piątek, 27 marca 2020

Zabawki diabła

Autor: Anna Kańtoch
Cykl: Domenic Jordan. Tom II
Wydawnictwo: Powergraph
Rok wydania: 2019

   Zachwycona „Diabłem w maszynie” Anny Kańtoch szybko postanowiłam nadrobić zaległości w postaci dwóch pierwszych tomów. W „Diable na wieży” poznajemy Domenica Jordana oraz jego sposób działania, jednak wciąż nad jego przeszłością wisi tajemnica w postaci licznych blizn na plecach i niechęcią do rodzinnego Mandragora. Rozwiązanie tej zagadki znaleźć można w drugim tomie cyklu zatytułowanym „Zabawki diabła”.

   W książce znajdziemy kolejnych sześć opowiadań, których akcja osadzona jest zarówno w Alestrze, jak i w okolicznych, prowincjonalnych miejscowościach. Tu jednak w kreacji świata pojawia się znacznie więcej elementów nadprzyrodzonych. Kult licznych świętych został rozebrany na czynniki pierwsze a ich nieludzka moc została zarysowana w całym swym nadludzkim wymiarze. Ponadto pojawia się sporo stworzeń, o których ciężko powiedzieć, by pochodziły ze znanego świata. Istoty przedostające się przez pęknięcia w okowach rzeczywistości mają swoje cele i konsekwentnie do nich dążą. Niektóre z nich są zbliżone do tych, jakie znamy z literatury inne zaś zupełnie różne. Nie dowiadujemy się o nich zbyt wiele, pozostają obce, groźne, odległe i nieludzkie, przez co niezrozumiałe.

   Tym, co jest najciekawsze w tej części to przybliżenie wydarzeń w Mandracourt, które sprawiły, że Domenic Jordan stał się tym, kim jest. Zaprezentowana została cała jego tragiczna przeszłość, która ukształtowała jego oraz Linusa i Alais – starszego brata i kuzynkę obdarzoną bożą łaską. Niełatwe rodzinne relacje przewijają się przez kilka opowiadań aż do finału, którego pełne wyjaśnienie znaleźć można w „Diable w maszynie”. Poznajemy szereg wydarzeń, które wpłynęły i ukształtowały bohatera, potęgując jego przyrodzone zdolności i emocjonalną ułomność. Ponownie w pobliżu Domenica pojawiają się kobiety, w tym takie, które ceni i szanuje, jednak z żadną nie łączy go bliższa więź i po raz kolejny widać całą jego ułomność w tworzeniu normalnie funkcjonujących relacji. 

   Jest to zdecydowanie najmroczniejszy z wszystkich trzech tomów. Podobnie, jak w pozostałych dwóch, tak i w tym mamy do czynienia ze zbrodnią, jednak w tym jest ona najbardziej niepokojąca i najmniej ludzka. Sceneria większości opowiadań wiążę się z ponurymi listopadowymi wieczorami, i nawet te osadzone latem nie mają w sobie nic z beztroski. W każdej historii, gdzieś podskórnie czai się zło i choć Domenic twierdzi, że jest absolutnie odporny na przeczucia, to jednak niejednokrotnie w ich wyniku podejmuje całkowicie zracjonalizowane decyzje.

   „Zabawki diabła” czyta się równie dobrze jak pozostałe dwie części przygód Domenica. Jednak tym razem mrok i nastrój grozy został tak umiejętnie wpleciony w opowieści, że nie sposób się od niego uwolnić. Jest on dawkowany dyskretnie, ale konsekwentnie i w każdym z tekstów następuje punkt zwrotny. Kumulacja podczas której wyjaśnia się prawie wszystko i przychodzi czas by zmierzyć się z mrokiem.

   Drugi tom serii o Domenicu Jordanie Anny Kańtoch wydał mi się najciekawszy z całej trylogii. Jest najbardziej mroczny, najwięcej w nim fantastyki, ale wciąż pozostaje zbiorem sześciu niezwykłych kryminalnych historii, w których możemy podziwiać geniusz protagonisty. To w końcu kwintesencja budowania osobowości Domenica, zaprezentowana za pomocą wydarzeń z przeszłości i teraźniejszości, jego kontaktów z rodziną i ludźmi oraz nieludźmi, których spotyka na swojej drodze.

poniedziałek, 16 marca 2020

Czerwona nitka


Autor: Zygmunt Zeydler-Zborowski
Cykl: Franciszek Kociuba
Wydawnictwo: LTW
Rok wydania: 2019

  „Czerwona nitka” to drugi po „Dr Orłowski prowadzi śledztwo” kryminał Zygmunta Zeydler-Zborowskiego jaki trafił w moje ręce. Dość dobre wspomnienia po pierwszym z nich sprawiły, że oczekiwałam nieprzesadnie skomplikowanej opowieści, w której sprawiedliwość znów zatriumfuje w najbardziej nieoczekiwany sposób. Nie zawiodłam się w swoich oczekiwaniach i „Czerwona nitka” idealnie wywiązuje się z roli niezobowiązującego kryminału, który czyta się szybko, ale i pewnie równie szybko umyka z pamięci.

   Głównym bohaterem jest Franciszek Kociuba, młody policjant z niewielkiej miejscowości który znajdując w rzece zwłoki kobiety widzi w nich wielką szansę rozwoju kariery. Mimo tego pod względem uczciwości i czystości intencji niewiele można mu zarzucić. Oprócz Franka na kartach książki pojawia się również major Downar znany z innych książek tego autora. Znajdziemy tu również kapitana Grabickiego, człowieka niezwykle ambitnego i aroganckiego, który jednak w niezły sposób wykorzystuje swoje zalety. Jednak kreacje bohaterów stworzone zostały nieco schematycznie i pozbawione są tego czegoś, co od razu wzbudziłoby sympatię czytelnika. Postacie wydają się zwyczajne i odrobinę nudne, pozbawione są nawet drobnych dziwactw, czy charakterystycznych wad, dzięki którym byłyby rozpoznawalne.

   Intryga kryminalna z początku wydaje się mocno dziurawa. Milicjantom początkowo brak punktu zaczepienia, który pozwoliłby skierować śledztwo na właściwe tory. Jednak żaden z nich się nie poddaje, ale to dzięki prawidłowej dedukcji Franka Kociuby udaje im się w końcu znaleźć się na właściwiej ścieżce prowadzącej do rozwiązania zagadki. Zaszczytną rolę doprowadzenia sprawy do końca wziął na siebie major Downar, który w widowiskowym wręcz stylu rozwiązał, pozornie beznadziejną, sprawę. Wątek kryminalny wydaje się być nieco przekombinowany i zbierając porozrzucane po książce poszlaki, ciężko byłoby znaleźć rozwiązanie zgodne tym ujętym w fabule.

   W pewnym sensie najciekawsze w tej książce było odwzorowanie realiów PRLu. Począwszy od języka – w książce roi się od słów, wydawać by się mogło całkiem zwyczajnych, jednak nie używanych w takich kontekstach już dzisiaj. Za przykład mogą służyć chociażby „stosunki” na określenie romansu między dwojgiem osób. Analogiczna sytuacja jest z nadużyciem słowa „babka” w odniesieniu do ofiary. Dziś budzi to pewien niesmak, jednak fraza tak zgrabnie została wpleciona w fabułę, że bez problemu odnosimy wrażenie, że tak się po prostu wtedy mówiło i nie ma w tym nic nadzwyczajnego.

   „Czerwoną nitkę” czyta się nieźle. Nie przesadnie skomplikowana składnia i język prawie zupełnie pozbawiony specjalistycznego słownictwa (o ile daktyloskopia nie liczy się jako specjalistyczne słownictwo) sprawiają, że kolejne strony do rozwiązania intrygi mijają błyskawicznie. Niestety zabrakło trochę budowania napięcia i następujące po sobie wydarzenia przyjmuje się bez większych emocji. Nawet zagadka: „kto zabił?” nie jest przesadnie intrygująca.

   „Czerwona nitka” to przyzwoity kryminał, którego lektura upływa błyskawicznie i całkiem przyjemnie. Nie jest to książka budząca burzliwe emocje, jesteśmy raczej dość obojętnymi świadkami rozgrywających się wydarzeń. I o ile kuszące może być dobre odwzorowanie wczesnego PRLu, które wypadło naprawdę nieźle, to ciężko w „Czerwonej nitce” znaleźć postać, z którą można by szczerze sympatyzować. Książką Zygmunt Zeydlera-Zborowskiego to w gruncie rzeczy całkiem niezły kryminał i choć samodzielne rozwiązanie zagadki jest prawie niemożliwe, to jednak można poczuć pewien podziw dla zmyślności zapętlenia intrygi.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

czwartek, 12 marca 2020

Diabeł na wieży

Autor: Anna Kańtoch
Cykl: Domenic Jordan. Tom I
Wydawnictwo: Powergraph
Rok wydania: 2018

   Gdy sięgałam jakiś czas temu po książkę „Diabeł w maszynie” Anny Kańtoch, będącą trzecią częścią opowiadań o Domenicu Jordanie nie spodziewałam się, że aż tak bardzo mi się spodoba. I choć mam spore zaufanie do wydawnictwa Powergraph, jeśli chodzi o prezentowaną przez nich fantastykę oraz moje epizodyczne kontakty z twórczością Anny Kańtoch również napawały optymizmem, to sądziłam, że będzie to raczej lektura z gatunku: przeczytać, zrecenzować, zapomnieć. Tym milej mnie zaskoczyła jakością i zachwyciła całkowicie. Nie trzeba było więc zbyt wiele czasu, bym uzupełniła swoją biblioteczkę o dwa poprzednie tomy i tak sięgnęłam po „Diabła na wieży”.

   Anna Kańtoch umieściła swojego bohatera w realiach przywodzących na myśl barokową Europę, szczególnie Włochy, wzbogacone o silny pierwiastek magiczny, demony i anioły realnie wpływająca na życie ludzi oraz liczące się na świecie Chrześcijaństwo jako dominującą religię. I choć wspomina się o herezjach i demonologii jako zakazanej wiedzy, to jednak mieszkańcy tego świata nie drżą przed inkwizycją.  Technologia stoi na poziomie szesnastowiecznej Europy, znajdziemy tu nieco broni palnej, trochę zabawek mechanicznych, ale wciąż życie oparte jest o pracę ludzkich rąk i nie ma mowy o szeroko zorganizowanym  przemyśle. Akcja osadzona została  w bogatym i ludnym mieście Alestrze, będącym stolicą bliżej nieokreślonego Państwa, siedzibą biskupów oraz uniwersytetu. Jest to siedziba Domenica Jordana i jedyne miejsce, do którego wraca jak do domu. Większość opowiadań jednak osadzona jest jednak na prowincjach, w  niewielkich majątkach położonych w wysokich górach, czy nadmorskich miasteczkach. Przedstawiona rzeczywistość jest spójna i bardzo dobrze wyrysowana. Autorka dobrze oddaje społeczeństwo, czy to wielkomiejskie, czy to wiejskie.

