wydawnictwo: PhantomPress
Rok wydania: 1992

   Pierwszy tom opowieści o benedyktynie rozwiązującym kryminalne zagadki zrobił na mnie dobre wrażenie pozwalając przypomnieć sobie znaną z serialu telewizyjnego postać brata Cadfaela. Naturalnym więc było, że po „Tajemnicy świętych relikwii” sięgnę po kolejne tomy cyklu i tak w moje ręce trafiła książka „O jedno ciało za dużo” Ellis Peters.

   Tłem historycznym toczącej się opowieści jest konflikt między zwolennikami króla Stefana z Blois a sprzymierzeńcami królowej Matyldy. Przez kraj przetacza się wojna domowa nie omijając Shrewsbery i pobliskiego opactwa. Gdy miasto padło po oblężeniu przez wojska króla Stefana, zwycięzcy zgładzili osiemdziesięciu czterech pojmanych obrońców. Mnisi nie pozostali obojętni i zajęli się pochówkiem ciał. Obecny na miejscu brat Cadfael doliczył się jednego zamordowanego więcej. Z pozwoleniem od króla zajął się poszukiwaniem mordercy i rozwiązaniem zagadki nadmiarowych zwłok.

   Podobnie jak w „Tajemnicy świętych relikwii” tak i tu najpierw poznajemy pełne tło i okoliczności historyczne opowieści. W pierwszych rozdziałach poznajemy większość bohaterów, by później móc im się bliżej przyjrzeć. Ten początek może wydać się nieco nużący, jednak gdy pojawia się zbrodnia robi się znacznie ciekawiej. Akcja nabiera tempa, a postacie pokazują jak odnajdują się w kryzysowej sytuacji. 

   Brat Cadfel daje kolejny popis swej przenikliwości. Potrafiący trafnie ocenić bliskich trafił na młodego człowieka – Hugona, którego nie potrafił rozgryźć. Staje się on jego oponentem, zaczyna prowadzić z nim grę, w której stawką są zaginione skarby sprzymierzeńców królowej Matyldy. Oprócz Huga, na kartach powieści pojawia się grupka młodych ludzi – dwie dziewczęta i jeszcze jeden młodzieniec. Wszyscy czworo to ludzie o silnych i prawych charakterach pozostający wierni własnym ideałom i zdolni do odwagi, gdy czują się zobowiązani do działania.

   Rozwiązanie zagadki jest nieco zaskakujące i gdyby nie przypadek, brat Cadfael miałby ogromne trudności z udowodnieniem winy mordercy. Intryga jest logiczna i poprowadzona konsekwentnie, nie ma w niej luk a postacie w nią zaangażowane nie przeżywają nagłych olśnień, czy wybuchów skruchy.

   Powieść czyta się dobrze, choć odrobinę nierówno. I o ile cenię sobie, gdy autorzy dokładnie nakreślają scenerię wydarzeń, przydając jej kontekstu, o tyle nieco tu razi ten bardzo wyraźny podział na część wstępną, gdzie nie działo się zbyt wiele oraz na znacznie obszerniejszy fragment dotyczący poszukiwania mordercy. 

    „O jedno ciało za dużo” to dobry historyczny kryminał, którego największą zaletą jak i wadą jest jego silne oparcie o tło historyczne. To intrygująca zagadka o nieoczywistym, ale i logicznym rozwiązaniu. To w końcu druga okazja do przyjrzenia się pracy brata Cadfaela, który pełny pokory i ufności w boskie wyroki nie pozostaje obojętny względem tego, co dzieje się wokół niego. Gdy może pomóc, nie waha się zbyt długo, nawet jeśli wiąże się to z pewnymi nieprzyjemnościami. Dla każdego, kto czuje słabość do średniowiecznej Anglii drugi jest to bardzo dobry wybór.

niedziela, 24 maja 2020

Elizabeth i jej ogród


Autor: Elizabeth von Arnim
Tytuł oryginału: Elizabeth and her garden
Tłumaczenie: Elżbieta Bruska, Berenika Marta Lemańczyk
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2011

   Gdy jakieś półtorej roku temu sięgnęłam po „Zaczarowany kwiecień” Elizabeth von Arnim. Urzekł mnie sposób pisania autorki, jej ciepłe spojrzenie na świat i otaczającą ją rzeczywistość w połączeniu z trafnym osądem współczesnego jej społeczeństwa. To wszystko doprawione zostało ogrodem, rosnącą miłością do kwiatów oraz zachwytem nad ich pięknem. Wynikiem takiego połączenia jest mocno autobiograficzna powieść „Elizabeth i jej ogród”, opisująca życie hrabiny von Arnim w podszczecińskiej wsi Rzędziny.

   Z opowieści wyłania się postać Elizabeth, kobiety z towarzystwa, która zupełnie do niego nie pasuje. Nie potrafi odnaleźć się na salonach a burzliwe życie towarzyskie nudzi ją i męczy. To wszystko sprawia, że staje się odludkiem i nawet nielicznie przybywających do siebie gości nie wita pełnym entuzjazmem, ich obecność zaś traktuje jak przeszkodę w pełnym czerpaniu radości z życia. To również kobieta nieszczęśliwie zamężna. I choć w całej książce nie pada nigdzie bezpośrednia krytyka Gniewnego (tak został określony hrabia von Arnim), to jednak z relacji na jego temat wyłania się osoba zupełnie obca i nie potrafiąca zrozumieć narratorki. 

   Tytułowa Elizabeth z jednej strony jest kobietą na wskroś nowoczesną, choć objawia się to w dość dyskretny sposób. Nie  krzyczy głośno o niesprawiedliwościach społecznych, ale użala się nad ciężkim losem pracujących kobiet, które za tę samą pracę są wynagradzane słabiej, bo tak się przyjęło. Nawet jeśli zaraz po pracy, miast oddać się odpoczynkowi czy rozrywce, czekają na nie jeszcze obowiązki związane z prowadzeniem domu i dziećmi. Również w jej rozmowach z Gniewnym wyłania się głębokie poczucie niesprawiedliwości w traktowaniu kobiet i mężczyzn. Z drugiej zaś strony Elizabeth nie jest oderwana od swoich czasów. Patrząc na wszystko z perspektywy kobiety majętnej, nie martwiącej się tym, z czego będzie żyć, w sposób protekcjonalny traktuje ludność z niższych warstw społecznych. A miejscowych, którzy kulturowo i językowo są jej zupełnie obcy, uważa wręcz za dzikich.

