wtorek, 23 kwietnia 2019

Jotka - Łowca smoków. Smoki Wysp Brytyjskich

Autor: Łukasz Radecki
Ilustracje: Joanna Sapkowska-Pieprzyk
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2018

   „Jotka Łowca smoków. smoki Wysp Brytyjskich” Łukasza Radeckiego to pierwsza książeczka z planowanej serii, w której dzieci poznają nie tylko różne smoki, pochodzące z legend, ale i poszczególne państwa, ich najważniejsze zabytki, kulturę i ogólne informacje. Nie jest to typowa opowieść dla najmłodszych, ale mimo tego z pewnością powinna przypaść do gustu dzieciom w wieku wczesnoszkolnym. W książce zapowiedziano kolejne tomy przygód Jotki, a wrażenia z lektury pierwszej części są na tyle pozytywne, że z zainteresowaniem będę śledzić, czy już się pojawiły.

   Tytułowy Jotka, to Jan Krzysztof – młody rycerz i łowca smoków, certyfikowany ukończeniem specjalnego kursu. Wszędzie tam, gdzie pojawiają się problemy ze smokami zjawia się on, by je rozwiązań. Unika jednak akcji ostatecznych i stara się zrobić wszystko, by nie musieć nieszczęsnych bestii zabijać. Jotka w każdym z nich stara się znaleźć przyjaciela i rozwiązać problem tak, by wszyscy zainteresowani byli zadowoleni. Jest ideałem bohatera: uczynny, odważny i mądry. Ma swoją słabość – zamiłowanie do pysznego jedzenia, ale kimże byłby prawdziwy bohater, bez niewielkiej, mało znaczącej skazy?

   W tym niewielkim tomie Jan Krzysztof musi się zmierzyć z trzema smokami pochodzącymi z różnych czasów z Irlandii, Szkocji i Anglii. Każdy z nich zaczął się naprzykrzać okolicznym mieszkańcom i we wszystkich przypadkach bohater znalazł sposób by sobie z nimi poradzić i ocalić przy okazji stada, skarby i okolicznych mieszkańców. Ponieważ dla Jotki czas i przestrzeń nie mają znaczenia gdy wyrusza rozwiązać problem, więc przy okazji pozwiedzał nieco kraje, do których trafił. A jako wielki smakosz nie omieszkał również skosztować lokalnych pyszności.

   Książka to nie tylko fabularna przygoda głównego bohatera. Znajdziemy w niej sporo dodatków. Począwszy od „Smokarium”, w którym każdy ze smoczych bohaterów ma rozdział sobie poświęcony, poprzez wykaz regionalnych smakołyków wraz przepisami na nie, aż po zaprezentowanie głównych zabytków oraz postaci historycznych, ważnych dla Wysp Brytyjskich. Jotka Łowca smoków. Smoki Wysp Brytyjskich” są więc nie tylko świetną rozrywką dla młodego czytelnika, ale też źródłem ciekawostek i podstawowych informacji historycznych oraz geograficznych.

   Przygody młodego łowcy smoków czyta się dobrze. Stosunkowo prosty język wzbogacony został w słownictwo typowe dla zaprezentowanego rejonu. By lektura szła płynnie, każde z trudniejszych słów zostało wyjaśnione w przypisach. Te służą też do dodania pewnych fabularnych szczegółów i opisów, co zdecydowanie zachęca do ich lektury.

   Stosunkowo niewielki format książki oraz jej sztywna oprawa to zdecydowane zalety w przypadku pozycji dla młodego czytelnika. Ponieważ jest to lektura przeznaczona dla dzieci już dość dobrze czytających, więc i tekstu na poszczególnych stronach jest sporo. Zastosowanie sporej gabarytowo i  bardzo czytelnej czcionki, sprawia, że kolejne strony mijają bardzo szybko. Nie można też pominąć licznych ilustracji autorstwa Joanny Sapkowskiej-Pieprzyk. Utrzymane w pastelowych kolorach przykuwają uwagę i pobudzają wyobraźnię, prezentując smoki, sławne postacie oraz miejsca Wysp Brytyjskich.

   Lektura „Jotki Łowcy smoków. Smoki Wysp Brytyjskich” przynosi sporo radości i odrobinę umiejętnie wplecionej w fabułę wiedzy. Dla dzieci, które czytają już dość dobrze jest to pozycja wręcz idealna. Nie jest to typowa opowieść o smokach i rycerzach, to odrobinę nietypowa przygoda połączona w możliwością odwiedzenia i poznania historii Wielkiej Brytanii i Irlandii.

Recenzja powstała na zlecenie portalu Sztukater.

czwartek, 18 kwietnia 2019

Potworna Michasia

Autor: Marlena Rytel
Ilustracje: Kacper Semik, Marlena Rytel
Wydawnictwo: Psychoskok
Rok wydania: 2017

   „Potworna Michasia” to druga po „Sebastian i przyjaciele” książeczka dla dzieci napisana przez Marlenę Rytel. Porusza też podobną tematykę, co poprzedniczka. Jest to dydaktyczna opowieść przeznaczona dla nieco starszych kilkulatków, zarówno do samodzielnej lektury, jaki i do posłuchania, gdy czytają ją rodzice. 

    Główną bohaterką książeczki jest siedmioletnia Michasia. Jest dziewczynką, która zawsze musi postawić na swoim i zawsze musi dostać to, czego chce. Wszystko wymusza krzykiem lub płaczem. Gdy zamarzył się jej kotek, rodzice podarowali jej kota, uczulając na to, że będzie musiała się nim zajmować. Wiadomość o spodziewanym powiększeniu rodziny przyjęła buntem. Bo przecież ona nie chce żadnego brata, jeszcze będzie musiała dzielić się z nim uwagą rodziców i dziadków. To nie do pomyślenia!

   Określając charakter Michasi na myśl od razu przychodzi jedno słowo – nieznośna. Tytułowy epitet pasuje równie dobrze, biorąc pod uwagę sposób w jaki zaczęła postępować z kotem, którego chciała. Z czysto dziecięcą bezmyślnością i brakiem przewidywania konsekwencji własnych czynów dopuszcza się względem niego okrucieństwa, by następnie mieć do niego pretensje, gdy ten ucieka od jej „czułości”. Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy pewnego poranka Michasia wstaje i odkrywa, że jest uwięziona w ciele kota. Kolejno doświadcza wszystkich przykrych rzeczy, które wcześniej sama serwowała zwierzęciu, co pozwala jej zrozumieć, jak złym było jej zachowanie.

   Jest to książeczka, która w bardzo wyraźny sposób przekazuje, że dręczenie zwierząt jest nie tylko złym pomysłem, ale i czystym okrucieństwem. Robi to w sposób prosty i zrozumiały, nieco zbyt ewidentny, taki, w którym nie ma miejsca na żadne dopowiedzenia, czy nieścisłości. Jej dydaktyczny wydźwięk mocno przytłacza odbiór całości.

   Z drugiej strony, czytając tę książeczkę, nie mogłam uwolnić się od dość nieprzyjemnego wrażenia, zupełnego pominięcia roli rodziców Michasi. Służą to spełniania jej zachcianek i zachwycania się jaką jest śliczną i dobrą dziewczynka, choć żadne z jej zachowań nie potwierdza ich zachwytów. Michasia odnosi się wobec rodziców w sposób bardzo niegrzeczny, czego oni w żaden sposób nie komentują, ograniczając się do poprawy jej wymowy. Niby tłumaczą jej, że nie wolna znęcać się nad zwierzęciem, ale w żaden sposób nie kontrolują tego, jak ona z nim postępuje. Zabrakło mi w ich relacji realizmu i odpowiedzialności. Rodzice i inni dorośli zostali przedstawieni w roli statystów, bo jacyś być muszą, bez żadnych dodatkowych funkcji. W związku z tym, nie sposób uwolnić się od wrażenia, że nie oni zajmują się wychowaniem dziecka, co wprost skutkuje okropnym charakterem rozpieszczonej dziewczynki. Nie jest to dobre wrażenie, gdyż Michasia nie ma w nich oparcia, a jej świat nie ma granic, których dziecko potrzebuje.

   „Potworna Michasia” napisana jest prostym językiem, który nawet zaczynającemu przygodę z książkami kilkulatkowi nie sprawi żadnego problemu. Nie ma tu nagromadzenia środków stylistycznych, ani zbyt skomplikowanej składni. Cienka broszurowa oprawa oraz dziecięce rysunki wewnątrz nie zachwycają.

   „Potworna Michasia” Marleny Rytel to niewielka dydaktyczna nowelka, której prosty przekaz jest bardzo istotny. Niestety w sposobie jego prezentacji zabrakło mi bardzo wielu rzeczy, począwszy od pozostawiania młodemu czytelnikowi możliwości wyciągnięcia wniosków, a skończywszy na marginalizowania roli tych, którzy w życiu dziecka są najważniejsi. Pod względem graficznym książeczka również niczym nie zachwyca, choć nie można powiedzieć by raziła.

Recenzja powstała na zamówienie portalu Sztukater.

niedziela, 14 kwietnia 2019

Sowa czy puszczyk

Autor: Emma Strack, Guillaume Plantevin
Tytuł oryginału: Choutte on hibou?
Tłumaczenie: Iwona Janczy
Wydawnictwo: ADAMADA
Rok wydania: 2018

   W księgarniach bez trudu możemy znaleźć mnóstwo książek edukacyjnych dla dzieci. Większość z nich mniej lub bardziej przypomina leksykony poświęcone często dość wąskim zagadnieniom, czy to z dziedzin przyrodniczych, czy technicznych. Ich wartość merytoryczna bywa różna, a znalezienie naprawdę wartościowej pozycji dla najmłodszych nie jest łatwym zadaniem. W zalewie tego typu pozycji pozytywnie wyróżnia się książka Emmy Strack zatytułowana „Sowa czy puszczyk?”, którą szczerze mogę polecić każdemu młodemu czytelnikowi, a i niejeden dorosły znajdzie w niej  rozmaite ciekawostki.