   „Diabeł na wieży” to pierwsze opowiadania o Domenicu Jordanie. Na kartach sześciu opowieści poznajemy człowieka wyjątkowego. Inteligentny, wyrachowany i wręcz nieludzko rozsądny. Z wykształcenia jest medykiem, z zamiłowania studentem (czysto naukowo) magii i demonologii. Posiadając protekcję biskupa zajmuje się rozwiązywaniem zagadek, w których swój udział mają siły nieczyste. Domenic potrafi świetnie analizować ludzkie charaktery i wyciągać z nich najskrytsze tajemnice, nawet te, które ukrywają sami przed sobą. Z drugiej strony zaś, jest wręcz nieludzko pozbawiony emocji, od najmłodszych lat nauczony ukrywania ich przed światem, nauczył się jak interpretować je u innych. Tym, co nim kieruje jest ciekawość, niezdrowa wręcz, pozbawiona empatii dociekliwość badacza, dla którego każda sytuacja to tylko kolejny przypadek. To wszystko sprawia, że jest on nie tyle sympatyczny czy miły, co pociągający w swoim autystycznym wręcz umyśle logika.

   Taki obraz Domenica Jordana poznajemy z sześciu pierwszych opowiadań mu poświęconych. Nie znajdziemy tu przyczyn tego, dlaczego Domenic jest taki a nie inny ani co zadecydowało, że opuścił rodzinne, położone w górach Mandracourt by studiować medycynę. Nad przeszłością Domenica wisi tajemnica i nikomu nie pozwala się do niej zbliżyć. Gdy wśród jednej ze spraw poznaje dziewczynę, którą szanuję i o której możemy myśleć, że byłaby dla niego równorzędną partnerką, słuch o niej ginie dość szybko.

   Sprawy rozwiązywane przez Domenica to w znacznej mierze kwintesencja ludzkich słabości i pragnień, czasem tylko wspomożona siłą nieczystą. Jednak kluczem do rozwiązania zagadki zawsze jest zrozumienie drugiego człowieka, dzięki temu opowiadaniom bliżej do kryminału, prowadzonego w dość klasyczny sposób, niż do typowej fantastyki. Każda opowieść to historia zmagania się wybitnego umysłu Domenica ze zbrodnią, szukanie śladów i analizowanie przyczyn. Kryminalne zagadki stoją na wysokim poziomie, są logiczne (w obrębie logiki przedstawionego świata) a ich rozwiązania możemy próbować się domyśleć na podstawie odkrywanych kolejno śladów.

   Książkę czyta się wyśmienicie, została napisana pięknym, plastycznym językiem idealnie oddającym miejsca i towarzyszące im nastroje. Napięcie jest bardzo umiejętnie dawkowane i ciężko jest się oderwać od opowiadań przed poznaniem rozwiązania tajemnicy. Słownictwo jest bogate, związane z epoką i miejscami w jakich osadzona jest akcja opowiadań.

   „Diabeł na wieży” to świetnie napisany tom intrygujących opowiadań kryminalnych osadzonych w fantastycznych realiach. To książka od której nie sposób się oderwać, a dochodzenie Domenica do rozwiązania zagadki śledzi się z prawdziwą przyjemnością. Z bohaterem trudno sympatyzować, jednak jest on na tyle charakterystyczny i charyzmatyczny, że można go podziwiać, pomimo jego emocjonalnej ułomności. To w końcu książka, która budzi ogromny apetyt na więcej, na dowiedzenie się, jaka była przeszłość Domenica i co sprawiło, że jest on tak wyjątkowy.

poniedziałek, 9 marca 2020

Dr Orłowski prowadzi śledztwo

Autor: Zygmunt Zeydler-Zborowski
Wydawnictwo: LTW
Cykl: Seria z Warszawą. Tom 34
Rok wydania: 2011

   Lubię klasycznie skomponowane kryminały. Niewielka grupa podejrzanych a wśród nich jeden (albo i nie jeden) morderca oraz ta najważniejsza osoba – detektyw. Czy będzie to zawodowy policjant, czy człowiek, który z pracy detektywistycznej żyje, czy też zupełny amator, czasami tylko wspomagający organa ścigania w rozwiązywaniu tajemniczej zagadki, nie ma wielkiego znaczenia. Ważna jest osobowość postaci, tak by prowadzone przez nią śledztwo dało się odebrać jako wiarygodne a detektyw stał się autentyczny. Takim kryminałem jest jedna powieść Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego.

   Akcja osadzona jest w Warszawie, w czasach wczesnego PRLu, w których okropieństwa wojny są wciąż żywe w pamięci ludzi. Tytułowy dr Orłowski jest psychiatrą i to właśnie w tym środowisku znajduje się ofiara oraz krąg podejrzanych. Na międzynarodową konferencję psychiatrów zjeżdżają się goście z całego świata, w tym również tacy, którzy emigrowali z Polski przed wojną, Dr Orłowski jako jeden z organizatorów zjazdu jest w samym centrum rozgrywających się wydarzeń. Gdy nad ranem w pokoju hotelowym odnalezione zostają zwłoki jednego z gości, sytuacja robi się poważna, tym bardziej, że zmarły był obywatelem innego kraju. Dla policji sprawą honoru jest wyjaśnienie zagadki, zanim trzeba będzie w jej rozwiązanie wmieszać ambasadę. Dr Orłowski, jako człowiek dobrze orientujący się w środowisku psychiatrów i posiadający doświadczenie w kryminalistyce, zostaje poproszony o pomoc w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, co właściwie się wydarzyło i dlaczego.

   Nakreślona sceneria nie zawiera w sobie zbyt wielu cech szczególnych. Teoretycznie akcja toczy się gdzieś w powojennej Warszawie, w praktyce w tekście w zasadzie nie ma nic, co jednoznacznie określałoby czas akcji. I choć co rusz przewijają się tu nazwy różnych warszawskich ulic, czy dzielnic, to już zupełnie zabrakło podkreślenie czasów poprzez doprecyzowanie szczegółów otoczenia i przedmiotów. Tak więc, nie podano prawie nigdzie marek pojawiających się samochodów, zawsze jest to tylko ogólnie taksówka, lub samochód. Gdyby nie przytoczenie historii z czasów wojny z dość dokładnym określeniem wieku, trudno byłoby jednoznacznie osadzić akcję powieści w czasie. Z drugiej strony wykreowana przez  Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego opowieść jest uniwersalna na tyle, że brak szczegółów scenografii traci na znaczeniu.

   Tym, co jest kluczowe w powieści kryminalnej to sama intryga oraz sposób w jaki bohaterowie dochodzą do prawdy. Tu autor radzi sobie całkiem nieźle. Opowieść jest wiarygodna, a kolejno odkrywane tropy nie sprawiają wrażenie wrzucanych na siłę, byleby tylko uzasadnić takie, a nie inne rozwiązanie. I choć pod koniec tempo dedukcji nieco wzrasta a wszystkie przedstawione wątki się zazębiają, to rozwiązanie nie sprawia wrażenia wyjętego z rękawa, niczym piąty as u szulera.

   Powieść czyta się nieźle, choć nie nazwałabym jej bardzo przystępną. Styl jest lekki i nieprzesadnie skomplikowany, zabrakło w nim jednak tego, nie do końca określonego, czegoś dzięki czemu byłby urzekający. To raczej książka z gatunku przyzwoicie napisanych, niż porywających i nie pozwalających się oderwać. I choć ani słownictwo, ani styl nie rażą nadmierną prostotą, to zabrakło mi w nim pewnej umiejętności takiego kreowanie wydarzeń i przedstawiania emocji bohaterów, by czytelnik mógł poczuć się ich częścią.

   „Dr Orłowski prowadzi śledztwo” Zygmunta Zeydlera-Zborowskiegoto to niezły, dobrze skonstruowany i poprawnie napisany kryminał. Odrobinę zaskakujący, ale wciąż nie gwałcący praw logiki, rozwiązanie ma sens i nie sprawia wrażenie wrzuconego na siłę. Nie jest to może powieść, która urzeknie czytelnika, ale można się przy niej naprawdę nieźle bawić.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

czwartek, 5 marca 2020

Podsumowanie lutego

   Luty się skończył i przyszedł czas podsumować co tam udało mi się przeczytać. Wynik całkiem przyzwoity. W sumie trzynaście tytułów, w czym ładny powrót do nieczytanej już od jakiegoś czasu fantastyki oraz wciągnięcie się w książki o grzybach zakupione ostatnio. Ponadto, jak zwykle u mnie dość różnorodnie, cieszy zaś, że całkiem sporo to książki z mojej półki, recenzentki w odwodzie.



   Z lewej dumnie stoi sobie album: Konie Mariana Gadzalskiego, to książka przede wszystkim pełna przepięknych zdjęć, czytania w niej wiele nie było, gdyż poza wrzuconymi gdzieniegdzie cytatami z literatury dotyczącymi koni, jedynym tekstem jest tu też przybliżenie sylwetki samego fotografa i opowieść o tym, jak związał się z końmi, przede wszystkim z janowską stadniną.
   Zbrodnie robali Amy Stewart To akurat książka, która mnie nieco rozczarowała, głównie dość wąską perspektywą poruszonej tematyki.
   Grzechy imperium Brian McClellan Bardzo przyjemny powrót do fantastyki w postaci pierwszego tomu nowej trylogii autora. Czytało się świetnie.
   Ostre cięcia Joe Abercrombie A to powrót do świata Pierwszego prawa w postaci kilkunastu opowiadań, z których część była powiązana ze sobą.
   Fałszywy pieśniarz Magdalena Raduchowska Zwieńczenie serii o Demonie luster, również przyjemny kawałek fantastyki.
   Rzeczy mówią do rzeczy a nie od rzeczy Wiesław Błach Przyjemny tomik całkiem zabawnych wierszyków i pierwsza z recenzentek w styczniu.
   Koniec świata a Makowicach Jan Mazur To również recenzentka i nieco egzotycznie-prowincjonalny komiks o apokalipsie.
   Tajemnica Kanału La Manche Marek Romański Niewielki przedwojenny kryminał, w którym roi się od przedwojennych samolotów.
   Wybór nowel Guy Maupassant Kolejny zbiór niewielkich tekstów, zaskakująco współczesnych w wymowie i tematyce.
   Pamiętniki Adama i Ewy Mark Twain Do tej książeczki przymierzałam się od jakiegoś czasu, wrażenia jak najbardziej pozytywne, świetnie pokazane różnice męskiego i kobiecego spojrzenia na świat.
   Grzyb jadalny czy trujący Zbigniew Domański To niewielka broszurka (nie weszła na zdjęcie nie wiedzieć czemu) będąca poradnikiem do rozpoznawania grzybów. Nieco błędów, sporo uproszczeń i niewielkie spektrum gatunków nie czynią z niej zbyt wartościowej publikacji.
   Grzybownik Justyn Kołek, Ewa Furtak Funkcja tej książki jest bardzo podobna do wspomnianej przed chwilą broszury,  jest ona jednak znacznie bogatsza, pełniejsza i współczesna. Nieścisłości niestety również można trafić.
   Kieszonkowy atlas grzybów Vladimir Antonin, Frantisek Kotlaba To akurat typowy mini przewodnik do rozpoznawania gatunków. Dość skromny, ale ładny dla oka.