   Tym co od początku zachwyca w wydaniu tej książki to liczne ilustracje. Tekst jest gęsto przeplatany rycinami, głównie o botanicznej tematyce. Zaprezentowano na nich odmiany róż, roślin zawsze bliskich Elizabeth oraz sceny rodzajowe z wiejskiego życia. Dzięki temu, nie musimy się zastanawiać jak wyglądają poszczególne kwiaty, o których wspomniano. Na końcu książki znaleźć można pełny spis ilustracji oraz ich autorów.

   Opowieść Elizabeth czyta się wyśmienicie. To roczna wizyta w ogrodzie i w związku z tym głównie na tym skupiona jest powieść. Narracyjny talent autorki sprawia, że przed oczami bez problemu widzimy kolejne klomby i rabatki. Z każdego zdania poświęconego ogrodowi przebija ogromne zaangażowanie, i to zaangażowanie udziela się czytelnikowi na tyle, że zaczyna się zastanawiać, co by mógł zmienić w swoim ogródku. Autorka nie skąpi również wnikliwej analizy otaczających ją postaci, czy jest to Gniewny, czy przyjaciółki, jakie zatrzymały się u niej na święta. Tu najwyraźniej widać ogromny talent w analizie cudzych charakterów.

   „Elizabeth i jej ogród” to przyjemna i ciepła książka, to przypływ szczerego zaangażowania w tworzenie piękna wokół siebie, nawet przy zupełnym braku wiedzy jak to zrobić. To jednocześnie nieśpieszna opowieść o losie hrabianki, która z jednej strony daostrzega niesprawiedliwość w taktowaniu płci, z drugiej zaś sama dopuszcza się niesprawiedliwości w ocenie innych. To w końcu książka o afirmacji życia, o cieszeniu się nim w taki sposób jaki nam pasuje najbardziej, niezależnie  od tego, jak będzie on oceniany.

sobota, 16 maja 2020

Niebieski nieobecny


Autor: Stefan Tycjan Tyczyna
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poligraf
Ilustracje: Stanisław Szroborz
Rok wydania: 2012

„Niebieski nieobecny” to szósty tomik wierszy Stefana Tycjana Tyczyny oraz moje drugie spotkanie z jego twórczością. Mając w pamięci całkiem niezłe wspomnienia z lektury „Wesołych wierszy i smutnych fraszek”, czyli siódmej książki autora, spodziewałam się całkiem niezłych wrażeń. Nie zawiodłam się, zarówno jeśli chodzi o tematykę, jak i wrażliwość artystyczną wyłaniającą się z utworów Stefana Tyczyny.

   Powstawanie „Niebieskiego nieobecnego” zostało zainicjowane spotkaniem autora z przyjacielem z lat dziecięcych Stanisławem Szroborzem. Jest on też autorem ilustracji, którymi gęsto opatrzony jest ten tomik. To granatowo-czarne symboliczne, ale i niezwykle wymowne szkice, które pozytywnie wzbudzają w czytelniku idealny nastrój do odbioru poezji Stefana Tyczyny. 

   Przemijanie, codzienne zmagania się z własnymi słabościami, czy odnajdywanie sensu w życiu, to tematy zawsze aktualne i od początków obecne w poezji. Podróże w głąb własnej osobowości, próba zrozumienia własnych uczuć i emocji to nie tylko zawsze dobry materiał na wiersz. Relacja jest o tyle skomplikowana, że często właśnie poezja jest narzędziem na drodze do pełnego zrozumienia i wyrażenia własnych wątpliwości, nazwania osobistych lęków. W utworach zawartych w zbiorze „Niebieski nieobecny” te tematy przewijają się również.

   W tematyce widać również echo spotkania dwóch artystów, część z utworów jest dialogiem między poetą a nieobecnym ciałem przyjacielem, który jednak wciąż pozostaje obecny duchem. Kimś do kogo można się zwrócić z własnymi problemami i rozterkami, nieważne jak jest daleko i niezależnie od tego, czy jest środek nocy – najlepsza pora na próby zrozumienia własnych uczuć. Niektóre z wierszy w „Niebieskim nieobecnym” są właśnie takim zwrotem do przyjaciela, do kogoś, kto zawsze zrozumie myśl, z którą się zmagamy.

   Większość utworów z tego tomiku, to wiersze białe, pozbawione rymów, ale z wciąż obecną rytmiką. Układ słów i zestawienie sylab nadaje płynności i melodyki poszczególnym frazom, w taki sposób, że ich brzmienie narzuca się wręcz w trakcie lektury. Bogate słownictwo jakim posługuje się Stefan Tyczyna również jest ogromną zaletą zawartych w zbiorze wierszy. Powtórzenia występują dokładnie wtedy, kiedy są potrzebne, gdy ich celem jest podkreślenie wagi poruszanego tematu. Dzięki temu nie są uciążliwe i idealnie komponują się w całość.

   „Niebieski nieobecny” to zbiór bardzo dojrzałych wierszy. Tematy proste i codzienne zostały poruszone w dogłębny sposób z przeanalizowaniem przyczyn i skutków. Niektóre z zawartych tu utworów cechuje minimalizm, są krótkie ale treściwe, pozbawione ozdobników, tym wyraziściej przemawiają do odbiorcy. Czasem w kilku frazach autorowi udało się zawszeć cały szereg emocji dramatyzm uczuć towarzyszących tragedii. Z kolei inne utwory zachwycają bogactwem środków wyrazu. Są rozbudowane, bogate w metafory, a ich rytmika i słowa wprowadzają czytelnika we właściwy nastrój.

   Szósty tomik wierszy Stefana Tycjana Tyczyny to zbiór całkiem udanej, dojrzałej poezji i przypadł mi do gustu znacznie bardziej niż ten późniejszy. W obydwu jednak autor prezentuje bardzo mi bliską liryczną wrażliwość, która idealnie do mnie przemawia. Wiersze autora to szerokie spojrzenie humanisty na problemy jakie potrafi zidentyfikować w otoczeniu i w sobie samym. To w końcu niezwykle przyjemny kawałek współczesnej poezji i zdecydowanie najlepszy jej przedstawiciel, wśród tych po jakie miałam okazję ostatnio sięgnąć i powinien spodobać się każdemu, kto potrafi zadawać sobie pytanie i szuka na nie odpowiedzi, nawet jeśli dotyczą rzeczy banalnych i zupełnie codziennych. Tym  bardziej, że te odpowiedzi nigdy nie są równie oczywiste.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

wtorek, 12 maja 2020

Stosik w pełni wiosny

   Wiosna w pełni, wszędzie zielono i kwitnąco, a u mnie zakwitło nowymi książkami. Większość to dość spontaniczne zakupy, część antykwariatowa, część nowości. Sporo literatury popularno-naukowej, nieco książek dla dzieci, nieco też literatury pięknej. Świętowanie Dnia książki mogę uznać za w pełni udane.