   W książce zestawiono pary, których rozróżnienie może sprawiać kłopot nie tylko dzieciom. Tytułowe „Sowa czy puszczyk?” to tylko jeden z wielu przykładów. Zestawione pary dotyczą nie tylko zagadnień przyrodniczych czy geograficznych, ale znajdziemy tu również definicje różnych rodzajów jedzenia, ubrań czy przedmiotów codziennego użytku, wszystkiego, co można spotkać na co dzień w najbliższym otoczeniu. Zlew i umywalka, rajstopy i pończochy, autobus i autokar, to tylko kilka wybranych przykładów zestawionych par dotyczących świata wokół nas. Ponadto są tu tematy znacznie bardziej zaawansowane, jak rozróżnienie Arktyki od Antarktydy, stalagmitu od stalaktytu, czy też zarodka od płodu.

   O każdym z przedstawionych zagadnień umieszczone skrótową informację i ciekawostki, punktując różnice między zestawionymi parami. Opisy są bardzo jasne i czytelne, dzięki czemu nawet dziecko, czy totalny laik jest w stanie pojąć o czym mowa i bez problemu odróżniać wspomniane zagadnienia. W celu dokładniejszej identyfikacji dodano czytelne i wyraźne, często schematyczne ilustracje, które nie pozostawiają już żadnych wątpliwości.

   Duże walory edukacyjne książki, zestawione są z przyjemną oprawą graficzną. Ilustracje w „Sowie czy puszczyku?” są czytelne i wyraźne, a dobór kolorów stonowany i przyjemny dla oka. Barwy wydają się nieco przygaszone, dzięki czemu przeglądanie kolejnych stron nie męczy oczu. Równie przejrzysty jest układ stron, oprócz dużej ilustracji prezentującej sparowane zagadnienia dodano po kilka niewielkich obrazków, na których skupiono się na szczegółach rozróżniających poszczególne elementy z pary.

   Książkę czyta się bardzo dobrze i świetnie się sprawdza, zarówno jako jednorazowa lektura, jak i pozycja, do której warto zajrzeć w każdym momencie. Jest to książka, do której niejednokrotnie będzie się wracać. Szeroki zakres zagadnień z jednej strony oraz ich skrótowe i przystępne opracowanie z drugiej sprawiają, że bardzo łatwo znaleźć interesujący nas w danym momencie fragment.

   Pod względem językowym nie jest to wymagająca pozycja, nie znajdziemy tu zbyt dużej ilości stricte naukowego słownictwa, choć nie jest ona go zupełnie pozbawiona. Książka jest łatwa w odbiorze, dzięki przystępnemu językowi i stosunkowo prostej składni. Nie powinna sprawić żadnych problemów nawet dzieciom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z samodzielną lekturą.

  „Sowa czy puszczyk?” Emmy Strack to dobra i wartościowa pozycja przeznaczona dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Pomaga w poszerzaniu wiedzy na temat otaczającego je świata, ucząc na konkretnych przykładach, że nie zawsze to co wygląda bardzo podobnie, będzie tym samym. Przekazuje wiedzę w sposób nienachalny, umożliwiając jej stopniowe dawkowanie.  To jedna z tych książek, do których wraca się wielokrotnie, za każdym razem, gdy przyjdzie potrzeba by sprawdzić jakiś nurtujący dziecko temat.

Recenzja powstała w ramach współpracy z portalem Sztukater.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Stosik na początek drugiego kwartału

  Dotarła w końcu do mnie kolejna porcja zakupów. Tym razem są to tylko nabytki, z mojej ulubionej księgarni oraz z nowo odkrytego ulubionego sklepu z grami planszowymi, który idealnie się sprawdził jako źródło dodatków do Carcassonne. Równowaga między literaturą piękną, a tą mniej piękną jest zachowana i wzorem poprzedniego stosu ta pierwsza wcale nie ma zdecydowanej przewagi. Czyżby znak czasów, że tej niepięknej ostatnio kupuję więcej? Z pięknej, typowo dla mnie, w dominancie klasyka i fantastyka.
   Kwiecień nie przyniósł (jeszcze) żadnych recenzentek, więc jest okazja, by nieco skurczyć Poczekalnię, z której to okazji skwapliwie korzystam.
   A na stosie pierwszym znaleźć można:

   Carcassonne. Hrabia, Król i Rzeka, Mosty Zamki i Bazary, Księżniczka i Smok Prawą stronę zdominowały trzy dodatki do kawelkowego świata Carcassonne. Wszystkie trzy znam, bo już niejednokrotnie miałam okazję w nie pograć. Te są moje własne, czekają na sesje z moim najstarszym synem.
   Kompendium i Atlas Świata Dysku Terry Pratchett Przyznam szczerze, że miałam nadzieję tę piękną książkę otrzymać w prezencie. Nikt na to nie wpadł, a ileż można czekać! Przekartkowałam i słowo piękna, to faktycznie pierwsze co przychodzi na myśl. I jeszcze ta cudna mapa...
   Ewolucja piękna Richard O. Prum Tę obszerną pozycję wypatrzyłam w notce zapowiedziowej w Kronice Książkoholika. Szybki przegląd wypadł bardzo obiecująco, ilość przytoczonych źródeł pozwala wierzyć, że autor solidnie przyłożył się do tematu, który sam w sobie jest niezwykle ciekawy.
   Średniowieczna Europa Chris Wickam To kompendium hustorii średniowiecza wpadło mi w oczy z powodu przychylnych recenzji. Kupiona w prezencie, ale i tak zostaje w rodzinnej biblioteczce.
   Kim jest ślimak Sam Maria Pawłowska, Jakub Szamałek, Katarzyna Bogucka Przyznam szczerze, że gdyby nie pewne zamieszanie wokół tej niepozornej książeczki, to pewnie przeszłabym obok niej nawet nie wiedząc o jej istnieniu. A ponieważ tak ujęta tematyka płciowości i preferencji w wydaniu dla najmłodszych wydaje mi się najlepszą drogą z możliwych, nic więc dziwnego, że skusiłam się na tę publikację. Jest to też najmocniejszy kandydat na pierwszą przeczytaną książkę z tego stosu.
   Pretorianie Stalina Piotr Kołakowski, Polacy są najlepsi Johny Kent To dwa kolejne tomy z serii Tajemnice historii. Pierwsza z nich urzeka ogromną ilością źródeł,drugą zaś posiadałam już wcześniej ale w innym wydaniu.
  Każde martwe marzenie Robert M. Wegner A to z kolei uzupełnienie serii, za którą chyba w końcu się wezmę. Przy okazji, kolejna pięknie wydana książka na mojej półce.
   
   Stosik drugi, uzupełniający


   Terra insecta Anne Svedrup-Thygeson Ta książka co chwile migała mi na facebookowych fanpage'ach a że tematyka jest mi bliska, nie mogłam odmówić.
   Wielkie nadzieje Charles Dickens Kolejna z powieści tego autora na mojej półce, trzeba w końcu przyłożyć się bardziej do lektury
   Wspaniałość Ambersonów Newton Booth Tarkington To natomiast zupełny zakup w ciemno. Krótkie przejrzenie kim był autor oraz kredyt zaufania jaki mam do wydawnictwa MG, pozwala wierzyć, że nie pożałuję lektury.
   Karolcia Marta Kruger A to akurat niewinny sprawca całego zamieszania związanego z mikrostosikiem. Następnego dnia po złożeniu pierwszego zamówienia, dowiedziałam się, że jest to planowana lektura dla mojego syna. A skoro już ją zamówiłam, to poczekałam na premierę pierwszej z książek w tej grupie. Pamiętam Karolcię ją z dzieciństwa i mam nadzieję, że synowi również się spodoba.

   Ot i cały stosik. Nie jakiś specjalnie obszerny, ani nawet bardzo imponujący. Jestem jednak mocno przekonana, że nadrabia jakością. Co poza opowieści o ślimaku pierwsze wpadnie mi w ręce, nie mam najmniejszego pojęcia. Poczekalnia pęka w szwach i tuczy się wyśmienicie.

czwartek, 4 kwietnia 2019

Detektyw Arrowood

Autor: Mick Finley
Tytuł oryginału: Arrowood
Seria: Arrowood Mystery. Tom I
Tłumaczenie: Leszek Stafiej
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Rok wydania: 2018

   Postać Sherlocka Holmesa ma swoje silnie ugruntowane miejsce w popkulturze. Niejednokrotnie też słynny detektyw lub postaci z nim związane pojawiały się w rozmaitych książkach i filmach, że wspomnieć chociażby najnowszą ekranizację z Robertem Downey’em jr. w roli głównej, czy serial, gdzie w postać detektywa wcielił się Benedict Cumberbatch. Kolejną taką pozycją jest powieść Micka Finlaya zatytułowana "Detektyw Arrowood", będąca pierwszą z zaplanowanej serii. Nie jest to pierwsza literacka wzmianka o Sherlocku Holmesie, że wspomnę choćby cykl poświęcony Irene Adler autorstwa Carole Nelson Douglas. 

   Tytułowy bohater książki to najzdolniejszy detektyw w wiktoriańskim Londynie - przynajmniej według własnego mniemania. Otwarcie gardzi Sherlockiem Holmesem, niejednokrotnie sugerując, że za jego sukcesami stoi przede wszystkim przypadek a nie niezwykłe zdolności jakie sugerowane są w publikowanych w gazetach relacjach dr. Watsona. 

   Detektywa Arrowooda cechuje upór w rozwiązywaniu powierzonych mu zadań, zwłaszcza, gdy w jakiś sposób dotyczą go osobiście. Wraz ze swoim asystentem podejmują, często lekkomyślne, kroki, które przybliżają ich do odkrycia zbrodniarza. Nie można mu odmówić inteligencji, choć trudno nazwać go geniuszem, detektyw niejednokrotnie się potyka w drodze do rozwiązania, co nadaje mu realizmu i podważa jego wysokie mniemanie o sobie. Ponadto Arrowood ma problemy z używkami i w tym akurat znacznie przerasta Sherlocka Holmesa.

   Londyn zaprezentowany na kartach powieści Micka Finlaya, to miejsce brudne, brutalne i nieprzyjazne. Trzeba nie lada sprytu by przeżyć kolejny dzień na jego ulicach. Wyczucie komu należy sprzyjać, a kogo unikać, kogo można zignorować, a przed kim trzymać się na baczności jest podstawą, bez której trudno przetrwać. Na samym szczycie londyńskiego społeczeństwa są ludzie majętni, którym pieniądze otwierają praktycznie każde drzwi, dla których nie ma rzeczy niemożliwych i którzy dzięki swym koneksjom pozostają bezkarni. Narażenie się takim osobom często jest igraniem ze śmiercią, zwłaszcza, gdy brakuje silnego protektora.

