poniedziałek, 2 listopada 2020

Gniew Imperium

 


Autor: Brian McClellan

Cykl: Bogowie krwi i prochu. Tom II

Tytuł oryginału: Wrath of empire

Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Rok wydania: 2019


Przez pierwszy tom nowego cyklu Briana McClellana przeszłam jak burza. „Grzechy imperium” nie tylko zaskoczyły mnie bardzo bliskim związkiem z „Trylogią magów prochowych”, ale były też źródłem świetnej zabawy pozostawiającej apetyt na więcej. Po „Gniew imperium” sięgnęłam więc dość szybko po przeczytaniu poprzedniego tomu, bo chociaż rozgrywająca się w pierwszym tomie opowieść, jest w pewnym sensie zamknięta, to i wiadomym jest, że to jeszcze nie koniec.

„Bogowie krwi i prochu” to historia osnuta wokół boskich kamieni – starożytnych artefaktów, które można wykorzystać, by przywrócić do życia, bądź stworzyć nowego boga. Wrogie siły ścierają się, by tylko dostać w swoje ręce prastare artefakty. Pomiędzy nimi, działają główni bohaterowie powieści, których cel odbiega od tego, jaki przyjęli sobie Fantrastanie i Dynizyjczycy.

„Gniew imperium” jest bezpośrednią i ściśle powiązaną kontynuacją „Grzechów imperium” a biorąc pod uwagę, jak zakończona jest powieść, zdecydowanie najlepszym wyborem jest sięgnięcie po trylogię jako całość. Tym, bardziej, że wrażenie zamknięcia historii i domknięcia. wątków rozgrywających się w drugim tomie jest znacznie mniej wyraźne, niż po lekturze pierwszego. I choć z jednej strony kolejne epizody z życia Vlory, Bena i Michela w jakimś stopniu się zamykają, to są to bardzo otwarte zakończenia, będące w dużej mierze po prostu przejściem w kolejny etap.

Opowieść ponownie toczy się równolegle w trzech wątkach, choć tym razem od początku zdajemy sobie sprawę z powiązań między nimi. Poznajemy znacznie lepiej Vlorę, której coraz bardziej ciąży ciężar dowodzenia innymi. Powoli mamy okazję wgryźć się w szaleństwo Bena Styke’a i to jak obecność Celine wpływa na pułkownika Szalonych Lansjerów. Również coraz głębiej zanurzmy się w meandry psychiki Michela, który od początku jest z nich najbardziej skomplikowaną postacią. Na pierwszym planie w zasadzie nie uświadczymy nowych bohaterów, tych na kolejnych planach też nie ma zbyt wielu. Jednak znacznie więcej miejsca poświęcono tu Ka Poel oraz Tanielowi, poznajemy tajemniczą przeszłość pierwszej i motywy przyświecające drugiemu z nich. 

Tym co jest najciekawsze w „Gniewie imperium”, to opowieść o najeźdźcach i przedstawienie ich nie tylko w złym świetle – jako tych, którzy przyjechali by przeprowadzić inwazję, ale też jako wysoko rozwinięty naród. Poznajemy organizację życia Dynizyjczyków, skupionych wokół Domów, dowiadujemy się o ich słabościach, tych narodowych i tych jak najbardziej indywidualnych dotyczących poszczególnych postaci. Mamy okazję zagłębić się, choć póki co niezbyt głęboko, w przedziwne więzy jakie rodzi między nimi magia krwi Kościanych Oczu. Jest to zdecydowanie coś nowego i świeżego, świadczącego o tym, że potencjał wykreowanego przez Briana McClellana świata jeszcze się nie wyczerpał.

Powieść czyta się wyśmienicie. Jest napisana przystępnym, bogatym językiem idealnie oddającym nastroje rozgrywających się wydarzeń. Dynamika bitw i starć, wyraźnie wyczuwalna presja czasu i irytacji bohaterów, gdy pomimo wszelkich starań muszą czekać i nic się nie zmienia. Nie brakuje tu również nagłych zwrotów akcji, z których jedynie jeden był naprawdę zaskakujący i można było odnieść wrażenie, że pojawił się znikąd. Nie wątpię, że dalsze szczegóły zostaną wyjaśnione później, niemniej jednak zrodził on pewien niedosyt.

„Gniew imperium” to świetnie napisany drugi tom serii. Zawiera wszystko, co zawierać powinien: kolejne elementy przedstawionego świata, kilkoro nowych postaci, które zbliżają się do pierwszego i drugiego planu, oraz dobrze rozwijającą się intrygę, budzącą ogromny apetyt na poznanie jej finału. To również książka, od której niezwykle ciężko się oderwać, tak że przeczytanie tych niecałych ośmiuset stron mija zaskakująco szybko.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.


niedziela, 25 października 2020

Rzeczy mówią do rzeczy a nie od rzeczy

 


Autor: Wiesław Błach
Ilustracje: Joanna Rosa
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Rok wydania: 2019

Sięgając po tomik poezji Wiesława Błacha nie wiedziałam czego się spodziewać. Zaintrygował mnie jego tytuł mówiący, że „Rzeczy mówią do rzeczy, a nie od rzeczy” oraz kolorowa oprawa sugerująca pozycję przeznaczoną raczej dla młodszego czytelnika. Jest to pierwszy tomik autora, a i o nim samym niewiele można znaleźć informacji. Jest jednym z tych, wcale nie tak licznych, twórców pozwalających, by przemawiała z nich ich poezja, usuwając się niejako w jej cień.

„Rzeczy mówią do rzeczy, a nie od rzeczy” to tomik zabawny i kolorowy. Spora w tym zasługa ilustratorki Joanny Rosy, której rysunki są przyjemne dla oka. Wyraziste i utrzymane w ciepłych, radosnych kolorach idealnie prezentują rzeczy o jakich pisze autor, podkreślając ich nadrzędne znaczenie w wierszach. Dobór ilustracji harmonijnie współgra z klimatem tomiku, budząc apetyt na więcej, skłaniając, by sięgnąć po kolejny utwór, by przewrócić kartkę, aby zobaczyć kolejny, przyjemny dla oka obrazek.

Utwory Wiesława Błach są poświęcone rzeczom, tym najzwyklejszym, codziennym, tym małym i tym całkiem sporym. To właśnie one zostały wybrane na bohaterów poezji i to o nich jest każdy zamieszczony w tym tomiku wiersz. Czy będzie to samolot, czy ogórek szklarniowy, łyżeczka, czy też może balkon – każdy z tych przedmiotów ma swoje krótkie wejście. Opisane zostały w sposób prosty i zabawny, z wykorzystaniem związków frazeologicznych ich dotyczących. Lekkość i nienachalny humor sprawiają, że lektura jest przyjemnością i budzi uśmiech na twarzy czytelnika.

Kompozycyjnie wszystkie zamieszczone w tomiku wiersze są spójne. Zawsze złożone są z dziesięciu wersów i  prawie zawsze zawierające parzyste rymy. Dzięki temu lektura tomiku jest bardzo płynna, tym bardziej, że w prawie każdym utworze ostatnie wersy składają się w jakąś puentę. Zawsze też opowiadają o rzeczach w analogiczny sposób. Najpierw przedstawienie przedmiotu, następnie krótki opis i uwagi na jego temat, a całość zamknięta zostaje, w mniej lub bardziej, zabawnym finale. To nadaje książce wręcz sinusoidalny rytm, który w pewien sposób stwarza napięcie. O ile można w ogóle mówić o napięciu w trakcie lektury wierszy dotyczących przedmiotów.

Wiesław Błach posługuje się dość bogatym słownictwem, by w jak najlepszy sposób mówić o rzeczach. Używa przenośni i synonimów, posługuje się związkami frazeologicznymi, które często dzięki swej wieloznaczności nadają utworom komiczny charakter. Rymy choć, są stosunkowo proste, nie rażą, zostały dobrane na tyle starannie, że udało się autorowi uniknąć tej sztuczności, która pojawia się zawsze, gdy poeta nadużywa najprostszych rymowanych skojarzeń.

„Rzeczy mówią do rzeczy, a nie od rzeczy” to zabawna, kolorowa książeczka, którą przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. To tomik, który sprawia wrażenie napisanego z przyjemnością i dla przyjemności. Wiersze w nim zawarte nie są skutkiem głębokich przemyśleń o naturze świata i meandrach osobowości. To celne spostrzeżenia o tym, co nas otacza, co może się kryć w przedmiotach codziennego użytku mijanych praktycznie każdego dnia. To w końcu próba pochylenia się nad nimi i oddania im hołdu, docenienia ich w jakiś sposób. Czytelnik może uświadomić sobie, jak bardzo wrósł z rzeczy, jak nieodłącznym elementem jego istoty, są właśnie te ignorowane, niezauważane przedmioty, którym nie poświęca się ani odrobiny uwagi.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.


wtorek, 20 października 2020

Tajemnica Kanału La Manche

 


Autor: Marek Romański
Seria: Stary polski kryminał. Tom 2
Wydawnictwo: CM
Rok wydania: 2019

Po powieści kryminalne Marka Romańskiego sięgałam już wcześniej w ramach lektury serii wydawniczej „Kryminały przedwojennej Warszawy” ukazującej się nakładem oficyny wydawniczej CM. Ponieważ wspominam je całkiem nieźle, a i lubię czasem sięgnąć po klasyczny kryminał, nie wahałam się zbyt długo i w moje ręce wpadła książka „Tajemnica kanału La Manche”, która ukazała się w ramach uzupełnienia wyżej wspomnianej serii w nowym cyklu wydawniczym pod nazwą „Stary polski kryminał”. Jest to druga i na razie jedyna po „Białym jachcie” Adama Nasielskiego książka jaka pojawiła się w jej ramach.