   Na stosikach wygląda to tak:


   Którędy do Yellowstone Daniel i Aleksandra Mizielińscy - po zachwycie nad ichniejszymi Mapami oraz Pod wodą, pod ziemią, nie mogłam przejść obojętnie obok książki opowiadającej o parkach narodowych. Jestem nią zachwycona.
   Grzyby. Dziwne fakty z życia grzybów, o których nie mieliście pojęcia Liliana Fabijańska, Asia Gwis Moja grzybofilia znów dała o sobie znać (co będzie bardziej widoczne w dalszej części kolekcji), tym razem książka o grzybach dla dzieci. Jestem zdecydowanie zadowolona z zakupu, choć nieco zaskoczył mnie jej rozmiar.
   Uroda ziemi John Boslough Kupiona w antykwariacie wraz z powyższą, za śmiesznie niskie pieniądze, niestety pozbawiona obwoluty, ale zawartość piękna.
   Na tropach sekretów przyrody Tim Birkhead Kolejny atykwariatowy zakup, za równie niewielkie pieniądza. Taka przyrodnicza przeglądówka, zapowiada się przyjemnie.
   Papirus Cezara Jean-Yves Ferri, Didier Conrad, Rocznica urodzin Asteriksa i Obeliksa Rene Goscinny, Albert Uderzo Dwa brakujące tomy serii o walecznych Gallach jako uzupełnienie kolekcji.
   Elegantki, truciciele i inne ziółka. Zwariowany atlas roślin, Narwańcy, uwodziciele, samotnicy. Atlas tych, co fruwają, skaczą i nurkują Adrienne Barman To dwie bardzo kolorowe i ciekawe książki, choć zabrakło mi w nich nieco tekstu, króciutkich opisów. Niemniej jestem z nich bardzo zadowolona. 
   Zwierzyniec Jerzy Bralczyk Ta książka chodziła za mną od czasu premiery, więc w końcu się u mnie pojawiła.


   Oblężenie Arturo Perez Reverte Ta książka już od jakiegoś czasu była na mojej zakupowej liście, aż w końcu dorwałam ją w antykwariacie za kilka złotych.
   Życie średniowiecznej rodziny Frances Gies, Joseph Gies Uzupełnienie średniowiecznej serii.
   Morderstwo na plebanii Agatha Christie W trakcie przeprowadzania i ustawiania na nowo biblioteczki, odkryłam, że nie mam u siebie pierwszego tomu przygód panny Marple. Trzeba było nadrobić braki.
   Pan Piłsudski Michaił Bułhakow Od czasu lektury Fatalnych jaj, polowałam na inne teksty autora Mistrza i Małgorzaty, w antykwariacie za grosze.
   Ogród zoologiczny doktora DoLittle'a Hugh Lofting Kolejna część przygód doktora - przyjaciela zwierząt też antykwaryczna zdobycz.
   Reguła przetrwania Vitus B. Droscher Kolejna książka, na którą zwróciłam uwagę w okolicach premiery, a którą teraz dorwałam za przyzwoitą kwotę.
   Atlas grzybów Wiesław Kamiński, Atlas grzybów Helmut i Renate Grunert, Grzyby. Poradnik zbieracza i smakosza Christine Schneider, Maurice Gliem Trzy kolejne grzybowe tytuły - kolekcja rośnie.
   Dziwy świata zwierząt Zuzanna Stromenger Kolejna antykwaryczna zdobycz, zdecydowanie mnie zainteresowała.
   Kocia kołyska Kurt Vonnegut I jeszcze jedna, kolejna powieść autora w mojej kolekcji.
   Nowele antyczne. Wybór I ostatni antykwaryczny łup, bardzo ciekawy przegląd antycznych nowel idealnie wpasuje się w moją półkę z literaturą tego okresu. 


   Jak przetrwać w średniowiecznym Krakowie Agnieszka Bukowczan-Reszut, Jak przetrwać w zabobonnym Krakowie Barbara Faron Dwie książki w ramach uzupełnienia cyklu o średniowiecznym Krakowie, czyli początek rodzinnych zakupów książkowych.
   Apacze Jarosław Wojtczak Książka o najbardziej chyba owianym mitami plemieniu rdzennych mieszkańców Ameryki.
   Zamki państwa krzyżackiego w Polsce Janusz Bieszk Autor słynnej teorii o Wielkiej Lechii, wcześniej napisał książkę o zamkach. Przejrzę i zobaczę.
     Mayflower. Opowieść o początkach Ameryki Nathaniel Philbrick Książka o wyprawie Mayflowera i burzliwych początkach kolonizacji.
   Młot i krzyż. Nowa historia Wikingów Robert Ferguson Wikingowie zawsze rozpalali, niegdyś wioski, teraz wyobraźnię. Zobaczymy jak lektura.
    W poszukiwaniu granic Ameryki Stephen E. Ambrose Kolejna książka popularno-naukowa na temat początków kolonizacji nowego kontynentu.
   Starożytny Rzym od Romulusa do Justyniana Thomas R. Martin Historia starożytnego Rzymu? Czemu nie?
   Inkwizycja Michel Baigent, Richard Leigh Nieco jak z Wikingami, tylko zamiast wiosek rozpalali stosy, co ciekawe w pewnym sensie funkcjonują do dzisiaj.
   Przy stole z królem. od Jagiełły do Elżbiety II Wika Filipowicz Oprawa graficzna zbliżona do średnowiecznej serii autorstwa państwa Gies. Lektura zapowiada się ciekawie.


   Miecze Europy Igor D. Górewicz Historia miecza, klasycznego, od starożytności do schyłku średniowiecza. Brzmi ciekawie, a że pewna księgarnia internetowa miała promocję na książki historyczne (w zasadzie to okołohistoryczne).
   Historia naturalna Europy Tim Flannery Książka z pogranicza historii, zoologii i paleontologii - zawsze!
   Siedem mitów podboju Ameryki Mathew Restall Kolejna książka o odkrywaniu Ameryki, zapowiada się nieźle.
  Dzieje starożytnych Chin Maciej Kuczyński O ile historia Europy, czy Ameryk jest u nas dość popularna, o tyle historia dalekiego wschodu już niekoniecznie. Jestem ciekawa tej pozycji.
   Pierwsze damy antycznego Rzymu Annelise Freisenbruch Kolejny tytuł dotyczący antycznego Rzymu i kolejna interesująca pozycja.
   Maria Konopnicka. Rozwydrzona bezbożnica Iwona Kienzler Kojarzona u nas głównie z literatury ku pokrzepieniu serc, prywatnie daleka była od ideału. Po niedawnej lekturze Brązowników Tadeusza Boya-Żeleńskiego ciekawa jestem kolejnej odbrązowionej postaci.
   Czarna śmierć. Epidemie w Europie Scott Susan, Christopher Duncan Próbowałam sobie ostatnio przypomnieć książkę o podobnej tematyce i tak trafiłam na tę pozycję. Kupiłam, skoro była w promocji.