   Intrygę kryminalną otwiera, banalne na pierwszy rzut oka zlecenie, odnalezienia zaginionego brata. Nie jest to zagadka z gatunku poszukiwania pojedynczego mordercy, w której krok po kroku wykluczamy podejrzanych z niewielkiego grona. Dość szybko okazuje się, że sprawa ma nie tylko drugie ale i kolejne dna. Pozbawiony koneksji i kontaktów detektyw Arrowood staje przed bardzo trudnym zadaniem, gdy przychodzi zmierzyć mu się z jednymi z największych i najważniejszych ludzi londyńskiego, nie do końca legalnego, światka. Liczne zwroty akcji sprawiają, że intryga dynamicznie się rozwija odkrywając coraz to kolejne warstwy, by w kulminacyjnej scenie starły się rozmaite siły.

   Książkę czyta się bardzo dobrze, choć język przywodzi na myśl raczej mowę współczesną niż realia wiktoriańskiego Londynu. Pojawiają się wyrażenia określające opisywaną rzeczywistość, jednak prawie w ogóle nie mają przełożenia na język jakim posługują się bohaterowie. W książce brakuje lokalizacji pozwalającej na wczucie się w klimat przedstawionego miasta.

   "Detektyw Arrowood" Micka Finley’a to całkiem dobry kryminał historyczny, przy którym można się świetnie bawić. Zagadka przyciąga uwagę, choć nie należy do tych, w których zgadujemy, kto zabił i dlaczego. Odbiór przedstawionego świata jest całkiem niezły, choć trudno naprawdę poczuć klimat wiktoriańskiego Londynu. Nie przeszkadza to jednak w najmniejszym stopniu w czerpaniu przyjemności z lektury.

Recenzja powstała na zlecenie portalu Sztukater.

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Podsumowanie marca

   Robi się coraz cieplej, coraz pogodniej i nie wiedzieć kiedy zakończył się marzec. Nie był to najgorszy miesiąc jeśli chodzi o mój czytelniczy wynik,tym bardziej, że w przeciwieństwie do poprzedniego, nie zapchałam Lubimyczytaciowej półki "Przeczytane" serią komiksów. Pojawiło się trochę literatury pięknej, trochę książek przyrodniczych i kilka pozycji dla dzieci. Przewinęły się prawdziwe perełki - zachwycające zarówno formatem jak i treścią oraz pozycje, delikatnie ujmując przeciętne, by nie rzec, zwyczajnie słabe. Poniżej przedstawiam stos marcowych lektur.



   Gdzie ten ptak Dawid Kilon Pierwszą książką będzie ostatnia, którą przeczytałam w tym miesiącu. Jest to też najuboższa w treść lektura, choć tylko w znaczeniu ilościowym. Jakościowo broni się wyśmienicie. A tym, co zwraca uwagę i zachwyca jest jej strona wizualna: duży format, grube strony, piękna kreska oraz plansze - wyszukiwanki. Jestem nią bezgranicznie oczarowana.
   Łoś. Urodziwy brzydal Wojciech Misiukiewicz To kolejna piękna pozycja wśród marcowych lektur. Po zachwycie w jaki wprawiła mnie pierwsza z książek autora: Bóbr. Pracowity mąciwoda, wiedziałam, że jest to jedna z tych rzeczy, po które warto sięgnąć. Pełen zachwycających zdjęć album uzupełnia tekst, przybliżający czytelnikowi życie łosia. Dla miłośników przyrody, rzecz zdecydowanie warta uwagi.
   Wilki Adam Wajrak Jak to określiła niegdyś Moreni z Kroniki Książkoholika, wilki to dość mocno wyeksploatowany już temat w wydawanej obecnie literaturze przyrodniczej, a ta książka jest jednym z powodów tego "zużycia". Niemniej jednak nie mogłam sobie odmówić przyjemności z lektury, a że jest napisana pierwszorzędnie, więc nie mam czego żałować.
   Obietnice poranka Carrie Turansky To akurat powieść, której żałuję, że znalazła się na marcowej liście. Że w ogóle po nią sięgnęłam, no ale cóż, zobowiązanie recenzenckie trzeba było wypełnić, w skrócie mogę jedynie napisać, że to naprawdę zła książka.
   Jak hodować i karmić domową czarną dziurę Michelle Cuevas To jedna z lektur, które mnie zaskoczyły pozytywnie. Spodziewałam się czegoś odrobinę innego, ale urzekła mnie mądrość bijąca z tej lektury. Idealna pozycja dla dzieci.
   Napiwek za przyjaźń Maciej Blada Spodziewałam się niekoniecznie dobrze napisanej powiastki o niczym, z wielkim zdziwieniem odkryłam, że o ile fabuła może nie porywa (choć ma swoje plusy), o tyle językowo jest naprawdę przyzwoicie.
   Infamia Maciek Jakubski Tu chyba przyszło drobne rozczarowanie. Bo o ile Kolekcja pośmiertnych portretów zdecydowanie mi się podobała i niosła jakiś tam (nie żeby aż tak wielki, ale jednak) powiew świeżości, o tyle Infamia... cóż... Po raz kolejny te same oklepane motywy wyśmiane w parodii, niestety wyśmiane w sposób jedynie umiarkowanie śmieszny. Choć muszę przyznać były w niej czarujące momenty.

No i tak to upłynął literacko marzec, którego końcówkę skutecznie popsuła mi jelitówka, uniemożliwiająca wizytę na Gdańskich Targach Książki. Trochę smutek postanowiłam odkuć na książkowych i planszówkowych zakupach, ale to niestety nie to samo. Z planów na kwiecień - skupić się na lekturze posiadanych książek i jak ognia unikać pozycji złych, kiepskich, czy po prostu takich sobie.

niedziela, 31 marca 2019

O Wilku, który miał humory


Autor: Orianne Lallemand
Cyk: Przygody Wilka. Tom IX

Ilustracje: Eleonore Thullier
Tytuł oryginału: La loup qui approvoisait ses emotions
Tłumaczenie: Iwona Janczy
Wydawnictwo: ADAMADA
Rok wydania: 2018



   „Przygody Wilka” to cykl autorstwa francuskiej pisarki Orianne Lallemand, w którego skład wchodzi obecnie dziesięć tomów. Te niewielkie książeczki zwracają na siebie uwagę kolorową kraciastą okładką oraz przesympatyczną mordką tytułowego Wilka. Dziewiątą z nich jest opowieść „O Wilku, który miał humory”.



   Głównym bohaterem przedstawionej historii jest, znany z poprzednich tomów, Wilk. Zwyczajny mieszkaniec lasu, ma problem z emocjami, które zbyt często przejmują nad nim kontrolę. Szybko wpada w złość albo całkowicie pogrąża się w rozpaczy, by już po chwili wznieść się na wyżyny szczęścia. Takie rozchwianie emocjonalne niczego nie ułatwia, wręcz przeciwnie, sprowadza na niego jedynie kłopoty i budzi nieprzyjemne reakcje wśród jego przyjaciół. Tak być nie może! Wilk, z pomocą znajomych szuka sposobu na wyjście z sytuacji i nauczenie się radzenia sobie z tym, co właśnie odczuwa. Czy mu się to uda?



   Postać Wilka jest bardzo dobrze skonstruowana a jego zachowania są jak najbardziej zrozumiałe i jasne w odbiorze dla młodych czytelników, do których adresowana jest przedstawiona historia. Wilk jest wykreowany konsekwentnie a jego charakter i zachowania są odzwierciedleniem zachowań i charakteru przeciętnego, nieco starszego, kilkulatka. Dzięki temu opowieść stanowi nie tylko świetną rozrywkę, ale bezproblemowo przemyca dzieciom wartości, wspomagając ich psychologiczny rozwój.



   Książeczka ma ogromny potencjał edukacyjny. Pokazanie dzieciom, że emocje mogę być problemem i wytłumaczenie im, że można sobie z nimi poradzić jest niezwykle ważne, ale i dość trudne. Nie jest łatwym zracjonalizowanie uczuć, które czasem bywa konieczne, a ta książeczka pokazuje jak postawić pierwszy krok. Przy okazji robi to w na tyle nienachalny sposób, że odbiera się ją całkowicie swobodnie i czyta z przyjemnością.



   Oprawa graficzna książki również robi dobre wrażenie. Pozycja jest kolorowa i przyjemna dla oka a jednocześnie nie przeładowana. Charakterystyczna dla serii kolorowa szachownica na okładce od razu przyciąga wzrok. Wnętrze okładek są równie kolorowe i znajdziemy na nich różnorodne miny prezentujące stany emocjonalne Wilka, każde na dobrze pasującym kolorze. Smutny Wilk widnieje na granatowym tle, wściekły na czerwonym, zaś radosny ma za plecami radosny żółty odcień. Pozostała zawartość książki jest równie przyjemna dla oczu. Duża czcionka, wyraźnie odcinająca się od tła ułatwia czytanie niewprawnym odbiorcom. Ponadto wyraziste i kolorowe ilustracje świetnie uzupełniają przedstawiony tekst. Mimika Wilka o długim nosie jest wręcz kreskówkowo czytelna, co ułatwia odbiór tekstu.



   Warstwie językowej tej niewielkiej publikacji niewiele można zarzucić. Napisana jest stosunkowo prostym, ale nie nazbyt ubogim językiem, dzięki czemu jest nie tylko łatwo zrozumiała, ale i pozwala na poszerzenie słownictwa. Gdy pojawiają się jakieś zwroty lub wyrażenie, które niekoniecznie muszą być znane młodemu czytelnikowi, to najczęściej ich znacznie łatwo jest zrozumieć, gdyż wynika z kontekstu, bądź wzbogacone zostało o odpowiednią ilustrację.



   Dziewiąty tom „Przygód Wilka” Orianne Lallemand to kolejna rewelacyjna książeczka o sympatycznym Wilku. Porusza ważne dla dziecka tematy a robi to w sposób wyjątkowo wdzięczny i przyjemny w odbiorze. Jest to jedna z tych książeczek, które z czystym sercem mogę polecić każdemu małemu odbiorcy, gdyż dobra zabawa w trakcie lektury jest gwarantowana a co znacznie ważniejsze, nie stanowi jedynej zalety tej książki.


