środa, 4 marca 2015

Król Artur i rycerze Okrągłego Stołu

Autor: Ulriel Waldo Cutler
Tytuł oryginału: King Arthur and his Knights of the Round Table
Tłumaczenie: Paweł Głodek
Wydawnictwo: Bellona
Rok wydania: 2014
Seria: Perły Literatury Młodzieżowej
Stron: 222

   Legenda o Królu Arturze należy do najbardziej znanych opowieści, prawie każdy słyszał o czarodzieju Merlinie, Okrągłym Stole, wiarołomny Lencelocie, czy też zdradliwym Mordredzie. Jest to temat, który był adaptowany wielokrotnie, czy to literacko, czy też filmowo a na kanwie tej klasycznej historii, co rusz powstają kolejne produkcje. Książka będąca obiektem tej recenzji powstała w roku 1985 i jak autor sam zaznacza jest współczesną adaptacją dzieła Thomasa Malory'ego.

   Ogólny zarys legendy prawie niczym nie różni się niezależnie od podań. Tłem wydarzeń jest przełom czwartego i piątego wieku naszej ery, w podzielonym i skłóconym kraju Brytów pojawia się król o wielkich talentach, potrafiący zorganizować dobrze zarządzane państwo. Organizuje Okrągły Stół, zgrupowanie rycerskie, którego członkowie zobowiązują się zawsze bronić słabszych i sławić swój honor. Po prawej ręce Króla Artura zasiada piękna Ginewra, będąca zarzewiem poważnego konfliktu pomiędzy nim a Lancelotem.

   Dzielni, odważni i dumni rycerze, często by udowodnić swoje męstwo wdają się w całkowicie zbędne konflikty, w których grają o własne życie. W ten sposób zginęło wielu z nich, a równie wielu poróżniły waśnie, których finałem mogła być tylko śmierć jednego z adwersarzy. Gdy rycerzom zgromadzonym przed Okrągłym Stołem objawia się wizja Świętego Graala, wszyscy bez zastanowienia podejmują się jego poszukiwań i tylko sam Artur ma wątpliwości, gdyż zdaje sobie sprawę, że gdy jego ludzie rozbiegną się po kraju w poszukiwaniu nieuchwytnego, osłabione państwo będzie narażone na ataki z zewnątrz.

   Ciekawym motywem w tej opowieści jest silne połączenie wątków magicznych z religijnymi. Brytowie są narodem silnie schrystianizowanym, gdzie biskupi są równie ważni, co szlachetni rycerze. Jednak nawet oni nie porzucili resztek celtyckich wierzeń, których swoistym symbolem jest czarodziej Merlin. Jednak nie tylko jego postać świadczy o głębokich mistycznych korzeniach rycerzy Okrągłego Stołu. Z przejawami magii spotykamy się na każdym kroku i często przeplatają się one z wątkami biblijnymi, tak że trudno jest rozróżnić, czy mamy do czynienia z magią, czy cudem.

   Narracja utrzymana jest w typowej dla legend tonacji. Kolejne rozdziały, to tak naprawdę przypowieści o wydarzeniach, z jakimi zmierzyć musiał się Król Artur i jego rycerze, wszystkie utrzymane w gawędziarskim tonie starego bajarza. Tak poprowadzona opowieść sprawia, że podświadomie się do niej dystansujemy, trudno poczuć się częścią świata opisywanego w ten sposób. Ponadto wydawcy gdzieniegdzie trafiły się literówki i znaleźć możemy na przykład Lanceta, zamiast Lancelota, co śmieszy, ale też irytuje. Lektura upłynęła mi dość przyjemnie, choć książka mnie nie porwała. Przeczytałam ją z umiarkowaną ciekawością, zamiast wyczekiwać, co znów spotka bohaterów.

  Książka jest warta przeczytanie, głównie jako źródło pierwotnej opowieści o Królu Arturze, w którym Morgana i Mordred są jedynie ludźmi o wielkich ambicjach i pragnieniu władzy, zupełnie pozbawieni czarodziejskich atrybutów, jakie często przypisywano im w innych wersjach opowieści. Jest to lektura warta poznania, choć zdecydowanie nie plasowałabym jej w kategorii książek, które koniecznie trzeba znać.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Lubimy czytać.


poniedziałek, 2 marca 2015

Podsumowanie lutego

   Ani się człowiek obejrzał, a już luty dobiegł końca, czas pędzi na tyle szybko, że nawet przegapiłam drugie blogowe  urodziny, które miały miejsce 11 lutego. Ale w sumie niewiele mogłabym z tych urodzin podsumować. Blog jakoś specjalnie się nie zmienił, może poza tym, że został zdominowany przez literaturę. Niezmiernie cieszą mnie wzrastające statystyki, które poprawiają humor, zwłaszcza że wiem, że moje miejsce w sieci ostatnio nieco leży odłogiem. Mam nadzieję, że będzie lepiej w marcu, po pierwsze dlatego, że to jeden z moich ulubionych miesięcy, a po drugie udało mi się uporać ze wszystkimi zobowiązaniami recenzenckimi, które nieco mi już zaczęły ciążyć. Tak, czy inaczej jestem dobrej myśli.

   A póki co pora podsumować luty. W tym, najkrótszym miesiącu udało mi się przeczytać 6 książek, łącznie 2006 stron, co dało całkiem miły dla oka wynik niecałych 72 stron dziennie. Czyli wyraźny progres w porównaniu z trzema ostatnimi miesiącami. Moja biblioteczka za bardzo w tym miesiącu nie przytyła, pojawiło się z niej raptem 5 nowych tytułów, za to udało mi się, po raz pierwszy w tym roku, nieco odchudzić Poczekalnię, wprawdzie tylko o 2 książki, ale znów jest postęp, zwłaszcza że marzec też rozpoczęłam od czytania własnych książek.

   A co kolejno przewinęło się przez moje ręce w tym miesiącu:

   Lisowczycy Antoni Ferdynand Ossendowski

  To przedostatnia z książek od Sztukatera, które mi zalegały. Bardzo interesująca opowieść szlachecka, z bogato zarysowanym tłem historycznym. Zrobiła na mnie pozytywne wrażenie, o czym wspomniałam w recenzji.

   Świat według Clarksona część 5. Przecież nie proszę o wiele... Jeremy Clarkson

   Lubię poczytać felietony tego dziennikarza i choć nie zawsze zgadzam się z jego poglądami, a powierzchowne ujęcie pewnych spraw bywa irytujące, niemniej jednak lektura sprawiła mi wiele przyjemności. Recenzja czeka na zielone światło od Lubimy czytać.

   Na drugim brzegu Bosforu Theresa Revay

   Nieco ponadplanowo skusiłam się na zrecenzowanie tej powieści. Przyciągnął mnie Orient, skusił Stambuł. Książka choć nie oczarowała, jednak zrobiła na mnie dość pozytywne wrażenie, zwłaszcza drobiazgowo nakreślone tło historyczne oraz Konstantynopol będący najważniejszą "postacią" w powieści. Recenzja dla Lubimy czytać, czeka na publikację w serwisie.

   Rycerzy staropolskich wojenne przypadki. Husarze, czeladź, kłótnie, pojedynki Michał Górzyński

   To ostatni z zaległych egzemplarzy recenzenckich tym razem sztukaterowy. Książka bardzo mi się spodobała, dowiedziałam się z niej wielu ciekawych rzeczy. Lubię historię podaną w taki sposób, więcej o książce w mojej ostatniej notce.

   Czarne krowy Roland Topor

   Skoro moje ostatnie zakupy zdominował ten autor, postanowiłam jak najszybciej sięgnąć po któryś z tytułów. Jest to zbiór opowiadań, bardzo typowych dla tego pisarza, groteskowych, czasem niesmacznych, czasem zabawnych, niekiedy zaś wstrząsających. Może nie są aż tak zaskakujące, jak te w "Czterech różach dla Lucienne", od której to książki zaczęła się moja sympatia dla autora, jednak czytało się je bardzo przyjemnie. I pamiętajcie: strzeżcie się czarnych krów!

   Pamiętnik starego pierdoły Roland Topor

   Kolejna książka tego autora w tym miesiącu. Z jednej strony zupełnie inna od poprzedniej, jednak styl pisarza jest bardzo charakterystyczny. Jest to powieść, będąca wspomnieniami artysty żyjącego na początku XX wieku. Z jednej strony znajdziemy tu pełen przekrój historycznych postaci, z którymi miał okazję spotkać się narrator, z drugiej zaś odkryjemy krok po kroku jego drogę do doskonałości. Zdecydowanie godna polecania, dla miłośników niebanalnych historii.

