poniedziałek, 1 czerwca 2015

Stosik reaktywacyjny

   Dawno, dawno temu opublikowałam ostatnią notkę na tym blogu... wnikliwi czytelnicy od razu skojarzą, że nie było mnie równe dwa miesiące. Sporo zmian zaszło w międzyczasie, no i na bloga nieco czasu zabrakło. Czego niezmiernie żałuję i postanowiłam w końcu nieco nadrobić. Zwłaszcza, że nazbierało się recenzji a i na notkę podsumowującą dwa miesiące lektur czas najwyższy.
   Reaktywację zacznę jednak dość delikatnie od notki kolekcjonerskiej, prezentującej moje nabytki, uzbierane w tym czasie, a nieco ich było.
   Na pierwszy ogień: stosik recenzencki:
   

   Klasycznie już od dołu licząc:
   Gigantyczna broda, która była złem Stephen Collins To komiks, po który sięgnęłam, gdyż zainteresowała mnie wizja utopii, która runąć może z powodu brody. Pomysł dość absurdalny, ale komiks niezmiernie interesujący i przyjemny dla oka. Recenzja wkrótce, a komiks, jak większość pozycji ze stosika przyszedł do mnie w ramach współpracy ze Sztukaterem.
   Edgar i jego świat. Przygody małej myszki Malwina Miklos To jedna z dwóch bajecznie kolorowych książeczek dla najmłodszych czytelników, jakie przyszły do mnie ostatnimi czasy. Już dawno przeczytana i zrecenzowana.
   Kucyk Zefirek i jego przygody Dora Toth Csurkene Druga z pozycji dla najmłodszych czytelników, oszałamiająco różowa od okładki po sam koniec.
   Złota skóra Carla Montero Nie miałam okazji poznać wcześniejszych powieści tej autorki, jednak skusiłam się na tę i nie żałuję. Jestem już po lekturze i wrażenia mam całkiem pozytywne.
   Pepe i spółka. Znowu na tropie Jean-Phillippe Arrou-Vignot Kolejna, przedostatnia już z recenzenckich pozycji dla dzieci, jakie miałam okazję czytać ostatnio. Ta chyba podobała mi się najbardziej.
   Dyskretny bohater Mario Vargas Llosa Po niełatwym Pantaleonie i wizytantkach miałam pewne obawy przed tą lekturą, na szczęście nie do końca uzasadnione. Niedługo zakończę lekturę, więc i recenzja w drodze.
   Admirałowie polskiej floty od Mieszka I do admirałów XXI wieku Henryk Mąka To jedna z dwóch pozycji od Lubimy czytać, wybrałam ze względu na morską tematykę i nie żałuję.
   Dzień gniewu Arturo Perez Reverte Jestem miłośniczką tego autora, jednak nie spodziewałam się takiej książki. Egzemplarz, podobnie, jak poprzednia pozycja otrzymany dzięki Lubimy czytać, więc na recenzję przyjdzie nieco jeszcze poczekać.
   Niespodzianka na 6 liter Barbara Spychalska-Granica To typowo romansowa historia, bez większych zaskoczeń, za to przyjemna w lekturze, pozwala się odprężyć.
   Kacper niewypał. Totalna porażka Stephan Pastis ostatnia z lektur dla dzieci w tej sztukaterowej paczce. Również już przeczytana i zrecenzowana, z pewnością pojawi się niedługo na blogu.

   Jest jeszcze stosik prezentowo-zakupowy:


   I znów licząc od samego dołu:
   Historyjki i opowiastki praca zbiorowa Zbiór rosyjskich bajek dla dzieci, typowe dla takich publikacji grafiki oraz przewałkowane tematy ze znanych bajek, czy z Ezopa, czy Fontaine'a, tym razem w nieco innej oprawie. Książka była zajączkowym prezentem dla syna.
   Przepisy mistrza Pawła Małeckiego Książka, którą można było otrzymać za zakupy w Lidlu. Przejrzałam ją z ogromną ciekawością i nie mogę się doczekać, kiedy wypróbuję pyszności, jakie można w niej znaleźć.
   Rzeki Hadesu, Erynie, Widma w mieście Breslau Marek Krajewski Trzy kolejne powieści tego autora, chyba pora zabrać się za lekturę.
   Przetwory z owoców i warzyw Marguerite Patten Kolejna książka otrzymana w prezencie, myślę, że może mi się przydać, choć z przetworów to najlepiej wychodzą mi nalewki.
   Nikt, Renegat, Nocarz Magdalena Kozak Trylogia o wampirach w ABW, czytałam ją dość dawno temu, ostatnio postanowiłam zakupić. Z pewnością do niej wrócę.

   Tak więc różnorodnie i niejednoznacznie. Książki z pierwszego stosiku już wszystkie przeczytałam, za drugi nie wiem kiedy się wezmę. Mam nadzieję, że uda mi się zachować jakąś tam ciągłość w publikowaniu, choć i tak zapowiada mi się przerwa za jakiś czas.

piątek, 3 kwietnia 2015

Podsumowanie i lektury marca

  Marzec był dla mnie całkiem udanym miesiącem jeśli chodzi o lektury. Przede wszystkim sięgnęłam w końcu po "Pana Lodowego Ogrodu", do którego powymierzałam się już od bardzo dawna. Ponadto przeczytałam kilka innych książek, również pochodzących z moich zbiorów i chociaż Poczekalni nie udało mi się odchudzić, zbyt wiele nabytków przywitałam w marcu, jednak i tak jestem zadowolona z wyników. 

   A w liczbach wygląda to tak: Przeczytałam tylko 6 książek, więc ilość nie jest jakaś porywająca, jednak ponieważ wiele z nich było dość opasłych, to ogólny wynik przeczytanych stron był już na całkiem przyzwoitym poziomie 2130 stron co dało ponad 69 stron dziennie. Jeśli zaś chodzi o lektury, które pojawiły się u mnie w tym miesiącu, to było ich aż 10, co przy 5 pozycjach przeczytanych, które od dłuższego czasu grzały miejsce w Poczekalni, znów dało wynik niekorzystny. Cóż... nałogowe uzupełnianie bibliografii niektórych autorów ma swoje wady.

   A kolejno w moje ręce wpadły:

   Połamany ludzik Roland i Nicolas Topor

   To dość nietypowa książeczka, pełna ilustracji wykonanych przez pięcioletniego Nicolasa i obdarzona komentarzami pisarza. Czytało mi się ją dość przyjemnie, zaś rzeczywistość widziana oczami pięciolatka niejednokrotnie potrafi zaskoczyć. Jest to pozycja zdecydowanie przeznaczona dla fanów autora i koneserów jego twórczości.

   Dożywocie Aleksander Fredro

  Naszło mnie w tym miesiącu na kolejną z komedii mojego ulubionego polskiego komediopisarza. Jest to opowieść o manipulowaniu innymi, w celu osiągnięcia rozmaitych, nie zawsze wymiernych, korzyści. Jak zawsze u autora możemy spodziewać się zarówno humoru sytuacyjnego, jak i związanego z charakterami bohaterów. Zabawnie i nieco refleksyjnie, czyli Fredro jakiego najbardziej lubię.

   Pan Lodowego Ogrodu Jarosław Grzędowicz

   Po wielu zachętach z różnych stron, w końcu postanowiłam zaspokoić swoją ciekawość i pomimo nieco przerażającej objętości całego cyklu udało mi się po niego sięgnąć. A wrażenia mam wyborne, o czym mogliście się przekonać po lekturze którejś z recenzji, od lekkiego znużenia, poprzez wciągnięcie się w fabułę aż do pełnego zachwytu. Zdecydowanie jest to seria godna polecenia każdemu miłośnikowi fantastyki.

  Dekorastor Boris Akunin

   Jest to szósty tom cyklu, którego bohater jest charakterystyczny i charyzmatyczny Erast Fandorin. Nie miałam okazji poznać jego wcześniejszych przygód, jednak nie przeszkodziło mi to zupełnie w czerpaniu przyjemności z lektury tej kryminalnej opowieści. Zagadka, jaką musi rozwiązać detektyw mnie zaintrygowała, a tropy skutecznie wprowadziły w błąd. Książka idealnie nadaje się jako lekki przerywnik i spokojnie polecam ją miłośnikom klasycznych kryminałów. Przeczytana dzięki uprzejmości portalu Lubimy czytać, zrecenzowana już, choć z publikacją muszę się na razie wstrzymać.