Recenzja powstała w ramach współpracy z portalem Sztukater.

niedziela, 24 marca 2019

Tatusiowie z dziećmi

Autor: Guido van Genechten
Tytuł oryginału: Papa’s met kleintejs
Tłumaczenie: Katarzyna Piętka
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2018

   Gdy z końcem roku dwa tysiące siedemnastego nakładem wydawnictwa Nasza Księgarnia ukazała się książeczka dla najmłodszych „Mamusie z dziećmi” autorstwa Guido’a van Genechtena, kwestią czasu pozostało to, kiedy na polski rynek trafi jej uzupełnienie, czyli „Tatusiowie z dziećmi”. W końcu dlaczego ktoś dorosły z dzieckiem musi być koniecznie mamą? Rola ojca w życiu dziecka jest równie ważna i nie powinno się jej dyskryminować.

   „Tatusiowie z dziećmi” trzymają się przyjętej przez autora koncepcji. Na dwunastu sztywnych kartkach znajdziemy dziesięć par zwierzęcych rodziców z maluchami. Czarno białe, schematyczne ilustracje oddają wszystkie cechy charakterystyczne zwierzęcych bohaterów. Dzieci są wierną kopią swoich tatusiów, ich miniaturką. Można tu odczuć pewien zgrzyt logiczny, gdyż tatą gąsieniczki jest gąsienica, zamiast motylem, a dzieckiem żaby jest żabka, zamiast kijanki.

   Tak jak w przypadku „Mamuś z dziećmi” są to zarówno zwierzęta znane dziecku z przydomowego ogródka, jak i te, które spotkać można w zoo. Pies, ryba, żaba, czy nosorożec, to tylko część bohaterów tej książki. Trudno mówić o wierności względem wiedzy przyrodniczej, gdyż biorąc pod uwagę otaczający nas świat, tatusiów biorących czynny udział w wychowaniu potomstwa u zwierząt nie ma zbyt wiele (a taki pingwin załapał się do „Mamuś z dziećmi”). Jednak w tej publikacji nie chodzi o edukację przyrodniczą, a o pokazanie maluchowi, że zwierzątka też maja swoich ojców.

   Dobór zwierzątek mocno ograniczył wykorzystane w książce słownictwo. Tylko w przypadku pary pies – szczeniaczek użyto całkowicie innego słowa. Większość par stworzona została za pomocą zdrobnień: ptak – ptaszek, gąsienica – gąsieniczka, czy jeż – jeżyk. Wyjątkiem jest mały nosorożec, gdzie zdrobnienie musiało powstać w sposób opisowy.

   Celem tej książeczki na pewno nie jest zbliżenie dziecka do biologicznej różnorodności otaczającego nas świata. Zawiera zbyt wiele błędów, które rodzic powinien prostować w rozmowie z co bardziej dociekliwym dzieckiem. Wytłumaczyć, że żabi, czy krokodyli tatusiowie nie opiekują się młodymi, a w tym drugim przypadku mogą wręcz stanowić dla nich zagrożenie. Również pominięcie etapów rozwoju poszczególnych zwierząt obniża wartość tej książki, jako źródła wiedzy. Gdyby zamiast żabki znalazła się kijanka, a tatę gąsienicę zastąpił motyl, książeczka byłaby bliższa rzeczywistym sytuacjom obecnym w przyrodzie, przez co stałaby się ciekawsza.

   Jest to w końcu książka, służąca do nauki pierwszych słów, więc ograniczenie słownictwa nie jest wielką wadą i pod tym względem „Tatusiowie z dziećmi” mają przewagę na „Mamusiami z dziećmi”, w których to znacznie więcej zwierzątek ma inne określenia na swoje młode. Z tego samego względu zapewne pominięte zostały stadia rozwojowe. Z drugiej strony, gdy chodzi nam o wzbogacenie słownictwa mówiącego już malucha, wcześniej wydana książeczka sprawdzi się lepiej.

   „Tatusiowie z dziećmi” to nie jest zła książeczka. Jest idealna dla maluchów, które dopiero uczą  się wypowiadać pierwsze słowa i sprawdzi się idealnie, by wzbogacić ich słownictwo. Sztywne kartki przetrzymają nawet najbardziej intensywne czytanie. Niestety jest to pozycja, która w dziecięcej biblioteczce dość szybko się zdezaktualizuje, gdyż zarówno pewne ubóstwo językowe, jak i poważne braki rzeczowe nie pozwalają uczynić z niej czegoś więcej. Gdy dodamy do tego czarno białą szatę graficzną, wyraźnie widać, że nie jest to więc książka, do której z chęcią będzie wracał nawet już kilkuletni przedszkolak.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

wtorek, 19 marca 2019

Stosik lutowo-marcowy

   Po styczniowych szaleństwach w zamawianiu książek, obiecałam sobie małą przerwę w zakupach. Pech jednak chciał, że przewinęło mi się przez facebooka kilka interesujących pozycji na fanpage'ach wydawnictw, no i kupiłam... A jak już zamawiać, to wiadomo, że jednej nie ma sensu. No i w ten sposób znów mam się czym chwalić jeśli chodzi o nowe pozycje na moich regałach. Tym razem dominuje literatura popularno-naukowa, a beletrystyki jest bardzo mało. a w szczegółach wygląda to tak. 
   Stosik pierwszy - wyłącznie zakupowy.


   54 puzzle W lesie Emilia Dziubak - Zachwyciła mnie książka Rok w lesie tej autorki i jak tylko zobaczyłam, że Nasza Księgarnia ma zamiar wydać puzzle, to wiedziałam, że muszę je kupić dzieciakom. Są zachwycone, ja w sumie również.
   Drzewo Katarzyna Bajerowicz - Prace tej ilustratorki zachwyciły mnie przy okazji Opowiem Ci mamo, co robią mrówki, aż sama się sobie dziwię, że przegapiłam premierę Drzewa, cieszę się, że na nią trafiłam, przeglądając ofertę ulubionej księgarni.
   Zbrodnie robali, Zbrodnie roślin Amy Stewart - Pierwsza z nich mignęła mi jako marcowa zapowiedź, wyszukanie drugiej było dziecinnie proste. Jestem pełna optymizmu jeśli chodzi o te pozycje.
   Wendigo i inne upiory Algernon Blackwood - Jedyna przedstawicielka literatury pięknej na tym zdjęciu, klasyka opowiadań grozy, już wcześniej wpadła mi w oko, byłam nawet pewna, że już ją zdążyłam zakupić wcześniej.
   Księga matematycznych tajemnic, Gabinet matematycznych zagadek Ian Stewart - Również mignęły mi zapowiedzi pierwszej z nich, zainteresowałam się, wyszukałam wcześniejszą pozycję. Przekartkowałam jak przyszły, pierwsze wrażenia mam bardzo dobre, choć raczej jest to lektura do zaglądania niż do czytania od deski od deski.

   Stosik drugi - głównie zakupowy


   Atlas przygód dinozaurów, Atlas przygód zwierząt Emily Hawkins, Rachel Williams, Lucy Letherland - Ponownie znana już z tego stosu historia, zapowiedź, przegląd, co by tu jeszcze, zamówienie i bezgraniczny zachwyt. Muszę je jeszcze zweryfikować jeśli chodzi o treść, ale wizualnie są przepiękne.
   Harda horda. Antologia opowiadań To akurat recenzentka, jedyna w tym stosiku, budziła moje zainteresowanie, ale nie na tyle wysokie, bym się skusiła na zakup. Niemniej jestem bardzo ciekawa treści, zwłaszcza, że akurat wydawnictwo SQN ma u mnie spory kredyt zaufania jeśli chodzi o jakość wydawanych pozycji.
   Geniusz ptaków Jennifer Ackerman - Ta książka wpadła mi w oko już jakiś czas temu, w końcu ją kupiłam, jestem dobrej myśli.
   Sztuczna broda świętego Mikołaja Terry Pratchett - Nie wiem, czemu nie kupiłam jej wcześniej, ale wyszło tak, że przyszła do mnie w rocznicę śmierci Terry'ego. Nie mam wątpliwości, że przypadnie mi do gustu.
   Pióra Thor Hanson - I jeszcze jedna zapowiedź, już ostatnia tutaj,o merytorykę książki się nie obawiam, mam nadzieję, że czytać się będzie dobrze.
   Łoś. Urodziwy brzydal Wojciech Misiukiewicz - Jego książka o Bobrze, mnie zachwyciła, zdjecia w tej również oczarowują. To recenzentka, co jest o tyle fajne, że sama mogłabym na nią nie trafić.

I ostatnia część stosiku, zakupwowo-recenzencka


   Spowiedź Hitlera. Szczera rozmowa z Żydem Christopher Macht - DeAgostini wraz z Belloną ruszyło z serią historyczną, no skusiłam się, bo proponowane pozycje mają całkiem niezłe noty, a historia też potrafi mnie zainteresować. Tom pierwszy to niekoniecznie mój ulubiony okres w historii, ale z chęcią sięgnę.
   Złoty pociąg i tajemnice skarbów Polski Włodzimierz Antkowiak - To już bardziej moje klimaty.
   Niewyjaśnione zagadki historii Polski Romuald Romański - To również.
   Piraci z Karaibów Henryk Mąka - A to już w ogóle, co z miłymi wspomnieniami po lekturze Admirałów polskiej floty budzi optymizm.
   Rzeźnicy i lekarze Lindsey Fitzharris - To również ciekawa pozycja, prezent urodzinowy, tym co mnie już na wstępie bardzo pozytywnie zaskoczyło, to ogrom źródeł, do jakich odnosi się ta pozycja.
   Napiwek za przyjaźń Maciej Blada - trzecia i przedostatnia przedstawicielka literatury pięknej w tym zestawieniu. Niewiadoma, mam nadzieję, że miło zaskoczy.
   Infamia Maciek Jakubski - Jak powyżej, recenzentka, Kolekcję pośmiertnych portretów wspominam bardzo dobrze, tu póki co mam spory problem z okładką (poprzedni tom miał dużo bardziej mi odpowiadającą stylistykę), ale lektura upływa przyjemnie. Jestem dobrej myśli.
   Gabinet matematycznych zagadek. Część II Ian Stewart - W ulubionej księgarni nie było, więc dokupiłam osobno kolejną porcję na rozruszanie szarych komórek.