   Ot i cały luty. Jak widać tematyka dość urozmaicona i książki rozmaite. Po uporaniu się z zaległościami recenzenckimi czułam silną potrzebę przeczytania niezbyt długich pozycji, stąd też miedzy innymi wybór padł na Topora. Ogólnie jestem zadowolona z wyników a i jakiś konkurs chyba pojawi się za niedługo. Ciężko mi stwierdzić jakiej recenzji możecie się spodziewać w najbliższym czasie, na liście oczekujących są cztery tytuły, a może uda mi się w międzyczasie zrecenzować coś swojego...

piątek, 27 lutego 2015

Rycerzy staropolskich wojenne przypadki. Husarze, czeladź, kłótnie, pojedynki

Autor: Michał Górczyński
Wydawnictwo: Bellona
Rok wydania: 2014
Stron: 302

   Rzeczpospolita szlachecka zawsze budziła we mnie pozytywne emocje, dlatego, gdy nadarzyła się okazja, by dowiedzieć się o niej nieco więcej, nie wahałam się zbyt długo. W ten sposób sięgnęłam po książkę będącą opowieścią o siedemnastowiecznym polskim rycerstwie. Znalazłam w niej zarówno postacie godne podziwu, niczym pan Wołodyjowski z Trylogii, jak i bardziej kontrowersyjne, będące pierwowzorem sienkiewiczowskiego Kmicica.

   W tej niezbyt obszernej monografii znajdziemy przekrój przez całe życie żołnierza, od spektakularnych bitew, poprzez chwile spędzane w podróży, czy też pobyt w niewoli. Z książki dowiemy się wielu interesujących faktów, poznamy skład pocztu rycerskiego, dowiemy się, czym w drodze żywili się żołnierze oraz jak utrzymywano dyscyplinę w oddziałach. Oprócz najbardziej prestiżowych oddziałów husarii, mamy okazję poczytać również o tych mniej sławnych, które za to były znacznie tańsze w utrzymaniu.

   Co dość znamienne autor publikacji wprawdzie skupił się na szlachetnie urodzonych rycerzach, jednak nie pominął milczeniem również innych stanów. I choć źródeł dotyczących magnatów oraz bogatszej szlachty znajdziemy w książce najwięcej, to jednak nawet czeladzi i mieszczanom poświęcono tu nieco miejsca. Znaleźć możemy też epizody z życia obcokrajowców w polskim wojsku, oraz Polaków służących w obcych armiach. Bardzo ciekawe jest również porównanie polskiego wojska, z innymi współczesnymi mu armiami, zwłaszcza że w niektórych przypadkach obyczaje panujące w Rzeczpospolitej szlacheckiej okazują się być wyjątkowe w skali ówczesnego świata.

   Autor powołuje się na dużą ilość tekstów źródłowych oraz pamiętniki ówczesnych rycerzy, których dość sporo zachowało się do dzisiaj. Dzięki wspomnieniom dostajemy pełny obraz obyczajów siedemnastowiecznego rycerstwa, co najwyżej nieco podkoloryzowany przez samych autorów. Liczne odniesienia do prac naukowych wskażą, gdzie szukać pełniejszych informacji w tematach, które wzbudzą w czytelniku większe zainteresowanie.

   Książkę czyta się bardzo dobrze, mnogość informacji podana jest w taki sposób, że czytelnik nie czuje się zarzucony kolejnymi faktami. Każdy z rozdziałów jest swoistą opowieścią, czasem wprost przełożoną z czyjegoś pamiętnika, jak wspomnienia pełnego przygód życia Jana Władysława Poczobuta Odlanickiego, albo historia Jana Chryzostoma Paska, podziwiającego występ teatralny. Ta publikacja nie nuży, a porywa niczym dobra, wielowątkowa powieść.

   Zdecydowanie polecam tę książkę każdemu miłośnikowi pierwszej Rzeczpospolitej, jest to dobrze napisana popularnonaukowa pozycja, która obfituje w przeróżne ciekawostki oraz zachęca do zgłębiania tematu. Ze względu na mnogość aspektów rycerskiego życia poruszanego w tej książce, istnieje szansa, że nawet ktoś mocno zaznajomiony w temacie, znajdzie tu coś nowego.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Sceny z życia smoków

Autor: Beata Krupska
Ilustrował: Zbigniew Larwa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2014
Stron: 66

   Niewiele znam osób, które nie czułyby jakiejś, choćby minimalnej sympatii do smoków. Począwszy od Wawelskiego, czy to znanego z legendy, czy też bohatera książek Pagaczewskiego, smoki pojawiają się w wielu książkach, zarówno w typowych publikacjach dla dzieci, gdzie najczęściej ich rolą jest zagranie okrutnej poczwary, jak i w powieściach fantastycznych, w których smoki są bardzo rozmaite. A jakie są w książce Beaty Krupskiej?

   Publikacja już od okładki zachwyca pięknymi ilustracjami Zbigniewa Larwy. Sportretowane smoki są nieco niezgrabne, odrobinę koślawe i na próżno szukać w nich majestatu, z którym kojarzą się wielu czytelnikom. Zagłębiając się w lekturę poznajemy trójką sympatycznych smoków, amatorów zupy ogórkowej, którym zamarzyło się rozegranie meczu piłki nożnej. Podczas poszukiwania zawodników spotyka ich wiele ciekawych, często zabawnych przygód.

Każdy z poznanych bohaterów, czy to smoczych, czy nie, ma swoje wyjątkowe cechy, Smok Zygmunta pięknie grywa na saksofonie, w którym ukrywa się pies, a żaba jest przewrażliwiona na punkcie swojego wyglądu, Smok Antoni zaś nie grzeszy rozumem. Poznanym smokom daleko do legendarnych poczwar pożerających piękne niewiasty i gromiących niewinnych rycerzy. Są nastawione pokojowo do całego świata i przykro im, że czasem wzbudzają w innych przeraźliwy lęk.

   Bardzo miło spędziłam czas przy lekturze tej książki. Przepiękne, barwne ilustracje, prezentujące nie zawsze idealny, jednak niezmiernie sympatyczny świat sprawiają, że ta pozycja jest również ucztą dla oczu. Fabuła opowieści nieco się rwie i w zasadzie zawarte w niej sceny są trochę oderwane od siebie, trudno jest nie odnieść wrażenia, że smoki, z nadmiaru wolnego czasu po prostu nie wiedzą czym by się tu zająć. Język opowieści jest bardzo przystępny i lektura bez problemu porwie młodego czytelnika, wprowadzając go w fantastykę.

   W tej książce na próżno szukać jakichś przemyconych wartości, jednak pod względem wizualnym potrafi zachwycić, a opowieści są zabawne i niosą ze sobą pewne ciepło. Nie zachwyciła mnie ta książka, jednak miło spędziłam przy niej czas. Podobało mi się również ukazanie smoków jako nieco nieporadne i zabawne istoty, miast wszechpotężnych, inteligentnych bestii.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Lubimy czytać.

piątek, 13 lutego 2015

Pożoga

Autor: Orson Scott Card, Aaron Johnston
Cykl: Pierwsza wojna z Formidami- Tom II
Tytuł oryginału: Earth afire
Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2014
Stron: 504

   Po jakże miłych wrażeniach, jakie wywarła na mnie pierwsza część opisująca spotkanie ludzkości z obcym, inteligentnym gatunkiem, przypominającym przerośnięte mrówki, przyszła pora na zapoznanie się z tomem drugim. Statek Formidów jest już coraz bliżej Ziemi, zagrożenie staje się coraz bardziej realne. W tej powieści dowiemy się, jakie były skutki spotkania z obcymi i jak potraktowali oni błękitną planetę.

   Po dotarciu Victora na Lunę, świat dowiedział się, że zbliża się do niego ogromne niebezpieczeństwo, jednak jego reakcja była zupełnie inna od tej, jakiej spodziewał się posłaniec. Niedowierzanie zastąpiło strach, a gdy zbliżający statek obcych stał się faktem, ludzkość zamiast się zbroić i szykować do wojny, z otwartymi ramionami postanowiła przywitać najeźdźców. Rzeczywistość dość szybko kazała ludziom zweryfikować ich postępowanie, jednak nie byli oni zupełnie przygotowani do zmiany.

   W tym tomie akcja zawęziła się do dwóch wątków, wydarzeń na Lunie, oraz tego, co dzieje się na Ziemi. Na księżycu spotykamy Imalę, która pojawiła się już w poprzednim tomie, rewidentkę księgową, dzięki wytężonej pracy i wybitnemu talentowi odkryła wielkie przekręty w korporacji Juke, w nagrodę została zdegradowana i odesłana na zupełnie nieodpowiednie dla jej kwalifikacji stanowisko. To właśnie tam poznała Victora i jako pierwsza przesłała w sieć dane o tym, co wydarzyło się pasie Kuipera. Jednak by świat zareagował na to, co się wydarzyło potrzeba była interwencja samego Ukko, właściciela korporacji Juke Limited.