   Atlas grzybów Robert Hofrichter Kolejny tytuł do kolekcji, tym razem autorstwa Tajemniczego życia grzybów kupiony razem z pozostałymi w pakiecie.
   Atlas grzybów Marek Snowarski Jeszcze jeden atlas w kolekcji, zdjęcia są w niej nieszczególne.
   Poradnik grzybiarza Władysław Wojewoda Okazuje się, że mam tę książkę w poprzednim (nieco pełniejszym wydaniu), no cóż, pójdzie na WOŚP.
   Grzyby Helmut i Renete Grunert Nieco inna, niż na poprzednim stosie, książka o grzybach tych autorów. Miałam taką samą, ale sypała się strasznie, z chęcią podmieniłam.
   Grzyby jadalne i ich trujące sobowtóry  Hans E. Laux Niewielka książka skupiająca się na podobieństwach gatunków.
   Najsmaczniejsze grzyby jadalne praca zbiorowa fińskich autorów, niewielka i ciekawa książeczka.
   Grzyby Aurel Dermek Mam większą wersję tego atlasu, ale z chęcią przygarnęłam miniaturkę. Uwielbiam te ryciny.
   Nasze grzyby Alina Skirgiełło Tę również już miałam, ale będzie idealna do WOŚPowego pakieciku.

   To wszystko, jak widać sporo książek poświęconych historii i spor grzybowych pozycji. Jest co czytać. Kilka pozycji z tego ogromu już za mną, co wydatnie poprawiło mi statystyki czytelnicze.

sobota, 9 maja 2020

Przygody pana Krzysztofa Wiszowatego na obczyźnie

Autor: Walery Przyborowski
Wydawnictwo: Wydawnictwo CM
Rok wydania: 2018

   Walery Przyborowski żył na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku, pisał między innymi powieści historyczne dla młodzieży i dorosłych, a jedną z nich są „Przygody pana Krzysztofa Wiszowatego na obczyźnie”. Autor, uważający siebie bardziej za historyka, niż za pisarza tworzył powieści w ramach rozrywki oraz w celach zarobkowych. Spora ich część nie doczekała się późniejszych pełnych wydań, pozostając jedynie historiami w odcinkach, publikowanymi w prasie. Podobnie jest z „Przygodami pana Krzysztofa Wiszowatego na obczyźnie”, dla których jest to pierwsze wydanie książkowe.

   Tytułowy bohater, to typowy polski, średniozamożny szlachcic. Na tyle majętny, by nie specjalnie przejmować się swoim bytem, ale nie obrzydliwie bogaty, by był liczącą się postacią w pierwszej Rzeczpospolitej. Ponieważ, wyjątkowo wśród panów braci, ciągnęło go w świat, postanowił, wbrew dobrym radom wszystkich znajomych, sprzedać jeden z majątków i udać się w podróż w towarzystwie dwóch zaufanych ludzi. Wyprawa miast romantycznych przygód przynosi mu sporą dawkę nieprzyjemności a towarzysze w równym stopniu są mu pomocni, co pakują go w kolejne kłopoty.

   Wydawać by się mogło, że bohater, który czuje w sobie ciekawość świata, będzie na ten świat otwarty. Nie można tego powiedzieć o Krzysztofie Wiszowatym, gdyż ten święcie przekonany o wyższości polskiego szlachcica nad każdym innym narodem nie jest turystą, który chciałby coś poznać. Zarówno on, jak i jego towarzysze wykazują się nie tylko olbrzymią ignorancją ale też pogardą, które każą im się oburzać, że Niemcy nie znają cywilizowanej (czyli oczywiście polskiej) mowy. Również w kwestii obyczajów pozostają równie zamknięci i wielce są oburzeni, że nie wszyscy chcą tolerować ich warcholstwo.

   Jednak nie są to jedyne wady Krzysztofa Wiszowatego, gdyż przy ogromnej odwadze i nieustępliwości cechuje go absolutny brak zdrowego rozsądku i zdolności planowania. Gdy w końcu znajduje się w sytuacji, która mogłaby być dla niego życiową przygodą, dzięki której mógłby się zasłużyć rodzinie królewskiej, marnuje ją działając w sposób gwałtowny i nieprzemyślany, sprowadzając na siebie i wszystkich towarzyszących mu ludzi nieszczęście.

   Innych postaci w książce nie ma zbyt wiele, a nadrzędna względem nich pozycja Krzysztofa Wiszowatego znacznie umniejsza ich role. Będąc polskim szlachcicem stoi w hierarchii społecznej znacznie wyżej, niż jego przyboczni, czy spotkani kupcy oraz rabusie, to narzuca posłuszeństwo i pewną bierność, która w jakiś sposób przenosi się również na sposób ich kreacji. Skupienie opowieści na postaci Wiszowatego sprawia, że dla bohaterów drugoplanowych nie zostało zbyt wiele miejsca.

   Powieści Walerego Przyborowskiego nie czyta się zbyt lekko. Niewielka objętościowo staje się małym wyzwaniem, gdy przychodzi mierzyć się z zupełnie niedzisiejszą składnią i nadmiernie rozbudowanymi zdaniami. Słownictwo użyte przez autora nie stanowi problemu, jednak sposób w jaki skomponowane zostały zdania, w których orzeczenie często ląduje na końcu zaburzają płynność lektury. Zabrakło też tworzenia klimatu opowieści oraz budowania napięcia, tak że opowieść o Wiszowatym czyta się bardziej jak notatkę historyczną, zawierającą wszelkie niezbędne informację, niż jak powieść.