  Tak więc prezentuje się całe moje stosisko na zakończenie pierwszego kwartału tego roku. Zaskoczyła mnie ogromna przewaga literatury popularno - naukowej, ale jak widać, na taką w tej chwili u mnie przyszła pora. Na cztery przedstawicielki literatury pięknej, trzy są recenzentkami, książek dla dzieci też nie ma tym razem aż tak wiele. Jest za to sporo wizualnie pięknych pozycji, zwłaszcza na drugim zdjęciu.

piątek, 15 marca 2019

Życie mrówek

Autor: Maurice Maeterlinck
Tytuł oryginału: La vie de la fourmis
Tłumaczenie: Adam i Maria Czartkowscy
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2018

   "Życie Mrówek" stanowi trzecią po "Życiu pszczół" i "Życiu termitów" książkę Maurice'a Maeterlincka przybliżającą życie wielkich społeczności niewielkich owadów. W Polsce nakładem wydawnictwa MG do tej pory ukazała się tylko pierwsza z nich oraz zupełnie z nią niezwiązana "Inteligencja kwiatów".  

   Sięgając po "Życie mrówek" Maurice'a Maeterlincka nie miałam żadnego pojęcia, ani o tym kim był autor, ani  tym w jakich czasach żył. Był to błąd, który w dość istotny sposób wpłynął na odbiór książki. Gdy poszerzyłam swoją wiedzę w tym zakresie, zupełnie inaczej spojrzałam też na publikację. Gdyż kontekst w przypadku tej pozycji jest niezwykle ważny. Patrząc na dzisiejsze standardy książek popularnonaukowych "Życie mrówek" wypada dość słabo, jednak biorąc pod uwagę, że tę pozycję napisano ponad sto lat temu, widzi się ją w zupełnie innym świetle.

   Pomijając wstęp i epilog książka dzieli się na dwanaście rozdziałów, które krok po kroku przybliżają kolejne szczegóły życia mrówczych społeczności. Każdy z nich odkrywa rzeczy, których przeciętny człowiek raczej nie wie. Jednak dla osób z zainteresowaniem śledzących ciekawostki zoologiczne, nie są to nowości. Należy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że  na początku dwudziestego wieku zagadnienia, które teraz wydają się oczywiste, wcale takimi nie były. Można znaleźć też parę rzeczowych błędów, jak choćby określenie mrówek jako jedynych istot używających narzędzi, co nie jest prawdą (przedmiotami posługują między innymi ptaki i ssaki). Zupełnie inaczej jednak prezentował się poziom wiedzy w czasach powstania książki i dziś trudno ocenić, czy padające stwierdzenie jest celową manipulacją, czy po prostu wynika z braku dostępnej wiedzy.

   Tym co mnie najbardziej irytowało w "Życiu mrówek" jako w w książce popularnonaukowej był brak usystematyzowanych źródeł. Maurice Maeterlinck miejscami powoływał się na innych autorów, często ich cytując i przytaczając dość obszerne fragmenty. Zdecydowanie zabrakło jednak klarownego wykazu tekstów źródłowych. Jednak to, co w dzisiejszych czasach wydaje się nie do pomyślenia, z początkiem dwudziestego wieku było normą.

   Kolejnym mankamentem książki, którego tylko po części można zrzucić na czasy jej powstania, jest jej nadmierny mistycyzm. W wielu zagadnieniach autor sugeruje istnienie jakiejś wyższej siły kierującej mrówczą społecznością. Jednocześnie odrzucane są znacznie bardziej prawdopodobne rozwiązania bazujące na chemii, czy fizyce. Z jednej strony Maurice Maeterlinck zarzuca swoim poprzednikom zbyt wielkie oparcie w siłach boskich, z drugiej zaś sam sugeruje istnienie niepoznanej jeszcze odgórnej inteligencji kierującej życiem społecznym mrówek, stawiając je znacznie powyżej innych znanych przyrodzie społeczności, włącznie ze społecznością ludzką.

   Książkę czyta się bardzo dobrze. Język jest przystępny i nieprzesycony archaizmami. Po tym, jak została napisana i przetłumaczona nie widać lat, jakie minęły od jej powstania. Poszczególne zagadnienia tłumaczone są dość klarownie a całość sprawia bardzo przyjemne wrażenie.

   Trudno w dwudziestym pierwszym wieku "Życie mrówek" Maurice'a Maeterlincka traktować jako książkę popularnonaukową. Gdyż pomimo tego, że zawiera wiele interesujących informacji brakuje w niej podstaw naukowych, do których można by się odnieść.  Z drugiej strony jest to pozycja niezwykle interesująca, z której nie tylko możemy dowiedzieć się czegoś nowego, ale także jesteśmy w stanie  zobaczyć jak bardzo zmienił się sposób pisania o przyrodzie.

Recenzja powstała na zlecenie portalu Sztukater.

poniedziałek, 11 marca 2019

Mamusie z dziećmi

Autor: Guido van Genechten
Ilustracje: Guido van Genechten
Tytuł oryginału: Mama’s met kleintjes
Tłumaczenie: Katarzyna Piętka
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2017

   Twórczość holenderskiego pisarza książek dla dzieci, Guido’a van Genechtena miałam już okazję poznać z dwóch, wydanych u nas nakładem wydawnictwa Adamada, pozycji: „I co teraz?” oraz „Wielki konkurs kup”. Obydwie jako dedykowanego odbiorcę obierają dzieci już czytające, które powoli, literka po literce, potrafią składać słowa krótkich opowieści. Propozycja, jaka ukazała się nakładem wydawnictwa Nasza Księgarnia zatytułowana „Mamusie z dziećmi” to typowa książeczka obrazkowa dla niemowląt.

   Pierwszym, co zwraca uwagę, gdy sięga się po „Mamusie z dziećmi” to czarno-biała kolorystyka, obejmująca zarówno okładki, jak i wnętrze książeczki. Poza tym jest to typowy przykład lektury dla niemowląt. Niezbyt wielki format, grube tekturowe strony i niewielka objętość, to jej najważniejsze cechy charakterystyczne. Książka wygląda na wytrzymałą i o ile, jakiś zbyt gorliwy czytelnik nie będzie jej żuł, ani łamał poszczególnych kartek, powinna przetrwać bez zarzutu długie lata, przechodząc na kolejne pokolenia małych szkrabów pojawiających się w najbliższym otoczeniu.

   „Mamusie z dziećmi” są okraszone ilustracjami autora, w ten sposób Guido van Genechten miał wpływ nie tylko na warstwę literacką (bardzo skromną zresztą) niniejszej książeczki, ale też na jej całościowy wygląd. Nie jest to książeczka, która z daleka przykuwa uwagę. Monochromatyczna tonacja na to nie pozwala. Tym bardziej, że nasycenie barw nie jest bardzo intensywne, jej ciemne strony są raczej ciemnoszare, niż smoliście czarne. I choć koncepcja jest jak najbardziej spójna, to jednak zastanawiam się, czy jest to najlepszy z możliwych wyborów. Z jednej strony słychać głosy mówiące, że dla niemowląt najlepsze są monochromatyczne książeczki, gdzie poszczególne obiekty wyraźnie odcinają się od jednolitego tła. Z drugiej zaś, wykorzystano tutaj szarości, zarówno w tłach, jaki i jej jaśniejszych odcieni wykorzystanych do niektórych szczegółów poszczególnych zwierzęcych mam i ich maluszków, przez co kontrast ilustracji wcale nie jest tak wyrazisty, jak przy zastosowaniu jedynie czerni i bieli.

   Kot, koń, słoń, czy owca to tylko część ze zwierzęcych bohaterów tej książeczki. W przypadku wymienionych zwierząt nie ma wątpliwości jak wygląda opieka nad potomstwem i sytuacje, w których parę mam i dziecko są częste i jak najbardziej zgodne z naturą. Zupełnie inaczej zaś sytuacja prezentuje się w odniesieniu do innych przedstawionych bohaterów, takich jak ślimak, wąż, czy pająk. Jednak to nie aspekt edukacyjny jest w tej publikacji najważniejszy, a podkreślenie, że każde zwierzątko – znane dziecku z wizyt na wsi, w zoo, czy na łące – ma swoją kochającą mamę, by się nim zajęła.

   W przypadku tej książeczki trudno mówić w ogóle, o jakiejkolwiek warstwie językowej. Przedstawione są zwierzątka i ich młode, każde okraszone odpowiednim określeniem. Użyte zostały zarówno nazwy prostsze: (kotek, zamiast kocięcia lub kociątka), jak i te fonetycznie trudniejsze, jak jagniątko, czy słoniątko które równie dobrze mogłyby być owieczką i słonikiem. Zabrakło natomiast określeń typowych dla samic, takich jak: klaczy, czy kotki.

   „Mamusie z dziećmi” to idealna książeczka dla niemowląt, przeznaczona do wielokrotnego kartkowania i wskazywania, gdzie mama, a gdzie jej dziecko. Solidnie wykonana, powinna przetrzymać codzienną lekturę. Ilustracje choć monochromatyczne są pełne uroku i prezentują się bardzo sympatycznie, pozwalając wyróżnić się „Mamusiom z dziećmi” spośród wielu innych, tego typu publikacji. To jedna z tych książeczek, przy pomocy których można przekazać dziecku bardzo wiele, wspomagając od najmłodszych lat jego rozwój i wzbudzając już od kołyski miłość do książek.

Recenzja powstała na zlecenie portalu Sztukater.

czwartek, 7 marca 2019

Po wsze czasy

Autor: Iwona Menzel
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2018

   Iwona Menzel to zupełnie nie znana mi wcześniej autorka. Nie tylko nie miałam okazji przeczytać wcześniej żadnej z jej książek, ale te było mi to nazwisko całkowicie obce. Sięgając więc po książkę „Po wsze czasy” nie miałam najmniejszego pojęcia czego się spodziewać, poza tym, że jest to powieść historyczna. Różowa kolorystyka okładki sugerowała, że będę mieć do czynienia z romansem, na szczęście były to płonne obawy, gdyż choć w książce nie brakuje wątku romansowego, to nie przytłacza on całej przedstawionej fabuły.

   Akcja powieści osadzona jest wkrótce po powstaniu styczniowym w Białymstoku i pobliskim majątku ziemskim Zazulki. Ówczesna Białostocczyzna to ziemia zamieszkana przez rozmaite narody. Oprócz Polaków, leczących rany po zrywie narodowowyzwoleńczym, znajdziemy tu Rosjan, Kozaków, Żydów oraz niewielką, ale za to bogatą kolonię niemieckich kupców. To właśnie do tych ostatnich należy główna bohaterka powieści Augusta. Jest to młodziutka, zaledwie szesnastoletnia dziewczyna, wolą rodziców wydana za mąż za prawie trzykrotnie od niej starszego pana Simmonisa. Augusta musiała porzucić znane sobie Darmstadt i udać się na wygnanie gdzieś na zachodnie rubieże Rosji, za jakie w jej oczach uchodził Białystok. Dziewczyna z czasem coraz lepiej zaczyna rozumieć otaczającą ją rzeczywistość, powoli oswajając się z wygnaniem.