   Na Ziemię fabuła ściąga nas do Chin, gdzie poznajemy ośmioletniego Bingwena, inteligentnego chłopca z małej, biednej wioski. On jako jeden z nielicznych potraktował, wrzucony przez Imalę w sieć film poważnie i w miarę swoich możliwości zaczął się szykować na najgorsze. Również na Ziemi ponownie spotykamy Mazera Rakhama, pracującego nad testami nowoczesnej broni, ostatniego wynalazku korporacji Juke. Rozkaz przełożonych dość szybko przenosi go do Chin, gdzie poznaje świdrosanie- sprzęt wynaleziony przez Chińczyków, pozwalający ryć w ziemi niczym kret.

   Kilka rozdziałów przenosi nas z powrotem do dalekiego kosmosu, gdzie mamy okazję zobaczyć, co stało się z kobietami z El Cavadora, którym przewodzić zaczęła Rena, matka Victora. Jest to wątek zdecydowanie poboczny, tracący na znaczeniu w świetle wydarzeń na Ziemi i Lunie.

  W „Pożodze” spotykamy większość postaci znanych nam z pierwszego tomu oraz kilkoro nowych bohaterów. Przede wszystkim mamy dobrą okazję lepiej poznać samego Mazera Rakhama, Maorysa, wychowanego w Wielkiej Brytanii, który zatracił swoją tożsamość, zmyślnego żołnierza, potrafiącego błyskawicznie wyciągać wnioski ze zmieniających się sytuacji, taktycznego geniusza. Dość ciekawie zapowiada się postać Bingwena i spodziewam się, że on odegra jeszcze dość ważną rolę w trwającej wojnie, zwłaszcza, że okoliczności, mocno splotły jego losy z samym Mazerem.

   Akcja drugiego tomu wojny z Formidami naszpikowana jest scenami batalistycznymi, których przedsmak znaleźć można było w tomie pierwszym. W walkach z kosmicznym najeźdźcą swoją rolę odegrał Policyjny Oddział Polowy, pod dowództwem Wita O'Toole'a. W tej cześci dowiemy się jak obcy gatunek próbuję przerobić Ziemię na swoje potrzeby oraz, w jaki sposób ludzkość, stara się temu przeciwdziałać. Mnogość scen batalistycznych, zarówno tych naziemnych, jak i kosmicznych nie przytłacza, ani nie dominuje całej powieści. Znajdziemy w niej również sporo planowania kolejnych strategii oraz silne rozgrywki między Lemem, a jego ojcem. Wątek Reny i kobiet z El Cavadora pozwala na chwilę oderwać się od dramatycznych wydarzeń i podoba mi się, że nie został on porzucony.


   Książkę czyta się bardzo dobrze, szybkie tempo akcji nie pozwala się nudzić, a kolejne wydarzenia, nie wciąż sprawiają dość świeże wrażenie. Uważam, że jest to dobra kontynuacja „W przededniu” i podobnie jak poprzedniczka warta jest przeczytania. Polecam ją fanom „Gry Endera” jak również miłośnikom klasycznego science fiction.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Lubimy czytać.

środa, 11 lutego 2015

Mały stosik na luty

   Za tę notkę zabieram się już od dwóch tygodni i w końcu udało mi się zrobić zdjęcia, a co za tym idzie mam pretekst do opublikowania notki. Stosik skromniutki i zdominowany przez jednego autora, którego książki kupiłam w Arosowej promocji. Miałam jeszcze coś od nich zamówić, ale jakoś się zagapiłam i mówi się trudno.
  A skromne zdobycze wyglądają tak:


   Od dołu licząc:
  Księżniczka Angina, Chimeryczny lokator, Czarne krowy, Pamiętnik starego pierdoły Roland Topor To pierwsze książki tego autora w mojej kolekcji, a że pisarza bardzo lubię i cenię, więc postanowiła uzupełnić regałowe stany. Chimerycznego lokatora czytałam w formie ebooka, z pozostałymi nie miałam jeszcze kontaktu. Apetyt na nie mam wielki...
   Na drugim brzegu Bosforu Theresa Revay Miałam nie brać nic do recenzji w najbliższym czasie, ale LC, skusiło mnie tą książką. Historyczna powieść osadzona w Turcji, wolałabym nieco starsze dzieje, ale i tak mnie zachęciła. Zaczęłam lekturę i niestety aż tak różowo nie jest, choć czyta się dobrze.

   I tyle, ostatnio nieco ograniczyłam kupowanie książek, zwłaszcza, że zaległości w czytaniu mam ogromne. Nie wiem, kiedy się za nie wezmę, ani kiedy pojawią się recenzje, ale zadowolona ze stosiku jestem niezmiernie.

wtorek, 3 lutego 2015

Lisowczycy

Autor: Antoni Ferdynand Ossendowski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2014
Stron: 336

   Lubię sięgnąć czasem po dobrą powieść historyczną, zaś świadomość, że powstała ona jeszcze w ubiegłym stuleciu, tym bardziej mnie kusi. Autor przez wiele lat komuny był nieobecny w polskiej literaturze, za krytykę rewolucji socjalistycznej, co skazało jego książki na zapomnienie. Dopiero teraz, dzięki wydawnictwu Zysk i S-ka, mamy okazję poznać utwory tego pisarza.

   „Lisowczycy” to powieść, której akcja dzieje się w jednym z najbardziej burzliwych stuleci w historii Rzeczpospolitej. Początek XVII wieku to powolny zmierzch Sarmacji i pasmo ciągłych wojen z co rusz to innym przeciwnikiem. Tym razem mamy okazję poznać ten, nieco zapomniany, fragment historii, gdy Polacy zdobyli Moskwę i byli o krok od przejęcia władzy na Rusi. Jedną z wyraźniejszych postaci w tamtym czasie był Aleksander Józef Lisowski oraz jego lekka jazda. Główną cechą Lisowczyków była szybkość i mobilność, spadali na wroga niespodziewanie i równie szybko rozpływali się na bezdrożach, budząc w ten sposób terror i nienawiść na podbijanych ziemiach.

   Przez pierwszą, dość obszerną, część powieści poznajemy kulisy sytuacji politycznej panującej w roku 1611 i 1612. Dowiadujemy się, o Polakach broniących Kremla przed Rosjanami i o tym, jak sprawę rosyjską upatruje sam król Zygmunt III Waza. Całą sytuację poznajemy z punktu widzenia Aleksandra Chodkiewicza, człowieka, któremu bezpośrednio podlegał Lisowski, oboje jasno pojmowali, jak ważne jest utrzymanie Moskwy i posadzenie na tronie carów polskiego księcia.

   Jednak cała polityczna otoczka służy tylko wprowadzeniu czytelnika w okoliczności, w jakich znalazł się główny bohater powieści, którego poznajemy dopiero w jednej trzeciej książki. Jest nim młodziutki Marcin Lis, garnący się do wojska pana Lisowskiego, mimo zakazu ze strony rodziny. Gdy tylko udało mu się przekonać do siebie sławnego dowódcę, powierzono mu ważną misję z poselstwem do Moskwy. Tak zaczęła się jego wielka, rosyjska przygoda, droga po sławę, bogactwo i miłość.

   Sam Marcin Lis jest typowym ideałem rycerza, silny, odważny, wierny ojczyźnie, nie raz wykorzystywał zmyślne fortele, by wyprowadzić siebie i swoich ludzi z rozmaitych tarapatów. W miłości wierny pierwszemu zauroczeniu, które stało się dla niego czymś prawie najważniejszym w życiu. Pozostałe postacie poznajemy dość pobieżnie, raczej z perspektywy ich poglądów politycznych, niż czynów jakich dokonali. Panna Krystyna Czaplińska zaś pozostaje dla nas głównie narzeczoną Marcina i chociaż w chwili próby wykazuje wielką wytrwałość oraz ufność w boskie wyroki, to niewiele więcej się o niej dowiemy.

   Język powieści z początku wprawił mnie w niemałe zakłopotanie. Składnia zdań wydała mi się dość dziwna, wręcz nienaturalna i mało logiczna. Podejrzewam, że winić tu można miejsce i czas narodzin autora- Lucyn teren dawniejszego województwa Inflanckiego, dziś zaś wschodniej Łotwy. Z kolejnymi stronami udało mi się na szczęście oswoić z tym nietypowym językiem i dalsza lektura przebiegła dość przyjemnie, zwłaszcza że po zakończeniu zagłębienia się w realia polityczne powieść staje się typową opowieścią przygodową, z wartką akcją i szeregiem następujących po sobie wydarzeń. Powierzchowna kreacja bohaterów nie przeszkadza za bardzo, nie spodziewałam się po tej powieści dogłębnych portretów psychoanalitycznych, a wartkiej akcji i interesującej fabuły, a to autorowi się udało.