   „Przygody pana Krzysztofa Wiszowatego na obczyźnie”  nie zestarzały się ładnie. Czytane ponad sto lat po premierze stają się prawie niestrawne. Z pewnością zaś pozostają literacką ciekawostką i jako takie pozostają interesujące. Tytułowy, bohater jest postacią barwną, choć irytującą i może gdyby książka była dłuższa zyskałby okazję by się rozwinąć. Jest to również nieco przerysowany i karykaturalny obraz siedemnastowiecznego szlachcica, którego odwaga znacznie przerasta rozsądek, a duma grzeczność. Gdy spojrzeć na tę książkę, jak na satyryczny obraz pierwszej Rzeczypospolitej, zyskuje ona zupełnie inny wymiar.


Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

wtorek, 5 maja 2020

Podsumowanie kwietnia

   Kwiecień był dla mnie bardzo złym czytelniczo miesiącem. Nie pamiętam już kiedy ostatnio miałam tak fatalne wyniki. Złożyło się na to kilka czynników i niestety skutki są jakie są. Przeczytałam jedynie dwie książki, wygrzebując się (i tak jeszcze nie do końca) z zaległości recenzenckich. Więc i podsumowanie niezbyt imponujące.


   Nowa mapa cudów Caspar Henderson Mam w bliżej nieokreślonych planach "Księgę zwierząt niemalże niemożliwych" tegoż autora, tak się jednak złożyło, że tę przeczytałam w ramach współpracy. W sumie nie do końca wiedziałam czego się spodziewać, ale lektura zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, choć poświęciłam jej sporo czasu.
   Znak zapytania Marek Romański Kolejna książka tegoż autora na moim koncie, wrażenie całkiem niezłe, choć nie jest to kryminał w stylu jaki lubię najbardziej.

   Jak widać kiepsko, plus jest jedynie taki, że ponieważ wciąż trzymam zbliżone tempo publikowania zaległych notek, więc jest nadzieja, że niedługo dojdę do publikowania recenzji na bieżąco.

czwartek, 30 kwietnia 2020

Horyzonty

Autor: Piotr Grzelak
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Rok wydania: 2019

   „Horyzonty” Piotra Grzelaka to moje kolejne w ostatnim czasie spotkanie z polską współczesną poezją. Nie spodziewałam się wiele, nie miałam wygórowanych oczekiwać i mogę stwierdzić, że książka spełniła je w pełni. Wydała mi się tak zupełnie nijaka, że nawet w tej chwili, świeżo po lekturze trudno mi sobie przypomnieć o czym dokładnie były zawarte w niej wiersze. 

   W poezji kluczowa jest wrażliwość, zarówno poety jak i odbiorcy jego twórczości. Jeśli te wrażliwości nie mają choćby niewielkiego punktu wspólnego, trudno jest czytelnikowi odebrać wiersze poety w pełni a ich lektura sprowadza się do przerzucania wzroku wzdłuż kolejnych fraz, tworzących jakiś utwór. Trudno jest tak czytać poezję i niestety ten problem miałam z „Horyzontami”. 

   Z pewnością nie mogę zarzucić, by Piotr Grzelak poruszał w swojej poezji tematy mi obce, bądź zupełnie mnie nie interesujące, gdyż skupia się na tym, co jest niezwykle ważne. Na wewnętrznym życiu które każdy z nas przeżywa, w którym potrzeba się zanurzyć, by poznać prawdę o sobie i w pełni się zrozumieć. Niewiele osób potrafi zrobić to całkowicie, niewiele widzi w tym sens i znajduje na to czas w codziennym zgiełku. Jest to temat bardzo mi bliski, tym dziwniejszym wydało mi się, że miałam tak wielki problem z odbiorem wierszy Piotra Grzelaka. 

   Utwory podzielono na sześć rozdziałów, połączonych tematycznie. Spora część poruszanych tematów wychodzi poza człowieka i jego osobowość, by płynnie zanurzyć się w ludzkość i problem w jakim kierunku ona zmierza. Inny zaś z rozdziałów jest mocno osobisty, pełen wyznań podmiotu lirycznego, który otwiera przed czytelnikiem własne serce, transponuje mu swoje myśli, rozdrapując emocje i obdarzając nimi odbiorcę niczym najlepszego przyjaciela lub psychoterapeutę.

   Co ważne, autorowi udało się dość zgrabnie uniknąć infantylizmu, który sprawiłby, że wiersze byłyby niestrawne. Nie jest łatwym pisać w sposób niebanalny o prostych rzeczach, nie popadać w przesadę czy zbędną zupełnie egzaltacje pisząc o rzeczach ważnych, nawet jeśli nie dostrzegamy ich na co dzień. Piotrowi Grzelakowi się to udało i strofy, które złożył sprawiają wrażenie dojrzałych, dokładnie przemyślanych, pozbawionych zbędnych ozdobników, skupiając maksimum znaczenia w minimalnej często formie.

   Pod względem technicznym też ciężko mi cokolwiek zarzucić utworom zawartym w „Horyzontach”. To białe wiersze, pozbawione rymów, ze szczątkową interpunkcją i trudno dostrzegalną, czasem wręcz zupełnie nieobecną rytmiką. Jednak zarówno dobór słów, jak i sposób złożenia poszczególnych strof nie pozostawia zbyt wiele do życzenia.

   Podsumowując to wszystko, ciężko mi właściwie stwierdzić, dlaczego „Horyzonty” mnie nie urzekły. Doceniam w pełni kunszt zawartych tu utworów, zgrabne operowanie słowem i umiejętne pominięcie słów, tam gdzie ich nadmiar byłby nie na miejscu. Nie potrafiłam jednak tych wierszy „poczuć”, odczuć tej niezwykłej więzi z poetą, gdy czyta się utwór i chce przytaknąć każdemu zawartemu w nim słowie. Zrozumieć nie tylko zamysł twórcy, ale i nieco bardziej odkryć siebie, zauważyć się w zwierciadle słów zebranych przez autora we frazy aż w końcu skomponowanych w wiersz. Jak w przypadku każdej poezji – nie tylko tej współczesnej – bez pewnego pokrewieństwa we wrażliwości, lektura „Horyzontów” może być nudna. Z drugiej zaś strony, dla kogoś czyja wrażliwość artystyczna jest zbliżona do tej prezentowanej w wierszach Piotra Grzelaka, lektura tego tomiku będzie czystą przyjemnością.

Recenzja powstała na zlecenie portalu Sztukater.

niedziela, 26 kwietnia 2020

Eleonora z Habsburgów Wiśniowiecka. Miłość i korona

Autor: Janina Leśniak
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2019

   Janina Leśniak napisała już kilka fabularyzowanych biografii polskich królowych, zaś najnowszą z nich, która ukazała się nakładem wydawnictwa MG jest „Eleonora z Habsburgów Wiśniowiecka. Miłość i korona”. To dla mnie druga, po „Jadwidze z Andegawenów Jagiełłowej. Albumie rodzinnym” spotkanie z prozą tej autorki, dokładnie więc wiedziałam jakiego typu opowieści mogę się spodziewać. Wrażenia z lektury nie odbiegły od oczekiwań i opowieść o małżonce Michała Korybuta Wiśniowieckiego czytało mi się całkiem przyjemnie.

