czwartek, 11 lipca 2013

Ciasto bardzo czekoladowe

  Zastanawiałam się, czy dzisiaj uraczyć Was moim Drodzy Czytelnicy ucztą dla ciała, czy ucztą dla ducha. Zdecydowałam się na to pierwsze i w związku z tym podam przepis, który nabyłam od szwagra i jak zwykle nieco zmodyfikowałam niedawno. W sumie ciasto robiłam dziś drugi raz. Może tak na zachętę:


   Ciasto do najtańszych nie należy, widać to choćby po składnikach, ale zdecydowanie warto czasem zaszaleć, gdyż jest przepyszne. A potrzebne będą:

- 4 tabliczki gorzkiej czekolady (w sumie jakość dowolna)
- Kostka masła
- 200 g solonych pistacji (w łupinach, po wyłuskaniu zostanie pewnie ze 100 gram)
- 100 g orzechów nerkowca
- 8 jajek
- 0,5 szklanki cukru (ja robię ciasto pół słodkie, więc jak ktoś woli słodsze, to można dać szklankę)
- 1 szklanki mąki (im niższy typ tym lepsza mąka)

   Przygotowanie jest banalne i dość szybkie, co ważne, gdy nam się mają goście za godzinkę zwalić.
   Zaczynamy od rozpuszczenia w kąpieli wodnej kostki masła i czekolady (genialny jest garnek z płaszczem wodnym!) W misce ucieramy jajka, w całości, bez rozdrabniania się na żółtka i białka. Dodajemy cukier i mąkę, potem rozpuszczoną mieszaninę tłuszczu z czekoladą, by na końcu dosypać orzechów i pistacji. Mieszanina wygląda dość niepozornie, za to ten unoszący się zapach czekolady...


   W cieście nie ma żadnego środka spulchniającego, więc nie będzie rosło. Wystarczy mu 15-20 minut  w piekarniku nagrzanym do 210 stopni. Można śmiało wrzucić je w chłodny piekarnik. Gdy zaczyna unosić się aromat podpieczonej czekolady, znaczy że można je śmiało wyciągać. Z dużej blach otrzymuje się taki popękany placuszek:


   A po pokrojeniu na niewielkie kawałki można podawać na stół:



środa, 10 lipca 2013

Ania z Zielonego Wzgórza

Autor: Lucy Maud Montgomery
Tytuł oryginalny: Anne of Green Gables
Tłumaczenie: Rozalia Bernsteinowa
Cykl: Ania
Rok Wydania: 1990
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Stron: 304
   Lucy Maud Montomery jest znaną kanadyjską pisarką, która napisała kilkadziesiąt powieści i jeszcze więcej opowiadań. Wykreowała dużo interesujących postaci, jednak dla potomności przetrwała, przede wszystkim, jako twórczyni Ani z Zielonego wzgórza, rudowłosej i zwariowanej marzycielki, której poświęciła osiem powieści i pięć tomów opowiadań. W końcu i ja postanowiłam bliżej poznać tę interesującą dziewczynę, więc sięgnęłam po książkę, w której spotyka się ją po raz pierwszy.

   Fabuła książki siłą rzeczy oscyluję wokół jej głównej bohaterki. Poznajemy ją, gdy przez pomyłkę trafia na Zielone Wzgórze, by rozstać się z nią w momencie, w którym postanawia na nim pozostać, godząc się jednocześnie ze swoim „wrogiem” Gilbertem. Akcję przetyka seria zabawnych pomyłek i wypadków, do których, zdawać by się mogło, zdolna jest tylko tak roztrzepana dziewczyna jak Ania. A to spije koleżankę, a to upiecze niejadalne ciasto. Prawie nigdy nie ma w tym jej bezpośredniej winy, ale gdyby poświęciła niewiele więcej uwagi do takich przypadków mogło by zwyczajnie nie dojść.

   Postacie wykreowane przez pisarkę są dość realistyczne i prezentują czytelnikowi cały wachlarz cech charakteru. Miło było je poznać, gdyż nawet jak nie były wybitne, to dawały się lubić i zdawały się być bliskie czytelnikowi. Najmniej do gustu przypadła mi sama Ania. Zwłaszcza w początkowym etapie książki, gdzie aż roiło się od jej rozegzaltowanych monologów o niczym. Zawsze wolałam cichy i refleksyjny zachwyt od paplaniny, w której ginie pierwotna jego przyczyna. Otchłanie rozpaczy i morza szczęścia, w które co rusz popada bohaterka, tylko mnie irytowały i nie pozwoliły mi czerpać takiej przyjemności z lektury na jaką miałam nadzieję. Rozumiem, czemu Ania była taka, a nie inna. Stanowi wyraźny kontrast z ówcześnie przyjętym wzorem dobrze wychowanej i ułożonej panienki, wyróżniając się spośród tłumu, jednak nie dałam rady polubić jej tak bardzo jak na to liczyłam. Na szczęście wraz z dorastaniem bohaterki maleje znacznie liczba jej ekstrawertycznych monologów, co sprawiło, że z chęcią sięgnę po kolejne tomy, wierząc, że takich rozwlekłych wypowiedzi będzie mniej.

   Spodobał mi się język autorki, w sposób żywy i barwny opisuje świat niewielkiej kanadyjskiej prowincji. Opisy krajobrazów i przyrody są tak dosłowne, że wystarczy przymknąć oczy, by poczuć zapach kwitnących jabłoni, bądź usłyszeć świergot ptaków w Zaułku Słowika.

   W ostatecznym rozrachunku cieszę się, że w końcu sięgnęłam po tę powieść. Omijałam ją szeroki łukiem już tak długo, że w pewnym sensie aż wstyd mi było, iż jeszcze jej nie przeczytałam. Ponadto wiele obiecuję sobie po kolejnych częściach, które czekają w kolejce. Mimo pewnych momentów, w których miałam tej książki serdecznie dość, będę ją miło wspominać. Komu mogę polecić? Tym, którzy lubię proste, prowincjonalne historie, w których wszystko dzieje się tak jak powinno.

wtorek, 9 lipca 2013

Lektur lipca część pierwsza

   Jakoś nie wiem kiedy, ale już uzbierałam sześć tytułów, w sam raz na kolejną notkę z krótkimi opiniami o przeczytanych książkach. Literatura rozmaita, gdyż lubię zmieniać klimaty, jak zawsze klasyka i fantastyka, literatura dziecięca i młodzieżowa też znalazła tu swoje miejsce. Przymierzam się do recenzji jednej z książek, ale muszę jeszcze do niej dojrzeć, możecie za to zgadywać, którą mam na myśli. Dość już pustych słów czas przejść do konkretów.

   Wyjątkowo wredna ceremonia Tomasz Bochiński

   Już jakiś czas temu zachwycili mnie Bogowie przeklęci i świat grabarzy wykreowany przez tego autora. Tu poczytałam o początkach Moncka i opowiadania szalenie mi się podobały. Ten grabarski, czarny humor jest przeuroczy. Ciekawe były też dwa ostatnie opowiadania, w których można było się domyślić udziału przodków Elizabediatha, a które pięknie wprowadziły w historię przedstawionego, bardzo pociągającego świata. Ponadto zdecydowaną zaletą książki są barwne i prawdziwe postacie, takie, którym do ideału daleko, ale mimo wszystko są na tyle sympatyczne, że trudno ich nie lubić. Jedna z niewielu dość świeżych pozycji w fantastyce.

    Miarka za miarkę William Shakespeare

   W ramach nadrabiania zaległości sięgnęłam po kolejną sztukę tego autora. Jest niezmiernie zabawna, jednak daje też do myślenia. Czy wina i kara zawsze są takie same? Czy można karać, gdy samemu nie jest się bez skazy? Postacie, jak to u Szekspira, dość wyraźne i jednoznaczne, lecz nie przeszkadza to by z nimi sympatyzować, lub ich nie lubić. Lektura bardzo przyjemna i rozluźniająca, w sam raz na jedne wieczór.