   „Po wsze czasy” to przede wszystkim bardzo dobre przedstawienie sytuacji w zaborze rosyjskim, wkrótce po powstaniu. Tylko nieliczne majątki ziemskie pozostały w rękach Polaków, ale polska szlachta w znacznej mierze została zesłana na Syberię. Ziemia i dwory przeszły w ręce kupców, takich jak pan Simmonis, którzy na zachodzie Rosji prężnie rozwijali handel tkaninami. Jednak Polacy, wraz z ich marzeniami o wolnej Polsce, są stale obecni w Zazulkach, już nie w roli posiadaczy, a rządców, gospodarzy i służby. W powieści zderzają się też protestantyzm z katolicyzmem. Minimalizm pierwszej z wymienionych religii z bogactwem drugiej z nich, okraszonej miejscowymi wierzeniami, wciąż obecnymi, mimo nadciągającej rewolucji przemysłowej. Wraz z religią przychodzi mentalność i dla niemieckich osadników, sprawa polska jest zupełnie niezrozumiała, podobnie jak bezwzględne rosyjskie okrucieństwo. Pojawiają się też konflikty klasowe, ujawniający całkowity brak zrozumienia między państwem a pracującą u nich służbą.

   Nie zabrakło tu też wątku miłosnego, gdyż związek niemłodego już mężczyzny z nastolatką prędzej czy później musi doprowadzić do pojawienia się kogoś trzeciego. Zwłaszcza, gdy zamiast wyrozumiałości i zrozumienia, podstawą małżeństwa ma być stabilizacja oraz uległość żony względem męża. Pan Simmonis, choć nie jest złym człowiekiem wykazuje całkowity brak zrozumienia dla sytuacji w jakiej znalazła się Augusta, co uniemożliwia szczęśliwe pożycie. Dziewczyna zaś, czując się więźniem w kraju, którego nawet nie chce polubić, namiętnie oddaje się lekturze romansów. Gdy na horyzoncie pojawia się młody, potrzebujący ratunku mężczyzna, Augusta gotowa jest porzucić bezpieczne życie u boku niekochanego męża.

   „Po wsze czasy” to w końcu powieść o dojrzewaniu. Augusta wskutek burzliwych przeżyć wyrasta z młodej zarozumiałej dziewczyny, dla której nie liczy się nic poza własną sferą. Dziewczyna uświadamia sobie ogromne braki w swej „wszechstronnej” edukacji. Zaczyna rozumieć, że poza życiem, które do tej pory znała, jest mnóstwo rzeczy, o jakich nie ma najmniejszego pojęcia. Czy jest to trudna sytuacja polityczna, czy proste obowiązki gospodarskie.

   Postacie pojawiająca się na dalszych planach opowieści są równie intrygujące co Augusta. Czy jest to pan Simmonis, który potrafi zdobyć się na pokłady szlachetności, o jakie trudno było go podejrzewać. Czy jest to panna Zahorska o mrocznej i bolesnej przeszłości. Czy niezwykła hrabina Połatyńska, która gardzi przyjętymi normami i zawsze robi to na co ma ochotę. Czy, w końcu jest to młodziutki Staś wykazujący niezwykły talent do języków. Wszyscy bohaterowie wykreowani zostali bardzo dobrze i mimo pewnej niezwykłości pozostają prawdziwi.

   Książkę czyta się bardzo dobrze. Płynna narracja oraz bogate w archaizmy słownictwo robią bardzo przyjemne wrażenie. I choć odczułam pewne nadużycie przymiotnika „inferalny”, to poza tym, niewiele mogę warstwie językowej zarzucić. Znajdziemy tu liczne opisy malowniczych widoków, które jednak nie przytłaczają fabuły.

   Powieść Iwony Menzel to dobrze napisana historia, prezentująca w przyjemny sposób sytuację jaka miała miejsce w Białymstoku w drugiej połowie dziewiętnastego wieku. To wielopoziomowa opowieść, której akcja skupia się wokół młodej dziewczyny odkrywającej mnóstwo rzeczy, o których nie miała pojęcia. Nieśpiesznie rozwijająca się historia kusi swoistą magią i niewielką grupą interesujących postaci.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

niedziela, 3 marca 2019

Podsumowanie lutego

   Luty, choć najkrótszym miesiącem w roku stał się tym jednym, który podbija statystyki. Wszystko za sprawą czternastu tomów przygód Asteriksa i Obeliksa, zamówionych jeszcze w styczniu. Wprawdzie założenie było takie, że będę czytała po jednym pomiędzy innymi książkami, to niestety wykonanie planu nie wyszło i gdy zaczęłam przygody z nieustraszonymi Gallami, to trudno było przestać. Oprócz komiksów pojawiły się trzy powieści, jeden tomik poezji, jedna książka dla dzieci oraz jedna pozycja, po której spodziewałam się, że będzie literaturą podróżniczą, a okazała się czymś nieco innym. A stos w całej okazałości wygląda tak.


Kolejno licząc w lutym mierzyłam się z:

   Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt Emilia Dziubak Gdy ujrzałam piękno Roku w lesie tej autorki, wiedziałam, że jej prace będę śledzić z zainteresowaniem. Przed zakupem tej się nie wahałam i jestem bardzo zadowolona z lektury. I co tu dużo opowiadać, ta książka jest zwyczajnie piękna.

   Róża i miecz, Asteriks u Belgów, Wróżbita, Asteriks na Korsyce, Osiedle bogów, Asteriks u Helwetów, Asteriks i kociołek, Asteriks i Goci, Asteriks i Normanowie, Asteriks u Brytów, Walka wodzów, Asteriks i Kleopatra, Wyprawa dookoła Galli, Jak Obeliks wpadł do kociołka kiedy był mały Rene Goscinny, Albert Uderzo To mój cały ostatni zakup Asteriksów, w lekturze, zgodnie z oczekiwaniami, zabawnie, lekko, z rzucaniem stereotypami, z czystym sumieniem przekazuję synowi. Ostatnia pozycja jest wyjątkowa, gdyż nie jest komiksem, a opowieścią dla dzieci o malutkich Asteriksie i Obeliksie, równie przyjemna, choć zupełnie inna.

   Na wiosłach przez Atlantyk Romuald Koperski Po tej książce spodziewałam się przede wszystkim opowieści o starciu człowieka z morzem, cóż... Tego trochę też tu było, ale nie tyle ile oczekiwałam, reszta to róże rozważania z pogranicza filozofii i coachingowego bełkotu. Chyba największe rozczarowanie w tym stosie.

   Basil Wilkie Collins A tu akurat dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam. Interesująca historia o ludziach, ich uczuciach, słabościach  oraz wynikających z nich problemów. Kolejne potwierdzenie, że po prozę tego autora mogę sięgać w ciemno.

   Zmącony spokój pani labiryntu Joe Alex Ten autor długo zagrzewał miejsce w poczekalni, ale i na jego powieści przyszła pora. Wśród opowieści o Joe Alexie, ta nieco się wyróżnia, nie będąc typowym klasycznym kryminałem. Czy to wada, czy zaleta? Cóż. Zależy dla kogo.

   Mutant Bogdan Loebl Niewielki, ledwo widoczny dwujęzyczny tomik poezji, niekoniecznie dla mnie. Czegoś mi tu zabrakło, przede wszystkim to nieco inny od mojego poziom wrażliwości, przez co większość utworów była mi zupełnie obojętna.

   Jad Daniel Karpiński To chyba najbardziej eklektyczna powieść w tej grupie. Spodziewałam się typowej opowieści historycznej o losach rodziny zaangażowanej w prace nad ołtarzem w Toledo, a otrzymałam dzieło bardzo niejednoznaczne.

   Jak widać nie jest to bardzo imponujący zbiór lektur, w kolorach dość ponury. Lektury różnorodne nie tylko gatunkowo, ale i pod względem moich z nich wrażeń. Cztery z nich na pewno doczekają się recenzji, biję się natomiast z myślami (i permanentnym brakiem czasu), czy nie napisać również o pozostałych dwóch.

czwartek, 28 lutego 2019

O wilku, który nie lubił czytać

Autor: Orianne Lallemand
Ilustracje: Eleonore Thuillier
Cykl: Przygody Wilka. Tom X
Tytuł oryginału: La loup qui n’animait pas lire
Tłumaczenie: Iwona Janczy
Wydawnictwo: ADAMADA
Rok wydania: 2018

   W dobie wszechobecnej elektroniki, która oferuje dzieciom rozmaite rozrywki, zachęcenie do lektury książek nie jest łatwym zadaniem. Książeczki dla dzieci muszą być odpowiednio atrakcyjne wizualnie oraz posiadać wciągającą fabułę. Jedną z takich pozycji jest najnowsza, dziesiąta już, część „Przygód Wilka” Orianny Lalleland, zatytułowana „ O Wilku, który nie lubił czytać”.

   Podobnie jak w przypadku pozostałych książeczek z serii, ta również porusza tematy, z jakimi borykają się dzieci. Wilk uczył się już jak radzić z własnymi emocjami (”O Wilku, który miał humory”), mierzył się z własnym strachem („O Wilku, który bał się własnego cienia”) czy uczył się akceptowania siebie („O Wilku, który chciał zmienić kolor”). W tym przypadku Wilk uczy się jaką przyjemność mogą dawać książki. Tytułowy zwierzak, który do tej pory traktował książki jako przekąskę za namową i z udziałem przyjaciół odkrywa, że można w nich znaleźć znacznie więcej przyjemności. Pomagając sowie w odnalezieniu kilku zaginionych książek, trafia w literackie, baśniowe światy, śledząc scenki ze znanych powieści dla dzieci.

   Wilk podróżując przez różne książkowe uniwersa staje się świadkiem, a czasem i aktywnym uczestnikiem, wydarzeń znanych z klasycznych opowieści dla dzieci. Spotkamy tu nawiązania do „Alicji w Krainie czarów” Charlesa Lutwidge'a Dodgsona, „Piotrusia pana” Jamesa Matthew Barrie’ego czy „Księgi Dżungli” Rudyarda Kiplinga a także wielu innych dzieł klasyki literatury. W każdym przypadku Wilk trafi w sam środek zamieszania, zamienia kilka słów z bohaterami opowieści, by po chwili przenieść się na karty kolejnej książki. To budzi w nim apetyt na więcej i rodzi chęć poznania dalszych losów napotkanych postaci.