   Jest to całkiem przyjemna powieść przygodowa, o ile uda się przebrnąć przez nakreśloną sytuację polityczną. Tak długie wprowadzenie nie jest moim zdaniem zupełnie konieczne, a może zniechęcić do dalszej lektury. Jednak mimo wszystkich wad, książkę uważam za całkiem przyjemną opowieść z polską historią w tle. Polecam ją wszystkim miłośnikom Rzeczpospolitej szlacheckiej, gdyż szczęku krzyżowanych szabel z pewnością w niej nie brakuje.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

niedziela, 1 lutego 2015

Podsumowanie stycznia + wyniki konkursu

   I tak już pierwszy miesiąc tego roku minął, ani się człowiek obejrzał. Szalonych wyników w tym miesiącu osiągnąć się niestety nie udało, ale co mnie cieszy, przeczytałam już prawie wszystko co mi zalegało do recenzji. Za niski wynik winię późne wschody i wczesne zachody słońca, przez które musiałam odpuścić sobie poranne czytanie w drodze do pracy i popołudniowe w drodze powrotnej. Tak czy inaczej mogło być gorzej i mam nadzieję, że w lutym będzie lepiej.
   W liczbach wyglądało to tak. Ten miesiąc zamknęłam liczbą raptem 4 książki, tematycznie dominowała literatura współczesna, choć i jedna pozycja popularnonaukowa się załapała. na część recenzji trzeba będzie dopiero poczekać, póki co publikacji doczekały się książki przeczytane w grudniu. Razem było to tylko 1156 stron, czyli jedynie nieco powyżej 37 stron dziennie. Styczeń nie poskutkował też żadnym nowym stosikiem, co samo w sobie jest bardzo wyjątkowym zjawiskiem, niestety nie przełożyło się na skurczenie poczekalni, gdyż książki recenzenckie do niej nie trafiają.

   Kolejno w moje ręce wpadły:

   Róg obfitości Andrzej Urbańczyk

   Kolejna przygoda z tym wybitnym autorem, staję się jego coraz większą fanką, gdyż nieczęsto spotyka się ludzi o tak rozległych horyzontach, którzy jednocześnie potrafią pisać w tak zajmujący sposób. Zresztą co więcej mogłabym napisać, poza tym, co już zdążyłam opublikować?

   Król Artur i rycerze okrągłego stołu Ulriel Waldo Cutler

   To pod wieloma względami klasyka i preludium do fantastyki. Napisana dość specyficznie, jednak dość interesująca. Pozwala poznać najbardziej popularną legendę w dość pierwotnej wersji. Recenzja czeka na zielone światło od Lubimy Czytać. Zdecydowanie lubię to serię wydawniczą od Bellony, pomimo trafiających się czasem literówek.

   Oberki do końca świata Wit Szostak

   To pełna magii książka o muzyce, skrzypcach i codzienności, która tylko pozornie oddalona jest od zaświatów niewidzialną kurtyną. Nie jest to książka, o której szybko się zapomina i choć nie czuję potrzeby by do niej kiedyś powrócić, to cieszę się, że na nią trafiłam. Lektura wprawia w cudowny, refleksyjny nastrój, aż prawie można usłyszeć dźwięki oberków. Więcej w recenzji.

   Historia roślin jadalnych. Trunki, słodkości i wyrafinowane potrawy z roślin w dziejach człowieka Jarosław Molenda

   Jedyna w tym miesiącu książka popularnonaukowa i choć spodziewałam się nieco innej publikacji, to jednak jestem z niej zadowolona. Nie zabrakło w niej niewielkich błędów, jednak całościowo zrobiła dobre wrażenie, mimo początkowego zniechęcenia. Zrecenzowana już, oczekuje na publikację na Lubimy czytać.

   Na zakończenie posta, coś na co wszyscy, a przynajmniej troje moich czytelników z pewnością czeka. Wyniki konkursu. Otrzymałam niewiele odpowiedzi, jednak wszystkie były interesujące i wybór był bardzo trudny. Postanowiłam więc zwycięzcę wylosować, a ponadto nagrodzić każdego, kto wziął udział w konkursie. I tak, wylosowałam kolejność i według niej proszę uczestników o zgłaszanie się po wybraną nagrodę. Pula nagród dostępna jest w poście konkursowym, a w komentarzach do tego posta prosiłabym o wpisanie wybranych przez Was tytułów. Kolejność wyboru jest następująca:
  1. Sylwka S.
  2. Vyar
  3. VedVid
   Czekam na Wasze zgłoszenia, by jak najszybciej móc udać się na pocztę. Drogą mailową będę się kontaktować w celu ustalenia adresów do wysyłki.

piątek, 30 stycznia 2015

Anaruk Chłopiec z Grenlandii

Autor: Czesław Centkiewicz
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2014
Stron: 48

   Czesław Centkiewicz to znany podróżnik i wielokrotny zdobywca biegunów. Swoje miejsce w literaturze zawdzięcza wielu książkom podróżniczym i reportażom z wypraw, czy to tworzonymi samodzielnie, czy też we współpracy z żoną, która równie chętnie wędrowała po rejonach polarnych. W dorobku autora można znaleźć również kilka książek przeznaczonych dla młodszych czytelników i jedną z takich powieści jest historia dwunastoletniego Anaruka.

   Anaruk jest typowym eskimoskim chłopcem i jego życie w niczym nie przypomina tego, jakie znamy na co dzień. Dowiadujemy się o polowaniach na foki i białe niedźwiedzie oraz o ciężkiej pracy, jakiej poświęcają się wszyscy, począwszy od mężczyzn, poprzez kobiety i dzieci. Dzięki książce poznajemy życie typowej grenlandzkiej rodziny, myśliwych i koczowników, wiernych swoim tradycjom, żyjącym z harmonii, niezmiennie od wielu lat.

   Autor spędził wśród Eskimosów rok, całe arktyczne lato i długą polarną zimę, w czasie której burze śniegowe są tylko czasem rozpraszane przez mdłe światła zorzy polarnej. Mamy okazję poznać pełny obraz życia eskimoskiego społeczeństwa, które zawsze trzyma się razem. Ekstremalne warunki życia zrodziły ludzi twardych, jednak nie bezwzględnych. Eskimosi są gotowi wspierać się, gdy tylko zajdzie potrzeba oraz gdy mają taką możliwość. Nie znają fałszu ani przemocy, nie wiedzą czym jest kradzież, czy oszustwa, są prości i prostolinijni, niestety często jest to wykorzystywane przez białych handlarzy, sprzedających im za grosze towary, w zamian za cenne futra i skóry.

   Książkę czytało mi się bardzo dobrze, wielokrotnie zdumiały mnie szczegóły z życia ludzi północy. Jest to barwna opowieść o trudach codzienności i radości z udanego polowania. Zachwycił mnie ten tak, odmienny, świat, pełen wzajemnej ufności i solidarności. Pierwsze wydanie książki ukazało się ponad siedemdziesiąt lat temu, więc naszła mnie refleksja ile z tego świata przetrwało do dzisiaj. Czy Eskimosi nadal potrafią żyć, tak jak żyli do tej pory, czy zmuszeni byli ulec napierającej cywilizacji?

   Opowieść o Anaruku została zaliczona do szkolnych lektur i myślę, że słusznie. Może nie jest to historia, która porwie dzieciaki, lecz z pewnością poszerzy horyzonty młodego czytelnika, pokaże mu zupełnie inny świat. Nie jest to książka wybitna, jednak zdecydowanie warta poznania, gdyż jest swego rodzaju świadectwem, że można żyć w sposób tak odmienny, od tego, jaki znamy.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Lubimy czytać.

niedziela, 25 stycznia 2015

Oberki do końca świata

Autor: Wit Szostak
Wydawnictwo: Powergraph
Rok wydania: 2014
Stron: 284

   Zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać po tej książce, skusiło mnie jednak nazwisko autora, którego miałam okazję poznać, dość dawno temu, przy okazji lektury książki „Poszarpane granie”. Ta powieść jest zupełnie inna, bardziej przyziemna, codzienna, pełna jednak subtelnej, niewysłowionej magii.

   Opowieść rozpoczynamy z początkiem dwudziestego wieku, na prowincji, gdzieś w ziemi radomskiej. Trudy codziennego życia na wsi rozpraszają dźwięki skrzypiec, zapraszające na wieczorne zabawy i wpisujące się w tradycję obchodzenia ważnych uroczystości. Jednym ze skrzypków jest Józef Wicher, a gra na instrumentach zawsze w rodzinie Wichrów była najważniejsza. Grał każdy, najpierw na bębenku wystukując rytm, później poznając tajniki wichorwych oberków.