   Ot i tyle, z czasem pewnie jakieś recenzje się na blogu pojawią. W najbliższych czytelniczych planach z pewnością jest rozprawienie się choćby z częścią recenzentek oraz dorzucenie do przeczytanych kolejnych książek o grzybach.

sobota, 29 lutego 2020

Siedem ekscelencji i jedna dama

Autor: Aleksander Piskor
Wydawnictwo: LTW
Rok wydania: 2013

   W ofercie wydawnictwa LTW od czasu do czasu możemy trafić na książki literaturę faktru powstałą prawie sto lat temu. Jedną z takich pozycji jest książka Aleksandra Piskora zatytułowana „Siedem ekscelencji i jedna dama”, w której pochodzący z Galicji publicysta i pisarz przybliża czytelnikom ośmioro (właściwie to dziewięcioro) postaci, które można by nazwać dziewiętnastowiecznymi celebrytami.

   Książka podzielona jest na dwie mniej więcej równe części. Pierwszą jest biografia jedynej kobiety w tym zbiorze nietuzinkowych osobowości, tytułowej damy – Katarzyny Starzeńskiej. Jej urok oraz niewątpliwa uroda a także odpowiednie znajomości oraz szerokie koneksje sprawiły, że była wręcz idealną kobietą swoich czasów, prawdziwą salonową lwicą. Od dziecka rozpieszczana, wychowana w poczuciu, że wszystko ma swoją cenę, a na piękno nigdy nie brak pieniędzy prowadziło życie na bardzo wysokiej stopie, marnotrawiąc ogromne pieniądze, skrupulatnie zbierane przez wcześniejsze pokolenia. Prowadziła życie nieskromne i (w dzisiejszym ujęciu) mocno niemoralne, stanowiąc wręcz zaprzeczenie porządnej żony. Z drugiej strony jej wrodzony smak i klasa uchroniły ją od społecznego potępienia i każdy jej, nawet najbardziej zdumiewający wybryk uchodził jej na sucho. 

   Kolejne strony w książce poświęcone są mężczyznom, Wacław Rzewuski, Wacław Zaleski, Juliusz Dzieduszycki, Juliusz Kossak, Leopold Starzeński, Włodzimierz Dzieduszycki, Jan Aleksander Fredro i Wojciech Dzieduszycki to bohaterowie krótkich biografii. Każdy z nich to postać, która w jakiś sposób wyróżniła się w przedwojennej (przed I wojną światową) Galicji. Autor przybliża nam ich sylwetki opierając się na pamiętnikach, listach, opowieściach i wspomnieniach. W przeciwieństwie do wspomnianej damy, panowie najczęściej dysponowali jakimś talentem, który wyróżnił ich spośród tłumu szlachetnie urodzonych Polaków przesiadujących we Lwowskich salonach.

   Losy wszystkich wymienionych postaci przeplatają się z wielką polityką. Galicja w dziewiętnastym wieku nie była spokojnym miejscem. Wojny i powstania regularnie powtarzały się co kilka lat a stronnictwa zmieniały się i tasowały. Był to rejon pod zaborem austriackim i mieszkający tam polscy szlachcice mieli ciężki orzech do zgryzienia jeżeli chcieli się liczyć w towarzystwie. Aleksander Piskor dość dobrze naszkicował tło polityczne pozwalając czytelnikowi na wyrobienie sobie opinii o tym, jak wyglądało ówczesne życie.

   Książkę czyta się bardzo dobrze. Barwne losy jej bohaterów zostały opisane w niezwykle przyjemny i plastyczny sposób. Co ważne, autor nie stara się ich ocenić, nie potępia ich rozwiązłości, czy rozrzutności, przytacza jedynie jej przykłady pozostawiając czytelnika z tym, jakie wnioski on z tego wyciągnie.

   „Siedem ekscelencji i jedna dama” to bardzo ciekawa lektura przybliżająca odbiorcy postacie dawno już zapomniane we współczesnym świecie. Pierwsze wydanie książki datowane jest na rok tysiąc dziewięćset trzydziesty dziewiąty a był to czas gdy pamięć po wymienionych osobach powoli zacierała się w świadomości społeczeństwa. W dzisiejszych czasach, w dobie wszechobecnych socialmediów śledzenie czyjegoś życiorysu, zwłaszcza gdy jest to osoba sławna jest banalnie proste. Tym ciekawsze jest spojrzenie na to, jak rozbrzmiewała i przemijała sława dziewiętnastowiecznych celebrytów, których im współcześni docenili nie tyle ze względu na osiągnięcia, co w oparciu o niebanalną, magnetyczną i przyciągającą innych osobowość. Polecam opowieść Aleksandra Piskora każdemu, kto lubi zgłębiać się w cudzą prywatność i poznawać szczegóły życia charyzmatycznych osobowości.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater

sobota, 22 lutego 2020

Bez wyjścia

Autor: Wilkie Collins, Charles Dickens
Tytuł oryginału: No thoroughfare
Tłumaczenie: Stanisław Boduszyński
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2019

   Wilkie Collins już od jakiegoś czasu trzyma się wysoko w mojej hierarchii ulubionych pisarzy i każdą nowo wydaną książkę sygnowaną jego nazwiskiem witam z wielkim entuzjazmem. Nic więc dziwnego, że gdy wśród premier wydawnictwa MG znalazłam tytuł „Bez wyjścia”, wiedziałam, że muszę po niego sięgnąć. Tym bardziej, że oprócz pierwszego nazwiska widniało na nim drugie, również działające na mnie jak magnes. Charles Dickens był przyjacielem Wilkie’go Collinsa, obaj napisali niewielką powieść łącząc w niej to co najlepsze z ich własnych stylów.

   „Bez wyjścia” to pozornie prosta opowieść o młodym człowieku, wychowanku Domu podrzutków, który rozkręca i przywodzi do świetności odziedziczony po odnalezionej po latach matce interes związany z handlem winem. Ponieważ handel tym trunkiem wymaga licznych kontaktów ze Szwajcarią, a kontakty prywatne przedstawionych bohaterów również kierują ich w tamtą stronę, miejscem akcji jest więc zarówno Londyn jak i Neuchatel. 

   W powieści przewijają się różnego typu międzyludzkie relacji Jest tu przyjaźń w imię, której przyjaciel nie obawia się ryzykować i rzucić wszystkiego na jedną kartę. Jest tu miłość, uskrzydlająca i niezważająca na niebezpieczeństwa, dla której nie ma rzeczy niemożliwych. Jest tu również przywiązanie i wdzięczność za możliwość doznania pięknych wzruszeń. Są tu też te mniej jasne strony ludzkiej duszy, jak chciwość, która sprawia, że człowiek skłonny jest to wielkiej podłości. Jest też nienawiść zmieszana z zazdrością i lękiem, przez które staje się tym bardziej niebezpieczna i dla której żadna zbrodnia nie jest zbyt trudna.

   Konstrukcją powieść przywodzi na myśl dramat. Została podzielona na cztery akty, każdy z nich związany z konkretną scenerią bądź wydarzeniami. Również postaci w powieści nie ma zbyt wiele, z tych na pierwszym planie powieści przewija się nie więcej niż dziesięcioro. Jednak niewielka ilość idzie w parze z jakością. Są to bohaterowie niejednorodni i wielowymiarowi. Gdy wydaje nam się, że panna Margerita niczym nas nie zaskoczy okazuje się w jak wielkim byliśmy błędzie. To powieść w kilku miejscach przełamująca schemat, gdyż w niej to właśnie mężczyzna bywa słaby i potrzebujący, a kobieta musi okazać siłę i hart ducha. To w końcu mieszanina niebanalnych charakterów, a każdy wykreowany został z mistrzowską znajomością ludzkiej natury i najciemniejszych nawet zakamarków duszy.

   „Bez wyjścia” czyta się dobrze, choć trzeba przywyknąć do nieco nietypowej składni i odrobinę nadmiernej kwiecistości, przez którą początek książki może wydać nie najłatwiejszy w odbiorze. Jednak to tylko pierwsze wrażenie a do stylu można dość szybko się przyzwyczaić, by docenić całą jego malowniczość. Opisy gwałtownych wydarzeń rozgrywających w Alpach przy budzącej grozę pogodzie są niezwykle sugestywne i niesamowicie plastyczne. Wręcz poczuć możemy wszechogarniający chłód i usłyszeć wycie lodowatego wiatru. 

   Książka będąca wspólnym dziełem dwóch wybitnych angielskich pisarz dziewiętnastowiecznych siłą rzeczy nosi w sobie znamiona ich obydwu. Znajdziemy tu typowy wątek kryminalny, jakimi niejednokrotnie raczył nas Wilkie Collins oraz zaskakujące zbiegi okoliczności o jakie dość łatwo w książkach Charlesa Dickensa. Nie zabrakło tu również drobiazgowo wykreowanej scenerii w jakich rozgrywa się akcja powieści, czy jest to kameralne otoczenie mieszczańskiego domu, czy zapierające dech w piersiach górskie plenery. I choć kryminalna intryga nie jest tu najmocniejszym punktem, to jednak doza tajemnicy jest tu wystarczająco duża, by usatysfakcjonować czytelnika.  To w końcu książka obok której nie powinien obojętnie przejść żadne miłośnik brytyjskiej literatury klasycznej.

Recenzja powstała na zlecenie portalu Sztukater.

niedziela, 16 lutego 2020

Pierwszy stosik tego roku

   W końcu przyszła pora by wrzucić stos, zbierany w zasadzie od samego początku roku, związany z zakupowym szaleństwem na aukcjach WOŚP, bo jak zwykle nie tylko wystawiłam całkiem sporą pulę książek, ale również co nieco kupiłam. A na WOŚPowych aukcjach kupuje się całkiem nieźle, bo to ta nieliczna okazja, gdzie zaglądam, by zobaczyć, a cóż tam ciekawego można kupić. Do tego nieco zakupów innych, mniej lub bardziej okazjonalnych oraz całkiem pokaźny stos recenzentek. Miał być mniejszy, ale gdzieś się moje zamówienie zapodziało, więc wyszedł w końcu całkiem pokaźnych gabarytów. W sumie jest co oglądać, bo wyszło tego sześć zdjęć. 

   Zacznijmy więc od typowego zakupowego, w większości WOŚPowego stosika.


