poniedziałek, 30 listopada 2020

Podsumowanie listopada

 Po średnim październiku przyszła pora na listopad, który okazał się całkiem niezły. Nie tylko znacząco nadrobiłam ilości - wszak na listę wpadło sporo krótkich książek, ale w kwestii pochłoniętych stron też było całkiem dobrze. Dominowały recenzentki, ponadto przełamując niełatwą lekturą Witkacego, sięgnęłam po klika edukacyjnych książek, kupionych ostatnio. W ten sposób uzbierało się całkiem sporo.


O rety! Przyroda świata Tomasz Samojlik Książka bajecznie kolorowa i pełne szczegółów, niby głównie obrazkowa, ale zaskakująco sporo do czytania w niej było.

Rzeka czasu. Podróż przez historię świata, Rzeki Peter Goes Dwie wielkoformatowe pozycje pełne wiedzy i ciekawostek. Pierwsza w przybliżeniu chronologiczna, druga oparta o największe i najsłynniejsze rzeki.

Ivar zaprzyjaźnia się z tyranozaurem, Ivar ratuje głodne triceratopsy Lisa Bjärbo, Emma Göther Dwie kolejne książeczki z serii, równie przyjemne co poprzednia.

Chińskie czołgi i opancerzone wozy bojowe od 1950 do współczesności Martin Dougherty Pierwsza z niedoczytanych książek, ale cóż to jakby nie było leksykon a ja aż tak wielką fanką militariów nie jestem, by czytać go od deski do deski, zapoznałam się z nim na tyle, by docenić jego wartość.

Medyceusze. Tajemnica Montefeltra Marcello Simonetta Całkiem przyjemny wycinek historii renesansowych Włoch, czytało się bardzo dobrze.

Sinobrody Kurt Vonnegut Ta książka zaskoczyła mnie pozytywnie, spodziewałam się dobrej książki, ale miłą niespodzianką była dla mnie jej lekkość, w porównaniu z nią, czytane jakiś czas temu Syreny z Tytana, były trudniej dostępne.

Pożegnanie jesieni Stanisław Ignacy Witkiewicz To zdecydowanie najtrudniejsza książka w tym zbiorze, co w niczym jej nie umniejsza, choć potrzebowałam ją czasem czymś przełamać.

Prokurator Alicja Horn Tadeusz Dołęga-Mostowicz  Moje pierwsze spotkanie z tym autorem ogólnie zaliczam do udanych, choć nie wszystkie aspekty książki przypadły mi do gustu.

Wakacyjne przygody Agaty Renata Antoniewicz, Agata Antoniewicz Ładna i prosta opowiastka dla dzieci, nic nadzwyczajnego, ale i nic bardzo złego.

Serce wilka Tomasz Samojlik Niewielki komiks, gratis do zamówienia w sklepie Kultury Gniewu. Jak zwykle świetny, jak zawsze też przybliżający ekologię dzieciom. Pełen również zabawnie przekręconych przysłów.

Wyprawa Kon-Tiki Joanna Jagiełło Książeczka z serii Czytam sobie, w pełni obciążona jej wymogami, co trochę przyćmiło przyjemność z lektury. Plus za interesujący temat opowieści.

Wiersze Jacek Dalkiewicz Jeden z trzech tomików wierszy w tym stosie i pierwszy, z którym miałam wielki problem, by dokończyć lekturę. Wrażenia bardzo złe, każdy kolejny wiersz był męczący.

Larum Joanna Kochańska A tu kolejny, który dobił mnie infantylnością treści i miałkością formy.

Z nadzieją i lękiem w tle Agnieszka Świderska Tu zaś miła odmiana, gdyż ten tomik wierszy zdecydowanie przypadł mi do gustu.

Pan Fajny Roger Hargreaves Najmniejsza książka w tym zbiorze, jedna z wielotomowej serii książeczek cieszących się uznaniem na rynku opowiadań dla dzieci. Moje wrażenia raczej stonowane, ale źle nie było.

Jak widać na sztuki bardzo dużo, ale treści też całkiem sporo, więc w sumie jestem zadowolona. W planach na grudzień póki co jedynie dokończenie Don Kichota z La Manczy, co potem, to się zobaczy. Mam nadzieję, że grudzień będzie równie satysfakcjonujący.

czwartek, 26 listopada 2020

Krew Imperium

 


Autor: Brian McClellan
Cykl: Bogowie krwi i prochu. Tom III
Tytuł oryginału: Blood of empire
Tłumaczenie: Dominika Repeczko
Wydawnictwo: Fabryka słów
Rok wydania: 2020

Po niezmiernie wciągającej lekturze dwóch pierwszych tomów trylogii „Bogów krwi i prochu” z wielką niecierpliwością wypatrywałam premiery ostatniej, zwieńczającej historię części. „Krew Imperium” nie rozczarowuje, jest dokładnie tym, czego można oczekiwać po zwieńczeniu serii. Nowe postacie, nowe wydarzenia i w pełni oczekiwany finał, dokładnie taki, jakiego można się było spodziewać – z rozmachem.

Tym, co od początku mnie urzekło w prozie Briana McClellana jest jego -odrobinę może już niedzisiejszy sposób pisania. Bo z jednej strony mamy wartką akcję, sporą grupę bohaterów i niemałe tempo akcji – co jest aż znamienne dla współcześnie pisanej fantastyki. Z drugiej zaś, jego świat jest mocno dopracowany, co przywodzi raczej na myśl książki wydawane te trzydzieści lat temu. Znajdziemy tu więc bogatą mitologię, z uwzględnieniem rozmaitych narodów zamieszkujących przedstawione lądy, a przynajmniej tych, których dotyczy opisywana akcja powieści. Zbiór map dołączonych do każdego z tomów znacząco ułatwia rozeznanie się w przedstawionej geografii, co w połączeniu z opisem politycznej sytuacji zaprezentowanych krajów daje czytelnikowi naprawdę dobry i wnikliwy obraz przedstawionego świata.

Bohaterowie wykreowani przez autora są równie interesujący, co świat jaki zamieszkują. Ponownie narracja skupia się wokół trójki z nich: Michela Brevisa, Vlory oraz Bena Styke’a.  Jednak oprócz nich, na pierwszy plan wysuwają się inni. Szpiegowi pochodzącemu z narodu Palo towarzyszy Ichtracia – wnuczka wielkiego Ka, będącego głównym antagonistą. Obok Bena Styke’a pojawia się dynizyjski szlachcic – Etzi, brat poznanego już wcześniej Orza, będący przewodnikiem Szalonego Lansjera po Dynizie. Vlorze zaś towarzyszy jej przyrodni brat – Borbador, który wprawdzie przewijał się przez poprzednie opowieści o Adro, jednak dopiero tu możemy mu się lepiej przyjrzeć. 