   Oberki, mazurki i poleczki towarzyszą Wichrom na każdym kroku, są dla nich źródłem utrzymania i sposobem na życie, od czasów pierwszego Wichra, który zawitał Rokicin. W tych skocznych melodiach zaklęte jest nieco więcej niż tylko dźwięki. Muzyka ma kluczowe znaczenie, oddalając od Rokicin szarości codziennego dnia i koszmar drugiej wojny światowej. Jednak po wielu latach świat zewnętrzny dotarł nawet na tak odległą prowincję. Czas przemija, ludzie się zmieniają i tradycyjne oberki przestają być potrzebne. Synów Józefa urzekło miasto, wybyli więc z prowincji zostawiając całą swoją wiejską przeszłość za sobą.

   Wśród dźwięków muzyki toczy się zwyczajne życie Józefa Wichra. Problemy codzienności zagłusza grą na skrzypcach, które pomagają mu poradzić sobie z zawodem miłosnym, nagłym odejściem brata i tym, jak wojna brutalnie wdarła się do jego domu, podrzucając mu do piwnicy niemieckiego oficera. Radość z narodzin dzieci i rozczarowanie gdy nie garną się do muzyki, śmierć bliskich i spory z przyjaciółmi, typowe, codzienne problemy, które ubrane w nuty oberków nabierają zupełnie innego wymiaru.

   W książce znajdziemy swoistą mieszankę realizmu i magii, z jednej strony muzyka kształtująca rzeczywistość i łącząca grających z zaświatami, z drugiej zaś szara codzienność przepleciona ważnymi dla kraju wydarzeniami. Wojna, komunizm, aż w końcu odzyskana wolność, to wszystko czai się gdzieś z boku, na ostatnim planie, nie wchodząc z butami w życie rokicińskiej społeczności. Tu bowiem rządzi muzyka, czasem diabelska, czasem boska, posiada moc sprawczą, oddala troski codzienności. Jednak z czasem nawet muzyka przestaje wystarczać. Idzie nowe, nikt już nie potrzebuje starodawnych oberków i wiejskiej muzyki. Nowoczesność wdziera się dyskretnie, lecz zdecydowanie w społeczność, a Józef Wicher i jego oberki pozostają pieśnią przeszłości. Nawet rokiciński diabeł w wierzbowej dziupli jakoś się skurczył i odchodzi w zapomnienie.

   Jest to opowieść o muzyce i przemijaniu, o świecie jakiego na próżno dziś już szukać. Refleksyjna i pełna czaru historia w rytmie oberków, mazurków i polek. Każdy z rozdziałów zagrany został na inną nutę, czasem zabawną, czasem smutną. Dawne zwyczaje odchodzą, nie ma ich kto pielęgnować, nie ma komu zasiąść do skrzypiec, by wykrzesać z ich zmęczonych strun najprostsze chociaż dźwięki. Czytelnik znajdzie tu piękny i dokładny obraz wsi i tego, jak zmieniała się ona z biegiem lat.

Bardzo spodobała mi się ta opowieść, wzruszając niejednokrotnie, pogrążyła mnie w refleksyjnym, przyjemnym nastroju, z delikatnym poczuciem żalu za światem, który odszedł i nie wróci. Lektura upłynęła mi bardzo przyjemnie i z pewnością szybko nie zapomnę tej książki. Polecam ją każdemu, kto lubi się czasem zagłębić w inny, jednak wcale nie odległy świat.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater i przypominam, że znajduje się ona w puli nagród blogowego konkursu.

czwartek, 15 stycznia 2015

Opowiem ci mamo: co robią żaby

Autor: Marcin Brykczyński
Ilustracje: Katarzyna Bajerowicz-Dolata
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2014
Stron: 28

   Nie tak dawno zachwyciłam się pierwszą książką z tej serii, w „Opowiem ci mamo, co robią mrówki” oczarowały nie szczegółowe i przepięknie dopracowane ilustracje. Z wielką niecierpliwością czekałam na kolejne odsłony cyklu, choć zmiana rysownika sprawiła, że w końcu zrezygnowałam z zakupów. Do czasu, aż ukazała się książka o żabach, w której znów mamy okazję podziwiać prace Katarzyny Bajerowicz.

   W książce poznajemy życie żab, począwszy od spokojnego przebudzenia i wygrzebania się z błota wczesną wiosną, poprzez intensywny okres godowy, wyląg małych kijanek, aż do pełnego przeobrażenia w dorosłą żabę, która znów przed zimą szuka przytulnej kryjówki. Kolejne karty książki odkrywają czytelnikowi zachodzące zmiany, pory roku powoli następują po sobie, a żaby przechodzą pełny cykl rozrodczy. Jednak nie jest to tylko książka o tych sympatycznych, oślizgłych bezogonowych płazach. Na ilustracjach mamy okazję podziwiać pełny przekrój wodnego środowiska. Znajdziemy tu ważki i ich larwy, ryby, szczeżuje, komary, pijawki i całe bogactwo wodnej i nadwodnej fauny. Flora reprezentowana jest równie bogato, od wczesnowiosennych kwiatów podbiału, poprzez niezapominajki, tatarak, grzybienie, czy strzałkę wodną, aż po kwitnące brzozy i lipy.

   W tej publikacji znajdziemy również króciutką grę planszową, zmuszającą graczy do odrobiny ruchu, bądź też kumkania oraz dwie wstawki zawierające przyrodnicze ciekawostki. Na pierwszej z nich dowiemy się nieco więcej o niektórych wodnych zwierzątkach, o topiku, który trzyma pod wodą powietrzny dzwon, czy o ciernikach budujących gniazda dla swego narybku. Druga wstawka zawiera pełny przegląd bezogonowych płazów, na jakie możemy trafić w Polsce, każda grupa została w skrócie opisana a dołączone ilustracje pozwolą czytelnikowi odróżnić je od siebie. Na ostatnim z dodatków dowiemy się, jak w szybki sposób złożyć małe papierowe żabki, które z pewnością sprawią dzieciom wiele frajdy.

   Ogromną siłą tej książki są rysunki, od razu widać, że autorka dokładnie wie, co chce narysować. Nie natrafimy tu na wymyślone rośliny o fantazyjnych kształtach, a ktoś zainteresowany przyrodą z pewnością znajdzie tu wiele ciekawostek, czy będzie to kotewka orzech wodny, czy też może stułbia. Każdą ze stron można oglądać wielokrotnie, co rusz znajdując na niej nowe szczegóły Krótkie dwuwersowe wierszyki są zabawne i proste, jednak bez towarzystwa drobiazgowych ilustracji straciłyby cały urok.

   Z czystym sercem polecam tę książkę każdemu dziecku, jest to publikacja, przy której można spędzić wiele godzin, omawiając co wydarzyło się na kolejnych stronach. Młody czytelnik ma okazję poznać świat przyrody, a rodzic z pewnością z równą chęcią pogłębi swoją wiedzę. Grube, sztywne kartki sprawiają, że książka może służyć dzieciom przez lata i myślę, że wielu młodych czytelników z przyjemnością będzie do niej wracać.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Lubimy czytać.

   Przy okazji pragnę Wszystkich serdecznie zaprosić do udziału w konkursie na opowiadanie.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Konkurs na dobry początek nowego roku

   Dawno już u mnie konkursu nie było i chyba najwyższa pora, by jakiś się znalazł. Pula nagród dość skromna, ale mogę obiecać, że jak zainteresowanie będzie, to i konkursy będą częściej. Większość to egzemplarze recenzenckie, niektóre z nich posiadają niewielkie pieczątki, książki są przeczytane i widać na nich niewielkie ślady zużycia. Cała pula nagród prezentuje się tak:


   Jak widać klimaty bardzo różne, od lżejszych, młodzieżówek, poprzez niezobowiązującą przygodówkę, aż do nieco bardziej wymagających tytułów. Recenzje prawie wszystkich są już dostępne na blogu, wyjątkiem jest Pętla sokolnika, oraz Oberki do końca świata, informacja o tej drugiej niedługo się pojawi.

A teraz pora na zasady:

1. Organizatorem konkursu jestem ja- autorka tego bloga.
2. W związku z punktem 1, cała pula nagród pochodzi z mojej prywatnej kolekcji.
3. Wspomniana w punkcie 2 pula nagród to stosik powyżej. Zwycięzca konkursu ma prawo wybrać jedną z książek.
4. Konkurs potrwa od dzisiaj (12-01-2015) do końca stycznia (31-01-2015).
5. Ze zwycięzcą skontaktuję się osobiście, choć na odpowiedź będę czekać najwyżej tydzień. Nagrody wyślę pocztą, listem poleconym.
6. Warunkiem wzięcia udziału w konkursie jest:
a) Podanie swojego imienia/nicka oraz adresu e-mail w komentarzu pod postem (nie przyjmuję anonimowych zgłoszeń!)
b) Odpowiedź na pytanie konkursowe.
c) posiadanie adresu korespondencyjnego na terenie Polski
7. Odpowiedzi na pytanie analizuję w sposób absolutnie subiektywny!
8. Dodanie bloga do obserwowanych oraz podlinkowanie konkursu nie jest obowiązkowe, będzie jednak miłym gestem.
9. Podobnie jak polubienie świeżo założonego funpage'a.