   I pod takim znakiem upłynął mi ubiegły miesiąc. Objętościowo i ilościowo dominuje fantastyka, w postaci trzech tomów tetralogii Jarosława Grzędowicza. W planach na kwiecień znalazło się między innymi zakończenie tego cyklu oraz sporo lektur zamówionych, tak dla odmiany w porównaniu z marcem.

środa, 1 kwietnia 2015

Świat wedłgu Clarksona 5. Przecież nie proszę o wiele...

Autor: Jeremy Clarkson
Tytuł oryginału: Is it really too much to ask? The world according to Clarkson volume five
Tłumaczenie: Michał Strąkow
Wydawnictwo: Insignis
Rok wydania: 2014
Stron: 594

   Jeremy Clarkson, od lat rozpoznawalny i charyzmatyczny twórca programu „Top Gear”, realizowanego przez brytyjską stację BBC jest również autorem wielu felietonów, publikowanych na łamach „The Sunday Times” oraz „The Sun”. Wiele z tych tekstów mamy okazję poznać dzięki wydawnictwu Insignis, które regularnie wydaje kolejne tomy zbierające najciekawsze utwory dziennikarza.

   W piątej części „Świata według Clarksona” skupione zostały teksty napisane pomiędzy 18 kwietnia 2010, a 3 marca 2013 roku. W związku z tym wiele z nich dotyczy problemów, którymi żyła w tamtym czasie Wielka Brytania. Ślub księcia Williama z Kate Middleton oraz towarzyszące temu ploteczki, organizacja letnich Igrzysk Olimpijskich w Londynie, a także, wszechogarniający Unię Europejską, kryzys. Wśród felietonów znajdziemy kilka interesujących pomysłów, których realizacja pomogłaby Brytyjczykom wyjść z gospodarczej zapaści. Nie znajdziemy tu natomiast nic, co tyczyłoby się motoryzacji, którą autor zajmuje się w trakcie realizacji kolejnych serii „Top Geara”.

   Jednak Clarkson nie porusza jedynie lokalnych tematów. W wielu tekstach odnosi się do spraw bardziej uniwersalnych, począwszy od prywatności w dobie internetu, poprzez wprowadzenie ścisłej kontroli wielu aspektów życia pod przykrywką walki z terroryzmem, aż do rzeczy zupełnie przyziemnych, jak kobiece biusty, czy też jego domowy zwierzyniec.

   Niezależnie jednak od poruszanych tematów, felietony bawią jednocześnie zmuszając do refleksji. Często przyznamy autorowi rację i trudno nie zgodzić się z niektórymi z jego poglądów. Z drugiej strony w pewnych kwestiach razi dość powierzchowne ujęcie i pogardliwy stosunek autora do niektórych spraw. Clarkson ma talent, który sprawia, że nawet banalny temat potrafi przekuć w błyskotliwy i zabawny tekst i nawet jeśli nie możemy zgodzić się z jego punktem widzenia, to jego spojrzenie na świat nie irytuje.

   Książkę czyta się błyskawicznie, zebranie felietonów w jeden zbiór pozwala na dawkowanie sobie przyjemności z lektury, którą można przerwać w dowolnej chwili, by powrócić w kolejnym przypływie nastroju. Wiele z poruszanych przez autora absurdów znajdzie również odniesienie w naszych, polskich realiach, dzięki czemu książka nie jest hermetyczna, ani skierowana tylko dla Brytyjczyków.

   Fanom autora nie muszę polecać tej pozycji, dostaniemy tu wszystko to, za co lubimy Jeremy'ego Clarksona, cięty język oraz trzeźwe spojrzenie na świat. Tym, którzy nie mieli okazji poznać jego felietonów z czystym sercem książkę polecam, gdyż przy lekturze tego typu tekstów nieważna staje się kolejność ich napisania. Lekturę zaś odradzam osobom o niewielkim poczuciu humoru i o znikomym dystansie do otaczającego ich świata.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Lubimy czytać.

poniedziałek, 30 marca 2015

Pan Lodowego Ogrodu. Tom III

Autor: Jarosław Grzędowicz
Cykl: Pan Lodowego Ogrodu- Tom III
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2014
Stron: 498

   Po niewielkim przestoju, jakim był dla mnie drugi tom cyklu, ze sporymi oczekiwaniami sięgnęłam po trzecią jego odsłonę, tym chętniej, że w końcu na horyzoncie pojawił się tytułowy Lodowy Ogród. Zakończenie poprzedniej części nie było może aż tak wstrząsające, jak końcówka poprzedniego, jednak i tak wzbudziło ogromną ciekawość i chęć na bliższe poznanie dalszych losów bohaterów.

   Vuko, wraz ze swoją niewielką czteroosobową kompanią zaokrętowali się na przedziwnym lodowym drakkarze, który unosi ich powoli i nieubłaganie prosto w stronę budzącej grozy tajemniczej wyspy, na której stoi Lodowy Ogród. Grunaldi był już wcześniej w jego pobliżu i wspomnienia tej wyprawy do dziś nie dają mu spokoju. Gotowi na wszystko, jednak pełni niepokoju bohaterowie próbują sprzeciwić się nieugiętej woli, jaka prowadzi niesamowity zamarznięty okręt.

   Tymczasem książę, ostatni potomek z dynastii Tendżaruk, wraz z trójką wiernych kireneńskich najemników zostali sprzedani, jako towar straszliwym,niezupełnie ludzkim Ludziom Niedźwiedziom. Dopiero po fakcie okazuje się, że są oni zwykłymi ludźmi, przybranymi w zwierzęce skóry i maski. Snop, Benkej, N'Dele oraz Terkej Tendżaruk trafiają na ogromne targowisko, na którym sami, zgodnie z wolą prawomówcy, stają się towarem. Ich niewola ma trwać pięć lat, wyjątkiem jest jedynie N'Dele, pochodzący z Kebiru, ponieważ mieszkańcy tego rejonu świata cieszą się u Ludzi Niedźwiedzi sporym szacunkiem, on zostaje pozbawiony wolności na trzy lata.

   W tym tomie, w przeciwieństwie do dwóch poprzednich, poznajemy bliżej bohaterów, którzy do tej pory pojawiali się tylko jako postacie epizodyczne. I chociaż o żadnym z nich nie dowiemy się zbyt wiele, nie wnikając w ich przeszłość ani nie analizując motywów, to sam fakt obcowania dłużej z kimś innym niż Vuko i Terken przysporzył powieści świeżości. Bohaterowie, mimo pozornie beznadziejnych sytuacji, w jakich się znaleźli, nie poddają się i w dalszej części dążą do realizacji własnych celów.

   Podobnie, jak w części drugiej, tak i tu mamy okazję poznać kolejne krainy Midgaardu oraz zachwycić się samą kreacją świata, w której trudno znaleźć jakiekolwiek luki. Tajemnicze miejsca, oraz skrupulatnie wykreowane społeczności sprawiają, że choć świat wydaje się zupełnie obcy, jednak bez problemu możemy się w nim odnaleźć.

   Fabuła powoli zbliża się do połączenia obu wątków, nakreślając wizję zakończenia całego cyklu, a dynamiczna akcja nie pozwala czytelnikowi na ani chwilę nudy. Powoli dowiadujemy się gdzie szukać trojga pozostałych przybyszy z Ziemi, każde z nich obdarzone jest mocą Czyniących, co stanowi ogromne zagrożenie dla całego Midgaardu. Niejedno z wydarzeń, jakie ma miejsce w książce zaskakuje, jak chociażby wątek ponownej wizyty w Żmijowym Gardle.