Nowi bohaterowie oprócz tego, że mają do opowiedzenia własne historie, służą też nieco, za przewodników dla Vlory, Brevisa i Styke’a. Każde z nich musi odnaleźć się w nowej sytuacji. Vlora po samobójczej szarży wieńczącej drugi tom, powoli dochodzi do siebie, jednocześnie uświadamiając sobie, że straciła znacznie więcej niż zdrowie. Styke – najemnik na zupełnie obcym kontynencie, który zamiast być dzikim, okazał się wysokorozwinięty i gęsto zaludniony musi powściągnąć swą impulsywność i zdać się na działania innych, co jest dla niego wyjątkowo trudną lekcją. W końcu Michel, szpieg doskonały, nierozpoznawalny człowiek cień, po powrocie do Ognistej Jamy w Landfall, staje się rozpoznawalny i nie może liczyć na to, że ponownie ukryje się w cieniu.

Jak można się było spodziewać po lekturze „Grzechów Imperium” i „Gniewu Imperium” fabuła kończącej cykl powieści również oscyluje wokół kamieni bogów. Jest to starcie między Ka Sedialem, który pragnie je wykorzystać, by zaspokoić swoją żądzę władzy, a tymi co chcą mu się przeciwstawić, z Tanielem Dwa Strzały w roli reżysera wydarzeń. To właśnie główny bohater „Trylogii magów prochowych” w jakimś sensie kreuje wydarzenia, rozdając protagonistom zadania i wysyłając ich w miejsca, w których powinni się znaleźć. To sprawia, że choć on sam, pojawia się w powieści raptem dwukrotnie, na samym początku i przy końcu, to jednak pozostaje tym, który realnie wpłynął na rozgrywające się wydarzenia.

Powieść czyta się wyśmienicie. Przez tych blisko osiemset stron mknie się szybko i przyjemnie. Język jest bardzo przystępny, bogaty i plastyczny. Wartkie tempo akcji nie stało się zamiennikiem sensownie budowanej i skonstruowanej fabuły. Ta jest przemyślana i opracowana w szczegółach, w związku z tym w trakcie lektury wiemy dokąd zmierza i przewidujemy jaki może być jej finał. Nie umniejsza to w żaden sposób przyjemności z poznawania jak do końcowego starcia dochodzi oraz, czym ono się tak naprawdę okazało.

„Krew Imperium” to świetne zwieńczenie serii, które idealnie podsumowuje to, co działo się w poprzednich tomach. Zdecydowanie lepiej jest sięgnąć po wszystkie trzy naraz, gdyż autor uniknął w trzecim tomie, krótkiego streszczenia poprzednich wydarzeń. Zostajemy wrzuceni dokładnie w to miejsce, w którym akcja „Gniewu Imperium” się zakończyła. Brian McClellan po raz kolejny udowadnia, że jego  pióro jest bardzo przyjemne, a pomysły wystarczająco świeże, by zainteresować oraz wystarczająco klasyczne, by skusić miłośników dobrze przemyślanej i dopracowanej fantastyki.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.


wtorek, 24 listopada 2020

Jeden dzień w starożytnym Rzymie. Życie powszednie, sekrety, ciekawostki


Autor: Alberto Angelo
Tytuł oryginału: Una gioriata nell’antica Roma. Vita quotidiana, segredi e curiosita
Tłumaczenie: Alina Pawłowska-Zampino
Ilustracje: Luca Tarlazzi
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 2020

Starożytność zawsze budziła wielkie emocje, od czasów renesansu, po współczesność w ludziach odzywała się fascynacja antykiem. I choć do dzisiejszych czasów z cywilizacji antycznych pozostały jedynie wspomnienia i zabytki, to jednak rozwój archeologii wraz z zastosowaniem najnowszych technik badawczych znacząco wspomógł poznawanie czasów najdawniejszych. Namacalnym wyrazem zainteresowania starożytnością jest książka Alberta Angelo zatytułowana „Jeden dzień w starożytnym Rzymie”. 

Książka włoskiego archeologa i popularyzatora nauki przedstawia czytelnikowi jak wyglądał i jak żyło się w Rzymie w 115 roku naszej ery, za czasów panowania cesarza Trajana. Dla Rzymu były to złote czasy największego rozkwitu imperium. A samo miasto zadziwiało wszystkich i było największym od czasów początków cywilizacji. Taki ogrom musiał rodzić pewne problemy i o nich również przeczytamy w książce „Jeden dzień w starożytnym Rzymie”.

Przygodę rozpoczynamy nieco przed świtem, gdy handlarze otwierali sklepowe witryny, obywatele i wyzwoleńcy powoli przygotowywali się do pełnienia obowiązków, a niewolnicy ruszali do swoich zajęć. Rzymski poranek, a następnie kolejne pory dnia poznajemy z kilku perspektyw. Alberta Angelo zabiera nas w podróż zarówno do domu bogatego obywatela pełniącego funkcję publiczną, do przedstawiciela klasy średniej, który mógł pozwolić sobie na całkiem przyzwoite mieszkanie w rzymskiej kamienicy, aż po tych najbiedniejszych, którym do życia wystarczyć musiał niewielki kąt na wyższych piętrach, gdzie poza siennikiem i kołkiem wbitym w ścianę, służącym za wieszak niewiele więcej dało się zmieścić.

Autor na kolejnych stronach opisuje coraz to inne problemy związane z funkcjonowaniem wielkiej metropolii, począwszy od korkujących się wolnych ulic, poprzez problemy lokalowe, aż po ogromne zagrożenie pożarami i bezpieczeństwo na ulicach miasta. Jednak życie metropolii to również rozmaite aspekty życia codziennego. Praca, jedzenie, dbanie o higienę czy rozrywki. Mamy okazję, nie tylko poznać tryb życia Rzymianina, w zależności od miejsca w społeczeństwie jakie zajmuje, ale też przyjrzeć się z bliska temu, co wypełniało mu dzień.

Największą siłą tej książki jest niezwykle przystępna i sugestywna narracja. Autor bierze na swoje barki rolę przewodnika po starożytnym Rzymie i tak też poprowadzona jest opowieść o stolicy cesarstwa. Bogate słownictwo nie sprawia hermetycznego wrażenia, jest to typowo popularno-naukowa książka i w takim tonie też utrzymany jest jej język. Pojawiają się specjalistyczne określenia i nazwy żywcem wyjęte z historii starożytnego Rzymu, ale są one drobiazgowo wytłumaczone i nie sprawiają żadnego problemu nawet zupełnemu laikowi.

Na uwagę zasługują również ilustracje Luci Tarlazzi’ego, który na czarno-białych szkicach przybliża sceny ze starożytnego Rzymu, opisywane przez autora. Dzięki temu plastyczny obraz utworzony przez narrację Alberta Angelo dostaje realnego oblicza. Natomiast tym, czego mi w tej książce zabrakło jest bibliografia. Nie tylko nie otrzymujemy spisu interesujących propozycji dotyczących historii starożytnej, ale brakuje również źródeł, z jakich korzystał autor pisząc książkę.

„Jeden dzień w starożytnym Rzymie” Alberta Angelo to pasjonująca wyprawa w przeszłość. I choć książka nie jest zaskakująca, to zawiera w sobie mnóstwo interesujących ciekawostek, z których większość nie jest powszechnie znana. Jest to książka popularno-naukowa i dokładnie tak należy do niej podejść, stanowi ciekawe źródło wiedzy, nie będąc przy tym ściśle naukową publikacją. Dla każdego miłośnika historii stanowić może natomiast świetny wstęp, nie tylko przybliżający życie starożytnych Rzymian, ale i uświadamiający, jak wiele można wyczytać i jak rozległe wnioski można wyciągnąć z odkrywanych po latach zabytków.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.