Pytanie konkursowe:

Która z zeszłorocznych recenzji najbardziej zapadła Wam w pamięć?

  Zachęcam wszystkich do wzięcia udziału w konkursie i od razu zapowiadam, że mogę do nagrody dorzucić jakiś gratisik- niespodziankę. Wybrany zwycięzca może wybrać jeden z powyższych tytułów.


czwartek, 8 stycznia 2015

Róg obfitości

Autor: Andrzej Urbańczyk
Wydawnictwo: Nord
Rok wydania: 2014
Stron: 402

   Z tym autorem spotkałam się już kilkukrotnie, przy czym ostatnie dwie lektury, opowiadania „Z całego świata” oraz aforyzmy „Koniec świata” uważam za bardzo udane. Pisarz i podróżnik urzekł mnie swoim spojrzeniem na świat i mądrością godną prawdziwego człowieka renesansu. Bez wahania więc sięgnęłam po „Róg obfitości”, oczekując że znajdę w niej wiele interesujących, czy też zabawnych tekstów.

   Jest to przedziwny zbiór, w którym, jak sam autor napisał, wrzucono mydło i powidło, prawdziwy groch z kapustą. Znajdziemy tu opowiadania, aforyzmy, scenariusze, krótkie sztuki teatralne, skecze kabaretowe, piosenki, króciutkie myśli, czy też fragmenty wykładów oraz pojedyncze zdania, akapity, które kiedyś zrodziły się w jego głowie, jednak nie zostały ujęte w żadnym z licznych dzieł pisarza.

   Książka składa się z piętnastu rozdziałów, każdy z zupełnie inną zawartością. Przygodę z tak rozmaitymi dziełami autora rozpoczynamy od kontrowersyjnego scenariusza do filmu o alternatywnym zakończeniu powstania warszawskiego. Wizja powstania dzięki swemu prawdopodobieństwu jest wstrząsająca, choć nieco obrazoburcza. Dalej znajdziemy typowe dla autora aforyzmy, dobitne, trafne i inteligentne. W książce jest też miejsce dla liryki, znajdziemy tu typową poezję, jak również piosenki i fraszki.

   Sporą część książki zajmują też opowiadania, w tym jedno napisane dość przystępną angielszczyzną. Zaskoczyły mnie miło historie science fiction, choć w jednym z nich, zatytułowanym „Pan wiatr” zdecydowanie nie pasowały mi teorie dotyczące zjawisk atmosferycznych. Najbardziej interesujące w tej publikacji były dla mnie dwa wstępy do wykładów, wprowadzenie do nawigacji napisane w bardzo przystępny sposób oraz króciutki wstęp do chemii. Wyraźnie widać, że autor hołduje słowom Alberta Einsteina, że „każda rzecz powinna być tak prosta, jak to tylko możliwe”, w związku z tym przekazuję wiedzę, z tych dość trudnych dziedzin, w sposób bardzo przystępny i przyjemny. Najgorsze wrażenie zrobiły na mnie skecze kabaretu Bobaq, do którego należał autor. Zdecydowana większość z nich była dla mnie totalnie niezrozumiała i absolutnie nieśmieszna, choć winiłabym tu lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku, w których te teksty powstały.

   Niezmiernie trudno jest jednoznacznie ocenić tak różnorodną publikację. Z jednej strony można podziwiać autora, który działał na prawie każdym możliwym literackim polu, z drugiej zaś, jakość tekstów jest różna. Nie bez znacznie pozostaje również wieka autora, którego młodość zbiegła się z końcem drugiej wojny światowej, stąd w wielu utworach znajdziemy nawiązania nie zawsze jasne dla współczesnego czytelnika. W tomie tym zawarto dzieła pisane w różnych czasach, od zupełnie świeżych fraszek, po teksty powstające jeszcze z lat studenckich. Tak, czy inaczej pozostaję pod wielkim wrażeniem umysłu pisarza, który z jednej strony bez żadnych problemów potrafi wyjaśniać trudne, często techniczne zagadnienia, a z drugiej prezentuje prawdziwie szerokie horyzonty,

   Jest to ciekawa książka i miejscami szczerze mnie zachwyciła, jednak były fragmenty, których lektura była mniej przyjemna. Miłośnikom autora, polecam, tych którzy się jeszcze z nim nie zetknęli zachęcam do sięgnięcie po inne jego książki, czy to dwie wspomniane na samym początku recenzji, czy też któreś z licznych podróżniczych wspomnień.


Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

wtorek, 6 stycznia 2015

Niebiańskie konie

Autor: Jose Freches
Tytuł oryginału: Le disque de jade I, Les Chevuax de celestes
Tłumaczenie: Wiktoria Melech
Seria: Talizman z nefrytu: Tom I
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2005
Stron: 480

   Starożytne Chiny zawsze brzmią dla mnie kusząco, egzotyczny świat, z zupełnie innym spojrzeniem na prawie wszystko, niż to co znamy z codzienności. Nazwisko autora również nie jest mi obce, gdyż miałam okazję czytać wcześniej jego trylogię zatytułowaną „Jedwabna cesarzowa”, również osadzoną w historycznych Chinach. Bez oporów sięgnęłam więc po „Niebiański konie” spodziewając się interesującej, choć niezbyt wymagającej lektury.

   Akcja powieści osadzona jest w trzecim wieku przed naszą erą, a głównym jej miejscem jest Xianyang, stolica królestwa Qin. Tam właśnie spotykamy podstarzałego cesarza, którego marzeniem jest nieśmiertelność. W stolicy sąsiadującej prowincji, Handanie poznajemy kupca i hodowcę koni Lu Buweia. Niedobór koni w armii Qin dość szybko sprawia, że los bogatego handlarza splata się z losami najważniejszych osób w królestwie Qin.

   Cesarz Zhong oraz Lu Buwei, to tylko dwie spośród kilku pierwszoplanowych postaci. Równie interesujące są przedstawione w powieści kobiety, zwłaszcza dwie z nich, piękna i bardzo sprytna Huayang żona następcy tronu oraz jej protegowana śliczna i na pozór niewinna dziewczyna Zhaoji. Huayang jest mistrzynią pałacowych intryg, umiejętnie manipulując innymi, czy to wykorzystując swą pozycję, czy też korzystając z uroków swego ciała pnie się w dworskiej hierarchii na sam szczyt. Zhaoji uczy się od niej stawiać kroki w pałacowym świecie, jednak nie pozostaje tylko biernym narzędziem.

   W porównaniu z tak przemyślnymi kobietami, męskie grono postaci wydaje się być mniej interesujące. Stary, schorowany cesarz Zhong, będący na skraju obłędu nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co się wokół niego dzieje, jednak w dalszym ciągu pozostaje władcą absolutnym, którego rozkazów się nie kwestionuje. Następca tronu Anguo, na tle swego ojca wypada jeszcze gorzej, całkowicie zdominowany przez swoją żonę oraz silną potrzebę posiadania syna ma niewielkie pojęcie o zarządzaniu państwem. Najciekawiej zapowiada się Lu Buwei, który jest głównym bohaterem opowieści. W nietypowych okolicznościach zdobył tajemniczy nefrytowy talizman, który na zawsze odmienił jego życie, budząc uśpione wcześniej ambicje. Z bogatego, spokojnego kupca, którego jedynym pragnieniem było hodować, jak najwspanialsze wierzchowce, zmienił się w dworzanina, pozostając jednak w bardzo luźnym związku z dworem Qin. Bliska przyjaźń z Huayang, miłość do Zhaoji, a przede wszystkim możliwość dostarczenia armii Qin ogromnych ilości koni, sprawiają, że jest jedną z najważniejszych osób w państwie.

   Autor bardzo dobrze oddaje realia starożytnych Chin, zresztą, jak można przeczytać w notce biograficznej, jest również historykiem i ekspertem od chińskiej kultury. Świat ten jest zupełnie inny, od tego, który znamy. Przede wszystkim różni go podejście do seksualności, która w Europie zawsze była tematem tabu, tu kobiety swobodnie posługują się własnym ciałem, by osiągnąć cel i nie są z tego powodu piętnowane. W książce znajdziemy sporo scen erotycznych opisanych w typowo dalekowschodni sposób, a więc z wielką ilością metafor: nefrytowych drążków i złotych bram. Fragmenty te zostały opisane dość szczegółowo, jednak w nieco monotonny sposób, większość z nich wygląda tak samo i nie budzą zbyt wielkich emocji.