   Powrót Sherlocka Holmesa Arthur Conan Doyle

  Kolejny zbiór opowiadań, w których Sherlock czaruje czytelnika swoją zdolnością dedukcji i umiejętnością wyciągania zaskakująco prawdziwych wniosków. Historie są różne, w niektórych w grę wchodzi polityka, w innych jedynie skandal obyczajowy a często brutalna zbrodnia. Czasem detektyw musi postąpić przeciw prawu, by działać zgodnie z własnym sumieniem. Opowiadania czytało mi się nieźle, choć nieco mnie już nużą krótkie historyjki z Holmesem w tle. Powtórzę się, jednak naprawdę wolę dłuższe książki tego autora, w których można się rozkoszować starannie kreowaną rzeczywistością. Może muszę co nieco od niego odpocząć, choć w sumie niewiele mi już do przeczytania zostało, by zakończyć przygodę z lokatorami Baker Street 221 B.

   Ania z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery

Może trudno w to uwierzyć, ale jest to moje pierwsze spotkanie z panną Shirley, a ponieważ na półce czeka prawie cały zbiór jej przygód w końcu postanowiłam sięgnąć po pierwszą powieść. Książkę czytało mi się dość dobrze, jednak Ania momentami mnie strasznie irytowała. Ta jej egzaltacja i słowotok strasznie działały mi na nerwy. Nie przepadam za takimi osobami i jak widać ciężko mi taką polubić nawet na kartach książki. Podoba mi się, że nieco z tego wyrosła i w ten sposób chętnie sięgnę po kolejne części jej przygód, gdyż podejrzewam, że mogą bardziej mi przypaść do gustu.

   Narodziny dnia Sidonie-Gabrielle Colette

   Książka jest bardzo intymna, taki list autorki do matki, w którym poznajemy jej rozważania, myśli i marzenia. Fabuła w tej książce nie jest ważna, za to aż można poczuć żar późnego prowansalskiego lata. Ekspresjonistyczna i piękna, zmusza do myślenia o miłości, przemijaniu i dojrzałości. Bardzo przyjemnie spędziłam przy niej czas, choć nie jest to łatwa pozycja. Dla wielu może się wydać paplaniną o niczym, wszak fabuła sprowadza się do raptem jednego kluczowego wydarzenia. Reszta jest tłem, a może to właśnie fabuła jest tłem, które pozwala nadać więcej sensu w monologach, z których aż kipi od uwielbienia do świata? Zdecydowanie nie jest to książka dla każdego, na pewno nie dla tych, co szukają skandalu, który otaczał autorkę przez całe jej literackie życie. Raczej dla tych, co lubią się zastanowić, pomyśleć, rozmarzyć...

   Krecik i Boże Narodzenie Zdenek Miler, Hana Doskocilova

   Książka bardzo świeżutka, gdyż dziś rano leżakowała jeszcze na empikowym regale. Nie wiem, czy jest ktoś, kto by nie znał tego małego, kopiącego, czarnego zwierzątka. Tu w pięknie ilustrowanej książeczce przekazuje co w świętach jest naprawdę ważne. Dla małych miłośników krecika pozycja obowiązkowa, a ponieważ mój syn go uwielbia, więc szybciutko postanowiliśmy zapoznać się z tym, jak Krecik spędził święta.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Uczta dla oka- przynajmniej dla niektórych

  Zainspirowana przez Moreni z bloga z Pamiętnika książkoholika porobiłam zdjęcia mojej biblioteczki, no dobra, tak jednej trzeciej/połowy biblioteki rodzinnej, zbieranej przez dwa pokolenia. W domu pomieszkują w chwili obecnej 1444 książki. Tych na zdjęciu jest około 600-700, nie chce mi się liczyć by ustalić ich dokładną liczbę. Na dwóch wysokich regałach i dwóch wiszących półkach (własnej produkcji) upchnięte zostały: książki dla dzieci i młodzieży, w tym książki edukacyjne, klasyka literatury światowej i polskiej, fantastyka i klasyczne kryminały (tu w sumie raptem kilku autorów). Już nie bardzo wiem, gdzie dostawiać kolejne tomiszcza, ale z drugiej strony na książki miejsce zawsze się znajdzie. Po tym przydługim wstępie zapraszam do podziwiania zdjęć, póki są jeszcze aktualne, ale w tym miesiącu zbyt wiele książek mi nie przybędzie, chyba... Nie do końca jestem zadowolona z ułożenia książek na półkach, ale póki co nie mam lepszej koncepcji, choć zawsze intensywnie je przekładam, by nowe książki wcisnąć tam, gdzie ich miejsce.

   Półka pierwsza i druga: Książki edukacyjne i literatura dla dzieci. Na zdjęciu nie ma małych książeczek o grubych kartkach, zawierających pojedyncze wiersze Tuwima, czy Brzechwy.

   Półka trzecia i czwarta: Klasyka literatury młodzieżowej (w większości) przechodzi płynnie w klasykę francuską, w cieniu chowa się Muarice Druon i jego Królowie przeklęci. Pętla sokolnika i Finn nieokiełznany są do przejęcia, za to pierwszy tom Teatru Moliera jest mocno poszukiwaną pozycją.

   Półka piąta i szósta: Klasyki francuskiej ciąg dalszy i pierwsza z osobistych półek, dolną zdominował Alexandre Dumas ojciec. Później klasyka grecka, włoska, chińska i amerykańska przechodzą płynnie w klasykę brytyjską.

   Półka siódma: Na tej półce dominuje Shakespeare, wydania, które stanowią taką piękną kompozycję, to wydania ze sztukami na DVD, nagrane przez BBC, brakuje mi tylko Snu nocy letniej. Wciąż brytyjscy klasycy, w tym kilka obcojęzycznych pozycji.

   Półka ósma i dziewiąta: Czyli końcówka klasyki brytyjskiej, nieco klasyków rosyjskich i w końcu klasyka polska, w której dominuje Sienkiewicz.

  Półka dziesiąta i jedenasta: Końcówka polskiej klasyki, poprzez powieści przygodowe przechodzi w polską fantastykę, myślę, czy przygodowych nie przenieść do młodzieżowych, ale póki co zostają. Na zdjęciu brakuję pożyczonej Baśni Średniowiecznej Pawła Rochali, zostało nawet miejsce na nią.

   Półka dwunasta i trzynasta: Te półki mają patronów. U góry rządzi Jacek Komuda na dole Jacek Piekara. Czyli końcówka  (nie cała) polskiej fantastyki, dalej znajdują się książki, które nie bardzo wiedziałam gdzie upchnąć, jeszcze dalej książki męża. Na zdjęciu brak jest pożyczonej Spowiedzi Heretyka Adama Darskiego oraz Narzędzi mroku Alfreda Price'a, choć miejsce już zdążyło wyparować.

   Półka czternasta i piętnasta: Tu rządzą książki męża, czyli motoryzacja i felietony Clarksona.

  Półka szesnasta i siedemnasta: Pojawiła się tu moja skromna kolekcja SciFi, reszta fantastyki polskiej (Biały tygrys i Połowa nocy są do przejęcia) oraz fantastyka zagraniczna. Na zdjęciu brak książki: Z miłości do prawdy Kariny Pjankowej, również pożyczona i znów nie ma dla niej miejsca.

   Półka osiemnasta: Tu rządzi jeden autor, brakuje mi raptem kilku jego książek do kolekcji.

  Półka dziewiętnasta i dwudziesta: Pratchetta ciąg dalszy, fantastyki zagranicznej również. Heroizm dla początkujących szuka nowego domu, a Igrzyska śmierci już znalazły, ale gdzieś je trzymać muszę zanim pójdę na pocztę.

   Półka dwudziesta pierwsza: Na niej rozłożył się niepodzielnie David Eddings, nieco miejsca udostępnił żonie. Dom obiecany na samym końcu wkrótce będzie musiał znaleźć inną półką, gdyż czekam na cztery  książki Eddingsa, które już zamówiłam i w ten sposób skompletuję jego twórczość.