   Po niewielkim znudzeniu, czy może raczej rozczarowaniu tomem drugiem, przez ten przemknęłam błyskawicznie, choć może dlatego, że nie oczekiwałam już tego nastroju grozy, jaki wzbudziła we mnie pierwsza część, a jakiego zabrakło w części drugiej. W pełni cieszyłam się wciągającą fabułą oraz porywającą narracją i z czystym sercem polecam kontynuowanie lektury, każdemu kto już zaczął czytać „Pana Lodowego Ogrodu”. Tym, którzy jeszcze nie mieli okazji rozpocząć zalecam sięgnąć po część pierwszą, gdyż jest to lektura zdecydowanie warta uwagi.

niedziela, 29 marca 2015

Stosik na koniec marca

   Przez cały marzec powolutku przybywało mi książek, za każdym razem jednak uważałam, że nie ma sensu mnożyć notek po dwa, trzy tytuły i odczekałam aż stosik nieco utyje. No i się roztył. Gatunkowo dość różnorodnie, autorami również niejednolicie. Część tytułów, to prezenty urodzinowe, część recenzenckich i kilka własnych zakupów. Ale co ja będę pisać na próżno, całość prezentuje się tak:


   Od dołu licząc:
   Smoki na zamku Ukruszon Terry Pratchett Jakoś wraz ze śmiercią autora, która była dla mnie bardzo smutnym zaskoczeniem pokusiłam się o zakup jego ostatnio wydanej książki, już zachwyciła mnie swoją formą.
   Długi Mars Terry Pratchett, Stephen Baxter Sam cykl nie zachwycił mnie aż tak, jak Świat Dysku, jednak konsekwentnie będę kontynuować lekturę. Książka była prezentem.
   Szubienicznik Jacek Piekara To akurat jeden z urodzinowych prezentów, z lekturą pewnie poczekam aż wpadnie mi w ręce kontynuacja, no i jak zawsze aż z bardzo mam co czytać.
   Ostrze Joe Abercrombie To pierwszy z tytułów przysłanych za pośrednictwem Lubimy Czytać. Skusiłam się nieco w ciemno i dopiero jak książka przyszła, przeraziła mnie troszkę swoją objętością, jakoś nie doczytałam, że będzie tego ponad siedemset stron. Z chęcią poznam autora, więc i grubość nie taka straszna.
   Dekorator Boris Akunin To drugi z tytułów recenzenckich. Skusiłam się nieco w ciemno, bo już od dawna przymierzałam się do tego autora. Jestem już po lekturze i muszę przyznać, że wrażenia mam całkiem pozytywne.
   Pomnik cesarzowej Achai Andrzej Ziemiański Kolejna kobyła w stosiku, tym razem urodzinowy prezent. Z zaskoczeniem odkryłam, że poprzednie trzy tomy, czytałam równy rok temu, myślałam, że to nie było aż tak dawno.
   Połamany ludzik, Roland i Nicolas Topor To dość specyficzna książeczka, zawierająca rysunki kilkuletniego Nicolasa obdarowane komentarzami jego ojca. Zdecydowanie pobudza wyobraźnię.
   Cztery róże dla Lucienne, Najpiękniejsza para piersi na świecie, Bal na ugorze Roland Topor Tu kolejne trzy książki tego autora, którym zachwyciłam się dość dawno temu, dzięki pierwszemu z nich. Podejrzewam, że i tak się skuszę na ponowną lekturę.

   No i tyle, najszybciej z pewnością pojawi się recenzja Dekoratora, choć oczywiście musi swoje odczekać w LC. Później będzie Ostrze, a za co wezmę się następnej kolejności? Nie mam pojęcia, tym bardziej, że oczekuję wcale nie małej paczki od Sztukatera, pełnej literatury dziecięcej.

środa, 25 marca 2015

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II


Autor: Jarosław Grzędowicz
Cykl: Pan Lodowego ogrodu: Tom II
Wydawnictwo: Fabryka słów
Rok wydania: 2011
Stron: 626

   Zachwycona pierwszym tomem i oczarowana jego zakończeniem z ogromną ciekawością sięgnęłam po kolejną odsłonę wydarzeń rozgrywających się w Midgaardzie. Ta część nieco ostudziła mój zapał do całego cyklu, mimo iż wypadła tylko nieznacznie gorzej od poprzedniej. W dalszym ciągu jestem szalenie ciekawa tego, jak cała opowieść się zakończy.

   Ta część jest zdecydowanie inna od poprzedniej, ulotnił się z niej ten klimat dojmującej grozy, który tak silnie był odczuwalny w wątku poświęconym Vuko. W zamian za to autor oferuje czytelnikom lepsze poznanie stworzonego przez siebie świata. Mamy okazję z bliska przyjrzeć się rzeczywistości po krwawym przewrocie w Armitraju oraz lepiej poznać jego mieszkańców. Więcej też znajdziemy tu opisów samego uniwersum, począwszy od krain przemierzanych przez bohaterów, poprzez zamieszkujące je stworzenia, aż do specyfiki ludzi różnych plemion, które przewinęły się przez karty książki.

   Oba wątki poruszone w pierwszym tomie znalazły tu swoją kontynuację, w motyw księcia z dynastii Tendżaruk stanął na równi z tym, który poświęcony został Vuko. Po dość nieoczekiwanym zakończeniu ciekawa byłam, jak dalej potoczą się losy Drrakeinena. Przeszedł on całkowitą przemianę i choć pod pewnymi względami nadal pozostał tym samym wysłańcem, dla którego najważniejsze jest wypełnienie misji, jednak los, jaki w poprzedniej części zgotował mu van Dyken sprawił, że Ulf musiał się zupełnie zmienić oraz zweryfikować swoje myślenie o obcym świecie, w którym się znalazł. Młody książę wraz z wiernym Brusem przy boku próbuje opuścić armitrajską ziemię, przemyka się chyłkiem pośród wyznawców Matki Podziemnego Łona, po drodze poznając cały ogrom tragedii, jaką dla wolnego państwa stał się powrót dawnych zasad i wierzeń.

   Spotykamy w tym tomie kilkoro nowych postaci, jednak nie mamy okazji zbliżyć się zbytnio do żadnej z nich, większość pojawia się jedynie epizodycznie i tylko z grupą kireneńskich tropicieli, towarzyszących księciu mamy okazję pobyć nieco dłużej. Najlepiej możemy poznać Vuko, zwłaszcza, że część fabuły poznajemy z jego perspektywy. Możemy zupełnie zagłębić się w jego wewnętrznych rozterkach i bitwie którą prowadzi z samym sobą, próbując na nowo się odnaleźć. Jego nadrzędnym celem jest pokonanie van Dykena i gotów jest na wszystko, by tego dokonać. Dokładnie też poznajemy księcia, drugiego z narratorów, na którego zwalił się ogrom nieszczęść, sprawiając, że zetknął się bezpośrednio z okrucieństwem o jakim do tej pory jedynie czytał. Dotychczasowy świat runął w gruzach a ilość nowych doświadczeń tylko przyspieszyła dojrzewanie młodego następny tygrysiego tronu.

   Tempo akcji w tym tomie jest nieco wolniejsze niż w poprzednim i choć tu również dzieje się dużo, jednak w zdecydowanie bardziej leniwym tempie. Więcej uwagi poświęcono wewnętrznym przemianom bohaterów, ich dojrzewaniu i samodoskonaleniu. Fabuła książki jest niezmiernie interesująca, zarówno jeśli chodzi o wątek Vuko, poszukującego w sobie moce Pieśni Bogów, jak i motyw księcia wypełniającego ostatnią wolę ojca.

   Ten tom niestety nie sprostał moim, nieco może wygórowanym, oczekiwaniom, jakie zrodziła we mnie pierwsza odsłona cyklu. Zdecydowanie brakowało mi tego silnie oddziałującego na zmysły klimatu grozy, jednak nawet pomimo tego, lektura upłynęła mi bardzo przyjemnie. Nie mogę również stwierdzić, by ta część była słabsza od poprzedniej i uważam, że jest to jeden z lepszych cykli fantasy, jakie miałam okazję przeczytać.

poniedziałek, 23 marca 2015

Na drugim brzegu Bosforu

Autor:Theresa Revay
Tytuł oryginału: L'autre Rive du Bosfor
Tłumaczenie: Magdalena Kamińska-Maurugeon
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2015
Stron: 414

   Nie przepadam za około wojenną tematyką, jednak ta powieść skusiła mnie swoim orientalnym klimatem oraz Turcją, o której mam niewielkie pojęcie. Ponadto miałam nadzieję, na historyczną opowieść romansową i choć początek dwudziestego wieku, nie jest moim ulubionym okresem, to postanowiłam dać tej powieści szansę.

   Od samego początku zachwyciło mnie przedstawienie Stambułu zaraz po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Bardzo szczegółowy obraz Konstantynopola został uzupełniony świetnie i dokładnie wyrysowanym tłem historycznym. Nie miałam pojęcia, jak dla Turcji zakończyła się pierwsza wojna światowa, więc polityczne szczegóły okupacji miasta nad Bosforem były dla mnie interesującą nowością.

   Znajdziemy tu też historię miłosną, niebanalną i pełną przygód. Leyla, jest małżonką Selima sekretarza sułtana Mehmeta VI, którego rozejm zmusza do wielu ustępstw wobec państw zachodnich. Na pozór wiedzie szczęśliwy i spokojny żywot, zgodnie z tradycjami, których zaciekłą obrończynią jest jej teściowa. Jej życie komplikuje się, gdy ze studiów w Berlinie powrócił jej brat, opowiadający się za nowym porządkiem i nie potrafiący pogodzić się z obecną, poddańczą rolą Turcji. Wkrótce potem w dość dramatycznych okolicznościach w domu Leyli pojawia się Hans Kastner i młoda kobieta po raz pierwszy odczuwa czym jest prawdziwa miłość.