   Mały lord Frances Hodgson Burnett Ot taki kolejny klasyk dziecięcej literatury i kolejna powieść tej autorki w mojej biblioteczce.
   Przeminęło z wiatrem (trzy tomy) Margart Michell I kolejny z klasyków. Miałam już w domu wydanie, ale w dość kiepskim stanie, więc jak mogłam nabyć nowe, w lepszej kondycji, to czemu by nie.
   Szewcy i inne dramaty Stanisław Witkiewicz Zawsze byłam łasa na klasyki, tak zagraniczne, jak i polskie.
   Ojciec Goriot, Kobieta trzydziestoletnia Honore de Balzac I następne dwie pozycje z klasyki
   Italczyk, czyli Konfesjonał czarnych pokutników Anne Radcliffe Odkąd pierwszy raz przeczytałam Opactwo Northanger Jane Austen, to nie mogłam się oprzeć by nie dorwać w końcu czegoś wspominanej tam Ann Radcliffe. Nie są to wprawdzie Tajemnice zamku Udolpho, ale i tak jestem niezmiernie ciekawa tej książki i jej wszystkich wad.
   Bel Ami Guy de Moupassant I kolejny klasyk francuski, wyjątkowo nie z WOŚPa w tym stosie, a dorwany w nieinternetowym antykwariacie.
   Teresa Desqueyroux Francois Mauriac Nie mam pojęcia ani o autorze, ani o samej książce, ale pewne zaufanie do tej serii wydawniczej kazało mi się skusić.
   Teatr Willima Somerset Maughan Analogicznie w przypadku tej książeczki, gdyż serię Nike cenię całkiem wysoko.

   Stosik drugi - prezentowo, zakupowo, recenzencki:


   Bohaterowie Joe Abercrombie Pierwszy z otrzymanych w lutym prezentów. Pozycja, która od dłuższego czasu była na mojej liście zakupowej tym razem w ładnym wydaniu. Tak czy inaczej kolejna wizyta w świecie Pierwszego prawa.
   Starość aksolotla Jacek Dukaj To książka, na którą napaliłam się od kiedy dowiedziałam się, że wyjdzie w papierze. Czytałam ją w formie ebooka, bo tak właśnie wyszła w ramach premiery, ale zwyczajnie musiałam mieć papier w domu. Również prezent.
   Tajemnicze zgony władców Iwona Kienzler Przypadkowy zakup do kolekcji historycznych książek poplarno-naukowych.
   Piękne Heleny, boskie i fatalne Jerzy Besala Analogicznie z tą książką, tym bardziej, że autora bardzo dobrze wspominam z książki Miłość i śmierć. Dzieje uczuć kobiet i mężczyzn.
   Grzechy imperium, Gniew imperium Brian McClellan Drugi tom wzięłam do recenzji, więc trzeba było dokupić pierwszy. Autora dobrze wspominam z Trylogii magów prochowych a ta trylogia jest jej bezpośrednią kontynuacją.
   Grzybownik Justyn Kołek, Ewa Furtak Recenzentka i pierwsza "grzybowa" książka w dzisiejszej kolekcji. Całkiem ładna i poręczna rzecz.
   
   Stos zdominowany przez grzyby


   Góry Italii Cassimo Zapelli Zdobycz z WOŚP, razem z dwiema następnymi za wręcz śmieszną cenę. Typowy album, piękne zdjęcia, niewiele treści.
   Góry świata Yoshikazu Shirakawa Drugi z albumów, tym razem prawie w ogóle pozbawiony treści poza opisami poszczególnych zdjęć.
   Lodowce Bernhard Edmaier, Angelika Jung-Hutti A to nietypowy album o lodowcach, treści w nim całkiem sporo, wizualnie również oszałamiający, jak dwie poprzednie.
   Konie Marian Gadzalski Typowy album poświęcony koniom, zdjęcia autorstwa jednego ze słynniejszych konnych fotografów, przeplatane są cytatami z literatury.
   Hucuły. Konie połonin Marek Piotr Krzemień Książka album o wolno żyjących bieszczadzkich konikach.
   Poznajemy grzyby Aurel Dermek, Albert Pilat Ponieważ coraz głębiej zapadam na grzyboentuzjazm, postanowiłam też wzbogacić swą bibliotekę w odpowiednią literaturę. Kupiona razem z resztą grzybowych pozycji, za całkiem niezłe pieniądze.
   Grzyby. Rozpoznawanie i zbieranie Till Reynhard Lohmeyer, Ute Kunkele I jeszcze jedna, zaskoczyła mnie całkiem pokaźnym formatem, spodziewałam się niewielkiego przewodnika.
   Grzyby i las Andrzej Grzywacz Książka nie tyle przewodnik, co opowieść o znaczeniu grzybów w lesie.
   Grzyb jadalny czy trujący Zbigniew Domański Niewielki poradnik dla początkujących grzybiarzy wydany w latach dziewięćdziesiątych.
   Atlas grzybów Brune Henning Kolejny atlasik w kolekcji
   Kieszonkowy atlas grzybów Frantisek Kotlaba, Vladimir Antonin I jeszcze taki maleńki
   Nasze grzyby Alina Skirgiełło Ten atlasik pamiętam z dzieciństwa, niestety gdzieś przepadł mój egzemplarz, więc dokupiłam nowy.
   Atlas grzybów leśnych Henryk Orłoś I ostatni już w tym stosie, ale na pewno nie ostatni w mojej biblioteczce.

   Stos zakupowy, zdecydowanie popularno-naukowy


   Życie zwierząt. Bezkręgowce, Ryby, płazy i gady, Ptaki, Ssaki Alfred Brehm To również WOŚPowa zdobycz, pierwsze wydanie napisano grubo ponad sto lat temu, to jest przedruk z wydania z lat sześćdziesiątych, uzupełniony i wzbogacony zdjęciami. Rzecz całkiem piękna i interesująca.
   Sulejman II wspaniały i jego czasy Jerzy S. Łątka Sporo u mnie ostatnio historycznych książek popularno-naukowych, ta jest kolejną.
   Matka Jagiellonów Dorota Pająk-Puda Powieść historyczna, o Jagiellonach, całkiem przyjemna lektura.
   Gra królowych. Kobiety, które stworzyły szesnastowieczną Europę Sarah Gristwood I jeszcze jedna historyczna opowieść, tym razem o kobietach.
   Aferzyści, spekulanci i szmalcownicy. Afery gospodarcze PRL Kazimierz Kunicki, Poczet kochanek i matres władców Polski, Król Kazimierz. Wielki bigamista Iwona Kienzler Kolejne trzy tomy w serii wydawniczej od Deagostini i Bellony.
   Kochanki, księżne, królowe, Kobiety ze słynnych obrazów, Romanse w PRL Iwona Kienzler i jeszcze trzy książki tej autorki w kolekcji.

I ostatni stos zakupowy


   Czy foka jest biała Czesław Centkiewicz Kolejna z polarnych opowieści tego autora w mojej biblioteczce.
   Krew, pot i piksele Jasnon Schreier Książka o tym, jak pisano gry komputerowe, zainteresowała mnie, więc przygarnęłam w ramach wymiany.
   Stróże Jakub Ćwiek Ta była w moich planach zakupowych, więc jak znalazłam w antykwariacie, to wzięłam.
   Hańba John Maxwell Coetze I kolejna z WOŚPowych zdobyczy, zaufanie do nazwiska i do serii wydawniczej. Zobaczymy.
   Przygoda fryzjera damskiego Eduardo Mendoza Jak wyżej, zresztą do iberoamerykańskiej prozy też mam słabość.
   Tango raz jeszcze, Opowieść o Łukaszu, Nikt, byle kto Julio Cortazar W pakiecie dorwałam za jakieś śmieszne pieniądze.
   Śniadanie mistrzów Kurt Vonnegut Ten autor znalazł u mnie swoje miejsce po lekturze Syren z Tytana, więc jak znalazłam jego książkę w antykwariacie, to przytuliłam.

   Stos ostatni - w całości recenzencki.


   Historia kolorów Clive Gifford, Marc-Etienne Peintre O kolorach w historii w wersji dla dzieci - czemu nie!
   Nowa mapa cudów. Podróż w poszukiwaniu rzeczy niepojętych Caspar Handerson Przygarnięta po tym, jak zaintrygował mnie Atlas zwierząt niemalże niemożliwych tego autora.
   Czekając na Duida Stefan Czerniecki Podróżnicza książka o Amazonii, pełna przepięknych zdjęć.
   Rzeczy mówią do rzeczy a nie od rzeczy Wiesław Błach Tomik zabawnych wierszy dla dzieci i nie tylko.
   Pieśni wydmowej trawy Maksymilian Dzikowski Powieść z pogranicza fantastyki, jestem dość sceptyczna, ale zobaczymy.
   Koniec świata a Makowicach Jan Mazur Komiks o armagedonie gdzieś na obrzeżasz Polski, oszczędny w obrazie, ale nie w treści.
   Jeden dzień w starożytnym Rzymie Alberto Angela I jeszcze jedna książka popularno-naukowa, tym razem ze starożytnością na tapecie. 
   Głupie łzy Jarosław Mikołajewski Tomik wierszy, niewielki objętością, ciekawa jestem wrażeń.
   Znak zapytania, Szpieg z Falklandów, Tajemnica Kanału LaManche Marek Romański Trzy kryminały, autora z którego twórczością już miałam do czynienia.
   Brązownicy Tadeusz Boy-Żeleński Felietony o narodowym wieszczu brzmiały na tyle ciekawie, że się skusiłam.

   Uporałam się z opisaniem tego, co u mnie zawitało ostatnio. I niby oszukuję się, że na razie nie planuję większych zakupów, ale wiem aż za dobrze, jak to się pewnie skończy. W pierwszej kolejności wezmę się za recenzentki, choć pewnie przeplotę je innymi książkami, jak choćby pierwszym tomem Bogów prochu i krwi McClellana. Albumy pewnie też dość szybko wylądują na półce Przeczytane, bo i lektury w nich niewiele.

czwartek, 13 lutego 2020

Zbrodnia lorda Artura Savile

Autor: Oscar Wilde
Tłumaczenie: Maria Przymanowska
Tytuł oryginału: Lord Artur Savile’s Crime
Wydawnictwo: Książka i wiedza
Rok wydania: 1997

   Nazwisko Oscara Wilde’a kojarzy się przede wszystkim z powieścią „Portret Doriana Graya”, zanim jednak dane mi  było po nią sięgnąć postanowiłam zaznajomić się z drobniejszym objętościowo utworem i tak mój wybór padł na niewielką książeczkę. Zatytułowana „Zbrodnia lorda Artura Savile”, zawiera w sobie nie tylko tytułowe opowiadania, ale i drugie opowiadanie „Upiór rodu Canterville’ów”.

   Bohaterem pierwszej noweli jest lord Artur Savile, młody szlachcic, który wkrótce ma się ożenić z ukochaną. Gdy na przyjęciu podaje swą dłoń chiromancie, aby dowiedzieć się jakiż też los go czeka, nie spodziewa się nawet, że zamiast zabawnej, pozytywnej przepowiedni, otrzyma taką, która stanie się przyczyną zmiany planów. W Arturze obowiązek (utwór zresztą ma podtytuł: „Studium obowiązkowości”) walczy z egoistyczną chęcią poddania się pokusie. Artur Savile musi zmienić plany, by chronić ukochaną, co nie przychodzi mu wcale aż tak łatwo, jakby sobie tego życzył.