   Półka dwudziesta druga i dwudziesta trzecia: Agatha Christie ma u mnie dwie pełne półki i jeszcze kawałek kolejnej, ale do pełnej kolekcji jej dzieł jeszcze mi nieco brakuje.

   Półka dwudziesta czwarta i dwudziesta piąta: Tu podziała się reszta książek Królowej kryminału,  w tym The ABC Murders w oryginale, ponadto inne kryminały. Na zdjęciu brakuje dwóch tomów przygód Sędziego Di Roberta van Gulika, które również zostały pożyczone i póki co mają nawet gdzie wrócić.

   Fragment półki dwudziestej szóstej: Tu upchnięte na siłę nieco kryminały Ellis Petters o braciszku Cadfaelu.

   I tym skromnym fragmentem zakończę dzisiejszą prezentację biblioteczki. Na zdjęciach brakuje komiksów, są upchnięte w kartoniku i stosika książek dla małego dziecka, te to syn roznosi po całym domu. Mam nadzieję, że dostarczyła Wam nieco wzruszeń i może odrobinkę zazdrości. Może niedługo skuszę się na kolejne fotki, reszty mojej biblioteczki, choć mogą nie być tak zajmujące.

sobota, 6 lipca 2013

Książkowe zdobycze lipca

   W ramach finalizowania kilku jeszcze czerwcowych zakupów dotarły w końcu do mnie książki, na które polowałam od dawna. Ponadto dokonałam jednej skromnej wymiany. Ogólnie lipiec z założenia ma być dość skromny w zdobycze, muszę nieco nadgonić moją Poczekalnię.
   A stosik wygląda tak:


   Od dołu licząc:

   Wieczna wojna #1 Joe Haldeman, Marvano To jeden z trzech komiksów, które mąż upolował w antykwariacie. Tego raczej czytać nie będę, ale nie mówię nie.
   Kajko i Kokosz, Rozprawa z Dajmiechem; W krainie Borostworów Janusz Christa Kolejne zdobycze z antykwariatu, do serii o Kajko i Kokoszu przymierzam się od dość dawna. Z dzieciństwa pamiętam Zamach na Milusia, który bardzo mi się podobał. Pewnie nie potrwa długo, aż sięgnę też po te dwa tytuły.
   Wieża Czarów David Eddings Czwarty tom Belgariady, brakuje mi już tylko księgi ostatniej, ale już negocjuję zakup. Tę dorwałam na Allegro już na początku czerwca, ale na przesyłka czekałam dość długo.
  Igrzyska śmierci Suzanne Collins Tę powieść przytuliłam na wymianie, z przeznaczeniem by posłać ją dalej w świat, zresztą klientkę już mam. Nie mam najmniejszej ochoty jej czytać, ale że nieco poczeka na wysyłkę, to i na fotkę się załapała, bo nie wierzę, bym pokusiła się o lekturę.
   Talizman z nefrytu. Wyspy nieśmiertelnych Jose Freches Jest to trzeci tom serii, zdobycz z wymiany, teraz pozostaje mi upolować dwa pierwsze tomy.
  Malloreon: Strażnicy zachodu, Król Murgów, Demon, władca Kranady, Carodziejka z Darshivy,  Prorokini z Kell David Eddings Wyczekiwana przeze mnie od dawna, w końcu upolowana. Cena nie była jakaś bardzo promocyjna, ale też nie tragiczna. Czekam aż skompletuję Belgariadę i losy Czarodzieja Begaratha, by wziąć się za lekturę.

   Ogólnie stosik nie jest wielki, ale zawiera kilka pozycji z moich priorytetowych książek do upolowania, więc jestem zadowolona. gorzej, że mam jeszcze na co polować, ale nie jest źle.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Żony i córki

Autor: Elizabeth Gaskell
Tytuł oryginalny: Wifes and Daugthers
Tłumaczenie: Katarzyna Kwiatkowska
Rok wydania: 2012
Wydawnictwo: Świat książki
Stron: 864
   
   Jest to ostatnia powieść tej autorki, niedokończona, zabrakło jej tylko ostatniego rozdziału, o którym poczytać można w podsumowaniu napisanym wkrótce po opublikowaniu ostatniego odcinka napisanego przez Gaskell. Do Polski powieść ta dotarła strasznie późno, zresztą ze wszystkich książek, które wyszły spod jej pióra do nas dotarły tylko nieliczne. Smuci mnie to nieco, gdyż tę cegiełkę pochłonęłam bardzo szybko i wciąż mam apetyt na więcej.

   Fabuła powieści nie jest nadzwyczajna, książka została opatrzona podtytułem: Historia codzienna i w pełni zgadza się to z tym, o czym jest ta opowieść. Poznajemy w niej kulisy życia zwyczajnej wiktoriańskiej rodziny lekarza, czyli takiej pośredniej klasy społecznej, ni to ziemiańskiej, ni kupieckiej. Stawia to doktora i całą jego rodzinę, gdzieś pomiędzy jednymi a drugimi, co czasem bywa kłopotliwe. Jednak fabuła w tej powieści wcale nie jest najważniejsze i leniwe tempo akcji nie przeszkadza, a nawet pomaga w rozkoszowaniu się przedstawioną historią.

   Powieść aż roi się od prawdziwych postaci, takich z krwi i kości, z których żadna nie jest idealna i każda popełnia takie, czy inne błędy, jednak dzięki temu można je traktować jak własnych znajomych. Można ich lubić, lub nie. Mojej sympatii nie wzbudziła jedynie Hiacynta Gibson, w której ciężko znaleźć jakieś cieplejsze uczucia. Pana Prestona też ciężko było polubić, ale nie trzeba było spotykać go zbyt często, więc i o niechęć względem niego było trudno.  Pozostali bohaterowie, choć mają wady, a czasem są irytujący, to jednak dają się lubić i smutno się z nimi rozstać.

   Ogromną zaletą książki jest jej język. Plastyczny i płynny, pozwala zatopić się w atmosferze wiktoriańskiej prowincji, sprawiając że te ponad osiemset stron mija nawet nie wiadomo kiedy. Autorka nie ocenia swoich bohaterów, nie narzuca nam konkretnego schematu myślenia o nich. Pokazuje nam ich, takich, jakimi są, dla nas pozostaje wyciągnięcie wniosków i ewentualna ocena postaci. Kolejnym urzekającym akcentem w książce są bardzo liczne nawiązania do klasyków brytyjskiej literatury, gdy natrafiłam na wzmiankę o książkach, które znam, było mi przyjemnie i tym lepiej mogłam poczuć się mieszkanką Hollingsfordu a nie tylko bierną obserwatorką życia w tym miasteczku.

   Podsumowując, ta powieść mnie urzekła, jest piękna i subtelna. Tak bardzo brytyjska, jak tylko być może. Nie wzbudza wielkich i skrajnych emocji, pozwala doznać bardziej wysublimowanych uczuć. Można się pozachwycać kreacjami postaci oraz opisem świata; zwyczajów i obyczajów panujących w Anglii XIX wieku. Polecam każdemu, kto lubi pomyśleć o postaciach, kto szuka w powieściach czegoś innego, niż wartkiej akcji i podanych na tacy, jednowymiarowych bohaterów. Ja wrócę do tej książki z pewnością i już zaczynam intensywne łowy na inne powieści autorki.

niedziela, 30 czerwca 2013

Podsumowanie majowo-czerwcowe

   Ostatnie podsumowanie miało miejsce dwa miesiące temu, więc postanowiłam, że pora na kolejną notkę tego typu.

   Zacznę od czytelników.
Niezmiernie mi miło, że w końcu ktoś zaczął dostrzegać mojego skromniutkiego bloga a nawet komentarze zaczęły sypać się dość licznie. Cieszę się, że chce Wam się czytać moje wypociny i poświęcać chwilę na  ich komentowanie. Bardzo Wam wszystkim dziękuję!