 

piątek, 20 listopada 2020

Szpieg z Falklandów

 


Autor: Marek Romański
Seria: Stary polski kryminał. Tom III
Wydawnictwo: Wydawnictwo CM
Rok wydania: 2019

Sięgając po „Szpiega z Falklandów”, kolejną powieść Marka Romańskiego wydaną w ramach cyklu „Stary polski kryminał” ukazującego się nakładem wydawnictwa CM, spodziewałam się powieści będącej choć po części kryminałem. O tej książce można napisać wiele, jest w jakimś stopniu powieścią obyczajową i sensacyjną, ale trzeba wiele dobrej woli, by nazwać ją kryminałem.

„Szpieg z Falklandów” To historia jednego człowieka. Pochodzący z biednej rodziny z Norwich, Fred Crutcher zbiegiem różnych okoliczności i desperacji rozpoczyna karierę urzędnika bankowego w Melbourne. Skupiający się na pracy, posyłający pieniądze matce i rodzeństwu pozostawionemu w Norwich nie ma czasu na płoche rozrywki i nocne życie, jakie burzliwie przetacza się przez jedno z większych miast Australii. Sytuacja ulega diametralnej zmianie, gdy za namową kolegi z pracy trafia do obskurnej spelunki w jednej z gorszych dzielnic miasta. Tam poznaje Lucy Belnamur, tancerkę, która czasem jest też dziewczyną do towarzystwa o ile tak zadecyduje właściciel tawerny. Dla dziewczyny znajomość z Fredem to nadzieja na lepszy los i pewną niezależność. Dla bankiera o słabym charakterze znajomość z dziewczyną jest pierwszym schodkiem na równi pochyłej, po której systematycznie się stacza, nadwyrężając swoją moralność i tłumiąc sumienie.

Powieść Marka Romańskiego to w ogromnej mierze studium słabego, podatnego na wpływy charakteru urzędnika. Fred zakochany w Lucy bez opamiętania, gotowy jest na wszystko, by mieć dziewczynę tylko dla siebie. Ta doskonale zdaje sobie z tego sprawę, manipulując nim umiejętnie i sprowadzając stopniowo na drogę zbrodni. W ostatniej części powieści pojawia się też wątek wojenny skupiony wokół bitwy o Falklandy stoczonej między Niemcami a Wielką Brytanią w początkach I Wojny Światowej. Fred i Lucy też mają swoje role do odegrania w związku z międzynarodowym konfliktem.

Powieść sprawia wrażenie nieco chaotycznej. Opowieść o życiowych niepowodzeniach i sukcesach Freda dość nagle zostaje zastąpiona przez opowieść okołowojenną z analizą strategii i przytoczeniem postaci dowódców, o których wcześniej nie wspominano w ogóle. Poza kilkoma zbrodniami, jakie stają się udziałem Freda kryminalnego wątku praktycznie tu nie ma. I choć przez chwile jesteśmy świadkiem sceny, w której pojawia się detektyw prowadzący śledztwo, to wątek ten urywa się bardzo szybko, przechodząc ponownie w opowieść o wzlocie i ostatecznym upadku Freda Crutchera.

„Szpiega z Falklandów” czyta się, mimo wszystko całkiem nieźle. Marek Romański na tyle sugestywnie snuje historię beznadziejnie zakochanego Freda, że śledzi się ją z ciekawością. Pomimo braku jakiejkolwiek sympatii jaką mogli by budzić bohaterowie, w trakcie lektury można poczuć pewną niecierpliwość, jak też zakończy się ich historia. Książka jest napisana bardzo przystępnym, choć nieco archaicznym językiem, nic dziwnego, skoro powstała około stu lat temu. I choć na często używaną formę „róść” zamiast „rosnąć” można przymknąć oko, o tyle wyraźnie czuje się, że książce zabrakło korekty. Pojawiają się literówki, czasem zmieniające zupełnie sens słów (jak choćby słowo „karle”, gdy z kontekstu ewidentnie chodzi o „kartę”).

„Szpieg z Falklandów” to książka, która przede wszystkim sprawia wrażenie pogubienia gdzieś pomiędzy gatunkami. Opowieść wojenno-szpiegowska, obyczajowa, czy też kryminalna i choć nie mam nic przeciwko czytaniu książek interdyscyplinarnych, będących radosną mieszanką gatunków, o tyle w przypadku powieści Marka Romańskiego odniosłam wrażenie, że gdzieś to wszystko się rwie i jest niespójne. Najmocniejszym jej elementem jest kreacja Freda oparta o jego beznadziejną słabość do Lucy i miękki charakter. Niestety całość sprawia, co najwyżej średnie wrażenie, za sprawą chaosu jaki wkrada się w opowieść. Można odnieść wrażenie, że autor podjął próby schwytania zbyt wielu srok za ogon, co poskutkowało niestety  nie najlepiej w kontekście powieści jako całości.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

wtorek, 17 listopada 2020

Stos jesienny

To zapewne będzie ostatni stos w tym roku. Nie żebym miała przestać kupować książki - na tę chorobę już chyba nic nie pomoże, ale kolejny stos najprawdopodobniej opublikuję już w styczniu, zbierając wszystkie świąteczne prezenty - bo jak znam życie, w święta nieco książek przybędzie. Dzisiejsze stosiszcze, to ogrom recenzentek, z którymi zaskakująco nieźle mi idzie (zostały dwie, jedna kobyła, druga niełatwa w lekturze). Ponadto, jak zwykle: zakupy spontaniczne i planowane, książki dla mnie i nie tylko, sporo dziecięcych pozycji - tych na pewno jeszcze przybędzie, bo kilka ciekawych tytułów jeszcze nie miało premiery jak robiłam zakupy. Sporo popularnonaukowej - trochę z promocji, trochę, by dobrać do smarta na Allegro. Ogólnie jest w czym wybierać i jest co czytać.


Stosik pierwszy w większości recenzencki.

Ivar ratuje głodne triceratopsy, Ivar i zagubiony diplodok, Ivar zaprzyjaźnia się z tyranozaurem Lisa Bjärbo, Emma Göther To trzy z w sumie czterech wydanych u nas opowieści o małym chłopcu i jego krainie dinozaurów, wzięte do recenzji, zrobiły całkiem niezłe wrażenie.
Chińskie czołgi i opancerzone wozy bojowe od 1950 do współczesności Martin J. Dougherty To leksykon czołgów, również recenzentka, całkiem interesująca.
Tajemnica Montefeltra Marcello Simonetta Pierwszy tom opowieści o Medyceuszach, czyli renesansowe Włochy w pełnej krasie, łatwo się pogubić w mnogości nazwisk, ale lektura ciekawa.
Don Kichot z La Manchy  Miguel de Cervantes A to wspomniana powyżej kobyłka, już wcześniej się na nią czaiłam, skusiłam się tym razem, zobaczymy jak pójdzie z lekturą.
Pożegnanie jesieni Stanisław Ignacy Witkiewicz Nie spodziewałam się łatwej lektury i ona zdecydowanie taką nie jest, co nie zmienia faktu, że wciąga.
Sinobrody Kurt Vonnegut Moje drugie spotkanie z tym autorem, wyjątkowo udane, pochłonęłam tę książkę zaskakująco szybko.
Śmierć na Nilu Agatha Christie A to nagroda w jakimś z konkursów. Znam tę powieść, mam inne jej wydanie w domu, ta trafi (już niedługo), na aukcje charytatywne WOŚP