   Podobnie jak w poprzedniej, tak i tutaj mamy do czynienia z fabularyzowaną biografią, w której na próżno szukać źródeł i odnośników, jakich spodziewalibyśmy się w książce naukowej, czy popularnonaukowej. Janina Leśniak zwyczajnie snuje opowieść o niebanalnej postaci, zagłębiając się w jej uczuciach, pragnieniach i oczekiwaniach. Historyczne fakty oczywiście pozostają obecne, ale tylko o ile w jakikolwiek sposób wiązały się z postacią Eleonory.

   Sama Eleonora z Habsburgów Wiśniowiecka została przedstawiona jako postać bliska ideałowi. Mądra i o wielkim sercu, poddaje się pokornie temu, co przygotowała dla niej rodzina, nawet jeśli oznacza to wyrzeczenie się świeżo narodzonej miłości. Gdy jeszcze jako nastolatka poślubia nieznanego sobie króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, przysięga przed obrazem matki boskiej częstochowskiej wierność i oddanie mężowi. Nie jest ślepa na jego wady, ale nie piętnuje ich, sprawia, że zawsze ma w niej swoje oparcie i robi wszystko by pomóc mu rządzić tak niepokornym narodem, jakim są Polacy. Jej starania nie są wybitne, gdyż jako osoba niezwykle pokorna i przesadnie wręcz grzeczna nie wplątuje się w dworskie intrygi. Wychowana na dworze wyłapuje je intuicyjnie i świetnie się w nich odnajduję, daleka jest jednak od knucia, by osiągnąć coś dla siebie.

   Janina Leśniak pisze o Eleonorze skupiając się na jej odczuciach i buduje jej postać na opoce z prawego i silnego charakteru. Poznajemy najskrytsze pragnienia królowej, jej postępowanie silnie podbudowane wiarą i przekonaniem o jego słuszności. Autorka narzuca wręcz czytelnikowi podziw dla tej pięknej, pozornie delikatnej kobiety, której mało kto potrafił odmówić, a która prawie nigdy nie znalazła w sobie sił i chęci, by walczyć o swoje. Eleonora zabawiła w Polsce krótko i owdowiawszy w trzy lata po ślubie nie miała nawet czasu, by zapisać się w historii Polski, jest w niej raczej pięknym wspomnieniem, o tym większym uroku, że zestawiono ją z człowiekiem uważanym od samego początku za bardzo nieudolnego władcę.

   Powieść czyta się dobrze. Bogaty, ale nie przesadnie udziwniony język oraz ogromna płynność w konstrukcji zdań sprawiają, że przez tę nieco ponad dwustustronicową książkę mknie się błyskawicznie. To jedna z tych opowieści, które nawet jeśli nie są specjalnie odkrywcze, ani wstrząsające, to jednak zostały napisane tak wdzięcznie, że ich lektura jest czystą przyjemnością.

   „Eleonora z Habsburgów Wiśniowiecka” to przyjemna opowieść o niebanalnej, nieco może zapomnianej w polskiej historii kobiecie. Nie została matką polskiego królewicza, w związku z tym, stała się jedynie epizodyczną postacią w historii polskiej korony. Janina Leśniak udowadnia nam jednak, że jej niezwykła uroda i niepospolity charakter czynią ją zdecydowanie wartą uwagi i zapamiętania. Opowieść o Eleonorze to piękna historia o tym, że nigdy nie należy stracić wiary w prawdziwą miłość, a gdy tej nie ma, należy ją zastąpić wiernością i oddaniem.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

niedziela, 19 kwietnia 2020

Serce na pół

Autor: Iwona Ivoss-Pinno
Wydawnictwo: WFW
Rok wydania: 2019

   Po raz kolejny przyszło mi sięgnąć po współczesną poezję, tym razem wybór padł na trzeci tomik wierszy Iwony Ivoss-Pinno, zatytułowany „Serce na pół”. To niewielka książeczka, w której oprócz dwudziestu siedmiu utworów znajdziemy też czarno-białe, nieco niepokojące ilustracje. Wrażenia po lekturze mam mieszane, ponieważ i poziom poszczególnych wierszy jest różny.

   Jest to zbiór tematyczny, sprawia wręcz wrażenie koncepcyjnego, opowiadającego od początku do końca historię miłości między dwojgiem ludzi. Nie tej pierwszej, ani nie tej ostatniej, jednej z wielu, jaką oboje spotkali na swojej drodze. W związku z tym możemy śledzić rozwój tego uczucia. W kolejnych wierszach znajdziemy poznanie się, pierwszą fascynację, szczęśliwe spełnienie aż w końcu powolne wygaszenie uczucia, ochłodzenie relacji i chęć szukania czegoś nowego, czegoś więcej.

   Temat ujęty został w dość przemyślany i dojrzały sposób. Podmiot liryczny od początku nie ma złudzeń, że kiełkujące uczucie wcale nie musi być tym największym i że jedyną naprawdę ważną miłością w życiu człowieka jest ta ostatnia. Z takim pojmowanie tematu miłości można się zgodzić lub nie, została ona nieco odarta pragmatyzmem z całego romantyzmu, który każdą miłość każe nazywać tą największą i tą na wieki. Nie znajdziemy tu młodzieńczego entuzjazmu, raczej dojrzały cynizm, każący na wszystko patrzeć z perspektywy nabytych doświadczeń. Pozbawia to wiersze nadmiernej, przesadnej egzaltacji.

   Zamieszczone w „Sercu na pół” wiersze to zarówno utwory rymowane, jak i typowe białe wiersze, których rytmika oparta jest na odpowiednim zestawieniu słów z pominięciem rymów. Te z kolei są dość proste, czasem częstochowskie, czasem banalnie wręcz oczywiste (jak na przykład: czas-nas). Ich układ też nie jest zbyt wymyślny, najczęściej są ułożone parzyście, bądź naprzemiennie. Dominują jednak wierze białe, pozbawione rymów, ale nie rytmiki, podzielone na kilka, nierównych długością strof, skomponowane zostały w taki sposób, by jak najlepiej wyrazić emocje, o których mówią. 