Gdy na lotnisku w Calais trójka biznesmenów oczekuje przylotu barona van Lövenstama nie spodziewają się nawet jak zaskakujący obrót przyjmą planowane przez nich interesy. Właściciel wielkiej fortuny i prężnie działającej spółki Lövenstam nie wylądował w Calais, a z zeznań jego pilota i sekretarzy, którzy mu towarzyszyli wynika jasno, że wypadł po drodze z samolotu. Sprawa, nie dość, że niesłychanie medialna – baron posiadał ogromną fortunę, a akcje jego firmy kosztowały krocie – ma w sobie również pewną dozę tajemniczości. Tym większą, że zgodnie z umową z funduszem ubezpieczeniowym rodzinie zmarłego Lövenstama należy się gigantyczne odszkodowania, powiększone dwukrotnie, o ile baron zginie w trakcie przelotu samolotem.

Wielkie pieniądze i przetasowanie całej światowej giełdy to wystarczająco poważne przyczyny, by wszcząć gruntowne śledztwo w sprawie wypadku. Okoliczności tego niezwykłego skądinąd zdarzenia sprawiły, że zainteresował się nim słynny brytyjski detektyw Mac Grady. Jego wsparciem jest młody przedstawiciel przedsiębiorstwa ubezpieczeniowego Cola Flips. Obaj detektywi to postacie zupełnie inne, różniące się nie tylko powierzchownością i wiekiem, ale również sposobem działania. Mac Grady przywodzi na myśl Herculesa Poirot, gdyż nie ruszając się prawie w ogóle z Paryża i wydając dyspozycje, analizuje dokumenty, by wyciągnąć z nich jedyny możliwy wniosek. Cola Flips zaś to typ działacza. Nieustannie kursujący między Paryżem, Calais i Dunkierką przeprowadza gruntowne poszukiwania śladów barona oraz osób, które mogły by coś na jego temat wiedzieć.

Intryga kryminalna została zaplanowana całkiem nieźle i choć dość szybko można się domyśleć, co tak naprawdę wydarzyło się nad wodami kanału La Manche, to pełne jej rozwiązanie zaskakuje. Jest to ten rodzaj zagadki, w której trudno samemu wyciągnąć wnioski, gdyż autor nie dał czytelnikowi wystarczających przesłanek, które pomogłyby w dedukcji. Kluczowym okazały się wyniki analiz przeprowadzonych przez Mac Grady’ego, a je poznajemy dopiero na samym końcu. Co więcej, nie dostajemy nawet informacji, jakie dokładnie dokumenty studiował detektyw, więc obraz wydarzeń, jakie miały miejsce i ich przyczyn pozostaje zaciemniony bardzo długo.

Książkę czyta się całkiem nieźle, choć brakuje jej tej przyjemnej płynności języka, która nie pozwala odłożyć lektury na bok. Nieco też rażące są zawarte w niej błędy językowe, takie jak „dzień dzisiejszy”, czy „poddawanie w wątpliwość”. Na szczęście te błędy nie są nagminne, choć dla purysty językowego będą znaczące i mogą irytować.

„Tajemnica kanału La Manche” to całkiem udany, interesujący kryminał, którego akcja rozgrywa się w latach dwudziestych ubiegłego wieku. To ciekawie wykreowane postacie, które są wystarczająco charakterystyczne, nie będąc przy tym  przerysowanymi, czy odrealnionymi. To również spory ukłon w stronę początków lotnictwa, gdyż samoloty mają w tej książce niejedną rolę do odegrania.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.


czwartek, 15 października 2020

Grzechy Imperium


Autor: Brian McClellan

Tytuł oryginału: Sins of Empire

Cykl: Bogowie krwi i prochu. Tom 1

Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski

Wydawnictwo: Fabryka Słów


Gdy sięgałam po pierwszy tom nowej trylogii Briana McClellana w pamięci miałam bardzo dobre wspomnienia z lektury „Trylogii magów prochowych”. Nieco inne spojrzenie na magię, szczęk oręża i zapach prochu towarzyszące epickim bitwom, to była najbardziej emblematyczna zaleta cyklu. Całość wzbogacona o interesujących bohaterów budziła apetyt na więcej. Sięgając po „Grzechy imperium” spodziewałam się opowieści podobnej klimatem i rozmachem. I nie zawiodłam się, choć nie ukrywam, że pierwszy tom „Bogów krwi i prochu” nieco mnie zaskoczył.

Opowieść osadzona jest na Fantraście – kontynencie odległym od znanego z „Trylogii magów prochowych” Ardo, będącym kolonialnym przyczółkiem. Niepokorni tubylcy – Palo z problemami dogadują się z napływową ludnością, która z nowych ziem próbuje wycisnąć jak najwięcej. Akcja rozgrywa się dziesięć lat po wydarzeniach jakie miały miejsce w pierwszej trylogii, której bohaterowie zapisali się w pamięci ludzi jako osoby nietuzinkowe i godne szacunku.

Na pierwszym planie powieści umiejscowiono troje bohaterów. Pierwszym z nich jest Michel Bravis – urzędnik Czarnych kapeluszy - tajnej policji Landfall, będącym głównym miastem Fantrasty. Drugim z bohaterów jest Benjamin Styke, weteran wojen z Kezem, dowódca legendarnych Szalonych Lansjerów, którego po raz pierwszy spotykamy w obozie pracy, gdzie odsiaduje wyrok za niesubordynację. Ostatnią z pierwszoplanowych postaci, jest poznana już w poprzednim cyklu Vlora, dowodząca Strzelcami Wyborowymi – elitarną jednostką najemników.

Tym, co mnie najbardziej zaskoczyło w lekturze są liczne nawiązania do poprzedniej trylogii. Na tyle częste, że zaczęłam żałować, że tak słabo ją pamiętam. Zwłaszcza często wspominany jest Taniel Dwa Strzały oraz kulminacyjna scena „Trylogii Magów Prochowych”. To sprawia, że dobrze jest przed sięgnięciem po „Grzechy imperium” być zaznajomionym z pierwszym spotkaniem w świecie, w jakim spotkać można magów prochowych. Nie jest to jednak niezbędne, gdyż nawiązania są dość precyzyjne i wiele sytuacji wyjaśnia się dość wcześnie, by nie odczuwać zagubienia w rozgrywających się wątkach.

W powieści przeplata się kilka wątków silnie osadzonych wokół głównych bohaterów. Z jednej strony mamy Michela Bravisa, który w działaniach by awansować na Złotą różę – kolejny poziom w hierarchii Czarnych Kapeluszy wplątuje się w misję, która zdaje się go przerastać. Podobnie Benjamin Styke, po przedwczesnym opuszczeniu obozu pracy, dostaje enigmatyczne zadanie od tajemniczego zleceniodawcy, dzięki któremu udało mu się wyjść z obozu. Również Vlora przyjmująca kolejne zlecenie od rządzącej imperium Lindet nie spodziewa się, w jak poważny konflikt się wplątała. Wszystkie wątki przeplatają się przez całą powieść, by w końcu znaleźć wspólne rozwiązanie w zakończeniu powieści.

„Grzechy imperium” czyta się bardzo dobrze, ta grubo ponad siedmiuset stronicowa książka kończy się zaskakująco szybko. Spora w tym zasługa wartkiej akcji i dobrze wykreowanych bohaterów, którym z przyjemnością towarzyszy się przez każdy rozdział. Nie ma tu wątków znacząco słabszych i losy całej trójki śledzi się ze sporym zainteresowaniem. Język Briana McClellana jest przystępny, ale też bogaty i niezwykle sugestywny, idealnie sprawdza się w opisywaniu szybko rozgrywających się wydarzeń.

Pierwsza część „Bogów krwi i prochu” to bardzo dobry wstęp do kolejnego epickiego cyklu fantasy, osadzonego w interesującym świecie wykreowanym przez Briana McClellana. Interesujący bohaterowie, wielka polityka i równie wielkie bitwy, to coś czego nie brakuje w „Grzechach imperium”. Wartka akcja z niewielką ilością  niedopowiedzeń, które intrygują przyciągają uwagę czytelnika, na tyle dobrze, że od książki niezwykle ciężko się oderwać.

niedziela, 11 października 2020

Grzybownik

 


Grzybownik

Autor: Justyn Kołek, Ewa Furtak

Wydawnictwo: Pascal

Rok wydania: 2019


Jako wielka grzyboentuzjatka z ogromną ochotą sięgnęłam po stosunkowo świeżo wydaną pozycję jaką jest „Grzybownik”, który ukazał się nakładem wydawnictwa Pascal. To z jednej strony poradnik, z drugiej przewodnik po najpopularniejszych gatunkach grzybów z dołączoną mapą Polski, gdzie zaznaczono najbardziej grzybowe miejsca w kraju. Lektura okazała się całkiem przyjemna, choć do pełni zadowolenia nieco mi zabrakło.

Przede wszystkim książka jest mieszanką wielu różnych rzeczy. Jest w niej część poradnikowa, zawierająca ogólne wskazówki dotyczące sukcesów na grzybobraniu. Jest fragment poświęcony biologii grzybów, w którym podkreślono te ich aspekty, które mają znaczenie przy wyprawach po okazy. Jest niewielki fragment zawierający kilka prostych przepisów kulinarnych z pomysłami jak wykorzystać zbiory. Znajdziemy tu również część atlasową, która stanowi nieco ponad połowę książki a zawierającą jedynie około setki gatunków spotykanych u nas w kraju.

Jeśli chodzi o pierwszą, nieatlasową część książki to sporą niedogodnością jest w niej brak podpisów do załączonych zdjęć. Tym bardziej, że znajdziemy ich tam mnóstwo, są to fotografie całych koszy z mieszaną gatunkowo zawartością, ale też pojedynczych okazów i gatunków. Jakości zdjęć nie sposób zbyt wiele zarzucić, jednak brak podpisów jest już znacznie większym mankamentem, niespodziewanym wręcz brakiem. Załączona mapka jest raczej ciekawostką, wymieniono na niej około pięćdziesięciu lokalizacji znanych z „grzybowych” lasów. Nie wiem, czy to kwestia każdego egzemplarza, ale w moim irytującym było, że po pierwsze mapa jest na trwałe wklejona w książkę (dość nieestetycznie zresztą), po drugie jest wklejona do góry nogami.