   W powieści znajdziemy szereg interesujących postaci. Selim, małżonek Leyli, jest człowiekiem wiernym dawnym ideałom, nie traci nadziei na pomyślne wyniki rokowań z aliantami, które nie sprowadziłyby na Turcję hańby. Jego matka to zaciekła obrończyni dawnych tradycji, kobieta despotyczna i to ona rządzi w kobiecych pokojach, pozostawia swojej synowej pewną swobodę, choć nie omieszka odpowiednio komentować jej postępowania. Doskonale zdaje sobie sprawę, że świat wokół niej się zmienia i że jest już ostatnim pokoleniem wiernym tradycji. Najważniejszą postacią w tej opowieści z pewnością jest Leyla, mamy okazję obserwować, jak się rozwija, jak dojrzewa do zmian i udaje jej się wyzwolić z narzuconej tradycją roli, której wcześniej biernie się poddawała. Ogromna w tym zasługa Hansa, który przede wszystkim, pomógł jej otworzyć oczy, na to, co dzieje się w Turcji i jakie może mieć konsekwencje. Ciekawą postacią jest również sam Hans, niemiecki archeolog, o tureckiej duszy, oddany opozycyjnemu generałowi Mustafie Kemalowi.

   Fabuła książki oscyluje wokół miłości między Leylą a niemieckim archeologiem, jednak ich płomienne uczucie nie jest w powieści najważniejsze. Równie ważną rolę odgrywają tu polityczne i społeczne przemiany, z którymi boryka się największy z bohaterów książki- Stambuł. To właśnie zmiany, jakie przechodzi miasto są najciekawsze. Historia miłosna dość szybko zaczęła mnie nużyć, gdyż rozegrana jest w dość ograny sposób, a zachowania bohaterów, nie tylko Leyli i Hansa są przewidywalne.

   Poważną wadą tej książki są emocje, a właściwie ich brak. O ile sami bohaterowie wydali mi się dość interesujący, o tyle ich losy były mi dość obojętne. Wątki poboczne również nie porwały, niczyje losy mnie nie wzruszyły. Przez książkę przeszłam z całkowicie spokojną obojętnością, a czego innego oczekiwałam po, jakby nie było, romansowej historii.

   Jest to dość interesująca powieść, która potrafi zachwycić opisywaną scenerią, pozwala poczuć mnogość aromatów Konstantynopola, wręcz znaleźć się na jego ulicach. Świetnie oddano w niej polityczne i historyczne realia, trudy zmian, jakim poddana była Turcja po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Jednak do ideału jej daleko i tym czytelnikom, którzy poszukują wzruszeń wyciskających z oczu łzy trudno mi ją polecać.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Lubimy czytać.

poniedziałek, 16 marca 2015

Historia roślin jadalnych. Trunki, słodkości i wyrafinowane potrawy z roślin w dziejach człowieka

Autor: Jarosław Molenda
Wydawnictwo: Bellona
Rok wydania: 2014
Stron: 248

   Do tej książki musiałam podchodzić dwukrotnie. Przede wszystkim zmylił mnie tytuł, który sugerował mi dość przeglądowe dzieło o wykorzystywaniu rozmaitych roślin jadalnych. Czytając pierwszy rozdział całkowicie poświęcony świętemu pnączu indian ayahuasce oraz jej cudownemu, halucynogennemu działaniu na człowieka z rozczarowaniem odłożyłam książkę na półkę. Dopiero za drugim razem, gdy już przebrnęłam przez ten pierwszy rozdział i skupiłam się na podtytule publikacji, znalazłam to, czego oczekiwałam od tej lektury.

   Autor skupił się raptem na kilku roślinach, których wykorzystanie zmieniło dzieje świata. Po, moim zdaniem, niezbyt fortunnym wyborze ayahuaski, znajdziemy znacznie ważniejsze rośliny, co do których trudno mieć wątpliwości, że faktycznie wpłynęły na rozwój cywilizacji, Jęczmień, morwa biała- i jej największy konsument- jedwabnik, winorośl, daktylowiec, trzcina cukrowa oraz przyprawy ukształtowały świat jaki dzisiaj znamy. Na tym tle wybór pierwszej z roślin wydaje się jeszcze dziwniejszy i mniej zrozumiały, ze względu na jej dość lokalny zasięg występowania i użytkowania.

   Uprawy roślin jadalnych zmieniły historię człowieka, zmieniając go z koczownika w osadnika i wprowadzając w jego dietę również zboża, które przy koczowniczym trybie życia nie odgrywały znaczącej roli. Wszystkie rośliny wybrane przez autora, oprócz podstawowego znaczenia, mają też ogromny udział w produkcji dóbr luksusowych i używek, sprawiając, że handel nimi nabrał ogromnego znaczenia. Począwszy od jęczmienia i warzonego na nim piwa, poprzez wino uzyskiwane z rozmaitych krzyżówek winorośli, poprzez słodkie i wielce pożywne daktyle, oraz cukier i rum produkowany z trzciny cukrowej, aż do przypraw zmieniających zwyczajne potrawy w coś wyjątkowego. Do tego zestawu dochodzi jedwab, bo to właśnie jemu poświęcony jest rozdział o morwie białej.

   W książce znajdziemy wnikliwą analizę skutków, jakie wprowadzanie upraw konkretnych roślin wywarło na społeczeństwa. Jęczmień, z którego wypiekano pierwsze pieczywo, dość szybko stał się niezbędny, gdy ludzkość nauczyła się ważyć piwo. Winorośl, której uprawy przeniesiono również do nowego świata, tworząc tam zupełnie inne odmiany win, równie cennych, co te tradycyjne. Proces produkcji jedwabiu przez lata utrzymywany był w tajemnicy a tkaniny jedwabne do dziś pozostają wyznacznikiem luksusu. Ogromne znaczenie daktyli w diecie pustynnych plemion idealnie tłumaczy zamiłowanie muzułmanów do słodyczy. Trzcina cukrowa, której rozwój upraw w dowolnym miejscu o sprzyjającym klimacie ściśle wiązał się z handlem niewolnikami. W końcu przyprawy: pieprz, goździki, gałka muszkatołowa- źródło ogromnych fortun i jedna z przyczyn poszukiwania alternatywnej drogi do Indii.

   Nie można odmówić autorowi ogromnej wiedzy historycznej, a liczne zamieszczone zdjęcia, upewniają nas, że swoją wiedzę czerpał również w podróżach. Czasem znaleźć można było drobne błędy rzeczowe z dziedziny chemii, czy nawet biochemii, jednak by je wyłapać niezbędna jest już dość zaawansowana wiedza w tych dziedzinach. Do każdego z rozdziałów znajdziemy pełną bibliografię, więc gdy ktoś będzie chciał zgłębić temat, bez problemu znajdzie źródła. Książka została napisana bardzo przystępnym językiem, bez nadmiernej ilości fachowego słownictwa, dzięki czemu nawet laikowi nie powinna sprawić żadnych trudności.

   Ogólne wrażenie po lekturze tej książki mam dość dobre, chociaż oczekiwałam pracy nieco bardziej konkretnej, zbioru faktów o znacznie większej różnorodności roślin, których dawniej spożywano jeszcze więcej, niż dzisiaj. Muszę jednak przyznać, że takie ujęcie tematu, jakie znajdziemy w książce, jest równie ciekawe, choć można czasem kwestionować wybór autora. Bo dlaczego pominięto zupełnie ryż, tak ważny w Azji, czy ziemniaki, w których historii znajdziemy też wiele ciemniejszych stron, choć może główną winę ponosi tu sam, nieco nieadekwatny tytuł, który dopiero po uzupełnieniu wyjaśnia, dlaczego wybrane zostały te, a nie inne rośliny.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Lubimy czytać.

środa, 11 marca 2015

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Autor: Jarosław Grzędowicz
Cykl: Pan Lodowego Ogrodu
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2011
Stron: 540

   Już od dość dawna planowałam sięgnąć po tę książkę, sporo o niej czytałam, a zdecydowana większość opinii była bardzo pochlebna. Autor też nie był mi zupełnie nieznany gdyż wcześniej zetknęłam się z „Księgą jesiennych demonów”, która zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. W końcu znalazłam siły i chęci, by pogrążyć się w czterech dość opasłych tomach i po lekturze pierwszego z nich wiem, że było warto.