   Powieść czyta się lekko i niezobowiązująco, napisana przystępnym językiem nie nuży i przede wszystkim bez przeszkód pozwala się zorientować w tym, kto jest kim, co czasem w książkach poświęconych dworskiej polityce bywa kłopotliwe. Znajdziemy tu również nieco scen batalistycznych, w których mamy okazję podziwiać spryt dowódców, potrafiących umiejętnie wykorzystać własną przewagę.

   Polecam tę powieść miłośnikom orientalnych klimatów, gdyż bardzo dobrze oddaje atmosferę starożytnych Chin. Nagromadzenie interesujących postaci oraz wielowątkowość tworzą bardzo przyjemną opowieść, będącą pierwszą częścią trylogii. Ci, którzy oczekują przyjemnego, pobudzającego erotyku, mogą się nieco rozczarować i porównując tę powieść z cyklem „Jedwabna cesarzowa” muszę przyznać, że tam napięcie stopniowane było znacznie lepiej.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Nareszcie

Autor: Ewa Elżbieta Nowakowska
Wydawnictwo: Forma
Rok wydania: 2014
Stron: 96

   Kolejny raz przyszło mi się zmierzyć ze współczesną polską poezją. Sięgnęłam po książkę Ewy Elżbiety Nowakowskiej, gdyż zachęcił mnie opis sugerujący liczne nawiązania do przyrody i otaczającego świata. Nie jest to jednak poezja, która by do mnie trafiła, choć nie mogę stwierdzić, by była zła, czy niezrozumiała.

   Wiersze zostały zgrupowane w ośmiu częściach oddających kolejne pory dnia i nocy, od późnego wieczora do zmierzchu. Od razu widać, że każda z nich jest metaforą, czasem nawiązująca do pór roku, gdzie indziej oddająca ludzkie losy, czy zmiany w relacjach międzyludzkich. Same wiersze są rozmaite, jednak wszystkie są gęsto naszpikowane przenośniami, wymagają przemyślenia, by w pełni je odebrać. Spodziewałam się poezji nieco bardziej oddziałującej na wyobraźnię, wprowadzającej w takie rozmarzony, refleksyjny nastrój. Utwory zawarte w tym tomie są większym wyzwaniem, wymagają przemyśleń, logicznego podejścia, rozbioru na części pierwsze i wręcz pełnej analizy.

   Tematyka wierszy tylko na pozór jest różnorodna, po przekopaniu się przez warstwę metafor dochodzimy do sedna, zmienności relacji międzyludzkich, przemijania tego co znamy. Czego mi zabrakło w tej poezji to oddziaływania na emocje, kolejne wiersze czytałam z taką zimną ciekawością, nie poruszyły mnie, ani nie wzbudziły w zasadzie żadnych uczuć. Zdecydowanie wolę poezję, która silniej wpływa na podświadomość.

   Nie twierdzę, że jest to zła poezja, jednak prawdziwie docenić może ją tylko wyrobiony poetycko czytelnik. Dla mnie chyba okazała się zbyt trudna, za bardzo nowoczesna, a przez to tak zupełnie neutralna. Po wierszach oczekuję znacznie więcej, szukam takich, które mnie porwą i wprowadzą mnie w rozmaite nastroje, tym się to nie udało. Może po prostu nie jest to lektura dla mnie?

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

niedziela, 4 stycznia 2015

Podsumowanie roku 2014

   Nadszedł w końcu czas, by jakoś podsumować poprzedni rok. Wypadł on nieco słabiej od poprzedniego roku, jednak w 2013 przez trzy kwartały nie pracowałam i siłą rzeczy czasu na lekturę było więcej, mogłam spokojnie zarywać noce przy książkach. Ogólnie jestem dość zadowolona z wyników, choć oczywiście wolałabym by wyglądały lepiej. Zdecydowanie zwiększyłam różnorodność książek, po które sięgam, co mnie cieszy.

   W porównaniu z rokiem poprzednim ilość przeczytanych książek różni się niewiele. W ciągu roku przeczytałam ich 114, przy 119 w roku poprzednim. Ilość przeczytanych stron wyniosła: 25666, co jest już znacznie słabszym wynikiem, niż ubiegłoroczny (31423). W przeliczeniu wynosi to jedynie nieco ponad 70 stron dziennie. Najlepszy czytelniczy wynik udało mi się osiągnąć w październiku, było to aż 108 stron dziennie. Najsłabiej zdecydowanie wypadły dwa ostatnie miesiące. By uzupełnić liczbowe statystyki dodam jedynie, że w mojej biblioteczce zawitało aż 246 nowych tytułów.

   Czytałam rozmaite lektury, od poważniejszych, poprzez bardziej swobodne, można powiedzieć, że pełny przegląd przez rozmaite gatunki literackie i liczbowo wyglądał on tak:

   Zdecydowanie dominowała współczesna literatura dziecięco- młodzieżowa: 26 tytułów
Kolejna na liście fantastyka: 19 książek
Następnie klasyka literatury: 12 pozycji
Kolejne na liście to ex aequo powieść obyczajowa i literatura naukowa: po 10 tytułów
Przeczytałam również komiksy, dokładnie: 9 sztuk
Nieco niżej uplasował się kryminał, z wynikiem: 8 egzemplarzy
Listę kończy poezja: 6 tomików
I zamyka powieść historyczna: raptem 3 tytuły.

   Ponadto przeczytałam jeszcze 10 książek, które ciężko jest jednoznacznie zakwalifikować, a były wśród nich: wspomnienia, biografie, przewodnik turystyczny, aforyzmy, czy też rozprawka filozoficzna. 

   Wysoki wynik literatura dziecięca w dużej mierze zawdzięcza niewielkim objętością i to właśnie ten typ literatury znacząco zwiększył udział w moich lekturach. W porównaniu z ubiegłym rokiem wyraźnie widać, że coraz częściej sięgam po książki popularno-naukowe oraz po pozycje nietypowe dla mnie, stąd z pewnością aż tak wysoki wynik osiągnęła współczesna literatura obyczajowa. Znacząco zmalała ilość czytanych przeze mnie kryminałów, oraz klasyków literatury. 

   Najgorszą przeczytaną w tym roku książką była powieść Arte Haliny Grudzieńskiej, niewiele lepiej odebrałam Dziewczynę w mechanicznym kołnierzu Kathryn Smyth. Za to moje serce podbiła książka Opowiem ci mamo co robią żaby Marcina Brykczyńskiego i Katarzyny Bajerowicz-Dolaty oraz kolejne spotkanie z Niebezpiecznymi związkami Pierre'a Choderlos de Laclos

   Podsumowując ten rok dodam jeszcze, że rozpoczęłam współpracę recenzencką z Lubimy czytać, co jeszcze bardziej pozwala mi poszerzyć czytelnicze horyzonty. W dalszym ciągu recenzuję dla Sztukatera, dzięki czemu również sięgam po bardzo urozmaiconą lekturę. Na samym blogu również pojawiły się niewielkie zmiany. Pomijam tu zmianę wyglądu, mam raczej na myśli zupełnie inne proporcje notek książkowych, do pozostałych. Wpisy kulinarne, czy krawieckie prawie zniknęły z bloga, a notki muzyczne przepadły całkowicie, co wprost wynika z mniejszej ilości dostępnego czasu. Blog dorobił się fanpage'a, na który po raz kolejny zapraszam, jeśli ktoś tam jeszcze nie trafił.

   Nie lubię robić postanowień na kolejny rok, staram się dotrzymywać słowa nawet samej sobie i wolałabym uniknąć presji czytania czegoś na co w danej chwili niekoniecznie mam ochotę. Ogólnym postanowieniem niech będą: postarać się przeczytać więcej książek, niż w roku ubiegłym, przede wszystkim zaś więcej stron oraz skurczyć, miast powiększać Poczekalnię. Oba założenia może nie wydają się ambitne, ale dla mnie będą wyzwaniem. Oby rok 2015 przyniósł same dobre lektury i spełnił też inne, niekoniecznie książkowe oczekiwania. Myślę również, że miło by było nowy rok przywitać jakimś konkursem i już takowy zapowiadam.

sobota, 3 stycznia 2015

Podsumowanie listopadowo-grudniowe

   Ponieważ listopada odbił się dość mizernie na mojej blogowej i przede wszystkim czytelniczej aktywności, postanowiłam zrobić podsumowanie łączne, z dwóch poprzednich miesięcy. Na dniach powstanie też, zaległa już nieco, notka podsumowująca cały poprzedni rok i szczerze muszę przyznać, że zastanawiam się, jak wypadł na tle poprzedniego. Póki co prezentuje niezbyt imponujące wyniki z dwóch miesięcy.