Zupełnie inaczej ma się sytuacja z częścią atlasową, tu zdjęcia są właściwie opisane i każdy gatunek ma jedną fotografię z natury. Wyjątkowo więcej zdjęć ma muchomor zielonawy z uwagi na to, że jest najniebezpieczniejszym grzybem wielkoowocnikowym, jaki możemy spotkać w naszych lasach. Każdy grzyb został oznaczony na podstawie przydatności do spożycia, nie tylko odpowiednim piktogramem, ale i kolorem marginesów strony, tak że od razu mamy jasność czy przedstawiony gatunek nadaje się do jedzenia. Ograniczenie ilości przedstawionych gatunków do mniej więcej setki nie jest złym pomysłem, zwłaszcza, że książka skupia się na tych najczęstszych i najbardziej charakterystycznych, nie zagłębiając się w meandry dokładnego oznaczania zbliżonych wyglądem grzybów. Jest ich jednak mniej więcej o połowę mniej niż w powszechnie dostępnych atlasach grzybów i niektórych gatunków faktycznie brakuje.

Jeśli chodzi o merytoryczną wartość „Grzybownika” to jest całkiem nieźle. Napisana przez grzyboznawcę oraz klasyfikatora grzybów (oba tytuły wymagają zdania odpowiedniego egzaminu) książka budzi zaufanie czytelnika. Znalazłam tu jednak kilka nieścisłości, między innymi dotyczących zastosowania borowika ponurego, czy czernidłaka kołpakowatego. Nie ma ich zbyt wiele, jednak każda taka niedokładność automatycznie powoduje zdystansowanie się do przedstawionej treści.

„Grzybownik” czyta się całkiem nieźle, co nie dziwi, biorąc pod uwagę, że autorka zajmuje się dziennikarstwem. Zwłaszcza w części poradnikowej znać całkiem lekkie pióro i umiejętność operowania słowem. Część atlasowa, siłą rzeczy skupia się na opisach grzybów, a te są dość schematyczne i nie ma w nich miejsca na lingwistyczną finezję, gdyż mogłaby na tym ucierpieć prostota i rzeczowość jasnego przekazu. 

Dla miłośników grzybów, zwłaszcza tych niezbyt zaawansowanych, nie popierających wiedzy praktycznej wiedzą teoretyczną jest to całkiem niezła pozycja. Skupiona na nie zbyt wielkiej ilości gatunków, jakie można znaleźć i zbierać w Polsce nie rozdrabnia się w dokładnym oznaczaniu. Jest to wszak tylko (i aż) przewodnik a nie pełny atlas. Niewielki poręczny format sprawia, że spokojnie można zabrać „Grzybownik” ze sobą do lasu i warto się w niego zaopatrzyć przed kolejnym grzybobraniem.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

środa, 7 października 2020

Koniec świata w Makowicach

 


Autor: Jan Mazur
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Rok wydania: 2019

Sięgając po najnowszy komiks Jana Mazura zatytułowany „Koniec świata w Makowicach” nie miałam pojęcia czego się spodziewać. Szybki przegląd biografii i bibliografii, uświadomił mi, że jest to już doświadczony twórca, z wieloma nagrodami na koncie, a album, po który mam zamiar sięgnąć jest jego czwartym pełnoformatowym dziełem.

„Koniec świata w Makowicach” to opowieść o armagedonie i życiu po nim. Ale nie z perspektywy wielkiego miasta, a z puntu widzenia niewielkiej miejscowości gdzieś na wschodnich kresach kraju. Miejsce zawsze mocno odcięte od szeroko pojętego świata, takim zostaje również w obliczu zagłady jaka nastąpiła. Mieszkańcy radzą sobie najlepiej jak umieją, nie odrywając się od swoich codziennych zajęć, czy jest to praca na roli, czy picie piwa pod sklepem. To obraz świata, który zawsze jest i zawsze był gdzieś na uboczu cywilizacji, co sprawia, że wszelkie burze druzgoczące cywilizowany świat przechodzą bokiem.

Jednak kwestia społeczna i przedstawienie niewielkiej wiejskiej społeczności jest tylko jedną z poruszonych w komiksie spraw. „Koniec świata w Makowicach” to również opowieść o rodzinie i tym, jak trudne czasem bywa bycie razem z rodziną. To także opowieść o rewolucji, o wykorzystaniu okazji, by wyrwać się z okowów znanego, niedoskonałego świata, by spróbować wykreować go zgodnie z własną wizją. Z czego oczywiście wynikają kolejne problemy, gdy okazuje się, że burzyć jest łatwo, ale budować w myśl spójnej wizji zjednoczonej grupy jest już znacznie ciężej. To w końcu opowieść o ludzkim egoizmie i solidarności oraz o tym, jak czasem łatwo można zmienić jedno w drugie i jak niewiele trzeba, by takiej zamiany dokonać.

Nie znajdziemy tu infantylnego moralizatorstwa, gdyż autor nie krytykuje zachowań swoich bohaterów, nie potępia ich. Zostają przedstawieni z całym swoim bagażem słabości, z którymi czasem radzą sobie lepiej, czasem gorzej. Nawet jeśli jednak nie radzą sobie z nimi w ogóle i przez całą opowieść pozostają tacy sami, nie pada pod ich adresem bezpośrednia krytyka. Toksyczne relacje z rodziną, upadek ideałów, czy walka z własnym egoizmem, to tylko niektóre ze słabości, z jakimi mierzą się wykreowane przez Jana Mazura postacie.

Graficznie „Koniec świata w Makowicach” nie zachwyca. To bardzo proste, schematyczne, złożone z kilku kresek rysunki, którym daleko do plastycznego kreowania świata. To bardziej symbolika prostych obrazów, na których za pomocą minimalistycznej kreski oddane zostały emocje bohaterów. To w końcu całkiem sporo obrazków pozbawionych jakiegokolwiek tekstu, co w połączeniu z bardzo skromną oprawą graficzną, wymaga sporej wyobraźni, by zrozumieć co tak naprawdę autor pragnął przekazać.

Językowo komiks jest równie oszczędny, co graficznie. Tekstu nie ma w nim zbyt wiele a użyte w dialogach zdania są proste, co idealnie pasuje do bohaterów opowieści, będących prostymi ludźmi. Nie znajdziemy tu erudycyjnych popisów, ani kwiecistych metafor, zamiast tego jest minimalizm w środkach służący podkreśleniu znaczenia przekazywanej treści.

„Koniec świata w Makowicach” to całkiem udany, minimalistyczny w formie komiks poruszający wiele ważnych tematów i stawiający pytania, na które nie daje odpowiedzi wprost. To bardzo prowincjonalna opowieść, o ludziach zawsze mieszkających i bytujących gdzieś na pograniczach cywilizacji, którzy nawet jeśli korzystają z nowoczesnych technologii, to mentalnie zawsze pozostają poza granicami wielkiego świata. To w końcu całkiem przyjemna lektura, pozostawiająca po sobie pytania i zmuszająca, by zastanowić się, jakiej można udzielić na nie odpowiedzi.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.


niedziela, 4 października 2020

Podsumowanie września

Kolejny miesiąc się skończył, przyszła więc pora na podsumowanie, co tam też wpadło na moją półkę: "Przeczytane" w tym miesiącu. Gatunkowo było różnorodnie, ale prawie w całości są to recenzentki. Pociesza myśl, że sporą ich część miałam w bliższych lub dalszych planach. A tak, o trafiła się okazja. W sumie siedem książek, więc nie najgorzej. Stron też całkiem sporo. Na zdjęciu wygląda to tak.


Jestem leworęczny i co mi zrobisz? Michel Piquemal, Jacquez Azam Ta książka mnie zaintrygowała, gdy mi mignęła gdzieś na fanpage'u wydawnictwa. To książka dla młodych mańkutów, ale nie tylko. Dla rodziców dzieci leworęcznych i tych praworęcznych również. Bardzo przyjemna i świetna dla młodego czytelnika.

30 znikających trampolin Dorota Kassjanowicz Książka eksperyment językowy przeznaczony dla młodego czytelnika. To przedstawienie jednego, nieco absurdalnego, wydarzenia na trzydzieści możliwych sposobów.

O hultajach, wiedźmach i wszetecznicach. Szkice obyczajów XVII i XVIII wieku Bohdan Baranowski Do tej książki, jak i do poprzednio wznowionych przez Replikę tytułów tego autora przymierzałam się od jakiegoś czasu. Okazja się trafiła i już wiem, że pewnie sięgnę też po poprzednie tomy.

Krystyna i chłopy Magdalena Samozwaniec Jedyna nierecenzentka w stosie, wzięta jako coś szybkiego zanim znów pogrążę się w zamówionych książkach. Rzecz przyjemna, zabawna, typowa dla autorki.

Starsza pani znika Ethel Lina White Ta książka też chodziła za mną od czasu premiery, nie wiem, czy bym ją sobie kupiła, wiem natomiast, że zostanie u mnie, gdyż nie zawiodłam się na lekturze.

Śląski kopciuszek Gabriela Anna Kańtor Autorka przyzwyczaiła mnie do śląskich opowieści historycznych silnie opartych na faktach. Taka jest również ta książka, niesamowita historia, w którą trudno wręcz uwierzyć. Napisana równie przyjemnie, co Ławeczka księżnej Daisy, którą czytałam jakiś czas temu.

Krew Imperium Brian McClellan to będące w moich planach zwieńczenie trylogii Bogów krwi i prochu. Jest to dokładnie taka książka jakiej można się spodziewać i z przyjemnością wróciłam do tego świata.


Jak wspominałam, bardzo dobry wynik to nie jest, ale do złego też mu daleko. Oby październik był lepszy.

wtorek, 29 września 2020

Zbrodnie robali



Autor: Amy Stewart
Tytuł oryginału: Wicked bugs
Tłumaczenie: Dariusz Wójtowicz
Ilustracje: Briony Morrow-Cribbes
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2011

Sięgając po „Zbrodnie robali” Amy Stewart spodziewałam się interesującej książki pełnej entomologicznych ciekawostek mocno osadzonych w historii. To samo sugerował też podtytuł polskiego wydania książki, głoszący z okładki: „Wesz, która pokonała armię Napoleona i inne diaboliczne insekty”. Oczekiwałam publikacji, w której zbrodnie będą mocno doprecyzowane zarówno względem czasu, jak i miejsca oraz gatunku. „Zbrodnie robali” niezupełnie spełniły moje oczekiwania, zwłaszcza jeśli chodzi o historyczny aspekt prezentowanych owadów i innych bezkręgowców.