   Drugi tekst poświęcony jest tytułowemu upiorowi. Stary lord Canterville od kilkuset lat straszył na korytarzach rodzinnego dworzyszcza,po tym jak zmarł zamurowany w jednej z komnat, w ramach kary za zamordowanie małżonki. Gdy nieruchomość zakupuje amerykański bogacz i wprowadza się do niej wraz z rodziną, nieszczęsny upiór musi się zmierzyć z ich pragmatyzmem. To starcie nowoczesnego racjonalizmu, do bólu wręcz praktycznego ze staromodnym już romantyzmem i wiarą w zjawiska nadprzyrodzone. Los upiora, który w swej postaci od lat czuł się całkiem nieźle, nagle odmienił się całkowicie, rujnując całe jego nieżycie. Nie można tak egzystować i nieszczęsny upiór musi znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji.

   Obydwa teksty aż kipią od podszytego satyrą humoru, to ironiczne spojrzenie na ówczesną autorowi rzeczywistość, pozbawione jednak cienia goryczy tak częstej w utworach tego rodzaju. Dzięki temu opowiadania przyjmuje się lekko i przyjemnie, co rusz zaśmiewając się do rozpuku, bez cienia nieprzyjemnych refleksji. To kopalnia mądrych myśli, niezwykle trafnych zarówno dziś, jak i przed laty, które zmuszają do zamyślenia się nad swą ponadczasową prawdą, jednak nie pozostawiają gorzkiego poczucia beznadziei i niemożności uwolnienia się od nich.

   Książkę czyta się wyśmienicie. Oscar Wilde w mistrzowski sposób prezentuje tu różne sposoby myślenia, oddając zarówno klimat rozważań, jak i znajdując w nich głębszy sens. Bogate słownictwo nie sprawia problemu, a stosunkowo prosta składnia sprawia, że kolejne strony czyta się bardzo szybko, bez problemu odkrywając ogromne pokłady ironii schowane w każdym zdaniu. Nie można też pominąć milczeniem sposobu oddania świata w opowiadaniach. To sugestywna i plastyczna wizja, skupiająca się głównie na charakterystyce konkretnych grup społecznych – szlachty i mieszczaństwa.

   Książka zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, a słowa: „Nie, nie jestem cyniczna, po prostu mam doświadczenie, co zresztą znaczy zupełnie to samo” to fraza, która nie tylko urzekła mnie swoją prawdziwością, ale i od razu się z nią utożsamiłam. Jest to jeden z nielicznych utworów, które z czystym sercem jestem gotowa polecić absolutnie każdemu, bo każdy, kto potrafi szerzej spojrzeć na świat i otaczającą nas rzeczywistość znajdzie tu nie tylko wiele śmiechu, ale i równie dużo mądrości. „Zbrodnia lorda Artura Savile” to inteligentna komedia pozbawiona zupełnie głupkowatych żarcików z zachwycającą absurdalną fabułą.

sobota, 8 lutego 2020

W pewnym miasteczku

Autor: Thomas Hardy
Tytuł oryginału: Fellow Townsman
Tłumaczenie: Jadwiga Korniłowiczowa
Wydawnictwo: PIW
Rok wydania: 1962

   Thomas Hardy to brytyjski autor najbardziej rozpoznawalny dzięki powieści „Tessa de Uberville”, zaliczanej do jednej ze stu najważniejszych książek w historii. Lektura niewielkiej nowelki „W pewnym miasteczku” to dla mnie drugie po „Z dala od zgiełku” spotkanie z tym autorem. Podobnie jak poprzednie, to mogę zaliczyć do udanych, gdyż ta niewielka objętościowo książeczka niesie w sobie ważną myśl, by nie zwlekać z tym co ważne.

   Bohaterem opowieści jest pan Barnet, człowiek majętny, dziedzic kupieckiego imperium handlu tkaninami, któremu pozostały po rodzicach majątek pozwala nie pracować i wieść żywot dżentelmena. W związek małżeński pchnął go rozsądek i chęć zdobycia małżonki równej mu majątkiem i przewyższającej go pozycją. Szybko okazało się, że kobieta jawnie gardzi swym mężem, zmieniając jego życie w pułapkę i mękę. W takich okolicznościach pan Barnet wspomniał biedną pannę Lucy, z którą przed ślubem łączyła go pewna bliskość. W związku z nią zaczyna dostrzegać szansę, z której nie skorzystał i dopatruje się szczęścia jakie mogła mu dać relacja, gdyby tylko nie przekreślił jej swym ożenkiem.

   „W pewnym miasteczku” to powieść o wielkiej, niespełnionej miłości. O szansach przekreślonych już na wstępie i skazywaniu się na los, który pozornie tylko wydaje się łatwiejszy. To historia nieszczęśliwych ludzi, zmuszonych do akceptacji sytuacji w jakiej się znaleźli, a w końcu tak bardzo w niej okrzepli, że perspektywa zmiany losu jest równie pociągająca, co przerażająca. Znajdziemy tu niejedną niewykorzystaną szansę, czasem wręcz na granicy moralności, zawsze jednak odrzuconą w ostateczności. To w końcu opowieść o tęsknocie za tym, co nieuchwytne, co z perspektywy wydaje się czymś cudownym.

   Nowelę czyta się bardzo dobrze. Thomas Hardy z wielkim wyczuciem przedstawia losy kilkorga przedstawionych bohaterów, zagłębiając się w ich najskrytsze pragnienia i lęki. To w końcu całkiem niezłe i sugestywne przedstawienie prowincjonalnego miasteczka, choć przedstawiona historia jest na tyle uniwersalna, że jej scenerią może być każdy czas i miejsce. Plastyczne opisy wydarzeń i tego, jak podchodzą do nich postacie pozwala bardzo dobrze wczuć się w nich i zrozumieć w pełni ich sposób myślenia, z którym niekoniecznie trzeba się zgadzać.

   Opowieść cechuje spokojnie poprowadzona, zdystansowana do wydarzeń narracja, która nie wzbudza w czytelniku gwałtownych emocji, powoli wprowadzając go w nastrój beznadziei sytuacji w jakiej znaleźli się bohaterowie. Nie sposób nie zauważyć, że ich postępowanie unieszczęśliwia przede wszystkim ich samych, jednak muszą się zmierzyć z konsekwencjami tego co postanowili i tego co robią.

   ,,W pewnym miasteczku” to niezwykle uniwersalna i ponadczasowa opowieść o tęsknocie, pragnieniu i lęku, który uniemożliwia osiągnięcie wymarzonego celu. To historia o tym, że czasem więzy moralności również stają się przeszkodą nie do przebycia i silne poczucie obowiązku oraz tego co robić należy, niekoniecznie ułatwia trwanie w tym co jest, a świadomość tego, że postąpiło się słusznie, nie musi przynosić ulgi w cierpieniu. To smutna relacja ze związku między dwojgiem ludzi, gdzie trudno wyobrazić sobie możliwość szczęśliwego zakończenia.

niedziela, 2 lutego 2020

Podsumowanie stycznia

   Dopiero co skończył się rok poprzedni, a już minął styczeń. Mimo moich wcześniejszych obaw zakończył się całkiem niezłym wynikiem, gdyż padło siedem książek. Zdecydowana większość to recenzentki, trzeba było nadrobić grudniowe zamówienie. Tematycznie - sporo starych powieści w nowych wydaniach i nieco literatury popularno-naukowej. Stosik może niezbyt imponujący, ale w gruncie rzeczy zadowolona jestem z rezultatów.
   A na zdjęciu wygląda to tak:


   Ciało. Instrukcja dla użytkownika Bill Bryson Rok rozpoczęłam od dokończenia popularno-naukowej książki - przewodnika po ludzkim ciele. To kopalnia ciekawostek i podstawowych informacji z anatomii i fizjologii człowieka. Całkiem przyjemna lektura.
   W czym grzyby są lepsze od ciebie? Marta Wrzosek, Karolina Głowacka To z kolei kopalnia ciekawostek o grzybach podana w formie wywiadu z pracownicą zakładu mykologii Uniwersytetu Warszawskiego.
   Przerażające opowieści Charles Dickens Zbiór opowiadań grozy z czasów, gdy tego typu forma była niezwykle popularna. No i nazwisko autora jest dla mnie niczym bezwarunkowa rekomendacja.
   Salamandra Stefan Grabiński Miło wspominam Wyspę Itongo, ta powieść choć zupełnie inna, była równie przyjemna i wciągająca.
   Pan Lecoq Emile Gaboriau Francuski dziewiętnastowieczny kryminał, który kusi przedstawieniem Paryża i postacią niezłomnego detektywa, który pomimo napotkanych trudności nie poddaje się w drodze do rozwiązania zagadki.
   Rouletabille u cara Gaston Lecroux Trzecia opowieść o młodym zdolnym dziennikarzu autorstwa twórcy Upiora w operze, to przede wszystkim niesamowite przedstawienie carskiej Rosji.
   Odkłamać Żarnowiec Jerzy Lipka A to akurat książka, która choć porusza dość ważny temat, to niestety nie daje rady pod względem kompozycji. Dla tej publikacji lepiej by było, gdyby ktoś ją porządnie przeredagował, bo tego najwyraźniej zabrakło.

   Ot i tyle, w sumie sama nie wiem, kiedy udało się to wszytko skończyć. Mam nadzieję, że luty będzie równie, albo chociaż porównywalnie owocny. Recenzje prędzej, czy później pojawią się na blogu, póki co wrzucam te, które powstały wcześniej.

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Na bezdrożach tatrzańskich

Autor: Mariusz Zaruski
Wydawnictwo: LTW
Rok wydania: 2019

   Mariusz Zaruski był bardzo interesującą postacią. Związany zarówno z morzem jak i z górami zapisał się polskiej historii. Zapalony taternik oraz założycie Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowania Ratunkowego, autor kilku książek zarówno o górach, jak i o morzu, miał dość wyraźnie uformowane pojęcie tego, co to znaczy być taternikiem i czym jest zmaganie się z górą. Wydawnictwo  LTW, po „Na skrzydłach wiatrów” i „Na dalekich morzach” poświęconych żeglarstwu zaprezentowało kolejny zbiór tekstów Mariusza Zaruskiego tym razem wybranych spośród tych poświęconych Tatrom.