   Książeczka jest niezwykle barwna a pstrokata okładka w charakterystyczną dla serii wielobarwną szachownicę, przyciąga wzrok. Wyraziste i nasycone kolory oraz ilustracje zajmujące całe strony przykuwają oko młodego czytelnika. Nieco groteskowa i przerysowana postać długonosego Wilka budzi sympatię, zaś przedstawienie bohaterów przytoczonych powieści oddaje w szczegółach ich charakterystyczne cechy, nie posiłkując się wyobrażeniami znanymi z filmów Walta Disneya (co w przypadku takich postaci jak Piotruś Pan, czy Mowgli, byłoby niezwykle łatwe). Dzięki temu dość łatwo zidentyfikować w jakiej powieści zawitał Wilk. Krótkie zdania jakimi napisane jest „O Wilku, który nie ubił czytać” są czytelne i dobrze kontrastują z tłem, będącym częścią ilustracji.

   Warstwa literacka książeczki nie należy do zbyt wymyślnych. Nie ma tu przeładowania tekstem ani zbyt skomplikowanej składni. Zdania i słownictwo są proste, idealnie dopasowanego do niezbyt zaawansowanego wieku odbiorców. Nie rażą jednak nadmierną prostotą i przesadnymi zdrobnieniami, dzięki czemu nawet dla dorosłego jest to przyjemna lektura. Młody czytelnik może wzbogacić słownictwo i oswoić się ze słowem pisanym.

   „O Wilku, który nie lubił czytać” Orianny Lalleland to świetna lektura dla początkującego czytelnika. Oprócz pasjonującej przygody przeżywanej przez tytułowego Wilka, dziecko znajdzie tu również mnóstwo inspiracji, zachęcając je do sięgnięcia po, nie zawsze docenianą, klasykę dziecięcej literatury. Jest to jedna z tych książek, które z czystym sercem można wręczyć dziecku zaczynającemu swoją przygodę z literaturą i mieć pewność, że mu się spodoba.

Recenzja powstała na zlecenie portalu Sztukater.

niedziela, 24 lutego 2019

Córka Izebel

Autor: Wilkie Collins
Tytuł oryginału: Jezebel’s Daughter
Tłumaczenie: Magdalena Hume
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2018

   Odkąd kilka lat temu natrafiłam na najgłośniejszą z powieści Wilkie’go Collinsa „Księżycowy kamień” z ogromną ciekawością i niecierpliwością śledzę jakie kolejny tytułu tego autora pojawią się w księgarniach. Po bardzo dobrych wrażeniach z „Nawiedzonego hotelu” oraz „Tajemnicy Mitrowego  pokoju” ze spokojem sięgnęłam po „Córkę Izebel” spodziewając się wciągającej opowieści z tajemnicą w tle.

   Akcja powieści osadzona jest w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku. Świat idzie do przodu a rewolucja przemysłowa otacza bohaterów powieści. Na uniwersytetach trwają rozległe badania naukowe, a najnowsze wynalazki powoli pojawiają się w domowych zaciszach.  Kiełkują śmiałe i rewolucyjne idee, takie jak zatrudnianie w biurze kobiet, czy całkowicie odmienny sposób traktowania osób obłąkanych, gdzie tortury i więzienie zamienione zostają na pracę nad danym przypadkiem i realną chęć pomocy w wyjściu z obłędu.

   Snuta przez młodego człowieka – Davida opowieść kluczy wokół dwójki szaleńczo zakochanych, równie młodych bohaterów. Fritz Keller, syn przedsiębiorcy z Frankfurtu pała silnym i niezłomnym uczuciem do Minny, córki madame Fontaine wokół której krążą skandaliczne plotki. Gdy ojciec Fritza dowiaduje się o uczuciu, robi wszystko by rozdzielić kochanków i wybić synowi z głowy uczucie do córki tak podejrzanej osoby. Matka Minny natomiast gotowa jest na każde poświęcenie, aby swej jedynej córce zapewnić szczęście i dobrobyt.

   Choć opowiedziana historia dotyczy młodych zakochanych, to właśnie madame Fontaine jest jej główną bohaterką. Jest to kobieta pozbawiona wszelkich skrupułów, silna i jako wdowa, niezależna. Niczym lwica walczy o szczęście córki, nie rozważając nawet faktu, że to właśnie jej charakter oraz liczne, nieuregulowane długi, są przyczyną nieszczęścia. Zupełnym kontrastem dla madame Fontaine jest druga z wdów, będąca ciotką Davida, pani Wagner. Równie silna i niezależna, w przeciwieństwie do niej posiada silny kręgosłup moralny i ogromne poczucie praworządności.

   Miłość w tej powieści jest siłą napędową historii, jednak to nie ona jest w niej najważniejsza. Mamy tu starcie silnych charakterów – bezwzględną madame Fontaine oraz stanowczego i konserwatywnego ojca Fritza. Wilkie Collins poruszył też niezwykle ważny problem, ponoszenia przez dzieci konsekwencji decyzji rodziców. Niewinna i dobra Minna, niezależnie od tego jaka jest, w pełni ponosi konsekwencje wątpliwej reputacji matki. W oczach pana Kellera żadna z realnych zalet Minny nie predysponuje jej do małżeństwa, jeśli nad jej matką ciążą poważne podejrzenia. Opinia społeczeństwa piętnującego i zaocznie wydające wyroki bogatego mieszczaństwa determinuje zachowania bohaterów, mając realne przełożenie na wydarzenia. Dziś wydaje się to absurdalne, jednak niecałe dwieście lat temu, były to rzeczy niezwykle ważne. 

   Powieść czyta się wyśmienicie. Niezwykły talent autora w snuciu okraszonej tajemnicą historii, sprawia, że te nieco ponad trzysta stron pochłania się błyskawicznie. Bogate słownictwo oraz płynność jego użycia są silnymi stronami książki. I choć sposób przedstawienia historii nie zostawia wiele miejsca na domysły (wiele rzeczy można przewidzieć dość wcześnie), to jednak kunszt Wilkie’go Collinsa w snuciu opowieści pozwala nie przejmować się tym i czerpać niekłamaną radość z kolejnych, odkrywanych stron.

   „Córka Izebel” to dobra i niezwykle przyjemna w odbiorze powieść. Zawarty w niej wątek kryminalny nie należy do przesadnie skomplikowanych, i choć jest on jedną z sił napędowych determinująca rozgrywające się wydarzenia  nie jest w książce najważniejszy. Lektura skupia się na starciu silnych, zupełnie różnych osobowości i to jest jej największą zaletą. Wierne oddanie dziewiętnastowiecznych realiów jest bardzo dobrym uzupełnieniem opowiedzianej historii.

Recenzja powstała na zlecenie portalu Sztukater.

piątek, 22 lutego 2019

Nocny gość. Skradziona biżuteria

Autor: Anna Kłodzińska
Seria: Najlepsze kryminały PRL. Tom XIV
Wydawnictwo: CM
Rok wydania: 2017

   „Nocny gość. Skradziona biżuteria” Anny Kłodzińskiej to czternasty już tom z wydawanego nakładem wydawnictwa CM cyklu „Najlepszych kryminałów PRLu”. Po całkiem dobrych wspomnieniach z lektury kilku poprzednich dzieł tej autorki z wielką chęcią sięgnęłam po kolejne, by ponownie spotkać się z kapitanem Szczęsnym, tropiącym sprawców zabójstwa.

   W książce znajdziemy dwa utwory, z czego pierwszy z nich znacznie dominuje objętością. „Skradziona biżuteria” to tylko niewielkie opowiadanie, epizod zupełnie niezwiązany z resztą książki. Może sprawiać wrażenie wrzuconego nieco na siłę, w celu nadania książce objętości i przedstawieniu czytelnikowi również krótkiej formy w wykonaniu Anny Kłodzińskiej. Nie zmienia to faktu, że sam tekst jest całkiem przyjemny, a choć zawarta w nim niewielka kryminalna zagadka nie należy do bardzo skomplikowanych, to jednak i tak ogólne wrażenia są całkiem dobre.

   Głównym utworem w książce jest „Nocny gość”. To kolejne prowadzone przez kapitana Szczęsnego śledztwo w jakiś sposób po raz kolejny zahaczające o świat naukowców i inżynierów. Ponownie w utworze tej autorki mamy do czynienia z nowatorskim wynalazkiem, a poznanie jego specyfiki jest głównym celem antagonistów. Jest to jeden z tych kryminałów, w których bardzo długo nie wiadomo: kto, po co i w jakim celu. Przed kapitanem Szczęsnym kroi się bliżej nieokreślona zagadka, w której poszczególne elementy niezbyt chcą do siebie pasować. Jest to znaczną kontrą w porównaniu z poprzednim tomem wydanym w ramach „Najlepszych kryminałów PRLu”zatytułowanym „Potem przychodzi ktoś inny”, w którym to od początku wiemy kto i dlaczego, a intryga sprowadza się do sposobu ujęcia sprawcy. Jednak nawet tak enigmatyczna zagadka nie stanowi problemu dla Kapitana Szczęsnego, który zbierając ślad po śladzie i łącząc je z własnymi przeczuciami odkrywa prawdę.

   Jak i w poprzednich książkach autorki PRLowską rzeczywistość przedstawiono bardzo dobrze, z uwzględnieniem najnowocześniejszych w danych czasach technologii i z pełnym oddaniem opisywanych realiów. Po raz kolejny też na kartach książki zaprezentowano luksusowy jak na dane czasy samochód, wyraźnie rzucający się w oczy na ulicach Warszawy zdominowanych przez Syreny, Warszawy i inne pojazdy rodem z fabryki z Żerania. Również okoliczności pracy w dużym zakładzie przemysłowym K12 zaprezentowane zostały z najdrobniejszymi szczegółami i z pełną znajomością tematu.