Książka skupia się na owadach, ale nie tylko. Jej bohaterami są również pareczniki, pajęczaki, skorupiaki a także pierścienice, płazińce i obleńce. Stąd też taki dość ogólnikowy tytuł i określenie ich grupy zbiorczo jako robale. Określenie jest nieprecyzyjne, ale w dostateczny sposób nazywa tak szeroką i zróżnicowaną grupę, jaką Amy Stewart opisała w swojej książce. Tak rozległy zbiór zwierząt skutkuje rzecz jasna całkiem pokaźną liczbą bohaterów, czy trzymając się konwencji autorki, zbrodniarzy.

Skoro są i sprawcy, to muszą być też zbrodnie. Te są różne, z grubsza zebrane w kilku dziedzinach. Mamy więc, robale przerażające, obrzydliwe, niszczące, czy takie które żyją naszym kosztem. Nieco mnie zirytował tak silny antropocentryzm w przedstawianiu bohaterów. Robale zostały zaprezentowane ściśle z ludzkiej perspektywy i na przykład ich niesamowite zwyczaje rozrodcze, będące skutkiem pokrętnych ścieżek ewolucji, zostały sprowadzone do banalnego: „obrzydliwe” lub „przerażające”. Cała więc niezwykłość występująca w przyrodzie zawężona została do tego, czy jest ładna, lub nie. Znacznie silniej jest to podkreślone wśród zwierząt uznanych za niszczące, czy mordercze – tu znów skupiono się na tym jakie szkody powodują ludziom w ich uprawach, hodowlach i zdrowiu.

Z powyższego wynika kolejny denerwujący brak. W książce tak silnie skupionej na człowieku, zabrakło zupełnie miejsca na rolę tytułowych robali w środowisku. Wspominana jest walka pestycydami celem zniszczenia zagrożenia, bez wzmianki, jak silny wpływ ma to na cały ekosystem. Zupełnie zabrakło pewnego balansu, z którego wynikałoby, że nawet najpotworniejsze (korzystając z książkowych określeń) szkodniki, mają w ekosystemie swoją rolę do odegrania. I o ile w świecie silnie zurbanizowanym ich rola często bywa niszcząca, o tyle założenie, że całkowita eksterminacja gatunku może rozwiązać problem, jest bardzo kontrowersyjne.

Jednak tym, co mnie najbardziej rozczarowało w tej książce jest jej oderwanie od historii. Wprawdzie czasem pojawiają się wzmianki historyczne – jak choćby w opowieści o wszach, to w moim odczuciu jest ich zdecydowanie za mało i są zbyt ogólnikowe. Spodziewałam się przytoczenia autentycznych wydarzeń znanych z historii światowej, w których swoją rolę odegrały owady i inne robale. Tego było niestety mało, a i większość opowieści osadzona jest w historii Stanów Zjednoczonych, co stanowi jedynie niewielki urywek historii światowej.

„Zbrodnie robali” to mimo wszystko całkiem ciekawa książka. Znajdziemy tu naprawdę sporo ciekawostek, bardzo dużo informacji, często niezwykłych, dotyczących cyklów życia różnych niewielkich organizmów. To krótki przegląd niewielkiej fauny (głównie tej amerykańskiej), z którą wielu ludzi musi borykać się na co dzień. To opis ich wpływu na życie i działalność człowieka, który nie zawsze jest oczywisty.

Książkę Amy Stewart czyta się całkiem dobrze. Autorka posługuje się stosunkowo prostym w odbiorze językiem, nieprzesadnie naszpikowanym naukowym słownictwem. I choć ono również się w niej pojawia, to najczęściej z dokładnym wyjaśnieniem, co znaczą użyte terminy. To również odpowiednio budowane napięcie, dzięki któremu książka jest interesująca, temu z pewnością służy również jej mocno medialny tytuł, sugerujący sensacyjne wiadomości z frontu pomiędzy człowiekiem a robalami.

„Zbrodnie robali” nie są złą książką. Na moich niezbyt entuzjastycznych wrażeniach z pewnością odbiło się rozczarowanie odnośnie tego, czym ta książka jest. Nie mogę też pominąć świetnych ilustracji, jakich całkiem sporo znajdziemy w książce. Czarno białe szkice bohaterów książki są bardzo realistyczne i pomagają w wyobrażeniu sobie zbrodniarzy o jakich wspomniano. Pod względem merytorycznym rażących błędów brakuje, ale ani nie jestem biologiem, ani znawcą stawonogów i robaków, by to w pełni ocenić. Tak czy inaczej, polecam tę książkę, każdemu kto lubi przyrodnicze ciekawostki, gdyż jest to coś przy czym z pewnością nie będzie się nudził.


piątek, 25 września 2020

Rouletabille u cara


Autor: Gaston Lecroux

Tytuł oryginału: Rouletabille chez le Tsar

Tłumaczenie: Oparto na wydaniu przedwojennym

Seria: Joseph Rouletabille. Tom III

Cykl: Klasyka francuskiego kryminału

Wydawnictwo: Wydawnictwo CM

Rok wydania: 2019

Wspominając dobrze mój pierwszy kontakt z serią „Klasyki francuskiego kryminału” wydawaną przez oficynę CM, z wielką przyjemnością sięgnęłam po koleją książkę z cyklu. Tym razem wybór padł na powieść Gastona Lecroux’a, którego „Upiór z opery” dzięki musicalowej adaptacji Andrew Lloyda Webera zapisał się mocnym akcentem w kulturze XX wieku. Książka „Rouletabille u cara” to dla mnie pierwszy kontakt z twórczością autora oraz z samą postacią redaktora-detektywa nazwiskiem Rouletabille.

Główny bohater to młody człowiek, który na zaproszenie cara przyjeżdża do Petersburga, by pomóc chronić życie generała Triebasowa, po tym jak nihiliści wydali na niego wyrok śmierci. Generał będąc gubernatorem Moskwy dostał zadanie stłumienia buntujących się studentów, czego skutkiem były masowe egzekucje i zwózki w głąb Syberii. Z drugiej strony Fiodor Fiodorowicz, to dobry mąż i wzorowy ojciec i taki jego obraz poznajemy oczami Roulettabille’a. Redaktor detektyw podejmując się trudnego zadania wyjaśnienia szczegółów zamachów oraz uniknięcie kolejnych nie spodziewał się z czym przyjdzie mu się mierzyć.

Opowieść Gastona Lecrouxa to w znacznej mierze bardzo ciekawy obraz Rosji w przededniu rewolucji. To z jednej strony wystawne przyjęcia i ludzie, zdawać by się mogło kulturalni, z drugiej zaś kult siły i władza mocniejszego. Carskie rozkazy spełniane są bez żadnych dyskusji, a życie ludzkie, przynajmniej tych, którzy myślą inaczej, nie jest zbyt wiele warte. Dla młodego Francuza wizyta w Petersburgu to wyprawa wręcz egzotyczna, gdzie dzikość Rosjan miesza się z ich pozornym ucywilizowaniem. W powieści kontrast robi silne wrażenie i niektóre sceny zaskakują nie tylko bohatera, ale i czytelników.

„Rouletabille u cara” to w sporej części kryminał, w nieco mniejszej zaś zarówno powieść szpiegowska, jaki sensacyjna. O ile początek historii nosi w sobie znamiona typowej, klasycznej intrygi kryminalnej, o tyle dość szybko fabuła zmierza coraz bliżej w stronę opowieści szpiegowskiej, by w końcu narzucić czytelnikowi galopujące tempo sensacji. To pomieszanie gatunkowe może być nieco męczące i odniosłam wrażenie, że pomysł na intrygę w pewnym momencie zaczął się rozmywać, dlatego trzeba było ratować sytuację w każdy możliwy sposób. Co nie zmienia faktu, że kompozycję powieści ciężko nazwać złą, spodziewałam się po prostu nieco innej, bardziej czystej gatunkowo książki.

Utwór Gastona Lecroux czyta się bardzo dobrze. Wprawdzie momentami można się nieco zagubić w dygresjach i opowieściach przedstawionych Rosjan, to jednak wciąż bez większych problemów śledzi się linię fabularną. Użyte słownictwo jest bogate i zawiera w sobie sporo słów typowych dla kultury rosyjskiej, jednak ich znaczenia bez problemu można się domyśleć z kontekstu w jakim zostały użyte. Stylistyka zdań nadaje powieści dobre tempo, czasami może nawet zbyt szybkie.

„Rouletabille u cara” to ciekawa pozycja, obowiązkowa nie tylko dla miłośników kryminałów – gdyż jest dość wczesnym przedstawicielem gatunku, ale również wszystkim miłośnikom carskiej Rosji. Kryminalna intryga ma sens i dobrze została rozplanowana, choć jej rozwiązanie zdaje się nieco dłużyć, przechodząc czasem w szereg gwałtownych wydarzeń. Lektura powieści budzi apetyt na więcej, a postać reportera-detektywa jest na tyle ciekawa, że z chęcią poznam więcej jego przygód., czego niestety nie ułatwiają polscy wydawcy.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

niedziela, 20 września 2020

W czym grzyby są lepsze od Ciebie?



Autor: Marta Wrzosek, Karolina Głowacka

Wydawnictwo: Feeria science

Rok wydania: 2019

Gdy tylko zobaczyłam zapowiedź książki „W czym grzyby są lepsze od Ciebie?” wiedziałam, że prędzej czy później trafi ona do mojej biblioteczki oraz że raczej nie będzie zbyt długo oczekiwać aż po nią sięgnę. Biorąc do ręki książkę autorstwa Marty Wrzosek i Karoliny Głowackiej zupełnie nie miałam pojęcia z jaką publikacją będę mieć do czynienia. Bo, że będzie to zbiór ciekawostek o grzybach, było pewne, ale zaskoczyła mnie jej forma.