   Zapodziała mi się gdzieś wena odnośnie notek krawieckich. Znaczy się wena może i gdzieś się tam chowa, ale muszę porobić zdjęcia, a jakoś nie mogę się zabrać za fotograficzną sesyjkę. W sumie mam co obfotografować i miałabym o czym pisać, ale... Pocieszam się, że co się odwlecze, nie uciecze.

   Pojawiły się natomiast dwie nowe zakładki. Zaczęłam pisać o jedzeniu, gotowaniu i pieczeniu, tak pod wpływem impulsu i chyba nieco pod wpływem bloga Book and Cooking. Mam nadzieję, że Kruszynka nie ma mi za złe tak wyraźnej inspiracji, pocieszam się, że czytujemy zupełnie inne rzeczy, więc tak bardzo chyba te blogi sobie w drogę nie wchodzą.

   Drugim rozpoczętym projektem są Recenzje. Choć nie wiem, czy go pociągnę, gdyż niezbyt swobodnie się czuję w pisaniu w taki sposób o książkach.

   Idea muzycznych trójek ledwo zipie, choć mam zamiar nieco ją rozruszać. Jeśli chodzi o listy TOP10, to nie wiem, czy chcę coś jeszcze w nich zamieścić. Czekam na inspiracje.

   Na sam koniec, niczym wisienkę, na torcie zostawiłam statystyki.

W przeciągu tych dwóch miesięcy (61 dni):
Przeczytałam: 19 książek, co daje: 5568 stron, czyli nieco ponad 91 stron dziennie. 
Do mojej biblioteczki zawitały aż 63 książki! Trudno mi ocenić ilu się pozbyłam, ale myślę, że ze dwadzieścia pozycji znalazło nowy dom. Nabyłam sporo fantastyki uszczuplając powoli listę książek, na które polowałam od dawna. Przybyło też sporo klasyków oraz co nieco literatury popularno-naukowej.

   I tym chyba zakończę moją dzisiejszą notkę. Wyniki nie są bardzo dobre, ale myślę, że na przyzwoitym poziomie. Wciąż przeraża mnie ilość książek zdobytych zestawiona z ilością książek przeczytanych, ale pocieszam się, że nie wszystkie pozycje upolowałam dla siebie i niektórych w ogóle nie będę czytać. Planów na lipiec żadnych nie robię, bo jak znam siebie, to i tak niewiele by z nich wyszło.

sobota, 29 czerwca 2013

Czerwca lektur odsłona druga

   Druga połowa czerwca upłynęła mi pod znakiem klasyków literatury, z przewagą twórczości brytyjskiej.  Trafiła się jedna współczesna pozycja, też brytyjska i jedna francuska książka, za to też klasyka. Przymierzam się do jednej recenzji i może niedługo ją zamieszczę, póki co potraktuję książkę, jako taką bez recenzji i skrobnę o niej skromniutką opinię. Ale koniec owijania w bawełnę, czas przejść do konkretów. 

   Mgnienie ekranu Terry Pratchett

   Było pewne, że tak smacznego kąska sobie nie odpuszczę i choć przerwałam lekturę, by w międzyczasie pochłonąć Dym i lustra Neila Gaimana, w sumie bardzo podobną pozycję, to i tak zajęła mi chwilkę i stanowczo zbyt szybko rozstałam się z tą książką. Jest to zbiór rozmaitych historii napisanych w bardzo różny sposób, jednak zawsze wyraźnie widać w nich autora. Książka niesie ze sobą bardzo dużo humoru i nie mało refleksji. Dla miłośników autora pozycja obowiązkowa, dla tych, co nie mieli z nim kontaktu niezłe preludium do nawiązania takowych.

   Komedia omyłek William Shakespeare

   Byłam kiedyś na całkiem niezłym spektaklu wystawionym przez Teatr Wybrzeże, więc historia opowiedziana w tej komedii nie była mi obca i nie zaskoczyła. Akcja skupia się wokół dwóch par bliźniąt, a ponieważ przypadkiem znaleźli się w tym samym miejscu i czasie zrodziło to serię mniej lub bardziej zabawnych nieporozumień. Całość oczywiście się pięknie wyjaśnia i dąży do happy endu. Postacie Dromiów oraz Antipholusów są podobne nie tylko zewnętrznie, zachowują się w bardzo podobny sposób, podejmując zbliżone decyzje, dzięki czemu są jeszcze zabawniejsze. W zasadzie różni ich tylko gust w kwestii płci pięknej. Lektura w przekładzie Macieja Słomczyńskiego jest przyjemnością, która świetnie bawi i zaskakuje aż tak szybkim końcem.

   Zimowa opowieść William Shakespeare

   W ramach odrabiania Szekspirowych zaległości sięgnęłam również po ten utwór. Inteligentne i często zabawne dialogi, ożywiły nieco karty dramatu, sprawiając, że nie była to typowa tragedia. W przeciwieństwie do innych jego tragedii śmiertelność jest tu zaskakująco niska. Autor z maestrią przedstawia siłę emocji i uczuć, zarówno destruktywną moc zazdrości, jak i budującą potęgę miłości. Końcówka tego dramatu nieco mi się dłużyła, ale i tak obcowanie z postaciami wykreowanymi przez Shakespeare'a było prawdziwą przyjemnością. A ponieważ to malownicze wydanie zawiera też spektakl na płycie, więc już szykuję się do seansu.

   Żony i córki Elizabeth Gaskell

   Piękna i przeurocza. Pozwala chłonąć atmosferę angielskiej prowincji z każdym przeczytanym zdaniem. Postacie są bardzo żywe i realistyczne, mają swoje wady i zalety. Większość z nich daje się lubić. Naiwność i prostoduszność Molly, czy napady gniewu pana Hamleya, nie przeszkadzają w tym, by nawiązać z nimi nić porozumienia. Mimo tych ponad ośmiuset stron przez książkę się mknie bez wytchnienia, z każdą stroną przybliżając się do spodziewanego końca. Fabuła powieści nie należy do oryginalnych, czy wyjątkowych, ale sposób, w jaki autorka ubrała, te banalne w sumie, wydarzenia sprawia, że książka staje się wyjątkowa. Liczne nawiązania do klasyki brytyjskiej literatury, czynią ją daniem jeszcze smaczniejszym.

   Dzieje Tristana i Izoldy Joseph Bedier

   Książka ma swój urok, magia miłości silniejszej od śmierci kusi i przyciąga, jednak to jedna z niewielu jej zalet. Drugą na pewno jest archaiczny język, symulujący przypowieść rybałta pozwalał mocniej zagłębić się w średniowiecznym świecie. Strasznie mnie irytowali główni bohaterowie, zarówno Tristan, jak i Izolda. Wiele mówili o swej wielkiej miłości, a momentami zachowywali się jak naburmuszeni nastolatkowie, dając wiarę nędznym poszlakom i unikając rozmowy. Czegoś innego spodziewałabym się po wielkich, nie młodziutkich już kochankach. Fabuła ciągnęła się nieco na siłę i wplecione w nią zwroty akcji wydały mi się niepotrzebną komplikacją, która niewiele nowego mogła pokazać. Chyba spodziewałam się czegoś innego, ale i tak cieszę się, że w końcu się przemogłam i nadrobiłam zaległości w lekturach.