   Powieść Anny Kłodzińskiej czyta się bardzo dobrze. Lekka, ale wciągająca fabuła ubrana została w bardzo przystępny i swobodny język, dzięki czemu przez kolejne meandry kryminalnej zagadki mknie się błyskawicznie. Pojawiające się gdzieniegdzie specjalistyczne słownictwo nie sprawia najmniejszego problemu, gdyż jego znaczenie zostaje albo dokładnie wyjaśnione, albo czytelnie wynika z kontekstu. Kapitan Szczęsny i jego współpracownicy, konsekwentnie w odniesieniu do poprzednich części, trzymają się swoich powiedzonek i nieznacznych manier językowych, nadając charakteru ich kreacjom oraz wzbogacając język książki.

   „Nocny gość. Skradziona biżuteria” to taki typ kryminału, jaki lubię najbardziej. Przez większą część książki trudno odgadnąć kto może mieć powody do popełnienia zbrodni i choć intryga zagęszcza się coraz bardziej, to dość długo, trudno jest przewidzieć jej finał. Dokładne wyjaśnienie motywów zbrodni sprawia, że wszystko nabiera sensu a triumf kapitana Szczęsnego jest tym pełniejszy. Opisanie zbrodni w suchy i rzeczowy sposób sprawia, że nie odczuwa się ich okrucieństwa, dzięki czemu spokojnie można nazwać tę książkę lekką lekturą.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

sobota, 16 lutego 2019

Demon luster

Autor: Martyna Raduchowska
Cykl: Szamanka od umarlaków. Tom II
Wydawnictwo: Uroboros
Rok wydania: 2018

   Debiutancka powieść Martyny Raduchowskiej - „Szamanka od umarlaków” kończy się w otwarty sposób, jednoznacznie wskazując, że losy Idy Brzezińskiej doczekają się kontynuacji. Jej dalsze przygody można śledzić w „Demonie luster”, który w tym roku doczekał się kolejnego wydania, tym razem nakładem grupy wydawniczej Foskal. Przed lekturą drugiego tomy, sięgnęłam po początek opowieści o szamance, co było zdecydowanie dobrym pomysłem, gdyż obie książki stanowią jedną całość.

   Podobnie jak w pierwszej części, w „Demonie luster” znów cała fabuła toczy się wokół Idy i jej niezwykłej, unikatowej wręcz profesji.„Szamanka od umarlaków” kończy się w momencie, w którym Ida Brzezińska składa obietnicę, jakiej nie będzie mogła zerwać, by chwilę później dowiedzieć się, że jej wypełnienie będzie w zasadzie niemożliwe. Dziewczyna, nie posiadając innego wyboru próbuje uratować zagubioną w lustrzanych piekłach duszę czarnoksiężnika Kwiatkowskiego i przy okazji ocalić własną duszę przed niebytem. Nieodmiennie towarzyszy jej Pech, prywatny, pomniejszy demon, który co rusz pakuje ją w tarapaty.

   Kreacja Idy poprowadzona jest konsekwentnie względem pierwszego tomu. Szamanka nadal pozostaje dziewczyną, której największym marzeniem jest uwolnienie się od swego kłopotliwego daru i życie „zwyczajnym życiem”, bez magii, duchów, zjaw i innych ekscesów, które skutecznie utrudniają jej codzienną egzystencję. Jej postępowanie może irytować, zwłaszcza z początku książki, jednak jest jak najbardziej zgodne z przyjętą koncepcją postaci. Dlatego nie dziwi dominujący w jej zachowaniu lęk i późniejszy upór w działaniu. Około dwudziestoletnia Ida, cechuje się typowymi dla tego wieku przywarami takimi jak niewielka znajomość i zrozumienie świata oraz szybkie i bezrefleksyjne ocenianie innych. Zbierając doświadczenia, dziewczyna wyraźnie się rozwija nie tylko poznając nowe zdolności, co głównie poszerzając horyzonty i ćwicząc umiejętności miękkie.

   W książce poza antagonistą – tytułowym Demonem luster, nie natrafimy na zbyt wiele nowych postaci. Wciąż obracamy się w znanym z pierwszego tomu kręgu, w którym najbliższymi towarzyszami Idy, jest jej ciotka Tekla, oraz poznany pod koniec „Szamanki od umarlaków” agent WONu o ksywce Kruchy.  O ile pierwsza z nich nadal pozostaje tą samą irytującą staruszką, o tyle o Kruszyńskim dowiadujemy się bardzo dużo, poznając jego przeszłość. Pozwala to na lepsze zrozumienie natury relacji jaka łączy go z Idą oraz reakcji jego współtowarzyszy z WONu, na rozwój tej relacji. Spośród kilkorga nowych bohaterów najbardziej barwną z nich (dosłownie również) jest Kornelia Kwiatuszek, dawna znajoma Kruchego, kobieta o błyskotliwym umyśle i fatalnym guście. Antagonista – Kusiciel z lustrzanych piekieł z początku pozostaje postacią bardzo tajemniczą, z czasem jednak poznajemy kierujące nim motywy i możemy spróbować zrozumieć jego postępowanie. Relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami zostały przedstawione bardzo dobrze i nie mamy problemów, aby je zrozumieć.

   Podobnie jak „Szamankę od umarlaków”, „Demona luster” czyta się błyskawicznie, mknąc przez kolejne strony bez większych problemów. Język oraz składnia jakimi posługuje się Martyna Raduchowska są proste i nieprzesadnie skomplikowane, a jednocześnie niezwykle płynne i lekkie w odbiorze. Opowieść jest poprowadzona bardzo dobrze i napięcie opada jedynie momentami, by po chwili ponownie wzrosnąć.

   „Demon luster” to całkiem dobry kawałek polskiej literatury zaliczanej do urban fantasy i choć nie jestem wielką fanką tego podgatunku fantastyki, to przy lekturze książki bawiłam się bardzo dobrze. Lekkość pióra Martyny Raduchowskiej w połączeniu z całkiem oryginalną fabułą sprawia, że od książki trudno się oderwać i jedyne czego można żałować, to fakt, że jest stosunkowo krótka.

Recenzja powstała na zlecenie portalu Sztukater.

środa, 13 lutego 2019

Bośniacki płaski pies

Autor: Max Andersson, Lars Sjunnesson
Tytuł oryginału: Bosnian Flat Dog
Tłumaczenie: Wojciech Góralczyk
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Wok wydania: 2018

   Z czasów szkolnych pamiętam wzmianki o wojnie w byłej Jugosławii. Nazwy takie jak Sarajewo, Kosowo, czy Bośnia niejednokrotnie obijały mi się o uszy. Nigdy natomiast nie skusiłam się, by prześledzić kulisy konfliktów i przeanalizować kto z kim, kogo i dlaczego. Dlatego też z tym większą ciekawością sięgnęłam po komiks napisany przez dwóch Szwedów: Maxa Anderssona oraz Larsa Sjunnessona zatytułowany „Bośniacki płaski pies” opowiadający właśnie o wydarzeniach jakie pod koniec dwudziestego wieku miały miejsce na Bałkanach.

   Fabuła skupia się wokół postaci autorów, którzy z festiwalu komiksów niekomercyjnych zbiegiem dziwnych przypadków trafiają w sam środek powojennej zawieruchy. Przy czym, na próżno w przedstawionej wojnie szukać realistycznego obrazu. Zamiast niego, na kartach komiksu znajdziemy ostrzały lodami, zamrożone zwłoki Tita, tytułowe płaskie psy oraz podziemne tunele przywodzące na myśl „Underground” Emira Kusturicy. Poziom absurdu już od pierwszych stron jest dość wysoki, z czasem staje się wręcz niewyobrażalny. 

   Komiks otwiera przedmowa autorstwa Stefana Skledara, którego postać również przewija się przez kolejne obrazki. Możemy z niej wyjąć minimum niezbędne do zrozumienia sytuacji politycznej na terenie byłej Jugosławii. Jest ona kluczem, pozwalającym przebić się przez powierzchnię absurdalnych, onirycznych wizji dwójki autorów. Kolejne klucze zawarte są w okładkowym opisie. To z niego dowiemy się, że tytułowe płaski psy, ubrane za pomocą wyobraźni autorów to spotkane przez nich prawdziwe zwierzęta, zmiażdżone przez gruz i czołgi a jednak wciąż pozostające przy życiu. To tylko przykład tego, jak daleko w tym komiksie posunięte są wrażliwość i poczucie abstrakcji, każące realną makabrę ubierać w absurdalne wizje.

   Niezmiernie istotne w pełniejszym zrozumieniu przedstawionych treści jest słowniczek, w  który zaopatrzony jest komiks. Dzięki wybiórczemu doborowi haseł, możemy poznać kulisy konfliktu, zaangażowane w niego strony oraz zrozumieć jaką rolę odegrali w nim Szwedzi. Jest to spojrzenie dość subiektywne, pozwalające jednak na całkiem dobre poszerzenie powierzchownej wiedzy odnośnie opisywanego konfliktu. Podkreślona została wielokulturowość byłej Jugosławii, która leży u podstaw wydarzeń na Bałkanach. Biorąc pod uwagę, że ostatnie z republik powstały już ładnych kilka lat po zakończeniu wojny, łatwo można wyobrazić sobie skalę podziałów etnicznych i kulturowych. Gdyż choć wszystkie narody mają ze sobą wiele wspólnego, to jednak patrząc na nie od wewnątrz, dostrzec można wyraźne konflikty między nimi.

   Komiks jest narysowany wyrazistą, mocno niepokojącą kreską. W monochromatycznych ilustracjach przeważa czerń, mimo że tła poszczególnych kadrów prawie zawsze są białe. Trudno nazwać je ładnymi, ale nie można odmówić im wyjątkowego klimatu, idealnie wpisującego się w tematykę wojenną. Nadają realizmu wojennym okrucieństwom przydając im jednocześnie ogromną dozę absurdu. Począwszy od tytułowych płaskich psów, na ostrzałach z lodów skończywszy.

   „Bośniacki płaski pies” to komiks pod wieloma względami wyjątkowy. W sposób groteskowy i absurdalnie przerysowany próbuje wyjaśnić czym była wojna na Bałkanach. Widać, że konflikt zbrojny zrobił na autorach tego działa ogromne wrażenie, które próbują przekazać czytelnikom ubierając je w bezpieczną karykaturalną otoczkę, gdyż wojna prezentowana zbyt realistycznie, jest zbyt trudna do zniesienia. Lektura niesie ze sobą spory ładunek emocjonalny i zmusza do zastanowienia się, że jeszcze nie tak dawno temu i wcale nie tak daleko działo się wiele zła.

Książka powstała na potrzeby portalu Sztukater.