Jest to książka – wywiad, w której kolejne informacje przekazywane są w formie rozmowy. Marta Wrzosek będąca mykologiem na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego zdradza tajemnice grzybów opowiadając o nich dziennikarce Karolinie Głowackiej. Taką formę czyta się bardzo dobrze, choć jeśli chodzi o systematyczne przekazanie wiedzy jest już nieco gorzej. Z drugiej strony z założenia nie jest to książka akademicka a zbiór ciekawostek dla laików i w tej roli „W czym grzyby są lepsze od ciebie?” w takiej kompozycji sprawdzają się idealnie.

W książce znajdziemy mnóstwo ciekawostek. Dowiemy się o niesamowitych cyklach życiowych grzybów oraz o ich zdolnościach adaptacyjnych i przetrwalnych. Do informacji, które robią największe wrażenie, z pewnością zaliczyć można ich rozmiar, który potrafi być imponujący, bądź wymyślne strategie odżywiania, a przynajmniej uzupełnienia diety. Kolejnym krokiem jest zastosowanie grzybów na różnych polach, z których kulinaria są marginalne. Grzyby wykorzystywane jako producenci leków oraz żywności, to rzecz dość oczywista, ale zastosowanie ich w produkcji mebli i recyklingu brzmią już nieco jak fantastyka naukowa.

O ile trudno powątpiewać w braki wiedzy osobę zawodowo zajmującą się grzybami, o tyle w pewnym miejscu natrafiłam na bardzo rażące uproszczenie. Gdy Marta Wrzosek z opowiadania o grzybach mikroskopowych, które są niezwykle ciekawe i niesamowite, przeszła w tak przyziemną sprawę jak zastosowanie grzybów wielkoowocnikowych, to odniosłam wrażenie, że temat został potraktowany nieco po macoszemu. Bo jak inaczej można zinterpretować zdanie: „Po pierwsze, trzeba unikać muchomorów”? I zdaję sobie sprawę, że jest to uproszczenie, z drugiej strony jest to zdanie błędne, o czym zaświadczyć mogą grzybiarze i smakosze. O ile można pominąć jednego z najsmaczniejszych grzybów – muchomora cesarskiego, który u nas praktycznie nie występuje, o tyle takie zdyskredytowanie niezmiernie pospolitego i bardzo smacznego muchomora czerwonawego, dla każdego prawdziwego grzybiarza brzmi skandalicznie.

Książkę czyta się bardzo dobrze i płynnie, a liczne zawarte w niej ilustracje prezentują omawiane zagadnienia. Są to zarówno zdjęcia, jak i obrazy mikroskopowe i ryciny. Warstwa językowa jest całkiem przyjemna i łatwa w odbiorze. O ile nawet pojawia się ściśle naukowe słownictwo, to jego znaczenie od razu jest wyjaśniane, dzięki czemu nie jest przytłaczające. Autorki skupiły się na tym, by ciekawostki przekazać w możliwie najprostszy sposób, tak by nawet osoba będąca zupełnie zielona w temacie biologii grzybów, nie miała z nimi najmniejszego problemu.

„W czym grzyby są lepsze od ciebie?” to bardzo dobra książka popularno-naukowa. Wzbogacona o całkiem przyzwoitą bibliografię, pozwala spojrzeć na grzyby ze znacznie szerszej perspektywy niż tylko poprzez kupowane w sklepach pieczarki, czy drożdże oraz produkty oparte na ich działaniu. Zastosowane uproszczenie jest irytująca, zwłaszcza jeśli ktoś jest miłośnikiem muchomorów, ale nie mogę powiedzieć, by w pełni ją zdyskredytowała. Znajdziemy tu bardzo dużo interesujących informacji podanych w bardzo przystępny sposób, co sprawia, że idealnie sprawdza się przy wprowadzaniu laików w tematykę i zaszczepienia w nich ciekawości, by ją zgłębić.

środa, 16 września 2020

Odkłamać Żarnowiec



Autor: Jerzy Lipka

Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza

Rok wydania: 2019

Sięgając po książkę dotyczącą jedynej polskiej inwestycji w elektrownię atomową, nie miałam najmniejszego pojęcia, czego się spodziewać. Temat był dla mnie o tyle interesujący, że do samego Żarnowca mam całkiem blisko, a i zła opinia jaką w społeczeństwie posiada energetyka atomowa, jest dla mnie zaprzeczeniem logicznego myślenia. O samej elektrowni wiedziałam niewiele, gdyż w momencie likwidacji inwestycji byłam po prostu zbyt młoda by cokolwiek pamiętać. Z tym większą ciekawością postanowiłam dowiedzieć się, jak to z tym Żarnowcem i pierwszą (niedoszłą) polską elektrownią atomową było.

Jerzy Lipka patrzy na temat elektrowni w Żarnowcu z wielu perspektyw. Analizuję sytuację zarówno w kontekście bezpieczeństwa energetycznego, zdrowotnym, czy ekologicznym. Autor przygląda się wnikliwie nie tylko decyzjom stojącym zarówno za ruszeniem prac nad budową elektrowni, jak i nad ich wstrzymaniem. Biorąc pod uwagę wszelkie interesy, jakie miały miejsce stara się znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego tak przyszłościowa inwestycja, zapewniająca w jakimś stopniu bezpieczeństwo energetyczne w północnej Polsce, została rozwiązana, bez oglądania się na już poniesione koszty. W książce dość wyraźnie wskazano winnych, a straty zarówno ekonomiczne, jak i społeczne i zdrowotne są nie do odrobienia. Jednak książka nie skupia się jedynie wokół niezrealizowanej inwestycji w Żarnowcu, pojawia się w niej całkiem poważny głos, co dalej możemy zrobić, by zapewnić większą stabilność energetyczną w całym kraju.

Kolejną zaletą książki Jerzego Lipki jest przytoczenie wywiadów z ludźmi mniej lub bardziej związanymi z pracami w elektrowni w Żarnowcu. Znajdziemy tu zarówno rozmowy z ekspertami i naukowcami, ale też z prostym robotnikiem, mieszkańcem jednej z okolicznych wiosek, dla którego praca przy budowie elektrowni atomowej stanowiła sporą część zawodowej kariery.

Tym, co od razu rzuciło mi się w oczy, co dość niekorzystnie wpływa na moją ocenę tej publikacji, to jej dość luźne oparcie w źródłach. Gdy przytoczone zostają wypowiedzi poszczególnych osób, pojawiają się odnośniki, kiedy i w jakich okolicznościach te wypowiedzi padły. Gorzej wygląda sytuacja w przypadku powoływania się na bliżej nieokreślone statystyki. Gdy pada informacja o wzroście zachorowań na choroby układu oddechowego, nie jest to poparte żadnym źródłem. Analogicznie wszystkie wyliczenia, przy których zabrakło konkretnych odnośników do analiz i raportów. Wprawdzie w książce wspomina się raporty różnych komisji, ale wciąż nie pozostają one przyzwoicie oźródłowane.

Kolejnym mankamentem jest pewien chaos panujący w książce. W trakcie lektury odniosłam wrażenie, że publikacja jako całość nie została w pełni przemyślana. Wiele tematów powtarza się kilkukrotnie, a rozdziały opisane jedynie numerami, bez opisów, jakiej części dotyczą, stają się po części miejscem poruszenia wszelkich możliwych zagadnień. Zabrakło tu pełnoprawnego konspektu pracy, nadającej jej jasny i logiczny sens.

Książkę czyta się całkiem nieźle. Jerzy Lipka posługuje się przystępnym językiem i stara się w jak najprostszy sposób wyjaśnić zawiłości techniczne elektrowni atomowej. Tym co jest zaletą książki, to fakt, że autor wytacza poważne, rzeczowe argumenty i wyjaśnia je w możliwie zrozumiały sposób, nie popadając przy tym w nadmierne uproszczenia i przekłamania.

„Odkłamać Żarnowiec” Jerzego Lipki to bardzo interesująca publikacja. Pomimo wad, zawiera w sobie sporo treści, tym cenniejszej, że niepopularnej w świecie promującym źle pojętą ochronę środowiska. To dość obszerna analiza przyczyn i skutków zrezygnowania z inwestycji w elektrownię atomową. I choć nie można jej w pełni nazwać publikacją naukową, czy nawet popularnonaukową, przeszkadzają w tym wymienione wyżej wady, to wciąż pozostaje to dość ważny głos w sprawie zapotrzebowania na energię w kraju.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

sobota, 12 września 2020

Salamandra

 

Autor: Stefan Grabiński

Wydawnictwo: CM Klasyka

Seria: Polska fantastyka

Rok wydania: 2019


Sięgając w krótkim czasie, po kolejną powieść Stefana Grabińskiego miałam już jakieś pojęcie o tym, czego mogę się spodziewać. Lektura „Wyspy Itongo” dobrze przygotowała mnie na kwiecisty styl autora oraz na jego nakierowanie na wątki nadprzyrodzone. „Salamandra” to książka o tyle ciekawa, że gdyby powstała dzisiaj, z pewnością zostałaby zaliczona do nurtu urban fantasy. Ponieważ swą premierę miała w latach dwudziestych dwudziestego wieku, znalazła się wśród książek, które kształtowały i nadawały początek polskiej fantastyce.

Fabuła książki skupia się wokół postaci Jerzego, młodego przystojnego mężczyzny, który planuje w najbliższym czasie się ożenić. Będący jednocześnie narratorem Jur (jak zwie go narzeczona) opisuje szereg niepojętych zdarzeń, jakie spotkał na swojej drodze. W dość nietypowych okolicznościach poznaje on Kamę – ognistowłosą i namiętną kobietę, która zaplanowała sobie uwiedzenie Jerzego. Równie tajemniczą otoczkę miało spotkanie bohatera z Wieruszem, człowiekiem pozornie tylko mniej tajemniczym niż namiętna Kama. Losy całej trójki splatają się by osiągnąć apogeum, a Jerzy z czasem traci orientację między tym, co realne, a tym nierzeczywistym.