   Nie przepadam za łączeniem wątków fantasy i science fiction, dlatego do samego początku powieści podeszłam dość sceptycznie. Vuko Drrakainen zostaje wysłany z misją ratunkową na inną planetę, na której odnaleziono inteligentne formy życia, bardzo podobne do ludzi. Zadaniem bohatera jest odebranie kilkorga pracowników ze stacji badawczej i sprowadzenie ich z powrotem na Ziemię, z usunięciem wszelkich śladów działalności, tak by obca cywilizacja nie odczuła skażenia ziemskimi ideami.

   Świat planety nieco przypomina średniowieczną Europę. Niewielkie zaawansowanie technologiczne i wiara w zabobony sprawiają, że mieszkańcy tego świata prowadzą dość przewidywalne, pełne trudów życie. Vuko, który przeszedł specjalne szkolenie oraz został odpowiednio ucharakteryzowany, by ukryć niewielkie różnice w wyglądzie między ludźmi, a autochtonami, zmuszony jest zrezygnować ze wszystkich dobrodziejstw cywilizacji, by wypełnić swoje zadanie.

   Drugim, nieco mniej ważnym wątkiem, jest opowieść poznana z perspektywy kireneńskiego księcia, następcy amitrajckiego tronu. Poznajemy go jako młodego chłopca, który razem z dwoma braćmi przygotowywany jest do pełnienia funkcji władcy. Człowiek, który ma rządzić imperium musi wykazać się bardzo rozmaitymi talentami, dlatego szkolenie, jakie przechodzi wymyka się nieco ze standardów, których moglibyśmy się spodziewać.

   Obaj bohaterowie są dość wyjątkowi. Vuko o sprawności i szybkości wzmocnionej dzięki biowszczepowi przypomina mi nieco dobrze wytrenowanego wiedźmina pod wpływem eliksirów. Zabójczo szybki o wyostrzonych zmysłach, bez problemu radzi sobie z zagrożeniem, którego nawet nie mógł się spodziewać. Co ważne, nie jest postacią, której wszystko się udaje, ponosi straty, czasem przegrywa, dzięki czemu jego kreacja nie zniechęca czytelnika. Książę jest bystrym młodzieńcem, o dużej moralności. Nie waha się nawet gdy przychodzi podjąć mu trudną decyzję, nie boi się konsekwencji, jakie mogą go spotkać, odważnie idzie naprzód, by zmierzyć się z tym, co go spotkało.

   Zdecydowanie najmocniejszym elementem książki jest idealnie budowane napięcie obecne przy wątkach z Vuko, stwarzające ciężki, mroczny i nieco gotycki klimat. Momenty poświęcone księciu są znacznie mniej emocjonujące, choć nie mogę stwierdzić by były nudne. Jedyne co mnie nieco raziło, to sceny walk, opisane zostały nieco chaotycznie, na tyle, że często gubiłam wątek i zmuszona byłam cofnąć się kilka zdań, by zyskać pewność, kto zdobywa przewagę w starciu.

   Jest to bardzo dobra powieść, której lektura upływa błyskawicznie. Z wielką ochotą sięgnę po kolejne tomy, tym bardziej, że zakończenie tego było dość intrygujące. Polecam tę książkę każdemu miłośnikowi pełnokrwistego fantasy, a zwłaszcza tym, którzy lubią mroczne klimaty.

środa, 4 marca 2015

Król Artur i rycerze Okrągłego Stołu

Autor: Ulriel Waldo Cutler
Tytuł oryginału: King Arthur and his Knights of the Round Table
Tłumaczenie: Paweł Głodek
Wydawnictwo: Bellona
Rok wydania: 2014
Seria: Perły Literatury Młodzieżowej
Stron: 222

   Legenda o Królu Arturze należy do najbardziej znanych opowieści, prawie każdy słyszał o czarodzieju Merlinie, Okrągłym Stole, wiarołomny Lencelocie, czy też zdradliwym Mordredzie. Jest to temat, który był adaptowany wielokrotnie, czy to literacko, czy też filmowo a na kanwie tej klasycznej historii, co rusz powstają kolejne produkcje. Książka będąca obiektem tej recenzji powstała w roku 1985 i jak autor sam zaznacza jest współczesną adaptacją dzieła Thomasa Malory'ego.

   Ogólny zarys legendy prawie niczym nie różni się niezależnie od podań. Tłem wydarzeń jest przełom czwartego i piątego wieku naszej ery, w podzielonym i skłóconym kraju Brytów pojawia się król o wielkich talentach, potrafiący zorganizować dobrze zarządzane państwo. Organizuje Okrągły Stół, zgrupowanie rycerskie, którego członkowie zobowiązują się zawsze bronić słabszych i sławić swój honor. Po prawej ręce Króla Artura zasiada piękna Ginewra, będąca zarzewiem poważnego konfliktu pomiędzy nim a Lancelotem.

   Dzielni, odważni i dumni rycerze, często by udowodnić swoje męstwo wdają się w całkowicie zbędne konflikty, w których grają o własne życie. W ten sposób zginęło wielu z nich, a równie wielu poróżniły waśnie, których finałem mogła być tylko śmierć jednego z adwersarzy. Gdy rycerzom zgromadzonym przed Okrągłym Stołem objawia się wizja Świętego Graala, wszyscy bez zastanowienia podejmują się jego poszukiwań i tylko sam Artur ma wątpliwości, gdyż zdaje sobie sprawę, że gdy jego ludzie rozbiegną się po kraju w poszukiwaniu nieuchwytnego, osłabione państwo będzie narażone na ataki z zewnątrz.

   Ciekawym motywem w tej opowieści jest silne połączenie wątków magicznych z religijnymi. Brytowie są narodem silnie schrystianizowanym, gdzie biskupi są równie ważni, co szlachetni rycerze. Jednak nawet oni nie porzucili resztek celtyckich wierzeń, których swoistym symbolem jest czarodziej Merlin. Jednak nie tylko jego postać świadczy o głębokich mistycznych korzeniach rycerzy Okrągłego Stołu. Z przejawami magii spotykamy się na każdym kroku i często przeplatają się one z wątkami biblijnymi, tak że trudno jest rozróżnić, czy mamy do czynienia z magią, czy cudem.

   Narracja utrzymana jest w typowej dla legend tonacji. Kolejne rozdziały, to tak naprawdę przypowieści o wydarzeniach, z jakimi zmierzyć musiał się Król Artur i jego rycerze, wszystkie utrzymane w gawędziarskim tonie starego bajarza. Tak poprowadzona opowieść sprawia, że podświadomie się do niej dystansujemy, trudno poczuć się częścią świata opisywanego w ten sposób. Ponadto wydawcy gdzieniegdzie trafiły się literówki i znaleźć możemy na przykład Lanceta, zamiast Lancelota, co śmieszy, ale też irytuje. Lektura upłynęła mi dość przyjemnie, choć książka mnie nie porwała. Przeczytałam ją z umiarkowaną ciekawością, zamiast wyczekiwać, co znów spotka bohaterów.

  Książka jest warta przeczytanie, głównie jako źródło pierwotnej opowieści o Królu Arturze, w którym Morgana i Mordred są jedynie ludźmi o wielkich ambicjach i pragnieniu władzy, zupełnie pozbawieni czarodziejskich atrybutów, jakie często przypisywano im w innych wersjach opowieści. Jest to lektura warta poznania, choć zdecydowanie nie plasowałabym jej w kategorii książek, które koniecznie trzeba znać.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Lubimy czytać.


poniedziałek, 2 marca 2015

Podsumowanie lutego

   Ani się człowiek obejrzał, a już luty dobiegł końca, czas pędzi na tyle szybko, że nawet przegapiłam drugie blogowe  urodziny, które miały miejsce 11 lutego. Ale w sumie niewiele mogłabym z tych urodzin podsumować. Blog jakoś specjalnie się nie zmienił, może poza tym, że został zdominowany przez literaturę. Niezmiernie cieszą mnie wzrastające statystyki, które poprawiają humor, zwłaszcza że wiem, że moje miejsce w sieci ostatnio nieco leży odłogiem. Mam nadzieję, że będzie lepiej w marcu, po pierwsze dlatego, że to jeden z moich ulubionych miesięcy, a po drugie udało mi się uporać ze wszystkimi zobowiązaniami recenzenckimi, które nieco mi już zaczęły ciążyć. Tak, czy inaczej jestem dobrej myśli.