środa, 26 czerwca 2013

Konfitura nektarynkowo-ananasowa z kardamonem

   Dziś króciutka notka o tym, jak mnie dziś naszło na produkcje przetworów. A wszystko zaczęło się niewinnie, po prostu kupiłam zbyt wiele nektarynek, a ponieważ nie lubię jeść zbyt dojrzałych, więc postanowiłam część z nich przerobić na konfiturę. W słoiczkach wygląda to tak:


  Czyli, jak konfitura w słoiku. Ale zapewne znajdzie się choć ktoś kogo zaintrygował tytułowy kardamon, więc będę dalej drążyć temat. A zacznę od składników, na te dwa niewielkie słoiczki zużyłam:

- Około kilograma nektarynek, (równie dobrze mogą być brzoskwinie, mi trafiła się też jedna brzoskwinia paraguayo)
- 3/8 ananasa
- 6 łyżek cukru waniliowego (jak zwykle można użyć cukru wanilinowego i dodać ze 4 łyżki zwykłego cukru)
- 2 łyżki dżemixu (może być dowolny żelfix, czy konfiturka, czy co tam kto lubi)
- 3 torebki kardamonu (by uniknąć nieporozumień, chodzi mi o trzy pojedyncze owoce, takie jak na zdjęciu poniżej)


   Przygotowanie jak zwykle banalnie proste, nie lubię zbyt wielkich kuchennych kombinacji. Nektarynki  i ananasa należy obrać i pokroić na drobne kawałeczki. Zasypujemy cukrem waniliowym i stawiamy w garnuszku na ogniu, często mieszając, by się nie przypaliło. Dodajemy też drobniutko pokrojony kardamon, może być zmielony. Całość gotujemy ciągle mieszając aż dość znacznie zmniejszy swoją objętość, owoce zmiękną a znaczna część wody wyparuje. Gdy to nastąpi (coś około pół godziny gotowania, przy tak małej ilości owoców), dodajemy dżemix, jeszcze chwilę gotując. Wygląda to tak:


   Może nie zupełnie smacznie, ale ten aromat rozchodzący się po kuchni... Ściągamy z ognia i przekładamy do wyparzonych słoików. Odstawiając je zakrętką do dołu. 

  Na tym kończy się produkcja tej pięknie i egzotycznie pachnącej konfitury. A dlaczego zdecydowałam się dodać kardamon? Po pierwsze, dawno temu go kupiłam i ciągle mam go w domu, więc postanowiłam go zużyć, a po drugie dodaje owocom bardzo oryginalnego, ostrego smaku, który sprawia, że konfitura jest niebanalna i z charakterem. Jak ktoś lubi takie smaki, polecam spróbować.

   Na sam koniec malutki sucharek, ale tak mnie strasznie męczy, gdy myślę o dzisiejszym przepisie:

- Podaj mi gofera
- Nie mówi się gofera, tylko gofra
- Nie marudź, tylko smaruj dżemorem

wtorek, 25 czerwca 2013

Liebster blog award- nominacja z Czytelni

   Jest mi niezmiernie miło, że zostałam nominowana do Liebster Blog Award przez moją imienniczkę z Czytelni. Zawsze miałam wstręt do wszelkiej maści łańcuszków- jeszcze za czasów podstawówki, gdy były to pokazywane małe sztuczki, poprzez wszelkie mailowe łańcuszki i tym podobne rozsyłacze. Ale z drugiej strony bardzo mi przyjemnie, że zostałam nominowana i w związku z tym udzielę odpowiedzi na pytania wywnętrzając się co nieco.

1) Jaką książkę byś wszystkim chętnie poleciła/polecił?

   To jest trudne pytanie, bo każdy lubi co innego a nie ma wielu bardzo uniwersalnych książek. Logicznym wyborem wydaje mi się być Ojciec chrzestny Maria Puzo. Książka, która ma w sobie wszystko, czego można by oczekiwać od dobrej powieści. Książka, którą uważam za obowiązkową dla każdej kobiety, to Duma i uprzedzenie Jane Austen. Ale jak już wspomniałam na początku trudno wybrać książkę dla każdego, bo każdy ma nieco inne czytelnicze gusta i to chyba jest najciekawsze. Choć jest jedna pozycja, którą powinien znać każdy: Słownik języka polskiego.
  
2) Jaka jest Twoja ulubiona pora roku? Dlaczego?

   Zdecydowanie wiosna, gdy wszystko kwitnie i budzi się do życia. Ponadto jestem zodiakalną rybą a na każde urodziny cieszę się jak dziecko, zawsze to okazja, by dostać nowe książki. A latka, można pominąć metryczkę, wszak nie to w urodzinach jest najważniejsze.
 
3) Czy korzystasz z bibliotek, a jeżeli tak, to jak często?

   Kiedyś z bibliotek korzystałam dość często aż doszłam do etapu, że już nie bardzo mogłam coś dla siebie znaleźć. Potem odkryłam antykwariaty internetowe i przy pierwszym zamówieniu przyszła paczka z ponad osiemdziesiątką tytułów... Do tej pory mam zaległości, które można podziwiać w mojej Poczekalni. Niestety wciąż mam większe tempo kupowania niż czytania książek a jak na prawdziwego książkoholika przystało nie potrafię przejść obojętnie obok książkowych okazji... Mam co czytać i dlatego już dawno nie byłam w bibliotece, zwłaszcza, że do najbliższej mam dość daleko.
 
4) Jaką książkę cenisz sobie najbardziej? Może to być lektura z dzieciństwa.
 
   Wbrew pozorom jest to strasznie trudne pytanie. Zwłaszcza, że wypadałoby cenić książkę wartościową, lubić można też zwykłe czytadło. Myślę i myślę... i zdecydowałam się wybrać Grę Endera Orsona Scotta Carda. Książka, która w pewnym sensie otworzyła mi oczy, na to jak łatwo można manipulować innymi i o tym, że w dzieciach leżą całe pokłady okrucieństwa, które tylko czekają by wypłynąć na zewnątrz.

5) Czym się zajmujesz? Jaki jest Twój wykonywany zawód? Jeżeli jeszcze się uczysz, to jako kto chciałabyś/chciałbyś pracować w przyszłości?
 
   Smutne pytanie, gdyż od ponad pół roku szukam pracy... Jako Biotechnolog z wykształcenia w zasadzie nie mogę znaleźć pracy w zawodzie, a do innej, banalnej mnie nie chcą, ze względu na zbyt wysokie wykształcenie i wielką szanse na to, że nie popracuję długo. Dość frustrująca sytuacja... Krótki okres pracowałam w księgarni i praca mi się podobała, zwłaszcza że mogłam kupować książki w cenach hurtowych. Niestety godziny pracy były niesprzyjające, to była dworcowa księgarnia i praca od 6-22 na dwie zmiany, do tego dojazdy na moją prowincję skutkowały tym, że w domu byłam o 24 a wyjeżdżałam do pracy o 4. Ponadto szef potrafił zrobić awanturę o byle co i wylewać swoje żale, za nic- typowy choleryk. Jak skończył mi czas na umowie, nie chciałam dłużej pracować.

6) Jakie są Twoje zainteresowania poza czytaniem książek i prowadzeniem bloga?
 
   Oczywiście szycie i część mej twórczości, strasznie małą, zamieściłam już na blogu. Czekam w dalszym ciągu na natchnienie by obfotografować pozostałe krawieckie dokonania. Do tego od zawsze interesowałam się przyrodą i uwielbiam oglądać porządnie zrobione przyrodnicze filmy oraz czytać ciekawe książki na ten temat. Uwielbiam też grać w brydża, ale ostatnio tak strasznie ciężko zebrać czwórkę do gry, że mam  stanowczo zbyt mało okazji.

7) Czy czujesz się spełniona/y, szczęśliwa/y?

  Szczęśliwa się czuję, spełniona niekoniecznie.
 
8) Podaj miejsce w którym chciałabyś/chciałbyś mieszkać, lub przynajmniej choć raz w życiu odwiedzić?

   Na stałe chciałabym mieszkać gdzieś w północnej Europie, a choć raz odwiedzić, chyba każde miejsce na ziemi, gdyż wszędzie można znaleźć coś pięknego. Kusi mnie Afryka, ale póki co to dość odległe w czasie plany.
 
9) Jaki jest Twój ulubiony napój?
 