„Salamandra” to powieść z lat dwudziestych i w trakcie lektury jest to wyraźnie odczuwalne. Były to czasy, gdy nauka mieszała się z ciągotami w stronę magii, w których tę drugą starano się okiełznać w teoretycznych wyjaśnieniach. Ponieważ język nauki coraz bardziej oddalał się od zwyczajnego człowieka, a przedmioty badań częstokroć wydawały się abstrakcyjne, wielu ludzi skłaniało się ku prostszym – nadprzyrodzonym zjawiskom. Ponadto magia, była zwyczajnie modna. Książka napisana jest z pełną powagą, na próżno szukać tu zmyślnej satyry, jak u Oscara Wilde’a w jego „Zbrodni lorda Artura Saville”. W powieści Grabińskiego magia jest czymś jak najbardziej realnym i zagrażającym poszczególnym ludziom, którzy nawet jeśli początkowo są mocno sceptyczni, muszą uznać jej prawdziwość.

W książce pojawiają się również wątpliwości i to z gatunku takich, które burzą zupełnie wizję narratora, podając w wątpliwość, czy to co przeżył faktycznie miało miejsce. Zakończenie wyraźnie sugeruje, że Jerzy gubi się w tym, co tak naprawdę się wydarzyło i czy spotkane przez niego osoby faktycznie istniały. Z drugiej strony wydarzenia, jakie się rozegrały, mają dość konkretne i realne skutki, wzbudzając tym większy mętlik w głowie bohatera.

Książkę czyta się dobrze. Jest napisana niezwykle kwiecistym językiem, pełnym przestarzałych już dzisiaj słów oraz wtrąceń z innych języków. Nie przeszkadza to jednak zupełnie w lekturze, gdyż powieść wzbogacona jest o słusznych rozmiarów słowniczek, wyjaśniający co trudniejsze słowa. Stylistyka zdań może sprawiać problem, są one rozbudowane, wielokrotnie złożone i pełne wymyślnych epitetów. Z drugiej strony nie brak w nich też dialogów, a tempu akcji niewiele można zarzucić.

Tym, co czyni „Salamandrę” lekturą, po którą warto sięgnąć jest jej klimat. Normalne miasto zderza się z okultystycznymi rytuałami i magią, które na pierwszy rzut oka w ogóle tu nie pasują. Nie sposób jednak nie wciągnąć się w tę tajemniczą opowieść, w której poświęcenie jest równie ważne co miłość, a słabość w równym stopniu, co odwaga determinuje to, co się wydarzy. To w końcu jedna z pierwszych w Polsce powieści, oscylujących gatunkiem gdzieś pomiędzy horrorem a fantastyką, pozostając mroczną historią o sile złej i dobrej magii.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

poniedziałek, 7 września 2020

Stosiszcze powakacyjne

To miała być niewielka notka i niewielki stosik, przynajmniej tak było w planach jakoś w lipcu, a potem jak zwykle. Z jednej strony chęć podsumowania co tam u mnie nowego, z drugiej zaś oczekiwanie na kolejną nadchodzącą paczuszkę. I wyszło jak wyszło. Stosiszcze (bo przecież nie stos, a tym bardziej nie stosik) rozrosło się do monstrualnych rozmiarów, zasilone dwiema niewielkimi książkowymi imprezami, sporą porcją recenzentek i zakupami planowymi. Oczywiście wciąż jeszcze są książki, które planuję w najbliższym czasie dokupić, ale cóż... dam sobie nieco czasu. A póki co, zdjęcia wraz z opisem poniżej.

Wrzucając zdjęcia chronologicznie wypada zacząć od pierwszego stosu połowicznie recenzenckiego.

Nasz las i jego mieszkańcy, Z naszej przyrody Bohdan Dyakowski - To dwie pięknie wydane książki o polskiej przyrodzie, wchodzą mi ostatnio takie pozycje bardzo dobrze, te choć napisane dość dawno, wciąż pozostają aktualne.

Mąż i żona Wilkie Collins  Miałam nadzieję przytulić ją jako recenzentkę, nie wyszło, więc kupiłam, na powieści tego pana nie trzeba mnie namawiać.

Tętniące serce Selma Lagerlof Tu analogiczna historia a po dobrych wspomnieniach z Gostą Berling, nie wahałam się za bardzo.

Tajemnica dorożki Fergus Hume Początki kryminału? Zawsze! Wzięłam w ciemno licząc na przyjemną lekturę.

Vera Elizabeth von Armin bardzo mi pasują powieści tej autorki, więc czemu by nie dokupić kolejnej.

Topiel Jakub Ćwiek Uwielbiam książki tego autora, a ponieważ pamiętam bardzo dobrze powódź na Odrze w 1997 roku, więc z wielką przyjemnością poczytam o tym, jak wyglądała ona z jego perspektywy.

Bruderszaft ze śmiercią Boris Akunin Przytuliłam do recenzji całe pięć (dziesięć) tomów i zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Zdecydowanie nie żałuję lektury.

Oplątani Mazurami Katarzyna Enerlich To kolejna recenzentka, tym razem skromna, ale i przyjemna.

Cztery Urszula Kiełczewska Również recenzentka i kolejne moje spotkanie ze współczesną poezją, bez zachwytów.

Jasne słońce o brzasku. Birma Kacper Soszka Lubię czasem sięgnąć po książkę podróżniczą, choć z reguły biorę je jako recenztki a kupuję rzadko. Ta sprawiła mi sporą przyjemność.

Tropy Franciszek Mirandola Początki polskiej fantastyki to również coś, co zawsze witam z szerokimi ramionami.

W czwartym wymiarze Antoni Lange Podobnie jak poprzednia to również przygarnięta z wielką chęcią recenzentka. Lubię ten niedzisiejszy styl.

Stosik drugi, zakupowy

Atlas grzybów Patrycja Zarawska - Kolejny atlas grzybów w mojej biblioteczne, cieszy oko i niesie sporo ciekawych informacji. Dorwany za grosze w dyskoncie.

Atlas polskich parków narodowych, Atlas gór polskich Barbara Zygmańska Również groszowy, marketowy zakup. Spodobały mi się te przewodniki, więc po przekartkowaniu przygarnęłam.

Abominacja Dan Simmons Chyba już kiedyś wspominałam, że mam słabość do Vesperowych wydań.

Dobre żony Louisa May Alcott Małe kobietki wspominam dobrze, więc po kolejną część też pewnie sięgnę.

Ignacy Padarewski Iwona Kienzler, Tatarzy Leszek Podhorecki Dwie kolejne odsłony cyklu książek okołohistorycznych to dobre uzupełnienie kolekcji.

Wybór bajek i satyr Ignacy Krasicki Wprawdzie to typowo lekturowe wydanie, a za takimi nie przepadam, ale okazało się, że nie mam ani bajek ani satyr tego autora, więc trzeba było nadrobić niedopatrzenie.

Wyspa doktora Moreau Herbert George Wells Mam tę książkę w innym wydaniu, ale to jest takie piękne.

Kolejny stosik jest maleńki, miał być kończącym lipcową notkę.


Opowieści niesamowite. Literatura francuska, Opowieści niesamowite. Literatura rosyjska, Opowieści niesamowite z języka niemieckiego To seria, na którą łakomym okiem spoglądałam już od jakiegoś czasu, więc w końcu kupiłam. Same dobre nazwiska, czekam na sporą dawkę dobrych wrażeń.

Stosik kolejny, to już zakupy na Nadmorskim pleneru czytelniczym, jaki odbył się jak co roku w Gdyni


Wyprawa Shackeltona William Grill To pięknie wydana powieść graficzna o odkrywaniu Antarktydy, piękna i wartościowa.

Atlas turystyczny Bieszczady, Tatry polskie, Dolny Śląsk, Prowansji i Lazurowego wybrzeża, Pragi Kolejne atlasy turystyczne do kolekcji, po śmiesznie niskich cenach. Ładnie wydane, ciekawie skomponowane, podejrzewam, że będą w użyciu.

Wiedźmun. Tom I. Słodki zapach potwora o zmierzchu, Bartnik Ignat Tomasz Samojlik Tego autora nie mijam obojętnie, tym bardziej gdy cena zachęca.

To jest wojna. Kobiety, Fundamentaliści i Nowe średniowiecze Klementyna Suchanow Reportaż o tym, w jak kiepskiej sytuacji były i są kobiety, nie tylko w tym kraju.

Kolejny stos i dalsza część zakupów, internetowych i tych z Pleneru czytelniczego.


Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę David McCullough Książka o osadnikach w Ameryce, brzmi bardzo dobrze.

Jedna krew Stefan Darda A to akurat wygrana w którymś z facebookowych konkursów. Może przeczytam, może od razu poleci do WOŚPowych paczuszek.

Krystyna Skarbek Jarosław Molenda, Stanisław August. Mąż wszystkich żon Iwona Kienzler, Piastowie Sławomir Koper I jeszcze trzy tomy z serii.

Tajemnica broszki z opalu Fergus Hume Kolejna zdobycz z pleneru i ponownie ten autor, trzeba będzie w końcu bliżej się z nim zaznajomić.

Kacper dorasta Monica Peitix, Cristina Losantos Książka edukacyjna dla dorastających chłopców, prędzej czy później bywa potrzebna.

Jane Austen w domu Lucy Warsley Biografia jednej z moich ulubionych pisarek, to brzmiało zbyt kusząco, by się oprzeć.

Kolejny stosik to prawie w całości zakupy na Literackim Sopocie, czyli jeszcze jednej książkowej imprezie.


Odpowiedz mi Anke Kuhl, Katherina von der Gathen Zabawna, mądra i bez zbędnego nadęcia, idealna lektura dla młodych dociekliwych.

Noc sów, Jej wysokość gęś Jacek Karczewski W sumie nie planowałam tego zakupu, ale nie żałuję, pierwsza już za mną, a druga raczej długo czekać nie będzie.