Kolejny stosik to zakupy i reszta recenzentek

Chłopcy Jo Luisa May Alcott Dorwałam ja na promocji w dyskoncie, skusiłam się, liczę na pozytywne wrażenia.
Prokurator Alicja Horn Tadeusz Dołęga-Mostowicz To już recenzentka, całkiem dobre wrażenia, choć pewne kwestie irytowały.
Błędy wojenne polskich dowódców Romuald Romański, Bałtyckie wraki Führera Henryk Mąka, Sprawa Dreyfusa Michał Choroszewicz Kolejne trzy pozycje z cyklu historycznego, brzmią interesująco.
Wakacyjne przygody Agaty Renata Antoniewicz, Agata Antoniewicz Malutka recenzentka dla dzieci, przyjemna, ale bez efektu wow.
Wyprawa Kon-Tiki Joanna Jagiełło Kolejna dziecięca recenzentka, typowa pozycja z serii czytam sobie, ale o ciekawej tematyce.
Wiersze Jacek Dalkiewicz, Larum Joanna Kochańska, Wierszydła cz.2 Jarosław Czepieliński Z nadzieją i lękiem w tle Agnieszka Świderska To recenzencki pakiet polskiej poezji, nie było łatwo, dwóch z nich, mimo niewielkich rozmiarów nie zmęczyłam, ostatnia zaś zaskoczyła pozytywnie.
Pan Fajny Roger Hargeaves Miniksiążeczka, recenzentka dla dzieci, nic nadzwyczajnego.


Stos zakupów nieplanowanych

Stawiam na Tolka Banana, Telemach w dżinsach, Kapelusz za sto tysięcy, Do przerwy 0:1, Uwaga! Czarny parasol Adam Bahdaj Dobrane do Smarta, wszystkie z drugiej ręki za śmieszne pieniądze, mam miłe wspomnienia związane z tym autorem, wiec wzięłam.
Kati w Paryżu, Kestin i ja, Karlsson z dachu znowu lata, Madika i berbeć z czerwcowego wzgórza Astrid Lindgren Nie jest to autorka której książkom potrafię się oprzeć, i tak antykwariat internetowy i pakiet smart robią swoje.
Gieśki. Księga przygód Katarzyna Kielecka Nieplanowany zakup książki na szkolny maraton czytelniczy, opinie całkiem dobre, stąd i kupiona w papierze.
Mali mężczyźni Luisa May Alcott Ta chyba była najbardziej planowana, bo skoro miałam już trzy tomy, to wypadało wziąć ostatni z nich.


Kolejny zakupowy stos, w większości spontaniczny

Rzeka czasu. Podróż przez historię świata Peter Goes Kolejna piękna i mądra książka, jeszcze nie przeczytałam, ale syn był zachwycony.
Zapaszki. O wszystkich smrodach świata Clive Gifford Obrzydliwa tematyka wciąż na topie, a to wygląda interesująco.
Pewnie, że Lotta umie prawie wszystko Astrid Lindgren Kupowana razem z resztą książek tej autorki, ciężko było ominąć.
Pan Kleks Jan Brzechwa Miałam pierwszą część serii, za niewielkie pieniądze kupiłam wszystkie trzy w jednym.
Burzliwe dzieje pirata Rabarbara, Dalsze burzliwe dzieje pirata Rabarbara, Jeszcza dalsze burzliwe dzieje Pirata Rabarbara Wojciech Witkowski Zostałam namówiona (nie było to trudne) przez męża, by ją kupić po tym jak trafił on przypadkiem na fragment audiobooka.


Stos zakupowy, w większości planowany

Miłość i strach. Dzieje uczuć kobiet i mężczyzn Tom I, II i V Jerzy Besala Mam niezłe wspomnienia z lektury czwartej części cyklu, a te za zaskakująco małe pieniądze dorwałam przy okazji innych zakupów.
Myśliwce. Życie ptaków drapieżnych Konrad Malec Ptaki są modne, ale o ptakach drapieżnych z chęcią poczytam.
Niedźwiedzica z Baligrodu Marcin Szumowski Opowieść o podglądaniu dzikich zwierząt kusiła już od dawna. 
Łosie w kaczeńcach Łukasz Łukasik, Magdalena Sarat Podobnie jak ta pozycja, w zasadzie od czasu zapowiedzi.
Dla duszy - gram Andrzej Poniedzielski Zbiór tekstów Andrzeja Poniedzielskiego to poezja, którą lubię i cenię.


Stos ostatni - zakupowo - promocyjny

Dymki z Tintina jak dymek z komina Tadeusz Baranowski Na komiksy tego autora nie trzeba mnie namawiać.
Bardzo dzika opowieść. Mistrz Ryś Tomasz Samojlik, Marcin Podolec, Agata Mianowska Jakimś dziwnym sposobem zupełnie o niej zapomniałam, podobnie jak poprzednia jeszcze zafoliowana, przyszykowana na prezent, który i tak zostanie w mojej biblioteczce.
Święte i tygrysice, Piastówny na tronach Europy Barbara Faron A to już skutek niezłej promocji w wydawnictwie Astra
Roksolana. Władczyni wschodu Leslie Peirce Ta również, a i temat wyeksploatowany przez historyczną telenowelę
Imperium Osmańskie Colin Imber Ostatnia z promocji i również bliski wschód.
Zwiać za wszelką cenę Jarosław Molenda, Ta nasz młodość Kazimierz Kunicki Następne dwie z historycznej serii do kolekcji.
Serce wilka Tomasz Samojlik To komiks, który można przeczytać online na stronie WWF, ale był też dodawany do zamówień w księgarni Kultury Gniewu, stąd też dwa pierwsze tytuły ze tego zdjęcia przyszły do mnie już teraz. Był mały zamęt, ale wydawnictwo stanęło na wysokości zadania i mogłam zachwycić się krótką opowieścią o zielonym kapturku..

niedziela, 15 listopada 2020

Głupie łzy



Autor: Jarosław Mikołajewski

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Rok wydania: 2019

Dość często sięgam po współczesną polską poezję, najczęściej jednak wybieram artystów o niezbyt wielkim doświadczeniu, o nieznanych szerzej nazwiskach. W związku z tym ich zbiory poezji, to albo literackie debiuty, albo tomiki opublikowane w niewielkim odstępie czasu od tych pierwszych. Tym razem wyjątkowo sięgnęłam po książkę poety doświadczonego, laureata wielu nagród w konkursach poetyckich. „Głupie łzy” Jarosława Mikołajewskiego to kolejny z kilkunastu tomów jego poezji, po który sięgnęłam  i było to dla mnie pierwsze spotkanie z tym autorem.