   Słownictwo nie jest przesadnie bogate, zawiera się w dość standardowym zasobie słów z pominięciem jakichkolwiek cech indywidualnych i wyróżniających je spośród innych współczesnych poetek. Nie znajdziemy tu również zabawy słowami i ich wieloznacznościami. Metafory i alegorie też nie są zbyt częste w zawartych w tym zbiorze utworach Iwony Ivosse-Pinno. 

   Kluczowym w odbiorze poezji jest wrażliwość i patrząc na „Serce na pół” pod jej kątem właśnie, dość łatwo doprecyzować jakich czytelników ten zbiór nie chwyci za serce. Z pewnością trudniejszy będzie w odbiorze osobom młodym, pełnym ideałów i wiary w siłę uczuć. Pozbawionych cynizmu i pragmatyzmu, tak często wynikającym z bagażu nagromadzonych doświadczeń. Z drugiej strony czytelnicy, którzy świetnie zdają sobie z niego sprawę, również mogą poczuć się rozczarowaniu lekturą tych wierszy, gdyż nie wniosą one zbyt wiele nowego do ich światopoglądu, ani nie zmuszą do głębszych refleksji. Zawiedzeni mogą się też poczuć miłośnicy zabawy słowem, wielbiciele wielowarstwowych metafor i rozbudowanych alegorii.

   Podsumowując, tomik „Serce na pół” Iwony Ivoss-Pinno to łatwy w odbiorze i dość przystępny zbiór dla zwyczajnego czytelnika, który w codziennej krzątaninie potrafi znaleźć chwilę na czytanie poezji. Bardziej wymagający, czy po prostu obdarzony inną wrażliwością, odbiorca może poczuć się lekko znużony lekturą. Jednak jest to tomik, który ma sporą szansę całkiem nieźle przebić się do szerszej grupy odbiorców, gdyż pod względem przekazu jest bardzo uniwersalny.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

wtorek, 14 kwietnia 2020

Darwin. jedyna taka podróż

Autor: Fabien Grolleau, Jeremie Royer
Tytuł oryginału: Beagle, aux origins de Darwin
Tłumaczenie: Paweł Łapiński
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2019

   „Darwin. Jedyna taka podróż” Fabiena Grolleau i Jeremiego Royer to druga po „Aubudon. Na skrzydłach świata” graficzna opowieść o znanym przyrodniku i kolejny z rzędu komiks biograficzny, który ukazał się nakładem wydawnictwa Marginesy. Takie przedstawienie interesujących postaci we współczesnym postpiśmiennym świecie jest niezwykle atrakcyjne i zyskuje coraz to większą popularność. Ku zadowoleniu wszystkich miłośników komiksu, który w coraz szerszym ujęciu staje się czymś więcej, niż tylko rozrywką dla dzieci i nerdów.

   Komiks poświęcony jest Charlesowi Darwinowi i przybliża jego pierwszą morską podróż, pięcioletnią wyprawę, w trakcie której skupiający się na geologii i przyrodzie podróżnik doszedł do bluźnierczego wręcz wniosku, że Ziemia jest znacząco starsza, niż wynikałoby to z Biblii. To właśnie podczas tej podróży zaświtała idea, że gatunki mogą się zmieniać w zależności o miejsc, z których pochodzą i choć do ubrania w słowa tej idei upłynęło wiele lat, to jednak zrodziła się właśnie w trakcie podróży Beagle’em dookoła świata.

   Autorzy przedstawiają młodego Darwina (w momencie wejścia na pokład miał zaledwie nieco ponad dwadzieścia lat) nie tylko jako entuzjastycznego przyrodnika, który z pełnym oddaniem systematyzował napotkane w różnych rejonach świata okazy oraz przygotowywał do transportu, by umieścić je w British Muzeum. Możemy przyjrzeć się również jego rozwojowi jako humanisty. Skonfrontowany bezpośrednio z okrucieństwem niewolnictwa utwierdził się w swej abolicjonistycznej postawie. Z drugiej strony, spętany wychowaniem i edukacją, nie potrafi spojrzeć na tubylców, których sposób bycia również ewoluował w zależności od miejsca pochodzenia. Patrzy na nich w protekcjonalny sposób, przekonany o wyższości kultury i cywilizacji europejskiej wychodząc z założenia, że jest to jedyna słuszna ścieżka rozwoju dla człowieka.

   Komiks jest wizualną ucztą. Egzotyczne plenery jakie odwiedzał Darwin, czy mroczne wnętrza Beagle’a przemierzającego ocean są bardzo malownicze i mimo wyraźnie komiksowej specyfiki niezwykle realistyczne. Są to ilustracje oddziałujące nie tylko na wyobraźnię, ale i na emocje, przedstawienie okrucieństwa niewolnictwa aż kipi przemocą z poszczególnych ilustracji. Analogicznie amazońska dżungla tchnie życiem i bujnością, rozbrzmiewając niezwykłymi dźwiękami.

   Językowej warstwie komiksu nie można niczego zarzucić. Czyta się go przyjemnie i treść tworzy spójną całość z historią przedstawioną na obrazach. Autorzy zdaje się, wzięli sobie do serca myśl, że „mniej znaczy więcej” i miejscami znajdziemy całe strony pozbawione tekstu, na których możemy wzrokiem chłonąć obce kultury, czy egzotyczne widoki. Na zakończenie, znajdziemy również krótką notkę biograficzną poświęconą Charlse’owi Darwinowi oraz wyprawie Beagle’a. Jest to napisane przystępnie i czyta się bardzo dobrze.

   Wykorzystanie komiksu jako medium do przybliżenia postaci z historii jest bardzo dobrym pomysłem. Zwłaszcza w czasach, gdy w przekazie przestają się liczyć słowa, a coraz ważniejszy staje się obraz. Opowieść o Darwinie jest nie tylko przybliżeniem tej znanej i zasłużonej w biologii postaci, ale również świetnym obrazem czasów mu współczesnych. Epoki kolonizatorów i wielkich odkryć geograficznych, gdzie z map powoli znikały białe plamy, a Europejczycy coraz lepiej poznawali Ziemię. Jednak oprócz tego, na uwagę zasługuje poruszenie kwestii niewolnictwa i podboju Nowego Świata. „Darwin. Jedyna taka podróż” to w końcu kawał pasjonującej lektury, komiks, który pozwala idealnie wczuć się w przedstawiony świat i poczuć się jego częścią.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Diabeł w maszynie

Autor: Anna Kańtoch
Cykl: Cykl o Domenicu Jordanie. Tom III
Wydawnictwo: Powergraph
Rok wydania: 2019

   Twórczość Anny Kańtoch znałam dotychczas jedynie z kilku antologii fantastycznych opowiadań. Teksty, które miałam okazję przeczytać wywarły na mnie bardzo dobre wrażenie i gdy w końcu zdarzyła się okazja by sięgnąć po książkę zawierającą prace jedynie tej autorki wahałam się tylko odrobinę. Główną przyczyną wahania był fakt, że „Diabeł w maszynie”, po którego zamierzałam sięgnąć jest trzecią z kolei książką poświęconą Domenicowi Jordanowi. Ponieważ jednak nie jest to powieść, a zbiór opowiadań postanowiłam dać tej książce szansę, co okazało się bardzo dobrą decyzją.