   „Na bezdrożach tatrzańskich” to wybór tekstów z dwóch napisanych przez Mariusza Zaruskiego książek. Pierwsza pod tym samym tytułem wydana była w 1923 roku, druga ukazała się rok wcześniej i było to „Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe”. Z obydwu książek opuszczone zostały niektóre rozdziały, zaś wydanie zostało wzbogacone o teksty wcześniej niepublikowane, biografię autora, ze skupieniem się na Tatrach oraz nieco statystyk dotyczących, czy to wejść dokonanych przez Mariusza Zaruskiego, czy też śmiertelnych wypadków, jakie miały miejsce w Tatrach w dwudziestoleciu międzywojennym. W książce znajdziemy również sporo zdjęć z tamtego okresu. I choć ich jakość nie jest idealna, to doskonale daje wyobrażenie temu, czym było chodzenie i wspinanie się po górach prawie sto lat temu.

   Mariusz Zaruski był pierwszy taternikiem, który ruszył w góry zimą, zabierając ze sobą narty. Był pierwszym, który przyglądał się i analizował tatrzańskie lawiny, starając się zrozumieć w jakich warunkach zagrożenie nimi jest najcięższe. W pierwszej części książki znajdziemy opisy niektórych tatrzańskich, zimowych wypraw autora. A każda z nich jest zmaganiem się z górą. Zresztą właśnie to zmaganie się, ta specyficzna próba sił, jest dla Mariusza Zaruskiego kwintesencją taternictwa i alpinizmu. Znajdziemy tu również kilka tekstów, które mocno precyzują, czym dla autora jest wyprawa  góry i dlaczego tak mierzi go, nazywanie jej sportem.

   Równie ciekawa jest druga część książki, ta poświęcona formowaniu się i wyprawom Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowania Ratunkowego. To opowieść o tym, jak przy ogromnej sile woli i uporze, Mariusz Zaruski doprowadził do tego, że taka służba powstała. Jak zmagał się z brakiem sprzętu, niechęcią władz i problemami ludzi, którzy będą do niego należeć. W tej części również znajdziemy opisy wypraw w góry, tym razem zawsze w fatalnych warunkach, w końcu są to wyprawy ratownicze.  Te akcje często kończą się tragicznie i w czasie ich trwania zmieniają się też zadania ratowników, sprowadzające się do zniesienia ciał z góry.

   „Na bezdrożach tatrzańskich” czyta się bardzo dobrze. Miejscami styl autora jest aż przesadnie kwiecisty i plastyczny, jak na książkę niebędącą prozą, jednak jest to styl w jakim pisało się w okresie dwudziestolecia międzywojennego, który w tamtych czasach nie wydawał się aż tak nienaturalny jak teraz. Mariusz Zaruski oprócz niewątpliwych zasług pochwalić się mógł również talentem pisarskich. Jego relacje z wypraw, czy to ratowniczych, czy rekreacyjnych są emocjonujące i pozwalają wczuć się w zagrożenia oraz zachwyt jakie towarzyszą autorowi.

   Jest to książka godna polecenia. Nie tylko miłośnikom gór, którzy na wyprawach zdarli już niejedną podeszwę. To świetna pozycja dla każdego amatora, który planuje wybrać się w wysokie góry. I choć od czasu jej napisania minęło blisko sto lat, to jednak szacunek jaki budzić powinny Tatry pozostał niezmienny. Patrząc na to jak bardzo skomercjalizowane i pełne ludzi są one dzisiaj, trudno uwierzyć, że potrafią być śmiertelnie niebezpieczne. „Na bezdrożach tatrzańskich” zestarzało się bardzo dobrze i nawet dziś budzi dawkę emocji oraz przemożną ochotę rzucenia wszystkiego i udania się w Tatry.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

środa, 22 stycznia 2020

Dwa bieguny

Autor: Eliza Orzeszkowa
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2019

   Twórczość Elizy Orzeszkowej od czasów licealnych kojarzyłam z kilkoma nowelkami oraz rozwlekłymi opisami przyrody w powieści „Nad Niemnem”. Te ostatnie były dla mnie raczej legendarne, gdyż jakoś tak wyszło, że jak dotąd nie znalazłam czasu, by sięgnąć po najbardziej znaną powieść tej autorki. Przypadek oraz plan wydawniczy wydawnictwa MG sprawił, że moim pierwszym kontaktem z jej twórczością okazał się utwór znacznie mniej znany. Tak czy inaczej, sięgając po „Dwa bieguny” nie do końca wiedziałam czego się spodziewać, mimo że nazwisko Elizy Orzeszkowej nie było mi obce.

   „Dwa bieguny” to powieść o miłości. Uczucie rozkwita pomiędzy narratorem opowieści a panną Zdrojowską, młodą kobietą, która przyjechała do Warszawy po nauki. Dość szybko wychodzi na jaw ogrom różnic w stylu bycia dwojga ludzi. Seweryna wypełnia pozytywistyczne ideały, poświęcając siebie pracy u podstaw otacza opieką mieszkańców swojego majątku. Dla Zdzisława te ideały są zupełnie niezrozumiałe. Jest on typowym przykładem utracjusza, dla którego liczą się tylko doczesne przyjemności. Nie potrafi zrozumieć jak można posiadać spory majątek i „trwonić” go, pomagając biedniejszym od siebie, jednocześnie oszczędzając na własnych przyjemnościach. Obydwoje nie potrafią zrozumieć nawzajem swojego życia. Seweryna nie potrafi pojąć, jak mając wszelkie środki ku temu, można nie robić absolutnie nic, by wspomóc mieszkańców, których dola jest zależna od właściciela ziemskiego. 

   Obie postawy są w „Dwóch biegunach” mocno przerysowane. I choć można wyraźnie odczuć, że postawa Seweryny jest tą bardziej słuszną, to w połączeniu z jej absolutnym wyzbyciem się egoizmu, staje się karykaturalną. Dużo wyraźniejsza jest krytyka dekadenckiego stylu życia Zdzisława, który zatracając się w epikureizmie wciąż nie potrafi odnaleźć sensu życia, który dałby mu szczęście. Panna Zdrojowska, znalazła ten sens w swojej służbie dla innych, jednak jest to dla niej na tyle dużym obciążeniem, że absolutnie nie ma w nim miejsca na nieskrępowaną, wolną od zobowiązań, beztroską radość.

   Wewnętrzne rozterki Zdzisława jako narratora opowieści poznajemy znacznie lepiej, otrzymujemy pełną analizę psychicznych rozterek z jakimi się mierzy. Widać też krótkie chwile uniesienia, w których oczarowanie Seweryną bierze górę, nad jego zamiłowaniami i przyzwyczajeniami. Te jednak szybko dają o sobie znać, czyniąc myśl o wspólnym z nią życiu niemożliwym. Widać tu cały tragizm pustego życie, gdyż egzotyczna i niezrozumiała (dla niego) postawa panny Zdrojowskiej kusi go i przyciąga, jednocześnie go odpychając, gdy Seweryna daje jej wyraz czynem i słowem. O rozterkach dziewczyny wiemy znacznie mniej. Jednak z relacji Zdzisława oraz z tego, jak kobieta reaguje na to co mówi jej młodzieniec, łatwo można wywnioskować, że dla niej sytuacja jest równie ciężka i równie patowa.

   Powieść czyta się dobrze. Z jednej strony znajdziemy w niej plastyczne opisy miejsc, przedmiotów i ludzi, z drugiej zaś dogłębną analizę myśli i zachowań bohaterów. Język książki jest przystępny, choć wymaga odrobiny skupienia. Liczne wielokrotnie złożone zdania pełne przydawek i dopełnień  mogą wprowadzić nieco zamieszania u czytelnika. Jednak szybko można się przyzwyczaić do tej plastyczności języka, gdyż idealnie oddaje on atmosferę miejsc, zdarzeń i rozmów między postaciami.

   „Dwa bieguny” to nieco groteskowa opowieść o tym, że oprócz miłosnych uniesień dwoje ludzi musi łączyć coś więcej. Gdy różnią się w tym, co uważają za podstawy swojej egzystencji oraz gdy żadne z nich nie chce ustąpić choćby na krok, bliska relacja staje się niemożliwą. Mając do wyboru poświęcenie całego swojego dotychczasowego sposobu bycia oraz rodzące się uczucie, Zdzisław i Seweryna toczą wewnętrzne walki. Ich wynik od początku jest przewidywalny, jednak w niczym nie umniejsza to wartości samego śledzenia ich duchowych rozterek. To w końcu uroczo kameralna opowieść o tym, czym jest sens życia i jak trudno go znaleźć.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

czwartek, 16 stycznia 2020

Syreny z Tytana

Autor: Kurt Vonnegut
Tytuł oryginału: The sirens of Titan
Tłumaczenie: Jolanta Kozak
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2019

   Wśród powieści Kurta Vonneguta najlepiej kojarzonych z nazwiskiem autora na pierwszy plan wysuwają się z pewnością „Rzeźnia nr 5” czy „Kocia kołyska”. O „Syrenach z Tytana” dowiedziałam się w zasadzie dopiero jak sięgnęłam po tę książkę. Nie jestem w stanie ocenić na ile ten tytuł jest emblematyczny w twórczości autora, gdyż była to pierwsza pozycja tego pisarza, z którą się zmierzyłam. Lektura pozostawiła dość dobre wrażenie i zdecydowanie wzbudziły apetyt na więcej.

   „Syreny z Tytana” mają troje głównych bohaterów. Winston Niles Rumfoort, to bogaty Amerykanin, który wskutek eksperymentów z lotami w kosmos wpadł w infundybułę chronosynklastyczną. Ten neologizm sprowadza się do nazwania zjawiska, polegającego na tym, że postać Rumfoorta oraz jego psa Kazaka, pojawia się w regularnych odstępach czasu w różnych miejscach pomiędzy Słońcem a Betelguezą.  Podróże po większości znanego wszechświata dają mu okazję na spojrzenie w istnienie na Ziemi z innej perspektywy, co skutkuje możliwością wejrzenia w przyszłość i dążenia do zrealizowania ujrzanych wizji. Kolejną dwójką bohaterów jest Beatrycze, żona Rumfoorta oraz kolejny bogaty Amerykanin Constans. Oboje stają się w pewnym sensie zakładnikami w planach Winstona, który kierując ich losem dąży do realizacji własnych celów.

   Powieść Kurta Vonneguta, to specyficzna wizja utopijnego świata, w którym w bólach rodzi się religia dająca szczęście i spełnienie wszystkim ludziom na Ziemi. To również opowieść o tym, jak groźne są utopijne wizje, jak nikłe znaczenie mają w nich pojedyncze jednostki, które zawsze poświęca się w imię większej sprawy i dobra ogółu. Gdzieś w planach i dążeniach, wypala się myśl, że ten cały większy ogół, jest po prostu zbiorem pojedynczych jednostek. Jest to również w ogromnej mierze powieść o tym, jak łatwo można ulec złudzeniom, jak prostym bywa oparcie na nich sensu swojego życia. Jak pociągającym staje się przyjęcie wizji, która w swym ogromie i wspaniałości zwalnia z myślenia i z podawania jej w wątpliwość.