Jarosław Mikołajewski w „Głupich łzach” posługuje się wierszem białym. Brak interpunkcji, nawet w miejscach aż nazbyt oczywistych, brak rymów i zmienna rytmika wierszy sprawiają, że każdy z nich jest wyjątkowy. Długość wierszy jest różna, od utworów składających się raptem z pięciu wersów budujących jedno zdanie, po opowieść ciągnącą się przez kilka stron. 

Tematyka wierszy jest równie różnorodna co ich forma. Są tu tematy oscylujące wokół polityki, są te znacznie bardziej intymne, dotyczące uczuć i wrażeń. W wielu wierszach jednak przewija się śmierć, nie tylko znajdziemy tu niejedno epitafium (między innymi dla Stephena Hawkinga), ale też  pełne refleksji wycieczki na cmentarz. Niejeden utwór poświęcono także konieczności śmierci, nieuchronności zbliżającego się końca, pogodzenia się, lub oporowi przed nim.

Wiersze nie należą do najłatwiejszych w odbiorze. Niewiele rzeczy podanych zostało w nich wprost, znacznie więcej wyczytać można pomiędzy wersami, niż z nich samych. Taki sposób ujęcia poruszanych tematów wymaga od odbiorcy ogromnej wrażliwości, zbliżonej do tej, jaką posiada twórca. To nie jest łatwe i nie jest częste, nie zawsze trafi się czytelnik, który czytając napisaną frazę, byłby w stanie sam podpisać się pod danymi słowami. Taki sposób pisania zmusza też czytelnika do refleksji, do zastanowienia się nad wierszem, tak by w pełni go zrozumieć. Pozostawia to też spore pole do interpretacji, a nawet dodania utworowi znaczenia, zrozumiałego tylko dla niego samego. Czytanie poezji zawsze jest w jakimś sensie związane z  dodawaniem do niej własnych emocji i nastrojów. W przypadku wierszy ze zbioru „Głupie łzy” jest to aż nadto wyraźne.

Jarosław Mikołajewski posługuje się bardzo bogatym językiem. Nie znajdziemy tu nadmiernych powtórzeń, czy zbytniego uproszczenia słownictwa. Jeśli w danym miejscu bardziej pasuje wyraz powszechnie używany rzadziej to on właśnie został użyty. Niezwykła dbałość o nadanie każdemu utworowi właściwego wydźwięku i płynności robi bardzo dobre wrażenie. Dzięki temu, pomimo braku rymów, różnej ilości sylab i słów w wersach utwory charakteryzują się przyjemną dla odbiorcy rytmiką.

„Głupie łzy” Jarosława Mikołajewskiego to dobry kawałek współczesnej poezji. To lektura wymagająca, nie tylko odpowiedniego nastroju i wrażliwości, ale też zmuszająca do refleksji, do przeczytania danego wiersza po raz kolejny, by w pełni pojąć wszystkie konotacje znaczeń. Nie jest to lektura dla każdego, choć wychodzę z założenia, że w przypadku poezji zawsze warto spróbować zbliżyć się do wcześniej nieznanego nam twórcy. A nuż okaże się, że posiada na tyle zbliżoną do naszej wrażliwość, iż z zapamiętaniem będziemy śledzić każdy kolejny wers podpisując się pod nim obiema rękoma? „Głupie łzy” Jarosława Mikołajewskiego mają taki potencjał i dla każdego, kto lubi czasem poetyckie wyzwania jest to dobry wybór.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater

środa, 11 listopada 2020

Historia kolorów



Autor: Clive Gifford

Ilustracje: Marc Etienne Peintre

Tytuł oryginalny: The colours of the history. How colours shaped the world

Tłumaczenie: Hanna Pasierska

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Rok wydania: 2020


Kolory są czymś tak wszechobecnym w świecie, że pomijając artystów plastyków, czy chemików analityków, lub osoby ściśle związane z modą, mało kto się nad nimi zastanawia. A barwy nie dość, że same w sobie potrafią być niezwykle ciekawe, to jeszcze mając dość bogatą i burzliwą historię. Nie bez powodu handel, szeroko pojętymi barwnikami zawsze był niezwykle dochodowym interesem. Dopiero rozwój chemii znacząco obniżył ceny barwników, nie zmienił jednak ich ogromnego znaczenia w codziennym życiu.

Nie wiem, skąd powstał pomysł, by napisać książkę dla dzieci poświęconą właśnie kolorom, ale był to zdecydowanie dobry pomysł. Tak powstała „Historia kolorów” Clive’a Gifforda z ilustracjami Marca Etienne’a Peintre. To książka przeznaczona dla młodego czytelnika, w której poznać on może nie tylko konkretne barwniki i ich odcienie, ale też, a ich rolę oraz znaczenie w historii. Nie jest to książka tylko dla młodych artystów, wręcz przeciwnie, to niezwykle ciekawa lektura dla każdego, kto lubi zbierać różne ciekawostki i nie ogranicza swoich horyzontów.

„Historia kolorów” podzielona jest na sześć rozdziałów, związanych z podstawowymi odcieniami. Mamy tu więc: żółcie, czerwienie, błękity, zielenie i fiolety oraz grupę zawierającą biel i czerń. Wspomniane są barwniki zarówno te najstarsze, jak i te nowsze. Począwszy od ochry, będącej obok węgla jednym z pierwszych stosowanych barwników, po zieleń Scheelego, mającą swoją ciemną kartę w historii ludzkości. W książce znajdziemy pigmenty pochodzenia naturalnego jak i te syntetyczne, organiczne i nieorganiczne, które razem tworzą pełną gamę kolorów jakimi przez stulecia posługiwał się człowiek.

Nie sposób w książce o kolorach pominąć zawartych w niej ilustracji. Gdy na poszczególnych stronach opisywany jest dany kolor, to w jego odcieniu utrzymane są ilustracje nawiązujące tematyką do opisywanej barwy. Gdy mowa jest o cynobrze przedstawiona jest postać chińskiego cesarza, gdy opisywany jest lazuryt ilustracją jest Kleopatra. Rysunki są bardzo przyjemne dla oka, nieprzejaskrawione ale wyraziste, barwy zdają się nieco rozmyte, choć nie wszystkie – gdy mowa o odcieniach bardzo intensywnych nasycenie koloru również jest większe.

„Historię kolorów” czyt się wyśmienicie. To jedna z tych książek, które choć zawierają mnóstwo ciekawostek nie sprawiają wrażenia chaotycznych i przeładowanych informacjami. Jest to książka przeznaczona dla dzieci i została napisana bardzo przystępnym językiem pozbawionym niepotrzebnych uproszczeń. Słownictwo jest bogate i niewątpliwie niejedno słowo może być dla młodego czytelnika obce, nie jest to jednak wadą. Wręcz przeciwnie, książka w idealny sposób wzbogaca słownictwo.