  Z gorących napojów delikatna kawa z mlekiem. Bardzo mi smakuje Nescafe Sensacione Crema, bądź Jacobs Velvet, nie przepadam natomiast na zbyt aromatyzowanymi napojami. Z zimnych napojów chyba najbardziej lubię Tonic, Schweppsa, bądź Kinleya. A z alkoholi ostatnio gustuję w Summersby, choć cydry, które mi brat z Norwegii przywozi są jeszcze lepsze. Do tego delikatne drinki, w którym nie czuć ich prawdziwej mocy i które dyskretnie zwiększają stężenie alkoholu we krwi.

10) Jakie jest Twoje największe, realne do wykonania marzenie? Jeżeli jest takie, to jaki masz plan na jego spełnienie?

   Dość przyziemne, chciałabym w końcu ruszyć z rozbudową domu. Do tego takie nieco bardziej abstrakcyjne mieć jedno pomieszczenia przeznaczone tylko i wyłącznie na bibliotekę. regały od podłogi do sufitu i tylko centralnie wygodny fotel, lampka i stoliczek na coś do picia, bądź przekąski.
 
11) Czy coś zmieniłabyś/zmieniłbyś w swoim życiu? (może pracę, a może chciałabyś wyglądać np.: jak Claudia Schiffer :D).

   W sumie z natury jestem osobą, która stara się przyjmować życie takim, jakie jest i cieszyć się z tego co mam. Gdybym już coś mogła zmienić, to pewnie zmieniłabym moja drogę zawodową, choć też nieco mi brak innych pomysłów, by połączy to co mnie interesuje, z tym co daje jakieś perspektywy.

   UFF! Udało mi się uporać z tymi, jakże ciekawymi pytaniami. Jak wspominałam na wstępie nie będę nominować nikogo.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Książkowe nabytki czerwca- część czwarta i chyba już ostatnia

   Dziś znów dotarło do mnie kilka paczuszek, a w piątek przyszła mega paka od mojej ulubionej użytkowniczki LC, z którą wymieniłam już niejedną ogromną paczkę i na pewno jeszcze niejedną wymienię. Poniżej stosik, w którym dla odmiany gości nie tylko literatura piękna ale i co nieco brzydkiej, znaczy się popularno-naukowej, też znalazło tu sój dom.


  Klasycznie zacznę opisywać stosik od samego dołu.
  Encyklopedia Dzikich Zwierząt, Równiny trawiaste Catherine Nicolle Tego tomu mi brakowała w kolekcji, a chyba każdy mól książkowy z bólem patrzy na luki w kolekcjach. Okazja do przygarnięcia się trafiła, więc nie pogardziłam, zwłaszcza, że seria jest całkiem przyzwoita. Przejrzałam z chęcią, co nieco poczytałam, kiedyś się może skuszę na przeczytanie w całości.
   W krzywym zwierciadle Maciej Stuhr Wygrana w konkursie na lubimyczytac, pracą konkursową był właśnie skecz, który zamieściłam jakiś czas temu. Odpowiada mi humor Macieja Stuhra, choć jakoś nie czytałam do tej pory zbyt wielu jego felietonów. Czas to nadrobić, mam spory apetyt na tę pozycję.
   Północ kontra Południe Juliusz Verne Dostałam jako gratis do wymiany. Muszę się w końcu zabrać za książki tego autora, gdyż ich ilość rośnie w zastraszającym tempie.
  Cymbeline, król Brytanii, Perykles Władca Tyru Wiliam Shakespeare Są takie nazwiska, obok których nie potrafię przejść obojętnie. Jednym z takich nazwisk jest właśnie nazwisko tego pana. Obie przygarnęłam na wymianie i mile zaskoczyło mnie ich wydanie. Spodziewałam się wydania broszurowego, a tu sztywna oprawa i obwoluta, choć pewnie po prostu nie doczytałam opisu książki, jak znam siebie.
   Odcięte głowy władców Elwira Watała Dawno, dawno temu, gdy miałam w swym życiu krótki epizod polegający na pracy w księgarni zwróciłam uwagę na tę autorkę, jednak nie zainteresowała mnie na tyle, bym zechciała zakupić jej książki. Trafiła się okazja na wymianie, nie wahałam się ani chwili, zwłaszcza że oddałam jakże znienawidzony skrót Trzech muszkieterów.
   Za króla, ojczyznę i garść złota Anna Brzezińska, Grzegorz Wiśniewski To kolejna pozycja z wymiany. Bardzo mi odpowiada styl pisania tej autorki i mam nadzieję, że jej współpraca w duecie będzie równie magiczna, co solowe prace.
   Olaf, syn Auduna (dwa tomy) Sigrid Undset W sumie przygarnęłam je nieco w ciemno. W poczekalni wciąż czeka Krystyna córka Lavransa. Mam nadzieję, że mnie nie zawiedzie ani jedna, ani druga pozycja.
   Teatr II Molier Zbiór pięciu sztuk mojego ulubionego francuskiego komediopisarza, zdobyty na wymianie. Wprawdzie dwie z nich mam w innych wydaniach (Skąpiec i Mieszczanin szlachcicem) ale te co mam należą, do wydań typowych dla lektur, za którymi nie przepadam. Ponadto już ostrzę sobie zęby, choć bardziej adekwatnie byłoby oczy, na te trzy komedie, których jeszcze nie czytałam. Pozostanie mi do upolowania pierwszy tom Teatru.
   Klin Joanna Chmielewska Przygarnięta niejako jako dopełnienie, nie dla mnie a dla rodziców. Mnie ta pani jakoś nie oczarowała.
   Zaginiony horyzont James Hilton Tę moja mama nabyła w taniej książce. Ja bym jej pewnie nie kupiła, choć nie wykluczam, że kiedyś po nią sięgnę. Póki co nie wyląduje w mojej Poczekalni.

   No i to już koniec dzisiejszego stosika. W pewnym sensie przeraża mnie tempo w jakim nowe książki pojawiają się u mnie w domu, a z drugiej każdy nowy tytuł witam z taką dziecięcą radością. To chyba powinno się leczyć...

niedziela, 23 czerwca 2013

Ciasto z truskawkami na biszkopcie z kremem z serka mascarpone

   Zgodnie z zapowiedzią pojawi się wyjaśnienie, jak skończył bohater poprzedniej historii. W poprzednim odcinku został rozczłonkowany na dwie części i ten budzący grozę akcent miał zachęcić Was do niecierpliwego wyglądania zakończenia, tej tragicznej historii. Może zacznę od widoku ogólnego:


   Nic szczególnego, na pierwszy rzut oka, ale skrywa w sobie prawdziwe bogactwo.
Niezbędne składniki:
- około 2 kg truskawek
- 2 galaretki (użyłam agrestowych, dla koloru)
- 0,5 kg serka mascarpone
- 300 ml mleka
- 330 ml śmietanki 30 % (równie dobrze może być 36%, jak i większa objętość)
- 100 g gorzkiej czekolady
- jedno opakowanie gotowego kremu do tortu (użyłam czekoladowy z Gelwe)
- 2 łyżki cukru waniliowego (lub jeden cukier wanilinowy)
- Biszkopt podzielony na dwa płaty (bohater poprzedniego odcinka)