Kuna za kaloryferem Adam Wajrak, Nuria Selva Fernandez Wielka księga prawdziwych tropicieli Adam Wajrak O pierwszej z nich czytałam wcześniej, drugiej nie znam, natomiast lektura Wilków pozostawiła po sobie na tyle pozytywne wrażenia, że nie wahałam się przed zakupem.

Uczniowie Hipokratesa. Tom I. Doktor Bogumił Ałbena Grabowska To wygrana w konkursie, ale proza wokół historii medycyny brzmi interesująco.

Nasza powstańcza młodość Małgorzata Czerwińska-Buczek Bermudzki trójkąt śmierci Henryk Mąka Następne dwie odsłony kolekcji, z drugim z autorów miałam już niegdyś do czynienia i wspominam nieźle.

Tesla W. Bernard Carlson Biografia niezwykłej postaci już od czasów zapowiedzi przykuła moją uwagę, a ta książka była jednym z planowanych zakupów, na Literackim Sopocie w całkiem przyjemnej promocji.

Wyspa niebieskich lisów. Legendarna wyprawa Beringa Stephen R. Brown Opowieść o Przebijaniu się przez Arktykę

Drugi z recenzenckich stosów, idealnie na jesień.



Kury. Czyli krótka historia o wspólnocie Laurent Cardon Wielka formatem, niewielka objętością, ale za to bardzo treściwa metafora społeczeństwa.

Jestem leworęczny i co mi zrobisz Michel Piquemal, Jacquez Azam Mam w domu jednego małego mańkuta, zresztą książka już wcześniej zwróciła moją uwagę, więc jak mogłam przytulić recenzentkę, to czemu nie.

30 znikających trampolin Dorota Kassjanowicz A ta mnie skusiła intrygującą formą, zobaczę jak mi przyjdzie lektura.

Krew. Medyczne i kulturowe aspekty na przestrzeni dziejów To zbiorowa praca, będąca w pewnym sensie zapisem zeszłorocznej konferencji pod tym samym tytułem. Brzmiała na tyle ciekawie, że wzięłam.

Śląski kopciuszek Gabriela Anna Kańtor Nieźle wspominam Ławeczkę księżnej Daisy, więc i tu liczę na niezobowiązującą i przyjemną lekturę.

O hultajach, wiedźmach i wszetecznicach Bohdan Baranowski Ta książka, jako jedna z cyklu już wcześniej przykuła moją uwagę, ale jakoś nie po drodze mi było, by ją kupić. Recenzentkę przytuliłam z prawdziwą przyjemnością.

Starsza pani znika Ethel Lina White Ta książka również wzbudziła moje zainteresowanie, ale jakoś nie mogłam się przemóc, by ją kupić. 

Minas Warsaw Magdalena Kozak Dobrze wspominam Nocarza, ale pewnie nie paliłabym się do zakupu, więc tu również przygarnięcie recenzentki było dobrą opcją.

Krew imperium Brian McClellan Po lekturze dwóch poprzednich tomów Bogów prochu i krwi, sięgnięcie po najnowszy było wręcz koniecznością, tym bardziej, że dobrze mi się czytało Trylogię magów prochowych.

W 80 podróży dookoła świata Marcin Wolski Jak zawsze w przypadku podróżniczych, kupić, bym nie kupiła, ale lekturę zaryzykuję.

Ostatni już dzisiaj stos, to skutek zaplanowanych zakupów książek, które również wypatrzyłam na Literackim Sopocie, a które postanowiłam kupić później oraz skutek bardzo przyjemnej promocji od Wydawnictwa Poznańskiego.


Rzeki Peter Goes Tę zoczyłam na Literacki Sopocie i mnie zachwyciła, zresztą na pozycjach od Dwóch sióstr jeszcze nigdy się nie zawiodłam.

O rety! Przyroda świata Tomasz Samojlik Uzupełnienie pierwszej O rety! Przyroda, którą polecałam w ramach książek przyrodniczych dla dzieci.

Balticarium Natalia Uryniak To wydawnictwo, które odkryłam na Literackim Sopocie, w którym na ciekawej promocji zdobyłam trzy kolejne tytuły, ten w całości poświęcony Bałtykowi

Ćwiczenia z przyrody Deyrolle. cz. 2 Durand Anne Flore To ciekawa pozycja łącząca w sobie reprodukcje historycznych rycin i zadania dla nieco starszych dzieci. Zachwyciła mnie, szkoda tylko, że pierwsza część jest już niedostępna.

Ale drzewa! Zuzanna Malinowska Tu również oprócz ciekawostek przyrodniczych aż kipi od pięknych rycin. Uwielbiam tego typu wydawnictwa.

O rety! Zadania małych przyrodników Tomasz Samojlik Uzupełnienie książek O rety! przyroda w formie bloku z zadaniami. Rzecz niewielka, ale bardzo przyjemna.

Monty Python Autobiografia według Monty Pythona John Cleese Pierwsza z czterech książek z promocji od Poznańskiego, bogato ilustrowana, więc ciężko było się oprzeć.

Bestiariusz. Zwierzęta Witold Wargas Niezmiennie zachwycona Bestiariuszem słowiańskim od jakiegoś czasu planowałam zakup uzupełnienia go o zwierzęta.

Człowiek który zrozumiał naturę Andrea Wulf Opowieść o wyprawie Alexandra von Humbolta brzmi bardzo kusząco.

Ptaki nie znają granic Noah Stryker Ta książka już od jakiegoś czasu była na mojej liście, tym bardziej, że jego Rzecz o ptakach przyniosła wiele dobrych wrażeń.

Ukryty geniusz zwierząt Katharina Jacob Tę książkę również od jakiegoś czasu miałam w planach, w końcu postanowiłam je zrealizować.

Trauma Tola Chorak Debiut w postaci dwunastu opowiadań, zobaczymy, czy da się czytać.

Radziwiłłowie Witold Banach Przegląd przez jeden z ważniejszych polskich rodów szlachecki, brzmi interesująco, tym bardziej, że za pół ceny.

Śmiech ma po matce. Tajemnice genów Carl Zimmer Genetyka zawsze była pociągająca, skoro można było kupić w dobrej cenie, nie wahałam się.

I to na szczęście koniec. Muszę pamiętać, by notki stosikowe dorzucać częściej. Niektóre z tych książek już za mną, inne wciąż czekają na swoją kolej. Recenzje z czasem pojawią się na blogu.

sobota, 5 września 2020

Ciało. Instrukcja dla użytkownika

 


Autor: Bill Brynson

Tytuł oryginału: The body. A guide for occupants

Tłumaczenie: Aleksander Wojciechowski

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Rok wydania: 2019


Anatomia i fizjologia  człowieka nie są czymś, co ciągle jest obecne w ludzkich zainteresowaniach, co zdumiewa tym bardziej, że prawie każdy ma jakieś opinie i zdanie na temat tego jak ciało funkcjonuje i co jest dla niego dobre. Nie zawsze idzie to w parze z wiedzą. Najnowsza książka Billa Brynsona wychodzi nieco naprzeciw temu problemowi, gdyż „Ciało. Instrukcja dla użytkownika” jest dokładnie tym, co sugeruje tytuł. Przewodnikiem po ludzkim ciele, pozwalającym je poznać i zrozumieć.

W książce poruszonych została większość tematów związanych z funkcjonowaniem ludzkiego organizmu. Począwszy od krótkiej analizy i opisu poszczególnych układów i co ważniejszych organów, aż po uproszczone wyjaśnienia chemii organizmu. Znajdziemy tu więc nie tylko wzmianki o układzie ruchowym, czy pokarmowym, ale równie ważne o mikroflorze organizmu, czy o zależnościach między tym, co dostarczamy do organizmu, a tym jak on potem funkcjonuje.

Oprócz zgłębienia niektórych tajemnic ludzkiego ciała znajdziemy tu również mnóstwo informacji z historii medycyny. Prawie każdy, poświęcony innej części, czy funkcji ciała rozdział rozpoczyna się od wyjaśnienia, jak i dlaczego ludzkość i medycyna w ogóle zwrócili na nią uwagę. Pojawiają się opowieści o prekursorach badań i naukowcach, którzy jako pierwsi zagłębili się w tajemnicę ludzkiego organizmu. To interesująca wyprawa w historię medycyny, która niekiedy bywa równie fascynująca, co przerażająca.

Kolejną rzeczą, którą znajdziemy w książce, są wzmianki o szczególnych przypadkach, jakie z różnych przyczyn zapisały się w historii medycyny. Dowiemy się między innymi, o do dziś budzącym zdumienie przypadku człowieka, który całkiem nieźle funkcjonował, pomimo przebitej części mózgu, albo o takim, który posiadając perforację w powłokach brzusznych stał się idealnym przypadkiem do badań nad tym, co dzieje się w czasie trawienia pokarmów. Większość przytoczonych anegdot pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, co nie dziwi, gdyż autor skupia się mocno na medycynie w świecie zachodnim, z USA jako jeden z głównych przykładów.

„Ciało. Instrukcja dla użytkownika” czyta się bardzo dobrze. Jest to książka napisana bardzo przystępnie i nie nudno. Pojawiają się specjalistyczne terminy, jednak nie dominują one lektury. Dzięki temu nawet laikowi nie sprawi ona problemu. Stylistyka zdań z kolei przywodzi na myśl interesującą opowieść, a nie wykład akademicki, dzięki czemu po każdy kolejny rozdział sięga się z niecierpliwością i ciekawością.

Autorowi udało się uniknąć poważnych błędów rzeczowych, jednak nadmierne uproszczenie tematu miejscami poskutkowało tymi drobniejszymi. Tym, najbardziej rażącym i irytującym, było zamienne stosowanie nazw rak i nowotwór. Jest to o tyle kłopotliwe, że w społecznej świadomości, funkcjonują one zamiennie, tym większej staranności wymagało wyraźne ich rozgraniczenie. Tak, by czytelnik po lekturze książki nie miał wątpliwości, że rak to tylko jeden z możliwych (choć zdecydowanie częstszy od innych) nowotworów.