   Akcja powieści osadzona jest w Alestrze, fantastycznym mieście położonym gdzieś w alternatywnej siedemnastowiecznej Europie. O tym, że jest to jakiś wariant Europy a nie zupełnie obcy fantastyczny świat wnioskować można między innymi z dalszej geografii – wspominana jest odległa Afryka oraz enigmatycznie zarysowany Nowy Świat pełen nieograniczonych możliwości, będący też miejscem zsyłki części skazańców.

   Główną postacią pięciu opowiadań tworzących „Diabła w maszynie” jest Domenic Jordan. Inteligentny socjopata, za nic mający sobie społeczne reguły zajmuje się pracą detektywa, szukając rozwiązania zagadek, które go zaintrygują. Posiadając niemałe pojęcie o czarnej magii oraz protekcję biskupa nie boi się mierzyć nawet z sytuacjami, gdzie ta ma swój znaczący udział. Sam Domenic Jordan został zarysowany bardzo szczegółowo. Poznajemy jego motywy oraz niebanalną osobowość, którą w dzisiejszych realiach jasno określilibyśmy jako zaburzoną społecznie. Detektyw nie potrafiący tworzyć trwałych i zdrowych relacji z ludźmi przerasta większość swoją inteligencją. Przypomina w tym nieco Sherlocka Holmesa, pozbawiony jest jednak charakterystycznych atrybutów, jakie związane są z postacią znaną z powieści Arthura Conana Doyle’a.

   Drugą mocną stroną zbioru opowiadań są kryminalne zagadki. Są dobrze przemyślane, a motywy postępowania są jasne. Droga prowadząca Domenica Jordana do znalezienia rozwiązania nigdy nie jest łatwa, często jest też niebezpieczna. Wyjaśnienia nie zawsze są pełne szczegółów, często pozostają niedopowiedzenia, każące się domyślać nie tylko jaki jest udział sił nadprzyrodzonych, ale też tego, czym dokładnie kierują się osoby zaangażowane w rozwiązywany problem. Takie nie dokończone rozwiązania zagadek jest intrygujące i choć całość przywodzi na myśl bardzo klasyczny kryminał, to brakuje w nim pełnego nakreślenia sytuacji tak typowego dla powieści Agathty Christie, czy wspomnianego wcześniej Conana Doyle’a.

   Wątki nadprzyrodzone nie są liczne i interwencja boskich, czy diabelskich sił nie jest częsta. Za zbrodnie znacznie częściej odpowiadają mankamenty natury ludzkiej, niż diabelskie pokusy. Próżność, żal, chciwość czy zwyczajna głupota najczęściej stają się przyczyną zbrodni. Pobudki, którymi kierują się mordercy często są absurdalnie głupie, czyniąc tragedię niezrozumiałą i pozbawioną ukrytego sensu. Przedstawione zbrodnie niekoniecznie są skutkiem głębokich intryg, które mają swój ukryty cel, równie często są przypadkowe, nie tracą jednak nic na swej wiarygodności.

   Opowiadania czyta się wyśmienicie, są napisane przystępnym, ale i bardzo barwnym językiem pełnym bogatego słownictwa, które idealnie i bardzo sugestywnie maluje przedstawiane obrazy. Można wręcz poczuć, czy to beznadzieję ciemnych zamkniętych korytarzy, czy grozę burzy w górach obserwowanej z murów zamku. 

   „Diabeł w maszynie” to świetny tom kryminalnych opowiadań osadzonych w odrobinę fantastycznych realiach. Nie odczułam praktycznie żadnych niedomówień związanych z tym, że nie czytałam poprzednich dwóch tomów. Postanowiłam je jednak szybko nadrobić, gdyż postać Domenica Jordana jest na tyle charyzmatyczna a historie z nim związane tak ciekawe, że jestem spokojna jak najlepszych wrażeń.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

czwartek, 2 kwietnia 2020

Podsumowanie marca

   Paradoksalnie cała zwariowana sytuacja związana z przymusowym siedzeniem w domu wcale nie wpłynęła korzystnie na ilość czytanych przeze mnie książek. Głównym powodem jest tu fakt, że na chwilę przed wprowadzeniem obostrzeń,  zaczęłam ogarniać przeprowadzkę. Tak więc, nie tylko pracuję zdalnie, ale i każdy wolny czas poświęcam na ogarnianie się w nowym miejscu. Stos marcowy jeszcze jest dość spory, ale to tylko dlatego, że większość prezentowanych w nim tytułów skończyłam czytać w pierwszej połowie miesiąca. Stosik prezentuje się następująco:


Od dołu licząc:
   
   Historia kolorów Clive Gifford, Marc-Etienne Peintre To niewielka książka dla młodego czytelnika przybliżająca kolory i ich znaczenie w świecie. Bardzo przyjemna i interesująca lektura.
   Czekając na Duida Stefan Czerniecki Opowieść o wyprawie w głąb Wenezueli, jaka odbyła się kilka lat temu. Z książki wyłania się świta okrutny, niebezpieczny i niezwykle egzotyczny.
   Głupie łzy Jarosław Mikołajewski Zbiorek poezji, całkiem przyjemny, choć bez większej rewelacji, nie moja bajka po prostu.
   Jeden dzień w starożytnym Rzymie Alberto Angela Bardzo ciekawa pozycja, wyprawa po codziennym życiu starożytnych Rzymian napisana niezwykle przystępnie.
   Gniew imperium Brian McClellan Drugi tom nowej trylogii autora, tym razem nieco bardziej klasyczna w ujęciu.
   Szpieg z Falklandów Marek Romański Nie tyle kryminał, co raczej historia upadku jednego człowieka.

   Jak widać, jak zawsze różnorodnie, książki lepsze i gorsze. Ot miesiąc jak każdy, tym razem w całości recenzencki, by wygrzebać się z zaległości.