   Gdy już zgromadzimy cały ten zasób składników można przejść do dzieła. Krokiem pierwszym będzie przygotowanie galaretki w pół litra wody. Połowę rozciętego biszkoptu układamy w blaszce, pokrywamy go przeciętymi na pół truskawkami. Można ich nie przecinać, ale po pierwsze ciasto będzie bardzo wysokie, a po drugie ilość potrzebnych truskawek wzrośnie dwukrotnie. Całość zalewamy tężejąca galaretką, tak by biszkopt jej nie wypił. Od razu po wlaniu galaretki układamy drugie pół biszkoptu. Teraz w łaźni wodnej, albo w garnku z płaszczem wodnym (świetna rzecz tak swoją drogą) topimy gorzką czekoladę. Gdy się rozpuści wylewamy ją na biszkopt równomiernie rozprowadzając. Na jeszcze miękką układamy kolejną porcje poprzecinanych truskawek. Czekamy aż zastygną przygotowując w międzyczasie krem. Trzeba zacząć od ubicia śmietany kremówki z dodatkiem cukru waniliowego. Do drugiej miski wrzucamy serek mascarpone i miksujemy, dla uzyskania zupełnie jednolitej konsystencji, dodając trochu ubitą śmietankę. Serek jest dość gęsty i tłusty, potrafią robić się grudki przy jednorazowym wrzuceniu śmietany. Gdy śmietana znajdzie się w serku ubijamy krem z torebki w 300 ml zimnego mleka, ubity po trochu dodajemy do masy serowo-śmietanowej uzyskując krem. W ten sam sposób szykuję krem do Tiramisu. Pozostaje posypanie z wierzchu wiórkami czekoladowymi, ja po prostu wyskrobałam, to co zostało w garnku po topieniu czekolady, gdy już zastygło. Efekt końcowy i fragmentaryczny prezentuje się tak:


  Krem wyszedł mi nieco rzadki, muszę popróbować gotowych kremów innych firm, gdyż to tu może być problem, masa serowo-śmietanowa była wystarczająco gęsta, podobnie jak sam krem na mleku. Dopiero po połączeniu zrobiło się rzadsze. biszkopt podzielił mi się nieco nierówno, ale zapewniam, że ciasto było pyszne i zniknęło szybciej niż je produkowałam. Oczywiście można opracować całą masę pysznych wariantów.
  Chętnym do sprawdzenia przepisu życzę smacznego.

piątek, 21 czerwca 2013

Klasyczny biszkopt bez proszku do pieczenia

  Okrężną drogą zmierzam do jakże aktualnego tematu jakim są truskawki. Można z nich robić różne cuda i świetnym pomysłem jest ciasto truskawkowe. Może być to torcik, bądź zwykłe ciasto z galaretką, w obu wypadkach potrzebny jest biszkopt i to on będzie dzisiejszym bohaterem. Prawda, że ładny?


  O tym, co z niego będzie napiszę jutro. Dziś skupię się na podstawie, czyli na tym co zrobić, by biszkopt bez proszku do pieczenia nie przypominał podeszwy, bądź deski, którą można by zdzielić tych co zbyt gorliwie dopytują się: co pieczesz. Nie było to łatwe, ale po wielu próbach i bardzo wielu podeszwach, które ratowałam bardzo intensywnym nasączaniem dopracowałam tę trudną sztukę i otrzymuję biszkopt pulchny i miękki.

   Zacznę od składników. Podana ilość jest optymalna, by zrobić tort, bądź ciasto na biszkoptowym spodzie, albo ze dwie rolady.
- 6 jajek (ewentualnie 4 jajka i 4 białka)
- pół szklanki cukru waniliowego (ewentualnie pół szklanki cukru + cukier wanilinowy)
- szklanka mąki

   Przygotowanie jest proste, ale trzeba bezwzględnie pilnować dwóch rzeczy. Zaczynamy od ubicia białek na sztywną pianę. Zazwyczaj robię z większą ilością białek, gdyż zostają mi po pączkach. Gdy piana jest sztywna i jak to w żargonie mawiają: "pod nóż" można zabrać się za ucieranie żółtek z cukrem. W przepisie na pączki podałam jak przygotować cukier waniliowy i do ciast w zasadzie innego nie stosuję. Gdy żółtka będą dokładnie utarte, dosypujemy mąkę i mieszamy mikserem. Dodajemy ze dwie, trzy łyżki piany, by mieszanina nieco zrzedła i dalej ubijamy mikserem,. Potem odstawiamy mikser na bok i dodajemy resztę piany. Niezmiernie ważne jest by dalsze mieszanie było bardzo delikatne. Nawet nie trzeba mieszać do bardzo jednolitej konsystencji. Może wyglądać to tak:


   Jest to pierwsza z kluczowych czynności, niewielkie pęcherze z piany nie przeszkadzają, ale ważne by dodana piana nie zaczęła "siadać"- widać to po tym, że z ciasta uwalniają się duże pęcherze powietrza. 
  
   Jedyne co zostało do zrobienie to wrzucenie delikwenta do piekarnika. Taki płaski wystarczy piec ze 20 minut w 215 stopniach. W tym momencie jest drugi kluczowy etap. Piekarnik musi być nagrzany minimum do tych 200 stopni. W przeciwnym razie biszkopt obeschnie z wierzchu i zrobi się twardy niczym beza. A ponieważ środek pozostanie surowy otrzymamy podeszwę, gdyż nie będzie miał siły by wyrosnąć i przebić zewnętrzną skorupkę. Wysoki biszkopt w tortownicy powinien posiedzieć ze 40 minut. Lepiej nie otwierać piekarnika przed końcem czasu pieczenia, nawet niewielka zmiana temperatury spowoduje, że biszkopt klapnie. Po wyjęciu z piekarnika dobrze go rozłożyć, by odparował. W przekroju wygląda tak:


   Ta biała smuga, to nie do końca rozmieszana piana, nie wpływa to na jego smak. Widać wyraźne pęcherze, świadczące o tym, że miał możliwość by wyrosnąć. Skórka z wierzchu jest stosunkowo miękka. Z takich przekrojonych kawałków spokojnie można zrobić roladę, mają wysokość jakiegoś centymetra. Ja mam co do nich inne plany, ale o tym w następnym odcinku.

   Na zakończenie mała uwaga, gustuję w ciastach raczej półsłodkich, niż słodkich. Jak ktoś lubi słodkie może dorzucić cukru, choć uważam, że gdy doda się krem, bądź galaretkę takiej potrzeby nie ma.

środa, 19 czerwca 2013

Pączki z powidłami ze śliwek

   Wprawdzie pogoda nie zachęca do sterczenia przy garach i długiego smażenia, ale tak mnie dziś naszła ochota na pączki. Nie lubię kupnych pączków, gdyż z reguły są zbyt słodkie i do tego oblane lukrem, którego tym bardziej nie cierpię. Moje są takie półsłodkie. Postanowiłam się też podzielić przepisem, czyli pierwszy raz liczyłam ile czego dodaję, zazwyczaj robię wszystko "na oko". Efekt wygląda tak:


   Tych, co nabrali smaku i mają chęć się pobawić pocieszę, że proces produkcji jest dość prosty.
Składniki:
- Pół kostki drożdży
- Szklanka mleka
- 3/4 szklanki cukru (może być cukier waniliowy domowej roboty)
- cukier wanilinowy (niepotrzebny, w przypadku cukru z prawdziwą wanilią)
- 2,5 szklanki mąki (plus około szklanki pomocnej przy klejeniu)
- 4 żółtka (z białek można zrobić biszkopt, bądź babkę, spokojnie mogą poczekać w lodówce)
- mały kieliszek spirytusu, ewentualnie wódki (pączki nieco mniej piją tłuszcz, gdy dodamy alkohol)
- pół słoika powideł śliwkowych (może być dowolny dżem/konfitura/marmolada ważne, by było gęste)
- olej do smażenia (minimum pół litra, choć to zależy na ile porcji chce nam się smażyć.

