poniedziałek, 11 lutego 2013

Kiecka przed-ślubna

  Pierwszą kreacją z prawdziwego zdarzenia, którą uszyłam, byłą moja ślubna suknia. Idea była prosta- osiem klinów, pionowe, wyszczuplające szwy i godety dla zwiększenia obwodu z dołu. Zaczęłam pomału, od prototypu, by moc dopasować krój dokładnie do mojej sylwetki. I o prototypie właśnie mam zamiar tu się nieco rozpisać.
   Na jakieś pół roku przed ślubem udałam się do sklepu z tkaninami, by nabyć jakiś materiał, niedrogi, ale ładny, taki akuratny by móc uszyć sukienkę prototypową, która jednak na coś też mogła by się później przydać. Znalazłam pistacjową bawełnianą tkaninę, z delikatnym rzucikiem, wynikającym z innego ukierunkowania włókien. Namęczyłam się nieco, nagimnastykowałam gdy chodziło o dobór tasiemek. W końcu postanowiłam połączyć zieleń z czerwienią i cynobrem, by nieco przełamać monotonię całości. Efekt zadowolił mnie tak w 80 %. A oto i  ona:

Na pierwszej fotce niepozorny awers, pistacjowa zieleń w parze z ceglastą lamówką.

































Oraz zdecydowanie bardziej spektakularny rewers, gdzie wzrok przyciąga gorsetowe wiązanie i intensywna czerwień wstążki.

































   To by było na tyle, jeśli chodzi o historię jej powstania. Przeżyła już parę imprez i ogólnie świetnie nadaje się na półoficjalne wyjścia. Zwłaszcza, że jest naprawdę wygodna, a bawełniany materiał sprawia, że nosi się świetnie.
   A czemu tylko 80 %? Jak widać zwłaszcza na drugim zdjęciu nieco odstaje w ramionach. Nie bardzo mogłam to skorygować przy szyciu, musiałabym spruć w zasadzie wszystko. Co się dało, uratowałam. Cóż tak to już jest z wykrojami, że są standardowe i gdy ktoś odbiega od standardów, robią się problemy.

1 komentarz:

Zachęcam do komentowania, choć lojalnie ostrzegam, że komentarze poniżej pewnego poziomu nie zostaną opublikowane.