Spodziewałam się dobrych wrażeń po lekturze „Historii kolorów” i nie zawiodłam się. Podoba mi się bardzo szerokie spojrzenie na znaczenie barw w historii ludzkości. Od kontekstów politycznych – w Irlandii, czy starożytnym Rzymie, po modę – dwór Marii Antoniny, aż po konotacje handlowe,  jak na przykład, spory przy dostawach ultramaryny. Książka Clive’a Gifforda to pasjonująca podróż w przeszłość pod wspólnym mianownikiem jaki stanowi barwa. To w końcu bardzo interesująca książka, w której nie tylko młody czytelnik znajdzie coś dla siebie, będąca źródłem wielu informacji, nie zawsze powszechnie wiadomych jest pasjonującą rozrywką, po którą zdecydowanie warto sięgnąć.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

poniedziałek, 9 listopada 2020

Czekając na Duida. Śladem szeptu amazońskiego potoku

 

Autor: Stefan Czerniecki

Wydawnictwo: Bernardinum

Rok wydania: 2014

Sięgając po książkę Stefana Czernieckiego miałam dość mieszane uczucia. Z jednej strony ciekawość, gdyż opowieść o wyprawie w zakazane rejony Wenezueli, w celu zdobycia jednej z tamtejszych gór stołowych wydała mi się bardzo interesująca. Z drugiej strony, szybki przegląd patronów medialnych książki oraz wgląd w notkę dotyczącą autora a w końcu gorąca rekomendacja Wojciecha Cejrowskiego wzbudziły moje pewne obawy. W związku z tym, do „Czekając na Duida” podeszłam ze sporą rezerwą, by po lekturze być z niej całkiem zadowoloną.

Amazonas ziemia zakazana na terytorium Wenezueli, fragment bezkresnej selwy, do której dostać się można płynąc wzdłuż Orinoko, bądź którejś z jej dopływów. Kraina, na którą z góry spoglądają pojedyncze góry stołowe – tepui, budzące ogromne emocje, odkąd po raz pierwszy wpadły w oko białego człowieka. Pionowe ściany i płaskowyż na górze, cóż tam może się kryć? Czy niczym w „Zaginionym świecie” Artura Conana Doyle tam znalazły schronienie dinozaury? Jednak przyrodnicza i geograficzna niedostępność jest praktycznie bez znaczenia, gdy wziąć pod uwagę sytuację polityczną w Wenezueli. Komunistyczne rządy Chaveza wiązały się między innymi z zamknięciem Amazonas dla ruchu turystycznego. Wniknięcie w zamkniętą strefę wymagało niezwykłej determinacji i odpowiednich znajomości. Autorowi po bardzo wielu próbach, w końcu się to udało, jednak liczne wojskowe kontrole i rewizje, na każdym kroku przypominały podróżnikom, gdzie są i kto tu rządzi.

W książce dość sporo miejsca poświęcono sytuacji politycznej Wenezueli, zarówno w kontekście jej mieszkańców, jak i indiańskich plemion i turystów. Bez ogródek przeczytamy o tym, dlaczego Caracas jest jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na Ziemi, czy o propagandzie Chaveza, kupującego lojalność obywateli na wielkich loteriach organizowanych w odciętych od cywilizacji wioskach. Wenezuela jawi się jako kraj, w którym dla własnego bezpieczeństwa o polityce lepiej nie rozmawiać. Zdominowany przez żołnierzy i przestępców świat wielkich miast oraz wioski, w których żyje się bezpiecznie i nieśpiesznie.

Tym, co podobało mi się w książce Stefana Czernieckiego jest lekkie pióro, dzięki któremu książkę czyta się bardzo przyjemnie. Są w niej fragmenty budzące grozę, są i takie mocno rozleniwiające czytelnika. Autorowi idealnie udało się oddać nastroje w jakich byli bohaterowie trzyosobowej podróży w głąb Amazonas. 

Książka podzielona jest na kilkanaście chronologicznie ułożonych rozdziałów, w których autor opisuje kolejne etapy podróży. To prawie pamiętnikarska narracja, która jest najmocniejszą stroną książki. Każdy z rozdziałów kończy się serią pięknych fotografii przedstawiających miejsca i ludzi. Gdzieniegdzie w środku relacji z wyprawy znajdziemy krótkie wstawki i z nimi miałam największy problem w trakcie lektury. Są one bardzo różne, często mało obiektywne, pełne reprezentacji poglądów autora. Niektóre z nich były mocno osadzone w wierze, będącej czymś bardzo ważnym dla autora. 

„Czekając na Duida” to ciekawa pozycja wśród książek podróżniczych. Z jednej strony niezmienna egzotyka Ameryki Południowej, podkręcona jeszcze przez niebezpieczeństwa towarzyszące wyprawie do Wenezueli. Z drugiej dobrze napisany dziennik, relacja z jedynej w swoim rodzaju przygody, ze spełnienia marzenia, jakim było odwiedzenie miejsca niedostępnego dla innych. Osobom mocno sceptycznym względem jakiegokolwiek wyznania miejscami może wydać się nieco zbyt mocno osadzona w wartościach ważnych dla autora. Może to nieco przeszkadzać i zaburzać odbiór całości, choć, co bardzo ważne, nie znajdziemy tu otwartej, czy nawet skrytej, pogardy dla osób myślących inaczej. Dzięki temu książka, poza kilkoma krótkimi fragmentami, nie jest irytująca, a wręcz przeciwnie – jest pasjonująca i czyta się ją całkiem przyjemnie.

Recenzja powstałą na potrzeby portalu Sztukater.

czwartek, 5 listopada 2020

Podsumowanie października

Październik nie był dla mnie książkowo łaskawy. Z jednej strony może nie tak straszny wynik, z drugiej zaś, biorąc pod uwagę, że z tego stosu dwie książki odłożyłam przed końcem, to wynik robi się mocno skromny. Z drugiej strony, w końcu na poważnie rozpoczął się sezon grzybowy, więc zdecydowanie miałam co robić. Gatunkowy miszmasz, jak zawsze u mnie ostatnio. Weszły nowe recenzentki, które jeszcze nie doczekały się notki stosikowej. No i sięgnęłam po jedną swoją pozycję. Ona też najlepiej uratowała wrażenia z moich październikowych lektur. 


Ivar i zagubiony diplodok Lisa Bjärbo Książka dla kilkulatka o dinozaurach to bardzo dobry pomysł, biorąc pod uwagę, że prehistoryczne gady zawsze cieszą się uznaniem wśród najmłodszych.

W 80 podróży dookoła świata Marcin Wolski Gdyby to była książka o podróżach i wrażeniach może było nieźle, ale za dużo w niej polityki i takiej obrzydliwej wyższości względem wszystkiego co inne i niepasujące do wizji autora. Nie zmęczyłam, po jakichś stu stronach miałam zwyczajnie dość.

Krew. Medyczne i kulturowe aspekty na przestrzeni dziejów To zbiorowe opracowanie wynikłe z uniwersyteckiej konferencji pod tym samym hasłem. Prace w niej zawarte są naprawdę rozmaite, od sztuki, przez kulturę i język, po medycynę. Ciekawa pozycja.

Patolodzy. Panie doktorze, czy to rak? Paulina Łopatniuk Autorkę znam bardzo dobrze z bloga, książka jest jego przedłużeniem. Patrząc po opiniach niektórym przeszkadza niezwykle kwiecisty styl pataolożki, mnie urzeka bezwględnie.