   A póki co pora podsumować luty. W tym, najkrótszym miesiącu udało mi się przeczytać 6 książek, łącznie 2006 stron, co dało całkiem miły dla oka wynik niecałych 72 stron dziennie. Czyli wyraźny progres w porównaniu z trzema ostatnimi miesiącami. Moja biblioteczka za bardzo w tym miesiącu nie przytyła, pojawiło się z niej raptem 5 nowych tytułów, za to udało mi się, po raz pierwszy w tym roku, nieco odchudzić Poczekalnię, wprawdzie tylko o 2 książki, ale znów jest postęp, zwłaszcza że marzec też rozpoczęłam od czytania własnych książek.

   A co kolejno przewinęło się przez moje ręce w tym miesiącu:

   Lisowczycy Antoni Ferdynand Ossendowski

  To przedostatnia z książek od Sztukatera, które mi zalegały. Bardzo interesująca opowieść szlachecka, z bogato zarysowanym tłem historycznym. Zrobiła na mnie pozytywne wrażenie, o czym wspomniałam w recenzji.

   Świat według Clarksona część 5. Przecież nie proszę o wiele... Jeremy Clarkson

   Lubię poczytać felietony tego dziennikarza i choć nie zawsze zgadzam się z jego poglądami, a powierzchowne ujęcie pewnych spraw bywa irytujące, niemniej jednak lektura sprawiła mi wiele przyjemności. Recenzja czeka na zielone światło od Lubimy czytać.

   Na drugim brzegu Bosforu Theresa Revay

   Nieco ponadplanowo skusiłam się na zrecenzowanie tej powieści. Przyciągnął mnie Orient, skusił Stambuł. Książka choć nie oczarowała, jednak zrobiła na mnie dość pozytywne wrażenie, zwłaszcza drobiazgowo nakreślone tło historyczne oraz Konstantynopol będący najważniejszą "postacią" w powieści. Recenzja dla Lubimy czytać, czeka na publikację w serwisie.

   Rycerzy staropolskich wojenne przypadki. Husarze, czeladź, kłótnie, pojedynki Michał Górzyński

   To ostatni z zaległych egzemplarzy recenzenckich tym razem sztukaterowy. Książka bardzo mi się spodobała, dowiedziałam się z niej wielu ciekawych rzeczy. Lubię historię podaną w taki sposób, więcej o książce w mojej ostatniej notce.

   Czarne krowy Roland Topor

   Skoro moje ostatnie zakupy zdominował ten autor, postanowiłam jak najszybciej sięgnąć po któryś z tytułów. Jest to zbiór opowiadań, bardzo typowych dla tego pisarza, groteskowych, czasem niesmacznych, czasem zabawnych, niekiedy zaś wstrząsających. Może nie są aż tak zaskakujące, jak te w "Czterech różach dla Lucienne", od której to książki zaczęła się moja sympatia dla autora, jednak czytało się je bardzo przyjemnie. I pamiętajcie: strzeżcie się czarnych krów!

   Pamiętnik starego pierdoły Roland Topor

   Kolejna książka tego autora w tym miesiącu. Z jednej strony zupełnie inna od poprzedniej, jednak styl pisarza jest bardzo charakterystyczny. Jest to powieść, będąca wspomnieniami artysty żyjącego na początku XX wieku. Z jednej strony znajdziemy tu pełen przekrój historycznych postaci, z którymi miał okazję spotkać się narrator, z drugiej zaś odkryjemy krok po kroku jego drogę do doskonałości. Zdecydowanie godna polecania, dla miłośników niebanalnych historii.

   Ot i cały luty. Jak widać tematyka dość urozmaicona i książki rozmaite. Po uporaniu się z zaległościami recenzenckimi czułam silną potrzebę przeczytania niezbyt długich pozycji, stąd też miedzy innymi wybór padł na Topora. Ogólnie jestem zadowolona z wyników a i jakiś konkurs chyba pojawi się za niedługo. Ciężko mi stwierdzić jakiej recenzji możecie się spodziewać w najbliższym czasie, na liście oczekujących są cztery tytuły, a może uda mi się w międzyczasie zrecenzować coś swojego...

piątek, 27 lutego 2015

Rycerzy staropolskich wojenne przypadki. Husarze, czeladź, kłótnie, pojedynki

Autor: Michał Górczyński
Wydawnictwo: Bellona
Rok wydania: 2014
Stron: 302

   Rzeczpospolita szlachecka zawsze budziła we mnie pozytywne emocje, dlatego, gdy nadarzyła się okazja, by dowiedzieć się o niej nieco więcej, nie wahałam się zbyt długo. W ten sposób sięgnęłam po książkę będącą opowieścią o siedemnastowiecznym polskim rycerstwie. Znalazłam w niej zarówno postacie godne podziwu, niczym pan Wołodyjowski z Trylogii, jak i bardziej kontrowersyjne, będące pierwowzorem sienkiewiczowskiego Kmicica.

   W tej niezbyt obszernej monografii znajdziemy przekrój przez całe życie żołnierza, od spektakularnych bitew, poprzez chwile spędzane w podróży, czy też pobyt w niewoli. Z książki dowiemy się wielu interesujących faktów, poznamy skład pocztu rycerskiego, dowiemy się, czym w drodze żywili się żołnierze oraz jak utrzymywano dyscyplinę w oddziałach. Oprócz najbardziej prestiżowych oddziałów husarii, mamy okazję poczytać również o tych mniej sławnych, które za to były znacznie tańsze w utrzymaniu.

   Co dość znamienne autor publikacji wprawdzie skupił się na szlachetnie urodzonych rycerzach, jednak nie pominął milczeniem również innych stanów. I choć źródeł dotyczących magnatów oraz bogatszej szlachty znajdziemy w książce najwięcej, to jednak nawet czeladzi i mieszczanom poświęcono tu nieco miejsca. Znaleźć możemy też epizody z życia obcokrajowców w polskim wojsku, oraz Polaków służących w obcych armiach. Bardzo ciekawe jest również porównanie polskiego wojska, z innymi współczesnymi mu armiami, zwłaszcza że w niektórych przypadkach obyczaje panujące w Rzeczpospolitej szlacheckiej okazują się być wyjątkowe w skali ówczesnego świata.

   Autor powołuje się na dużą ilość tekstów źródłowych oraz pamiętniki ówczesnych rycerzy, których dość sporo zachowało się do dzisiaj. Dzięki wspomnieniom dostajemy pełny obraz obyczajów siedemnastowiecznego rycerstwa, co najwyżej nieco podkoloryzowany przez samych autorów. Liczne odniesienia do prac naukowych wskażą, gdzie szukać pełniejszych informacji w tematach, które wzbudzą w czytelniku większe zainteresowanie.

   Książkę czyta się bardzo dobrze, mnogość informacji podana jest w taki sposób, że czytelnik nie czuje się zarzucony kolejnymi faktami. Każdy z rozdziałów jest swoistą opowieścią, czasem wprost przełożoną z czyjegoś pamiętnika, jak wspomnienia pełnego przygód życia Jana Władysława Poczobuta Odlanickiego, albo historia Jana Chryzostoma Paska, podziwiającego występ teatralny. Ta publikacja nie nuży, a porywa niczym dobra, wielowątkowa powieść.

   Zdecydowanie polecam tę książkę każdemu miłośnikowi pierwszej Rzeczpospolitej, jest to dobrze napisana popularnonaukowa pozycja, która obfituje w przeróżne ciekawostki oraz zachęca do zgłębiania tematu. Ze względu na mnogość aspektów rycerskiego życia poruszanego w tej książce, istnieje szansa, że nawet ktoś mocno zaznajomiony w temacie, znajdzie tu coś nowego.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Sceny z życia smoków

Autor: Beata Krupska
Ilustrował: Zbigniew Larwa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2014
Stron: 66

   Niewiele znam osób, które nie czułyby jakiejś, choćby minimalnej sympatii do smoków. Począwszy od Wawelskiego, czy to znanego z legendy, czy też bohatera książek Pagaczewskiego, smoki pojawiają się w wielu książkach, zarówno w typowych publikacjach dla dzieci, gdzie najczęściej ich rolą jest zagranie okrutnej poczwary, jak i w powieściach fantastycznych, w których smoki są bardzo rozmaite. A jakie są w książce Beaty Krupskiej?

   Publikacja już od okładki zachwyca pięknymi ilustracjami Zbigniewa Larwy. Sportretowane smoki są nieco niezgrabne, odrobinę koślawe i na próżno szukać w nich majestatu, z którym kojarzą się wielu czytelnikom. Zagłębiając się w lekturę poznajemy trójką sympatycznych smoków, amatorów zupy ogórkowej, którym zamarzyło się rozegranie meczu piłki nożnej. Podczas poszukiwania zawodników spotyka ich wiele ciekawych, często zabawnych przygód.