„Ciało. Instrukcja dla użytkownika” Billa Brynsona to ciekawa pozycja przeznaczona dla laików, którzy pragną dowiedzieć się czegoś o swoim ciele, tym jak działa i dlaczego działa w taki, nie inny sposób. Wystarczająco rzeczowa, unika akademickiej powagi stając się przyjemną, rozrywkową wręcz lekturą, którą czyta się lekko i przyjemnie. To w końcu minimum wiedzy o własnym organizmie, które powinien mieć każdy, wzbogacone w szereg anegdot i ciekawostek z historii medycyny.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Podsumowanie sierpnia

Po bardzo słabym lipcu, w sierpniu przyszedł czas na rehabilitację w sierpniu i całkiem pokaźny stos tytułów. Jednej książki w tej kupce zabrakło, więc całościowy mój wynik w tym miesiącu to szesnaście tytułów. Cieczy to, że większość z nich sprawiła mi prawdziwą przyjemność, niektóre zachwyciły, żadnej nie uważam za bardzo słabą. Około połowy to recenzenki, reszta moje zbiory i świeże nabytki. 

Klasycznie już od spodu licząc.

Kury, czyli krótka historia o wspólnocie Laurent Cardon To spora formatem, ale skromna w treści alegoryczna przypowieść o społeczeństwie. Oszczędna, ale treściwa, z piękną i trafną puentą. Świeżuteńka, dziś odebrana recenzentka.

Wyprawa Shackeltona William Grill To powieść graficzna o podboju Antarktydy przez Ernesta Shackeltona i jego Endurance. Piękna i ciekawa, zdobycz z Nadmorskiego pleneru czytelniczego w Gdyni.

Intymne życie zwierząt Katharina van der Gathen, Anke Kuhl Tę książkę miałam już od dawna na dziecięcych półkach, w końcu się skusiłam i żałuję, że zrobiłam to tak późno, ciekawa i zabawna lektura.

Wiedźmun Tomasz Samojlik Uwielbiam tego autora, a jego parodia Wiedźmina ma tylko jedną wadę - jest tomem pierwszym, gdzie na dobrą sprawę nawet fabuła ledwo się rozkręciła. Za to cała masa nawiązań do innych dzieł autora cieszy bardzo. Również złowiona na imprezie w Gdyni.

Bartnik Ignat i skarb puszczy Tomasz Samojlik To druga, obok Ostatniego żubra opowieść o Puszczy Białowieskiej, gdzie przyrodę zmieszano z historią opakowując w całkiem przyjemną fabułę i atrakcyjną oprawę graficzną. Świetna rzecz, nie tylko dla dzieci.

Oplątani Mazurami Katarzyna Enerlich Książki tej autorki niejednokrotnie rzucały mi się w oczy, ale ponieważ mi nie zawsze po drodze ze współczesną prozą obyczajową, więc omijałam je szeroki łukiem. Tę wzięłam do recenzji i mam z niej przyjemne wspomnienia, choć na pewno nie wrócę. Na plus, wprowadzenie do niełatwej najnowszej historii Mazur.

Bruderszaft ze śmiercią Boris Akunin Złożony z pięciu (właściwie to z dziesięciu) tomów cykl o niemieckim wywiadzie i rosyjskim kontrwywiadzie osadzona w realiach I Wojny Światowej. Szpiegowskie opowieści częściej dzieją się w czasie II Wojny Światowej, tu bardzo miła odmiana, tym bardziej, że książki są pełne autentycznych zdjęć z okresu.

Tropy Franciszek Mirandola Zbiór polskich opowiadań fantastycznych z początku dwudziestego wieku, to gratka nie tylko dla wąskiego grona fanów, ale i całkiem przyjemna lektura, która nie zestarzała się zbyt mocno.

Odpowiedz mi! Katharina van der GathenAnke Kuhl Ponownie te dwie autorki i ponownie tematy związane z seksem. Tym razem tym u ludzi, w ujęciu idealnym dla dzieciaków u progu dojrzewania. Jestem nią zachwycona, nie tylko pod względem rzetelności, ale też sposobem ujęcia tematu. Zdobycz z Literackiego Sopotu.

Kacper dorasta Monika Peitx To dobre miejsce na książeczkę w podobnym temacie, której tu zabrakło, raczej dla nieco młodszych czytelników niż poprzednia, z którą całkiem nieźle się uzupełnia, będąc jej swego rodzaju wprowadzeniem.

Noc sów Jacek Karczewski Przymierzałam się do niej już wcześniej, ale tak jakoś bez przekonania (duży błąd!), kupiona bez planowania na Literackim Sopocie, zachwyciła mnie całkowicie, ciężko wręcz było się od niej oderwać.

Wybór bajek i satyr Ignacy Krasicki Szukałam jakiejś niewielkiej lekturki przez spodziewaną dostawą recenzentek. Część z utworów wspominam z odległych licealnych czasów, część była zupełnie nowa. Tak czy inaczej uwielbiam tego typu literaturę.

Jak widać, nie tylko sporo ale i różnorodnie. Skąpo w fantastykę (już czekają recenzentki by to zmienić), sporo pozycji dla najmłodszych i tych nieco starszych. Fabuła przepleciona z niefabularnymi pozycjami, czyli tak jak ostatnio najlepiej mi wchodzi lektura. Mam jedynie nadzieję, że wrzesień będzie choć w połowie tak obfity czytelniczo.


czwartek, 27 sierpnia 2020

Pan Lecoq

 

Autor: Emile Gaboriau

Tytuł oryginału: Monsieur Lecoq

Tłumaczenie: Oparto na wydaniu przedwojennym

Seria: Klasyka francuskiego kryminału

Wydawnictwo: Wydawnictwo CM

Rok wydania: 2019

O ile moja przygoda z klasycznym brytyjskim kryminałem ma się bardzo dobrze, choćby z uwagi na Aghatę Christie, czy Arthura Conana Doyle’a. Z kolei francuskie powieści detektywistyczne znam jedynie przez pryzmat Maurice’a Leblanca i jego serii o Arsenie Lupin. Z wielką przyjemnością więc sięgnęłam po napisany pod koniec dziewiętnastego wieku kryminał Emile’a Gaboriau zatytułowany „Pan Lecoq”.

Tytułowy bohater powieści, to młody szeregowy policjant o wielkich ambicjach i nie mniejszym talencie. Gdy w wyniku rutynowej kontroli jednej z dzielnic Paryża, grupa policjantów trafia w sam środek dramatycznych wydarzeń, stary doświadczony inspektor Gevrol zakłada najprostsze z możliwych rozwiązań. Sytuacja jasna dla niego i wielu innych jest zdecydowanie podejrzana dla młodego Lecoqa. Rzucając na szalę swoją karierę wysnuwa śmiałe teorie i za punt honoru bierze sobie rozwiązanie sprawy. Dość szybko okazuje się, że będzie się musiał zmierzyć z nie lada przeciwnikiem, a wytropienie przyczyn zdarzeń jakie miały miejsce w podrzędnej szynkowni wcale nie będzie takie proste.

Intryga kryminalna zawarta w powieści Emile’a Gaboriau odkrywana jest bardzo powoli. Przez długi czas trudno w ogóle domyślać się motywów postępowania, a działania Lecoqa sprowadzają się do żmudnego tropienia urywających się śladów. Gdy odnosi się wrażenie, że wyczerpał już wszystkie możliwości, poszukał pomocy u detektywa amatora – niemłodego już Tabareta, który z przyjemnością wytknął młodemu policjantowi błędy i pomógł go naprowadzić ponownie na urwany ślad. Dopiero od tego momentu możemy mówić o klasycznej próbie wyjaśnienia zagadki kryminalnej, gdzie powoli składane zostają w całość wszystkie elementy układanki. Po pełnej akcji i nagłych jej zwrotów w części pierwszej, druga choć znacznie bogatsza w nowe informacje, jest już zdecydowanie spokojniejsza.

„Pan Lecoq” to nie tylko ciekawa historia i tajemnica do wyjaśnienia. To również interesujący obraz Paryża końca dziewiętnastego wieku, zwłaszcza jego biedniejszych i bardziej niebezpiecznych dzielnic. To także przekrój interesujących postaci, począwszy od porywczego i inteligentnego pana Lecoqa, poprzez przenikliwego sędziego śledczego Segmullera o niezwykle przyjaznym i budzącym zaufaniu obliczu. To w końcu sama postać tajemniczego mordercy, który niejednokrotnie daje wyraz swoim talentom i po mistrzowsku broni się przed wyjawieniem prawdy.

Napisaną przystępnym językiem książkę czyta się przyjemnie i bez większych przeszkód. Bogate, pełne anachronizmów słownictwo w parze z nieprzesadnie udziwnioną składnią sprawiają dobre wrażenie i nie zmuszają czytelnika do nadmiernego skupienia uwagi podczas lektury. Dzięki temu „Pan Lecoq” sprawdza się jako idealna rozrywka, czyli dokładnie tak jak tego oczekujemy od kryminału.

Powieść Emile’a Gaboriau to wciąż, pomimo upływu stu pięćdziesięciu lat, ciekawa powieść. Choć przepełniona jest akcją to nie można narzekać na brak logicznych prób wyjaśnienia kryminalnej intrygi. Posiada również w sobie, to co w moim odczuciu jest w tym gatunku najciekawsze – starcie dwóch wyjątkowych umysłów o przeciwnych celach. Z prawdziwą przyjemnością śledzi się, jak nawzajem krzyżują sobie plany i jakich sztuczek używają, by wywieźć swojego oponenta w pole. To książka, która bardzo dobrze się zestarzała i nie czuć na niej lat, jakie upłynęły od daty premiery. To w końcu powieść idealnie oddająca ducha dziewiętnastowiecznego Paryża, którego ulice niejednokrotnie możemy podziwiać wraz z postępami w odkrywaniu tajemnicy.

Recenzja powstała na zlecenie portalu Sztukater.