Trauma Tola Charak Książka trafiła do mnie przypadkiem i została drugą porzuconą pozycją w tym miesiącu. To typowa książka - terapia, w której autorka wyrzuca z siebie wszystkie problemy, żale i pretensje do innych. Napisana znośnie, ale ileż można męczyć czyjąś wiwisekcję emocjonalną, tym bardziej, że wspomniana trauma użyta została zdecydowanie na wyrost

Minas Warsaw Magdalena Kozak Jakże to było przyjemne, takie połącznie klasycznego fantasy z urban fantasy rozgrywającym się w warszawskich Pałacu Kultury. Pewne rzeczy mi nie leżały, ale ogólnie zabawa była przednia.

Wierszydła. Część 2 Jarosław Czepieliński  To nie jest zły tomik, ale mnie wynudził zupełnie. Nie zagrało, to co w poezji kluczowe - współodczuwanie z poetą.

To tyle, jak widać bardzo skromnie i nieco wstydliwie - nie lubię porzucać książek. Mam nadzieję, że listopad będzie bardziej łaskawy. 

poniedziałek, 2 listopada 2020

Gniew Imperium

 


Autor: Brian McClellan

Cykl: Bogowie krwi i prochu. Tom II

Tytuł oryginału: Wrath of empire

Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Rok wydania: 2019


Przez pierwszy tom nowego cyklu Briana McClellana przeszłam jak burza. „Grzechy imperium” nie tylko zaskoczyły mnie bardzo bliskim związkiem z „Trylogią magów prochowych”, ale były też źródłem świetnej zabawy pozostawiającej apetyt na więcej. Po „Gniew imperium” sięgnęłam więc dość szybko po przeczytaniu poprzedniego tomu, bo chociaż rozgrywająca się w pierwszym tomie opowieść, jest w pewnym sensie zamknięta, to i wiadomym jest, że to jeszcze nie koniec.

„Bogowie krwi i prochu” to historia osnuta wokół boskich kamieni – starożytnych artefaktów, które można wykorzystać, by przywrócić do życia, bądź stworzyć nowego boga. Wrogie siły ścierają się, by tylko dostać w swoje ręce prastare artefakty. Pomiędzy nimi, działają główni bohaterowie powieści, których cel odbiega od tego, jaki przyjęli sobie Fantrastanie i Dynizyjczycy.

„Gniew imperium” jest bezpośrednią i ściśle powiązaną kontynuacją „Grzechów imperium” a biorąc pod uwagę, jak zakończona jest powieść, zdecydowanie najlepszym wyborem jest sięgnięcie po trylogię jako całość. Tym, bardziej, że wrażenie zamknięcia historii i domknięcia. wątków rozgrywających się w drugim tomie jest znacznie mniej wyraźne, niż po lekturze pierwszego. I choć z jednej strony kolejne epizody z życia Vlory, Bena i Michela w jakimś stopniu się zamykają, to są to bardzo otwarte zakończenia, będące w dużej mierze po prostu przejściem w kolejny etap.

Opowieść ponownie toczy się równolegle w trzech wątkach, choć tym razem od początku zdajemy sobie sprawę z powiązań między nimi. Poznajemy znacznie lepiej Vlorę, której coraz bardziej ciąży ciężar dowodzenia innymi. Powoli mamy okazję wgryźć się w szaleństwo Bena Styke’a i to jak obecność Celine wpływa na pułkownika Szalonych Lansjerów. Również coraz głębiej zanurzmy się w meandry psychiki Michela, który od początku jest z nich najbardziej skomplikowaną postacią. Na pierwszym planie w zasadzie nie uświadczymy nowych bohaterów, tych na kolejnych planach też nie ma zbyt wielu. Jednak znacznie więcej miejsca poświęcono tu Ka Poel oraz Tanielowi, poznajemy tajemniczą przeszłość pierwszej i motywy przyświecające drugiemu z nich. 

Tym co jest najciekawsze w „Gniewie imperium”, to opowieść o najeźdźcach i przedstawienie ich nie tylko w złym świetle – jako tych, którzy przyjechali by przeprowadzić inwazję, ale też jako wysoko rozwinięty naród. Poznajemy organizację życia Dynizyjczyków, skupionych wokół Domów, dowiadujemy się o ich słabościach, tych narodowych i tych jak najbardziej indywidualnych dotyczących poszczególnych postaci. Mamy okazję zagłębić się, choć póki co niezbyt głęboko, w przedziwne więzy jakie rodzi między nimi magia krwi Kościanych Oczu. Jest to zdecydowanie coś nowego i świeżego, świadczącego o tym, że potencjał wykreowanego przez Briana McClellana świata jeszcze się nie wyczerpał.

Powieść czyta się wyśmienicie. Jest napisana przystępnym, bogatym językiem idealnie oddającym nastroje rozgrywających się wydarzeń. Dynamika bitw i starć, wyraźnie wyczuwalna presja czasu i irytacji bohaterów, gdy pomimo wszelkich starań muszą czekać i nic się nie zmienia. Nie brakuje tu również nagłych zwrotów akcji, z których jedynie jeden był naprawdę zaskakujący i można było odnieść wrażenie, że pojawił się znikąd. Nie wątpię, że dalsze szczegóły zostaną wyjaśnione później, niemniej jednak zrodził on pewien niedosyt.

„Gniew imperium” to świetnie napisany drugi tom serii. Zawiera wszystko, co zawierać powinien: kolejne elementy przedstawionego świata, kilkoro nowych postaci, które zbliżają się do pierwszego i drugiego planu, oraz dobrze rozwijającą się intrygę, budzącą ogromny apetyt na poznanie jej finału. To również książka, od której niezwykle ciężko się oderwać, tak że przeczytanie tych niecałych ośmiuset stron mija zaskakująco szybko.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.


niedziela, 25 października 2020

Rzeczy mówią do rzeczy a nie od rzeczy

 


Autor: Wiesław Błach
Ilustracje: Joanna Rosa
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Rok wydania: 2019

Sięgając po tomik poezji Wiesława Błacha nie wiedziałam czego się spodziewać. Zaintrygował mnie jego tytuł mówiący, że „Rzeczy mówią do rzeczy, a nie od rzeczy” oraz kolorowa oprawa sugerująca pozycję przeznaczoną raczej dla młodszego czytelnika. Jest to pierwszy tomik autora, a i o nim samym niewiele można znaleźć informacji. Jest jednym z tych, wcale nie tak licznych, twórców pozwalających, by przemawiała z nich ich poezja, usuwając się niejako w jej cień.

„Rzeczy mówią do rzeczy, a nie od rzeczy” to tomik zabawny i kolorowy. Spora w tym zasługa ilustratorki Joanny Rosy, której rysunki są przyjemne dla oka. Wyraziste i utrzymane w ciepłych, radosnych kolorach idealnie prezentują rzeczy o jakich pisze autor, podkreślając ich nadrzędne znaczenie w wierszach. Dobór ilustracji harmonijnie współgra z klimatem tomiku, budząc apetyt na więcej, skłaniając, by sięgnąć po kolejny utwór, by przewrócić kartkę, aby zobaczyć kolejny, przyjemny dla oka obrazek.