   To również pasjonująca wizja życia poza Ziemią. Kurt Vonnegut nie ograniczył działań Rumfoorta do ludzkości i jej ojczystej planety. Przewijające się przez powieść istoty z innych planet zachwycają oryginalnością i wyjątkowością. Poznajemy nie tylko poszczególne stworzenia, ale i ich sposoby działania oraz myśli przewodnie, którymi się kierują.

   „Syreny z Tytana” czyta się całkiem nieźle, choć nie są wolne od fragmentów wymagających skupienia uwagi. Nie jest to powieść, przez którą się mknie pozostawiając za sobą kolejne strony, to raczej jedna z tych książek, która zmuszają do przemyślenia i wyciągnięcia wniosków z przeczytanych zdań, zanim można będzie przeczytać kolejne. Kurt Vonnegut nie zasypuje czytelników neologizmami poza wspomnianą powyżej infundybułą nie ma ich tu zbyt wiele, posługuje się na tyle bogatym językiem, że nawet wymagający czytelnik poczuje się usatysfakcjonowany.

   Napisane w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku „Syreny z Tytana” nie tracą nic ze swej aktualności. I choć przedstawiony świat (przynajmniej w swej wyjściowej formie) mocno się już dziś zdezaktualizował, to wartości oraz pytania, jakie stawia ta książką pozostają wciąż aktualne. To w końcu alegoryczna opowieść o tym, jak łatwo ulec czemuś w co łatwo i chętnie chce się wierzyć oraz jakie mogą być konsekwencję tej uległości. „Syreny z Tytana” to godna polecenia lektura dla każdego kto szuka w książkach czegoś więcej niż samej rozrywki.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

niedziela, 12 stycznia 2020

Góry Kaczawskie słowem malowane

Autor: Krzysztof Gdula
Wydawnictwo: PrimoLibro
Rok wydania: 2019

   O Górach Kaczawskich nigdy nie było zbyt głośno. Nawet jak ktoś zdaje sobie sprawę, że przed wzniesieniami Sudetów z najbardziej znanymi Śnieżką i Szrenicą znajdują się jakieś góry, to niewiele osób jest w stanie nazwać je po imieniu. Nie znajdziemy tu ani znanych ośrodków turystycznych, jak Szklarska Poręba, czy Karpacz, ani wielkich szczytów. Jednak między innymi te właśnie walory stały się dla Krzysztofa Gduli przyczyną napisania książki „Góry Kaczawskie słowem malowane”.

   Tytuł tej publikacji nie mógł być bardziej wymowny. Gdyż tym ona głównie jest, słownymi opisami Gór Kaczawskich. Autor dokumentując w krótkich, kilkustronicowych notatkach swoje kolejne piesze wędrówki roztacza przed czytelnikiem obraz tych właśnie gór. Nie ma tu stromych szczytów,  ostrych grani, czy zachwycających wysokości. Najwyższy szczyt – Skopiec ma nieco tylko ponad siedemset dwadzieścia metrów wysokości bezwzględnej. Szczyty w całym paśmie wznoszą się na około siedemset, sześćset metrów. To, w połączeniu z charakterem tych gór – łagodne zbocza, nieczęsto występujące skały, sprawia że mogą się one nie wydawać zbyt interesujące dla przeciętnego górołaza.

   Jednak Krzysztof Gdula zachwycił się nimi na tyle, by co jakiś czas przypuszczać wyprawy na kolejne mniejsze i większe szczyty, zwiedzając je wzdłuż i wszerz w licznych wielogodzinnych spacerach. I o tym właśnie pisze w swojej książce. Każdy z pięćdziesięciu teksów to inna wyprawa.  To opowieści o pięknie przyrody, o lasach, polach i wijących się wśród nich drożynach. O strumieniach, potokach i drobnych ciekach wodnych, którymi woda znajduje sobie drogę płynąc w dół. To w końcu panorama niewielkich, sennych wiosek i miasteczek, odległych nie tylko od wielkomiejskiego gwaru, ale też od turystycznej infrastruktury. Góry Kaczawskie nie wytrzymują konkurencji w atrakcyjności względem pobliskich Sudetów, w związku z czym pozostają dzikie i niezatłoczone.

   Widać wyraźnie, że brak komercyjnej wartości Gór Kaczawskich jest jednym z magnesów przyciągających w nie autora. Pisząc o całodniowych wędrówkach w trakcie których prawie nie spotyka innych ludzi, a oznaki cywilizacji podziwia w odległych kotlinach i dolinach, wyraźnie daje do zrozumienia, że taka ucieczka przed światem jest dla niego niezwykle cenna. I choć z jednej strony chce przybliżyć ludziom uroki tych gór, z drugiej nie cieszy go perspektywa zbyt szerokiego ich rozreklamowania.

   W książce oprócz słów znajdziemy też zdjęcia, dodają obrazu do tego, co zostało napisane. Nie ma ich jednak zbyt wiele, stanowią raczej niezbędne minimum. Z tego względu trudno tę książkę nazwać przewodnikiem, tym bardziej, że nie uświadczymy tu ani jednej mapy. Nie znajdziemy tu również zbyt wielu wzmianek o architektonicznych atrakcjach ukrytych w paśmie Gór Kaczawskich, a tych – w tym licznych zamków i zamkowych ruin w okolicy znajduje się całkiem sporo z Bolkowem i zamkiem Grodziec na czele.

   Książkę czyta się dobrze. Została napisana bardzo plastycznych językiem, pozwalającym wczuć się w klimat świtów i zachodów słońca nad Górami Kaczawskimi. Czuć wręcz schodzącą mgłę i słychać szelest opadających jesiennych liści. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że to nie tyle pisanie, co właśnie malowanie słowem.

   „Góry Kaczawskie słowem malowane” zdecydowanie nie są przewodnikiem, choć z pewnością mogą zachęcić do poznania tych, niezbyt znanych gór. To książka - wyprawa, szczególna o tyle, że prawie nieuwieczniona w obiektywie, zaś opisana słowami. To w końcu pozycja, która pokazuje, że piękno można znaleźć wszędzie, nie tylko w tych najbardziej znanych miejscach. Czasem te mniej znane, kryją w sobie równie silne, choć zupełnie inne, artystyczne doznania.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

wtorek, 7 stycznia 2020

Chata za wsią

Autor: Józef Ignacy Kraszewski
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2019

   Józef Ignacy Kraszewski był niezwykle płodnym pisarzem, do dzisiaj uchodzi za autora największej ilości książek na świecie, wygrywając chociażby z Aleksandrem Dumas ojcem, o którym wiadomo, że nie napisał wszystkiego pod czym widnieje jego nazwisko. Wśród powieści Polaka znajdziemy, między innymi, szereg opowieści przybliżających ważne wydarzenia i postacie z historii Polski. Równie jednak ważne są powieści „wiejskie” których akcja osadzona jest w niewielkich miejscowościach i dotyka codziennych problemów chłopów. Na wiele lat przed Władysławem Reymontem uchwycił niuanse życia polskiej wsi, kreśląc jej niezwykle żywy i barwy portret.

   „Chata za wsią” to właśnie jedna z takich opowieści. Znajdziemy w niej nie tylko obraz niewielkiej wioski na pograniczu, w powieści przedstawione zostało również życie wędrownych cyganów, a przynajmniej w tych momentach, w których ich droga wiodła do Stawisk – tytułowej wsi, w jakiej osadzona jest akcja opowieści.

   Historia przedstawiona przez autora jest jedną z najzwyklejszych historii na świecie. Młodą dziewczynę i niewiele starszego od niej chłopca połączyło gorące i namiętne uczucie. Ponieważ Turmy był jednak „tylko” wędrownym cyganem, pogardzanym przez swoich za domieszkę krwi gadziów (białych), Mortuna zaś była nie tylko najpiękniejszą dziewką we wsi, ale i córką szanowanego i bogatego gospodarza, ich historia nie mogła się dobrze skończyć.

   W książce Józef Ignacy Kraszewski przedstawił niebanalne charaktery, postacie silne mierzące się ze słabościami, pokorne wbijające się w dumę, czy egoistyczne lecz skłonne do prawdziwego uczucia względem kogoś. To bohaterowie z krwi i kości. Uparty i dumny Turmy, który ma w sobie honor i poczucie przyzwoitości zupełnie obce jego cygańskiemu pochodzeniu. Mortuna, kobieta wierna, ale i bierna, poddająca się losowi, znajduje w sobie jedynie tyle siły by przeżyć i odchować córkę. To również jej córka – Marysia, dziewczyna wyjątkowa, zdolna, pracowita i poczciwa, która przez swą bliskość ideałowi staje się wręcz nierealna. Znajdziemy tu również lubiącą zabawę i myślącą tylko o własnych przyjemnościach Cygankę Azę, której rozkochiwanie w sobie kolejnych mężczyzn jest dobrą zabawą i możliwością karmienia się ich cierpieniem. To tylko niektóre z pierwszo- i drugoplanowych bohaterów, którzy budzą zarówno sympatię jak i antypatię czytelnika.

   Jednak oprócz portretów postaci, znajdziemy tu coś znacznie ważniejszego. Coś, co przewyższa, niezbyt oryginalny wątek fabularny. Tym czymś jest zbiorowy portret chłopów i Cyganów. Przyglądamy się z bliska uporowi, zrodzonemu z nędzy pragmatyzmowi oraz silnemu poczuciu wspólnoty mieszkańców Stawisk. W znacznej mierze właśnie to ostatnie jest przyczyną kłopotów dwójki zakochanych. Autor niejednokrotnie ukazuje czytelnikowi, że w pojedynczych jednostkach znaleźć można miłosierdzie i litość, jednak strach przed odrzuceniem od społeczności często z nimi wygrywa. Z drugiej strony mamy tu portret Cyganów,wędrowców, którzy skupieni we własnej społeczności żyją według swoich zasad. Jest to społeczność paradoksalnie dość hermetyczna, gardząca innym sposobem bycia, przywiązaniem do miejsca, tworzeniem trwałych więzi.

   Książkę czyta się wyśmienicie. I choć język nie jest wolny od archaizmów, dodatkowo upstrzony jest słowami z Romskiego języka, to jednak lektura płynie szybko i przyjemnie. Znajdziemy tu zarówno poetyckie opisy przyrody i miejsc, idealnie wprowadzające czytelnika w przedstawiony świat, jak również żywe, pełne emocji dialogi, które nie pozwalają oderwać się od książki.

   „Chata za wsią” to wspaniały obraz polskiej wsi i zamieszkujących ją chłopów. Opowieść o tym, jacy byli i jak funkcjonowali jako społeczeństwo. To również historia interesujących, świetnie wykreowanych postaci, których losy śledzi się z zapartym tchem, by chwilę później znaleźć chwilę oddechu w malowniczych i bardzo klimatycznych opisach. To książka o ponoszeniu konsekwencji za własne czyny i pragnienia, które gdy się ziszczają wcale nie przynoszą wymarzonego szczęścia. To w końcu opowieść o miłości, pełnej trudów, która ginie powoli w prozie niełatwego życia. „Chata za wsią” to najlepszy dowód na to, że pomimo upływu kilkuset lat od jej napisania, po prozę  Józefa Ignacego Kraszewskiego sięgać warto i dziś.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

czwartek, 2 stycznia 2020

Stos końcoworoczny

   Zanim przejdę na poważnie do nowego roku, trzeba pozamykać i podsumować, ten który właśnie minął. Na pełne podsumowanie przyjdzie jeszcze czas (mam nadzieję, że uda mi się napisać jak czytelniczo wyglądał mój rok 2019), na tę chwilę chciałam zamknąć rok prezentując, co też jeszcze nowego trafiło na moje półki do końca grudnia. A było tego sporo, zarówno jeśli chodzi o książki, jak i w kwestii planszówkowej. A kolejno wygląda to następująco.