Każdy z poznanych bohaterów, czy to smoczych, czy nie, ma swoje wyjątkowe cechy, Smok Zygmunta pięknie grywa na saksofonie, w którym ukrywa się pies, a żaba jest przewrażliwiona na punkcie swojego wyglądu, Smok Antoni zaś nie grzeszy rozumem. Poznanym smokom daleko do legendarnych poczwar pożerających piękne niewiasty i gromiących niewinnych rycerzy. Są nastawione pokojowo do całego świata i przykro im, że czasem wzbudzają w innych przeraźliwy lęk.

   Bardzo miło spędziłam czas przy lekturze tej książki. Przepiękne, barwne ilustracje, prezentujące nie zawsze idealny, jednak niezmiernie sympatyczny świat sprawiają, że ta pozycja jest również ucztą dla oczu. Fabuła opowieści nieco się rwie i w zasadzie zawarte w niej sceny są trochę oderwane od siebie, trudno jest nie odnieść wrażenia, że smoki, z nadmiaru wolnego czasu po prostu nie wiedzą czym by się tu zająć. Język opowieści jest bardzo przystępny i lektura bez problemu porwie młodego czytelnika, wprowadzając go w fantastykę.

   W tej książce na próżno szukać jakichś przemyconych wartości, jednak pod względem wizualnym potrafi zachwycić, a opowieści są zabawne i niosą ze sobą pewne ciepło. Nie zachwyciła mnie ta książka, jednak miło spędziłam przy niej czas. Podobało mi się również ukazanie smoków jako nieco nieporadne i zabawne istoty, miast wszechpotężnych, inteligentnych bestii.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Lubimy czytać.

piątek, 13 lutego 2015

Pożoga

Autor: Orson Scott Card, Aaron Johnston
Cykl: Pierwsza wojna z Formidami- Tom II
Tytuł oryginału: Earth afire
Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2014
Stron: 504

   Po jakże miłych wrażeniach, jakie wywarła na mnie pierwsza część opisująca spotkanie ludzkości z obcym, inteligentnym gatunkiem, przypominającym przerośnięte mrówki, przyszła pora na zapoznanie się z tomem drugim. Statek Formidów jest już coraz bliżej Ziemi, zagrożenie staje się coraz bardziej realne. W tej powieści dowiemy się, jakie były skutki spotkania z obcymi i jak potraktowali oni błękitną planetę.

   Po dotarciu Victora na Lunę, świat dowiedział się, że zbliża się do niego ogromne niebezpieczeństwo, jednak jego reakcja była zupełnie inna od tej, jakiej spodziewał się posłaniec. Niedowierzanie zastąpiło strach, a gdy zbliżający statek obcych stał się faktem, ludzkość zamiast się zbroić i szykować do wojny, z otwartymi ramionami postanowiła przywitać najeźdźców. Rzeczywistość dość szybko kazała ludziom zweryfikować ich postępowanie, jednak nie byli oni zupełnie przygotowani do zmiany.

   W tym tomie akcja zawęziła się do dwóch wątków, wydarzeń na Lunie, oraz tego, co dzieje się na Ziemi. Na księżycu spotykamy Imalę, która pojawiła się już w poprzednim tomie, rewidentkę księgową, dzięki wytężonej pracy i wybitnemu talentowi odkryła wielkie przekręty w korporacji Juke, w nagrodę została zdegradowana i odesłana na zupełnie nieodpowiednie dla jej kwalifikacji stanowisko. To właśnie tam poznała Victora i jako pierwsza przesłała w sieć dane o tym, co wydarzyło się pasie Kuipera. Jednak by świat zareagował na to, co się wydarzyło potrzeba była interwencja samego Ukko, właściciela korporacji Juke Limited.

   Na Ziemię fabuła ściąga nas do Chin, gdzie poznajemy ośmioletniego Bingwena, inteligentnego chłopca z małej, biednej wioski. On jako jeden z nielicznych potraktował, wrzucony przez Imalę w sieć film poważnie i w miarę swoich możliwości zaczął się szykować na najgorsze. Również na Ziemi ponownie spotykamy Mazera Rakhama, pracującego nad testami nowoczesnej broni, ostatniego wynalazku korporacji Juke. Rozkaz przełożonych dość szybko przenosi go do Chin, gdzie poznaje świdrosanie- sprzęt wynaleziony przez Chińczyków, pozwalający ryć w ziemi niczym kret.

   Kilka rozdziałów przenosi nas z powrotem do dalekiego kosmosu, gdzie mamy okazję zobaczyć, co stało się z kobietami z El Cavadora, którym przewodzić zaczęła Rena, matka Victora. Jest to wątek zdecydowanie poboczny, tracący na znaczeniu w świetle wydarzeń na Ziemi i Lunie.

  W „Pożodze” spotykamy większość postaci znanych nam z pierwszego tomu oraz kilkoro nowych bohaterów. Przede wszystkim mamy dobrą okazję lepiej poznać samego Mazera Rakhama, Maorysa, wychowanego w Wielkiej Brytanii, który zatracił swoją tożsamość, zmyślnego żołnierza, potrafiącego błyskawicznie wyciągać wnioski ze zmieniających się sytuacji, taktycznego geniusza. Dość ciekawie zapowiada się postać Bingwena i spodziewam się, że on odegra jeszcze dość ważną rolę w trwającej wojnie, zwłaszcza, że okoliczności, mocno splotły jego losy z samym Mazerem.

   Akcja drugiego tomu wojny z Formidami naszpikowana jest scenami batalistycznymi, których przedsmak znaleźć można było w tomie pierwszym. W walkach z kosmicznym najeźdźcą swoją rolę odegrał Policyjny Oddział Polowy, pod dowództwem Wita O'Toole'a. W tej cześci dowiemy się jak obcy gatunek próbuję przerobić Ziemię na swoje potrzeby oraz, w jaki sposób ludzkość, stara się temu przeciwdziałać. Mnogość scen batalistycznych, zarówno tych naziemnych, jak i kosmicznych nie przytłacza, ani nie dominuje całej powieści. Znajdziemy w niej również sporo planowania kolejnych strategii oraz silne rozgrywki między Lemem, a jego ojcem. Wątek Reny i kobiet z El Cavadora pozwala na chwilę oderwać się od dramatycznych wydarzeń i podoba mi się, że nie został on porzucony.


   Książkę czyta się bardzo dobrze, szybkie tempo akcji nie pozwala się nudzić, a kolejne wydarzenia, nie wciąż sprawiają dość świeże wrażenie. Uważam, że jest to dobra kontynuacja „W przededniu” i podobnie jak poprzedniczka warta jest przeczytania. Polecam ją fanom „Gry Endera” jak również miłośnikom klasycznego science fiction.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Lubimy czytać.

środa, 11 lutego 2015

Mały stosik na luty

   Za tę notkę zabieram się już od dwóch tygodni i w końcu udało mi się zrobić zdjęcia, a co za tym idzie mam pretekst do opublikowania notki. Stosik skromniutki i zdominowany przez jednego autora, którego książki kupiłam w Arosowej promocji. Miałam jeszcze coś od nich zamówić, ale jakoś się zagapiłam i mówi się trudno.
  A skromne zdobycze wyglądają tak:


   Od dołu licząc:
  Księżniczka Angina, Chimeryczny lokator, Czarne krowy, Pamiętnik starego pierdoły Roland Topor To pierwsze książki tego autora w mojej kolekcji, a że pisarza bardzo lubię i cenię, więc postanowiła uzupełnić regałowe stany. Chimerycznego lokatora czytałam w formie ebooka, z pozostałymi nie miałam jeszcze kontaktu. Apetyt na nie mam wielki...
   Na drugim brzegu Bosforu Theresa Revay Miałam nie brać nic do recenzji w najbliższym czasie, ale LC, skusiło mnie tą książką. Historyczna powieść osadzona w Turcji, wolałabym nieco starsze dzieje, ale i tak mnie zachęciła. Zaczęłam lekturę i niestety aż tak różowo nie jest, choć czyta się dobrze.

   I tyle, ostatnio nieco ograniczyłam kupowanie książek, zwłaszcza, że zaległości w czytaniu mam ogromne. Nie wiem, kiedy się za nie wezmę, ani kiedy pojawią się recenzje, ale zadowolona ze stosiku jestem niezmiernie.

wtorek, 3 lutego 2015

Lisowczycy

Autor: Antoni Ferdynand Ossendowski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2014
Stron: 336

   Lubię sięgnąć czasem po dobrą powieść historyczną, zaś świadomość, że powstała ona jeszcze w ubiegłym stuleciu, tym bardziej mnie kusi. Autor przez wiele lat komuny był nieobecny w polskiej literaturze, za krytykę rewolucji socjalistycznej, co skazało jego książki na zapomnienie. Dopiero teraz, dzięki wydawnictwu Zysk i S-ka, mamy okazję poznać utwory tego pisarza.