   Z pół kostki drożdży, pół szklanki mąki robimy rozczyn, taki gęstości śmietany. Ustawiony w ciepłym miejscu musi podwoić swoją objętość, zanim zaczniemy dalszą pracę. Gdy już rozczyn wyrośnie dodajemy do niego spirytus, dwie szklanki mąki oraz kogel-mogel utarty z żółtek z cukrem waniliowym (na końcu notki podam przepis na cukier waniliowy). Całość zagniatamy, przykrywamy ściereczką i czekamy aż znów podwoi swoją objętość.
   Gdy ciasto wyrośnie trzeba przejść do zabawy. Potrzebna będzie deska oprószona mąką, a najlepiej dwie  oraz miska z zimną wodą. Mokrymi dłońmi odrywamy kawałek ciasta rozpłaszczamy do w palcach, kładziemy łyżkę powideł i zaklejamy w kształt mniej więcej kulisty. Na koniec, by się nie kleiły oprószamy mąką. Ja zazwyczaj na jednej desce mam kupkę mąki, tam odkładam sklejonego pączka, po czym otaczam go z każdej strony i odkładam na druga deseczkę. Wygląda to tak:


   Im mniejsze kuleczki utoczymy, tym krócej będą musiały się smażyć. Smażenie zaczynamy, gdy olej będzie gorący. Wrzucamy tak by nie były za ciasno i pływały. Smażymy na kolor brązowy. Krótsze smażenie może spowodować, że w okolicach powideł ciasto się nie zetnie. Na zakończenie posypujemy cukrem pudrem, bądź polewamy lukrem, jeśli ktoś bardzo chce. I jeszcze jedna fotka na pobudzenie apetytu:


  Najlepsze są świeżutkie, ja to w ogóle lubię takie jeszcze cieplutkie. Następnego dnia mogą być nieszczególne, u mnie rzadko kiedy leżą tak długo... Chętnym do pączkowej zabawy życzę smacznego.

  I na samo zakończenie prosty przepis na nieprzebrane zasoby waniliowego cukru. Potrzebna będzie laska wanilii oraz szczelnie zamykany słoik. Laska wędruje do słoika, zasypujemy ją cukrem i czekamy (pół dnia wystarczy). Gdy potrzebujemy cukru zsypujemy i uzupełniamy ubytek świeżym cukrem. Taki cukier jest mniej aromatyczny od kupowanego w sklepach cukru wanilinowego. Z powodzeniem można go stosować zamiast normalnego cukru, gdy chcemy mieć przepyszny, prawdziwie waniliowy aromat.

Lektur czerwca część pierwsza

   Połowa czerwca już za nami a mnie uzbierało się już sześć tytułów na koncie. Książki rozmaite, a że natchnienia brak na recenzje, więc ograniczę się do opinii. Gatunki rozmaite, a zaczęło się od klasyki.

   Narzeczona z Lammermoor Walter Scott

   Jest to moje pierwsze spotkanie z Walterem Scottem i na pewno nie ostatnie. Zwłaszcza, że w Poczekalni czeka sporo tytułów tego autora. Mroczna, smutna i piękna. Ciekawy opis siedemnastowiecznej Szkocji, który choć miejscami był nieco męczący, jednak w uroczy sposób wprowadził mnie w taki gotycki nastrój. Z jednej strony człowiek aż pragnąłby innego zakończenia, z drugiej z takim zakończeniem książka jest pełniejsza. Na pewno trzeba mieć nastrój na taką książkę, bo chociaż lektura nie była męcząca, to jednak wymaga odpowiedniego podejścia by w pełni poczuć jej mroczny klimat. 

   Kot, który czytał wspak Lillian Jackson Braun

  Książka przyzwoita, tylko tyle i aż tyle. Kryminalna zagadka nie porywa, ale jej rozwiązanie już nieco zaskakuje. Choć raczej jest to zaskoczenie, które ciężko było przewidzieć, niż takie z gatunku: "w życiu bym nie pomyślała, że to on!". Co dalej, język książki jakiś taki w sumie dziwny, z jednej strony nic specjalnie nie raziło i ogólnie był dość poprawny, ale z drugiej zabrakło mu nieco polotu, który by sprawił, że te 160 stron można by przeczytać za jednym podejściem (męczyłam tę książkę aż trzy dni!). Bohaterowie za to byli całkiem przyjemni. Owszem mogło być w niej więcej Koko, ale z tego co słyszałam, w kolejnych tomach jest go więcej. Qwilleran wydał się całkiem sympatyczny a i inne postacie miały swój urok. Zabrakło mi natomiast kogoś, kogo można by naprawdę polubić, lub chociaż z kim można by nawiązać jakąś więź. Jeśli chodzi o kolejne tomy, to pewnie sięgnę po nie, ale pod warunkiem, że zdobędę je, tak jak ten, niskim kosztem. Nie będę ich namiętnie szukać.

   Historia żółtej ciżemki Antonina Domańska

   Dziecięcy klasyk, który kusi mądrą historią, bogactwem języka i pięknym obrazem XV wieku. Niezbyt długie, jednak ciekawie ujęte opisy, nie powinny znudzić nawet młodego czytelnika. Wątek kryminalno-sensacyjny dodaje fabule dreszczyku. Przez powieść przewija się dużo ciekawych postaci historycznych, jak choćby Jan Długosz, czy oczywiście Wit Stwosz. Powieść w przystępny i malowniczy sposób przybliża polską historię młodemu pokoleniu. Język kusi bogactwem i choć jest dość zasobny w anachronizmy, to jednak nie utrudniają one lektury, za to pięknie odmalowują język epoki, czy gwarę. Przy lekturze świetnie się bawiłam i mam nadzieję, że gdy syn nieco podrośnie, również będzie się dobrze bawił.

   Miecz bez imienia Andriej Bielanin

   Jedyna powieść w tym zestawieniu, która doczekała się recenzji. Co więcej mogę na jej temat napisać? Chyba tylko tyle, że bawiłam się przy niej naprawdę dobrze i z pewnością kiedyś do niej wrócę. Jak lekkie i przyjemne czytadło jest idealna.

   Dym i lustra Neil Gaiman

   Książka, po którą sięgnęłam, ponieważ szykowała się do zmiany miejsca zamieszkania. A ponieważ już od jakiegoś czasu miałam chęć bliżej poznać tego autora, to i przygarnęłam ją, jak była okazja. Ale pojawił się mały problem. gdyż ten zbiór opowiadań i wierszy raczej przeznaczony jest dla miłośników autora, niż dla tych, którzy chcą dopiero nawiązać z nim znajomość. Książka nie zachęciła mnie do zacieśnienia znajomości. Niektóre teksty były całkiem przyjemne, inne miały swój mroczny urok. Jednak stanowczo zbyt wiele wydało mi się nijakich. I jeszcze te sceny łóżkowe, tak strasznie niezgrabnie wkomponowane. Potrafiły zepsuć tekst, gdyż człowiek się zastanawiał po co tak właściwie tam są, gdy mają znikome znaczenie dla fabuły? Zupełnie jak w polskim filmie, gdzie tematyka nieważna, ale cycki być muszą. Odniosłam wrażenie, że te sceny zostały upchnięte na siłę, byle były. Może za dużo od książek wymagam, ale wolę, by sceny łóżkowe, zupełnie, jak wszystkie pozostałe miały sens i były konsekwencją fabuły. Podsumowując: dla miłośników Gaimana z pewnością jest to smaczny kąsek, można poznać różne formy tworzone przez autora. Dla tych, co nie mieli z nim styczności, chyba lepiej skierować kroki w stronę innych dzieł, gdyż ta lektura może wydać się nijaka.  Za to okładka tego wydania  jest piękna i w pełni oddaje nastrój niektórych historii.

   Świat zwierzęcych zależności Andrzej Kędziorski, Mirosław Nakonieczny

   Książka w bardzo przystępny sposób prezentuje rozmaite zależności ekologiczne. Zawsze lubiłam zagadnienia z ekologii, a te tutaj opisano bardzo przystępnym językiem, idealnym dla młodych czytelników. Nie doszukałam się żadnych większych rzeczowych błędów a i dowiedziałam się kilku nowych rzeczy. Jak zawsze piękne ilustracje uprzyjemniają lekturę i zachęcają do poznania ekologicznych ciekawostek. Zabrakło mi w niej jednak jakiejś takiej ogólnej myśli, przesłania mówiącego o tym, że na świecie każdy gatunek wpływa na wszystkie go otaczające. W niczym jednak nie umniejsza wartości książki. Jest to świetna seria przyrodniczych książek popularnonaukowych, którą polecam wszystkim dociekliwym a którą z wielką przyjemnością skompletuję w całości.