   Na pierwszy ogień: planszówki:

   Wsiąść do pociągu. Japonia/Włochy i Polska czyli kolejne dwa dodatki z mapami. Polska zdecydowanie słabsza, bo raz, że mapa malutka, a dwa, brak drugiej po drugiej stronie. Za to Japonia i Włochy całkiem, całkiem!
   Azul Prezent otrzymany od dobrej znajomej, z którą zresztą już zdążyliśmy go ograć, sympatyczna gra, w szklenie witraży. Kolorowe tafle szkła wyglądają jak landryny.
   Wsiąść do pociągu. Nowy York i Londyn Dwie mikro gry z serii, w pierwszej tworzy się sieć taksówek, w drugiej ustawia autobusy w centrach miast. Gra błyskawiczna, partia maksymalnie po dziesięć minut, ale sympatycznie mimo wszystko.
   Carcassonne. Opactwo i Burmistrz, Owce i Wzgórza Kolejne dwa dodatki do posiadanego już Big Boxa, i kilku innych. Gra się nieźle, dzięki Owcom, w końcu zaczynamy ogarniać pola.
   Go Klasyk chińskiej dwuosobowej strategii, kupiona dla męża, bo lubi, dla mnie tak daleko idące strategie to niezupełnie moja bajka.

   Tak czy inaczej jest w co grać i jak zwykle nie ma czasu ani miejsca, by to trzymać. Cieszy za to, że moje dzieci coraz chętniej grają z nami.

   Dalej już monotematycznie książkowo. Pierwszy stos, to oczywiście recenzentki, które miały być z końcem listopada, a przyszły nieco później.
   

   Ciało. Instrukcja dla użytkownika Bill Bryson To takie małe kompendium o ludzkim ciele, pełne ciekawostek i anegdotek, zdecydowanie mnie zainteresowała i po lekturze muszę przyznać, że słusznie.
   Spadać można równie dobrze z poziomie Martyna Piotrowska Niewielki tomik współczesnej poezji, w sumie niespecjalnie warty wzmianki.
   Twarze Afryki Jerzy Machura Z obecnych tu książek wydanych przez WFW, na tę chwilę, ta sprawiła na mnie najlepsze wrażenie. Reportaże i anegdotki z Czarnego Lądu czytało sie całkiem nieźle.
   Istota ludzka Robert Ross, to książka, która błądzi gdzieś między filozofią a powieścią młodzieżową, błądzi to dobre słowo.
   Nie bójcie się starych ludzi Janusz Eksner Kolejny tomik poezji, zdecydowanie najlepszy z tu obecnych.
   Wyżej Grzegorz Podsiadło Poezja i góry brzmi dobrze, nieco mniej dobrze, gdy wszędzie pałęta się jeszcze Bóg.
   Odkłamać Żarnowiec Jerzy Lipka Ta książka intryguje mnie już od jakiegoś czasu, z uwagi na trudny w Polsce temat elektrowni jądrowych.
   Przerażające opowieści Charles Dickens Klasyka grozy, nie trzeba mnie było namawiać.
   Salamandra, Wyspa Itongo Stefan Grabiński Tu również długo nie myślałam, w końcu klasyka polskiej grozy brzmi równie dobrze.
    Rouletabille u cara Gaston Lecroux Powieść kryminalna tego samego autora, co Upiór w operze, nie wahałam się zbyt długo.
   Pan Lecoq Emile Gaboriau Mówiłam już, że lubię wydawnictwo CM, za sięganie po książki, które swoją premierę miały dawno temu? to kolejna książka z tej samej serii co cztery powyższe i również skusiła mnie kryminalną intrygą.
   
   Jak widać było w poprzednim poście, prawie połowa już za mną, ale przede mną raczej ta ciekawsza część.

   Część trzecie, w całości nagrodowa.


   Ogród pełen smaków James Wong Wygrana w świetnym konkursie od W.A.B, przejrzałam i bardzo mi się spodobała, jednak z uwagi na brak czasu, by zająć się własnym ogrodem, powędrowała jako prezent dla kogoś, kto zrobi z niej lepszy użytek niż ja.
   Jak przetrwać w przestępczym Krakowie Karol Ossowski Brzmi naprawdę ciekawie, oceny też ma niezłe, nic tylko czytać.
   Czterdzieści i cztery Krzysztof Piskorski Jakoś całkiem niedawno kupiłam taką samą na promocji, tę wygrałam w listopadowym wyzwaniu czytelniczym od LC.  Nie zmarnuje się, już można ją zdobyć na moich WOŚPowych aukcjach.
   Wśród rekinów Nelle Neuhaus, tę również, w sumie w konkursie brałam udział z myślą o aukcjach właśnie.
   Kryształowi. Tom III Polowanie Joanna Opiat-Bojarska Podobnie z tą, więc również nie pobędzie o mnie zbyt długo.
   Gdzie jesteś Bernadette Maria Semple I z tą tak samo, to jedna z pięciu książek wygranych od W.A.B.
   Franek Einstein i elektryczny palec Jon Scieszka Ta również była w paczce od W.A.B i ta została w domu, z myślą o moich młodych czytelnikach.
   Obcy Albert Camus Autor kojarzony jedynie z Dżumą, skoro wygrałam książkę, zobaczę z czym jeszcze warto go skojarzyć.
   Gniew Zbigniew Miłoszewski Ostatnia z konkursu od W.A.B. również nie zagrzeje miejsca i jest do nabycia na aukcji charytatywnej.

   Sporo z tego stosu jest u mnie tylko chwilowym gościem, ale w sumie, jak już wrzucałam wszystko, to wszystko.

   Kolejny stos - zakupowo-popularnonaukowy


   Encyklopedia. Przyroda Polski. Najpiękniejsze miejsca naszego kraju Gdy człowiek znajdzie księgarnię stacjonarną z dobrymi promocjami, to zawsze jest ryzyko, że tam zbłądzi i wyjdzie nieco obładowany. Ta książka jest piękna wizualnie, a kosztowała grosze.
   Czołgi i samobieżne działa pancerne wojska polskiego 1919-2016 Tomasz Szczerbicki Kupiona jako prezent dla męża, wielka, ciężka i kolorowa.
   Polowanie na grzyby Zofia Leszczyńska-Niziołek Warunkiem wzięcia udziału w konkursie od W.A.B. było kupienie paru książek, z tej dowiedziałam się, że zaliczam się do szalonych grzybiarzy.
   Na łasce X muzy Zdzisław Szczepaniak Przyszła jako niezapowiedziany gratis do zakupionych płyt, jeszcze nie wiem, co z nią zrobię.
   Templariusze Martin Bauer Wspominałam coś o taniej stacjonarnej księgarni? Tak, to kolejna zdobycz z niej pochodząca.
   Córka Stalina Swietłana Alliłujewa, Kobiety w życiu Mickiewicza Sławomir Koper Kolejne dwa tomy z serii, pierwszą z nich miałam w innym wydaniu, więc powędrowała na WOŚP.

Kolejny zakupowy (prawie w całości) stosik:


   Poezje Julian Tuwim Mam inne tomy tej wielce malowniczej serii, inne tomy poezji Tuwima również, w sumie musiałabym przejrzeć, czy coś mi się nie dubluje.
   Hajer na kole Mieczysław Bieniek Wspomnienia z rowerowego wypadu po Kirgistanie i Kazachstanie, to akurat prezent, jaki otrzymał mój mąż.
   Jak oszukiwano Hitlera Terry Crowdy Tę zaś otrzymał ode mnie. Mówiłam już, że uwielbiam Vespera i boję się zaglądać do ich księgarni? Jak pozostałe od nich upolowana w ramach Black Friday, za jakieś śmieszne pieniądze.
   Galapagos Henry Nicholls Ta również była taniutka, opowieść o Galapagos i ewolucji, brzmiała nieźle, a coś trzeba było dobrać od W.A.B.
   Fałszywy pieśniarz Martyna Raduchowska Ostatni tom o Szamance od umarlaków, która zrobiła na mnie naprawdę niezłe wrażenie.
   Gdzie śpiewają diabły Magdalena Kubasiewicz Ta autorka również zrobiła na mnie dobre wrażenie, nie wahałam się zbyt długo i nie żałuję.

I ostatnia część tej końcoworocznej kolekcji - mieszana zakupowo-prezentowa:


      Wielka księga ssaków Yuval Zommer Ta książka zwróciła moją uwagę już w okolicach premiery, kupiona ostatnio w ulubionym dyskoncie Polaków.
   Niemieckie pojazdy wojskowe II wojny światowej David Doyle Kolejne cegiełka od Vespera dla mojego męża, równie piękna jak poprzednia.
   Od koła do Formuły 1. Historia motoryzacji Michał Gąsiorowski Również dorwana w dyskoncie, syn był zachwycony, a i na mnie zrobiła dobre wrażenie.
   Zaginione królestwa Norman Davis Złapana w ramach Black Friday, zapowiada się bardzo dobrze.
   Kasiarze, doliniarze i zwykłe rzezimieszki II Rzeczpospolitej Iwona Kienzler Kolejna z dyskontu, brzmi interesująco, a sentyment do Kwinty wciąż działa.
   Szybcy jak diabli A. I. Baime Opowieść o rywalizacji Forda i Ferrari, skutkująca słynnym zwycięstwem tego pierwszego na torze w Le Mans w 1966, interesująca i dobrze napisana opowiada o tym, co w innym ujęciu można było zobaczyć w filmie Le Mans 66 z Mattem Deamonem, jaki można było obejrzeć w kinach pod koniec listopada.
   W czym grzyby są lepsze od nas Marta Wrzosek, Karolina Głowacka Mój prezent od Mikołaja, zdecydowanie wymarzony, słyszałam o niej wiele dobrego i nie mogę się doczekać lektury.

   Uff! Wszystko, jak widać jest tego sporo, ale tym skutkuje ciągłe odkładanie napisania notki. Część już przeczytana, po część nie sięgnę w ogóle, a część dość szybko mnie opuści, To co zostanie zasili moją Poczekalnię (którą już w pełni przeniosłam na LC, dzięki zmianom jakie wprowadzili). Sporo pięknie wyglądających pozycji, wiele wartościowych, zaskakująco mało beletrystyki, ale chyba taki znak czasu nieco.