   „Lisowczycy” to powieść, której akcja dzieje się w jednym z najbardziej burzliwych stuleci w historii Rzeczpospolitej. Początek XVII wieku to powolny zmierzch Sarmacji i pasmo ciągłych wojen z co rusz to innym przeciwnikiem. Tym razem mamy okazję poznać ten, nieco zapomniany, fragment historii, gdy Polacy zdobyli Moskwę i byli o krok od przejęcia władzy na Rusi. Jedną z wyraźniejszych postaci w tamtym czasie był Aleksander Józef Lisowski oraz jego lekka jazda. Główną cechą Lisowczyków była szybkość i mobilność, spadali na wroga niespodziewanie i równie szybko rozpływali się na bezdrożach, budząc w ten sposób terror i nienawiść na podbijanych ziemiach.

   Przez pierwszą, dość obszerną, część powieści poznajemy kulisy sytuacji politycznej panującej w roku 1611 i 1612. Dowiadujemy się, o Polakach broniących Kremla przed Rosjanami i o tym, jak sprawę rosyjską upatruje sam król Zygmunt III Waza. Całą sytuację poznajemy z punktu widzenia Aleksandra Chodkiewicza, człowieka, któremu bezpośrednio podlegał Lisowski, oboje jasno pojmowali, jak ważne jest utrzymanie Moskwy i posadzenie na tronie carów polskiego księcia.

   Jednak cała polityczna otoczka służy tylko wprowadzeniu czytelnika w okoliczności, w jakich znalazł się główny bohater powieści, którego poznajemy dopiero w jednej trzeciej książki. Jest nim młodziutki Marcin Lis, garnący się do wojska pana Lisowskiego, mimo zakazu ze strony rodziny. Gdy tylko udało mu się przekonać do siebie sławnego dowódcę, powierzono mu ważną misję z poselstwem do Moskwy. Tak zaczęła się jego wielka, rosyjska przygoda, droga po sławę, bogactwo i miłość.

   Sam Marcin Lis jest typowym ideałem rycerza, silny, odważny, wierny ojczyźnie, nie raz wykorzystywał zmyślne fortele, by wyprowadzić siebie i swoich ludzi z rozmaitych tarapatów. W miłości wierny pierwszemu zauroczeniu, które stało się dla niego czymś prawie najważniejszym w życiu. Pozostałe postacie poznajemy dość pobieżnie, raczej z perspektywy ich poglądów politycznych, niż czynów jakich dokonali. Panna Krystyna Czaplińska zaś pozostaje dla nas głównie narzeczoną Marcina i chociaż w chwili próby wykazuje wielką wytrwałość oraz ufność w boskie wyroki, to niewiele więcej się o niej dowiemy.

   Język powieści z początku wprawił mnie w niemałe zakłopotanie. Składnia zdań wydała mi się dość dziwna, wręcz nienaturalna i mało logiczna. Podejrzewam, że winić tu można miejsce i czas narodzin autora- Lucyn teren dawniejszego województwa Inflanckiego, dziś zaś wschodniej Łotwy. Z kolejnymi stronami udało mi się na szczęście oswoić z tym nietypowym językiem i dalsza lektura przebiegła dość przyjemnie, zwłaszcza że po zakończeniu zagłębienia się w realia polityczne powieść staje się typową opowieścią przygodową, z wartką akcją i szeregiem następujących po sobie wydarzeń. Powierzchowna kreacja bohaterów nie przeszkadza za bardzo, nie spodziewałam się po tej powieści dogłębnych portretów psychoanalitycznych, a wartkiej akcji i interesującej fabuły, a to autorowi się udało.

   Jest to całkiem przyjemna powieść przygodowa, o ile uda się przebrnąć przez nakreśloną sytuację polityczną. Tak długie wprowadzenie nie jest moim zdaniem zupełnie konieczne, a może zniechęcić do dalszej lektury. Jednak mimo wszystkich wad, książkę uważam za całkiem przyjemną opowieść z polską historią w tle. Polecam ją wszystkim miłośnikom Rzeczpospolitej szlacheckiej, gdyż szczęku krzyżowanych szabel z pewnością w niej nie brakuje.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

niedziela, 1 lutego 2015

Podsumowanie stycznia + wyniki konkursu

   I tak już pierwszy miesiąc tego roku minął, ani się człowiek obejrzał. Szalonych wyników w tym miesiącu osiągnąć się niestety nie udało, ale co mnie cieszy, przeczytałam już prawie wszystko co mi zalegało do recenzji. Za niski wynik winię późne wschody i wczesne zachody słońca, przez które musiałam odpuścić sobie poranne czytanie w drodze do pracy i popołudniowe w drodze powrotnej. Tak czy inaczej mogło być gorzej i mam nadzieję, że w lutym będzie lepiej.
   W liczbach wyglądało to tak. Ten miesiąc zamknęłam liczbą raptem 4 książki, tematycznie dominowała literatura współczesna, choć i jedna pozycja popularnonaukowa się załapała. na część recenzji trzeba będzie dopiero poczekać, póki co publikacji doczekały się książki przeczytane w grudniu. Razem było to tylko 1156 stron, czyli jedynie nieco powyżej 37 stron dziennie. Styczeń nie poskutkował też żadnym nowym stosikiem, co samo w sobie jest bardzo wyjątkowym zjawiskiem, niestety nie przełożyło się na skurczenie poczekalni, gdyż książki recenzenckie do niej nie trafiają.

   Kolejno w moje ręce wpadły:

   Róg obfitości Andrzej Urbańczyk

   Kolejna przygoda z tym wybitnym autorem, staję się jego coraz większą fanką, gdyż nieczęsto spotyka się ludzi o tak rozległych horyzontach, którzy jednocześnie potrafią pisać w tak zajmujący sposób. Zresztą co więcej mogłabym napisać, poza tym, co już zdążyłam opublikować?

   Król Artur i rycerze okrągłego stołu Ulriel Waldo Cutler

   To pod wieloma względami klasyka i preludium do fantastyki. Napisana dość specyficznie, jednak dość interesująca. Pozwala poznać najbardziej popularną legendę w dość pierwotnej wersji. Recenzja czeka na zielone światło od Lubimy Czytać. Zdecydowanie lubię to serię wydawniczą od Bellony, pomimo trafiających się czasem literówek.

   Oberki do końca świata Wit Szostak

   To pełna magii książka o muzyce, skrzypcach i codzienności, która tylko pozornie oddalona jest od zaświatów niewidzialną kurtyną. Nie jest to książka, o której szybko się zapomina i choć nie czuję potrzeby by do niej kiedyś powrócić, to cieszę się, że na nią trafiłam. Lektura wprawia w cudowny, refleksyjny nastrój, aż prawie można usłyszeć dźwięki oberków. Więcej w recenzji.

   Historia roślin jadalnych. Trunki, słodkości i wyrafinowane potrawy z roślin w dziejach człowieka Jarosław Molenda

   Jedyna w tym miesiącu książka popularnonaukowa i choć spodziewałam się nieco innej publikacji, to jednak jestem z niej zadowolona. Nie zabrakło w niej niewielkich błędów, jednak całościowo zrobiła dobre wrażenie, mimo początkowego zniechęcenia. Zrecenzowana już, oczekuje na publikację na Lubimy czytać.

   Na zakończenie posta, coś na co wszyscy, a przynajmniej troje moich czytelników z pewnością czeka. Wyniki konkursu. Otrzymałam niewiele odpowiedzi, jednak wszystkie były interesujące i wybór był bardzo trudny. Postanowiłam więc zwycięzcę wylosować, a ponadto nagrodzić każdego, kto wziął udział w konkursie. I tak, wylosowałam kolejność i według niej proszę uczestników o zgłaszanie się po wybraną nagrodę. Pula nagród dostępna jest w poście konkursowym, a w komentarzach do tego posta prosiłabym o wpisanie wybranych przez Was tytułów. Kolejność wyboru jest następująca:
  1. Sylwka S.
  2. Vyar
  3. VedVid
   Czekam na Wasze zgłoszenia, by jak najszybciej móc udać się na pocztę. Drogą mailową będę się kontaktować w celu ustalenia adresów do wysyłki.