   Pora więc na cyferki, jak wspominałam dość mizerne. W przeciągu dwóch miesięcy udało mi się przeczytać niecałe 13 tytułów, w tym pojawia się jedna, którą porzuciłam po kilkudziesięciu stronach i jeden tytuł, który ciężko nazwać książką i którego w statystyki przeczytanych stron liczyć nie zamierzam. W związku z tym pochłonęłam raptem 2716 stron, więc przy dzieleniu przez całe dwa miesiące otrzymałam skromniutki wynik około 44,5 strony dziennie. Tak mizernych wyników nie miałam odkąd zaczęłam prowadzić bloga. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie fakt, że przespałam większość listopada i połowę grudnia.

   Znacznie lepiej wygląda sytuacja z książkami, które u mnie w tym okresie zamieszkały, a było tego dość sporo, wymiany, zakupy, prezenty i pozycje recenzenckie sprawiły, że Poczekalnia spuchła niebotycznie, a i zaległy stos do recenzji czeka. Ilościowo było to aż: 53 pozycje. Co sprawia, że stosunek książek przeczytanych do zakupionych nie osiągnął nawet jednej czwartej.

Cóż mi pozostaje, jak liczyć na to, że z nowym rokiem będzie lepiej.

   W ramach podsumowania jeszcze kolejno przeczytane książki, choć kolejność może się różnić, od tej, w jakiej czytałam, nie do końca już pamiętam, a nie zapisuję dokładnych dat przeczytania:

   Rewolwery i pistolety Aleksandr B. Żuk

   Mnie samą zdziwiła obecność tej książki na liście, choć teoretycznie zamówiłam ją z pełną świadomością. Jest to właśnie ta pozycja, której nie udało mi się skończyć, ale pocieszam się, że to naprawdę jest typowa encyklopedia, a nigdy nie byłam wielką fanką broni palnej, by pochłonąć ją z wypiekami na twarzy. Więcej o niej można poczytać tu.

   Nigdziebądź Neil Gaiman

Wiele sobie obiecywałam po tej powieści i niestety przeżyłam dość poważne rozczarowanie, choć wynikło ono z pewnością z tego, że spodziewałam się lektury, która mnie porwie i oczaruje, a tu... cóż czytało się miło i nie mogę stwierdzić, by mnie znudziła, ale tego nieokreślonego czegoś zabrakło, co jednoznacznie sprawia, że autor nie trafia do grona moich ulubieńców. Więcej w recenzji.

   Niebiańskie konie Jose Freches
   To pierwszy tom ciekawie zapowiadającej się trylogii Talizman z Nefrytu i jednocześnie jeden z nielicznych tytułów przeczytanych w ostatnim czasie w ramach skurczenia Poczekalni. Ambitne plany zakładały rozprawienie się z całą trylogią, jednak cóż... nie wyszło, gdyż zasypały mnie recenzenckie pozycje. Był plan zrecenzowania tej książki i jeszcze tak zupełnie nie umarł, może uda mi się za to zabrać.

   Opowiem ci mamo, co robią żaby Marcin Brykczyński, Katarzyna Bajerowicz-Dolata

   Książka o mrówkach tej dwójki autorów uwiodła mnie całkowicie, ta również skradła moje serce. Przepiękne, pełne szczegółów ilustracje idealnie oddają rzeczywisty wygląd spotykanych na jej kartach roślin i zwierząt. Książka zrecenzowana, czeka na zielone światło od Lubimy czytać.

   Najpiękniejsze. Kobiety z obrazów Małgorzata Czyńska

   Kolejna pozycja recenzencka, bardzo dobrze odebrałam tę książkę, mimo że malarstwo nie należy do moich zainteresowań. Dowiedziałam się z niej wielu ciekawostek i poznałam pasjonujące biografie kobiet, będących natchnieniem. Więcej moich wrażeń dostępne jest w recenzji.

   Anaruk chłopiec z Grenlandii Czesław Centkiewicz

   To niewielka książeczka przybliżająca obyczaje Eskomosów, napisana przez wielkiego podróżnika, kochającego lodowe połacie i surowe arktyczne warunki. Była to interesująca antropologiczna podróż, choć obawiam się, że przedstawiony w niej świat odchodzi już w zapomnienie, jeśli nie odszedł całkowicie. Zrecenzowana, oczekuje na zielone światło do publikacji.

   Kuzynka Phyllis Elizabeth Gaskell

   Tę książkę przeczytałam od razu, jak do mnie przybyła, dzięki czemu ominęła Poczekalnię szerokim łukiem. Sprawiła to niewielka objętość obiecująca błyskawiczną lekturę i wielka miłość do autorki. Książka była dokładnie taka, jak się spodziewałam, subtelna i na wskroś brytyjska. Bardzo długo czytała na zrecenzowania, ale w końcu się doczekała.

   Bez pamięci Paweł Daniel Zalewski

   Przede wszystkim nie spodziewałam się aż tak dobrej lektury, oczekiwałam raczej ciekawej powieści, która zupełnie nie leży w moim klimacie. Książka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie, przede wszystkim, świetnym piórem, ale również niebanalną historią opartą na faktach. Po raz kolejny polecam, choć wydaje mi się, że zrobiłam to już wystarczająco.

  W przededniu Orson Scott Card, Aaron Johnston 

   Tę zakupiłam, gdy tylko kolejny tom przyszedł w ramach recenzenckiego zamówienia. Od dawna była w planach, choć obawiałam się, że będzie słabsza. Z jednej strony bardzo lubię pierwszego z autorów, z drugiej mam już nieco dość, kolejnych odświeżeń historii powiązanej z Andrew Wigginem. O moim dalszych zachwytach można poczytać w recenzji, jednak naprawdę polecam tę książkę.

   Pożoga Orson Scott Card, Aaron Johnston

  To drugi tom Pierwszej Wojny z Formidami, porwał równie pięknie, to poprzedni. Więcej w nim scen militarystycznych, jednak ich ilość jest wyważona, nie dominuje całkowicie powieści. Spodobało mi się, że autorzy nie porzucili jednego z wątków, mimo że teoretycznie spokojnie mogli to zrobić, gdyż okazał się nieznaczący w porównaniu z główną linią fabularną. Zrecenzowana i oczekuje na zielone światło od Lubimy czytać.

   Mrówkowy blok rysunkowy Katarzyna Bajerowicz-Dolata

   Książka "Opowiem ci mamo co robią mrówki" całkowicie mnie zachwyciła walorami plastycznymi. Trochę trwało nim sięgnęłam po "Mrówkowy blok rysunkowy" ale i mój syn musiał do niego dojrzeć. Tę pozycję w sumie ciężko nazwać książka, jest to raczej zeszyt plastycznych ćwiczeń i prostych łamigłówek, z którymi poradzi sobie dziecko cztero- pięcioletnie. Ale interesujące zadania umieszczone w bloku to tylko jedna z jego zalet. Równie ważne są niewielkie teoretyczne wstawki, objaśniające czym są niektóre z malutkich zwierzątek, które spotykamy na kartach książki o mrówkach. Dziecku sprawia przyjemność poszukanie, skąd wycięto te niewielkie kadry, więc warto obok bloku trzymać .Opowiem ci mamo co robią mrówki", by od razu wszystko porównać i sprawdzić. "Mrówkowy blok rysunkowy" to nie tylko świetna, plastyczna przygoda, to również źródło bardzo przystępnie podanej wiedzy przyrodniczej.

   Nareszcie Ewa Elżbieta Nowakowska

   To jedyna w tym zestawieniu poezja, spodziewałam się lektury, która mnie uwiedzie i niestety zawiodłam się w swych oczekiwaniach. Wiersze autorki zwyczajnie do mnie nie trafiły, ale z poezją tak to już jest, albo trafia od razu, albo w ogóle. Wkrótce pojawi się recenzja.


   Sceny z życia smoków Beata Krupska

   To już ostatnia książka przeczytana w zeszłym roku. W zasadzie odkąd do mnie trafiła powoli czytałam ją synowi, jednak ponieważ on jakoś nie zapałał wielką miłością do tego tytułu, postanowiłam ją szybciutko dokończyć, by wywiązać się ze zobowiązań. Spodobała mi się i bardzo miło spędziłam przy niej czas. Już zrecenzowana oczekuje na pozwolenie na publikację.

   Tak więc wyglądał mój niezbyt pokaźny dorobek czytelniczy w końcówce ubiegłego roku. Przekrój gatunków i tematów, jak zawsze duży i jedyne, co mnie pociesza, to fakt, że w tym niewielkim zestawie uniknęłam książek, które musiałabym męczyć. Większość tytułów przeczytałam ze sporym zainteresowaniem i przy prawie wszystkich świetnie się bawiłam. Zapowiedziane recenzje pewnie niedługo zawitają na blogu, choć następną notką będzie podsumowanie całoroczne. Jestem bardzo ciekawa wyników.