Utwory Wiesława Błach są poświęcone rzeczom, tym najzwyklejszym, codziennym, tym małym i tym całkiem sporym. To właśnie one zostały wybrane na bohaterów poezji i to o nich jest każdy zamieszczony w tym tomiku wiersz. Czy będzie to samolot, czy ogórek szklarniowy, łyżeczka, czy też może balkon – każdy z tych przedmiotów ma swoje krótkie wejście. Opisane zostały w sposób prosty i zabawny, z wykorzystaniem związków frazeologicznych ich dotyczących. Lekkość i nienachalny humor sprawiają, że lektura jest przyjemnością i budzi uśmiech na twarzy czytelnika.

Kompozycyjnie wszystkie zamieszczone w tomiku wiersze są spójne. Zawsze złożone są z dziesięciu wersów i  prawie zawsze zawierające parzyste rymy. Dzięki temu lektura tomiku jest bardzo płynna, tym bardziej, że w prawie każdym utworze ostatnie wersy składają się w jakąś puentę. Zawsze też opowiadają o rzeczach w analogiczny sposób. Najpierw przedstawienie przedmiotu, następnie krótki opis i uwagi na jego temat, a całość zamknięta zostaje, w mniej lub bardziej, zabawnym finale. To nadaje książce wręcz sinusoidalny rytm, który w pewien sposób stwarza napięcie. O ile można w ogóle mówić o napięciu w trakcie lektury wierszy dotyczących przedmiotów.

Wiesław Błach posługuje się dość bogatym słownictwem, by w jak najlepszy sposób mówić o rzeczach. Używa przenośni i synonimów, posługuje się związkami frazeologicznymi, które często dzięki swej wieloznaczności nadają utworom komiczny charakter. Rymy choć, są stosunkowo proste, nie rażą, zostały dobrane na tyle starannie, że udało się autorowi uniknąć tej sztuczności, która pojawia się zawsze, gdy poeta nadużywa najprostszych rymowanych skojarzeń.

„Rzeczy mówią do rzeczy, a nie od rzeczy” to zabawna, kolorowa książeczka, którą przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. To tomik, który sprawia wrażenie napisanego z przyjemnością i dla przyjemności. Wiersze w nim zawarte nie są skutkiem głębokich przemyśleń o naturze świata i meandrach osobowości. To celne spostrzeżenia o tym, co nas otacza, co może się kryć w przedmiotach codziennego użytku mijanych praktycznie każdego dnia. To w końcu próba pochylenia się nad nimi i oddania im hołdu, docenienia ich w jakiś sposób. Czytelnik może uświadomić sobie, jak bardzo wrósł z rzeczy, jak nieodłącznym elementem jego istoty, są właśnie te ignorowane, niezauważane przedmioty, którym nie poświęca się ani odrobiny uwagi.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.


wtorek, 20 października 2020

Tajemnica Kanału La Manche

 


Autor: Marek Romański
Seria: Stary polski kryminał. Tom 2
Wydawnictwo: CM
Rok wydania: 2019

Po powieści kryminalne Marka Romańskiego sięgałam już wcześniej w ramach lektury serii wydawniczej „Kryminały przedwojennej Warszawy” ukazującej się nakładem oficyny wydawniczej CM. Ponieważ wspominam je całkiem nieźle, a i lubię czasem sięgnąć po klasyczny kryminał, nie wahałam się zbyt długo i w moje ręce wpadła książka „Tajemnica kanału La Manche”, która ukazała się w ramach uzupełnienia wyżej wspomnianej serii w nowym cyklu wydawniczym pod nazwą „Stary polski kryminał”. Jest to druga i na razie jedyna po „Białym jachcie” Adama Nasielskiego książka jaka pojawiła się w jej ramach.

Gdy na lotnisku w Calais trójka biznesmenów oczekuje przylotu barona van Lövenstama nie spodziewają się nawet jak zaskakujący obrót przyjmą planowane przez nich interesy. Właściciel wielkiej fortuny i prężnie działającej spółki Lövenstam nie wylądował w Calais, a z zeznań jego pilota i sekretarzy, którzy mu towarzyszyli wynika jasno, że wypadł po drodze z samolotu. Sprawa, nie dość, że niesłychanie medialna – baron posiadał ogromną fortunę, a akcje jego firmy kosztowały krocie – ma w sobie również pewną dozę tajemniczości. Tym większą, że zgodnie z umową z funduszem ubezpieczeniowym rodzinie zmarłego Lövenstama należy się gigantyczne odszkodowania, powiększone dwukrotnie, o ile baron zginie w trakcie przelotu samolotem.

Wielkie pieniądze i przetasowanie całej światowej giełdy to wystarczająco poważne przyczyny, by wszcząć gruntowne śledztwo w sprawie wypadku. Okoliczności tego niezwykłego skądinąd zdarzenia sprawiły, że zainteresował się nim słynny brytyjski detektyw Mac Grady. Jego wsparciem jest młody przedstawiciel przedsiębiorstwa ubezpieczeniowego Cola Flips. Obaj detektywi to postacie zupełnie inne, różniące się nie tylko powierzchownością i wiekiem, ale również sposobem działania. Mac Grady przywodzi na myśl Herculesa Poirot, gdyż nie ruszając się prawie w ogóle z Paryża i wydając dyspozycje, analizuje dokumenty, by wyciągnąć z nich jedyny możliwy wniosek. Cola Flips zaś to typ działacza. Nieustannie kursujący między Paryżem, Calais i Dunkierką przeprowadza gruntowne poszukiwania śladów barona oraz osób, które mogły by coś na jego temat wiedzieć.

Intryga kryminalna została zaplanowana całkiem nieźle i choć dość szybko można się domyśleć, co tak naprawdę wydarzyło się nad wodami kanału La Manche, to pełne jej rozwiązanie zaskakuje. Jest to ten rodzaj zagadki, w której trudno samemu wyciągnąć wnioski, gdyż autor nie dał czytelnikowi wystarczających przesłanek, które pomogłyby w dedukcji. Kluczowym okazały się wyniki analiz przeprowadzonych przez Mac Grady’ego, a je poznajemy dopiero na samym końcu. Co więcej, nie dostajemy nawet informacji, jakie dokładnie dokumenty studiował detektyw, więc obraz wydarzeń, jakie miały miejsce i ich przyczyn pozostaje zaciemniony bardzo długo.

Książkę czyta się całkiem nieźle, choć brakuje jej tej przyjemnej płynności języka, która nie pozwala odłożyć lektury na bok. Nieco też rażące są zawarte w niej błędy językowe, takie jak „dzień dzisiejszy”, czy „poddawanie w wątpliwość”. Na szczęście te błędy nie są nagminne, choć dla purysty językowego będą znaczące i mogą irytować.

„Tajemnica kanału La Manche” to całkiem udany, interesujący kryminał, którego akcja rozgrywa się w latach dwudziestych ubiegłego wieku. To ciekawie wykreowane postacie, które są wystarczająco charakterystyczne, nie będąc przy tym  przerysowanymi, czy odrealnionymi. To również spory ukłon w stronę początków lotnictwa, gdyż samoloty mają w tej książce niejedną rolę do odegrania.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.


czwartek, 15 października 2020

Grzechy Imperium


Autor: Brian McClellan

Tytuł oryginału: Sins of Empire

Cykl: Bogowie krwi i prochu. Tom 1

Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski

Wydawnictwo: Fabryka Słów


Gdy sięgałam po pierwszy tom nowej trylogii Briana McClellana w pamięci miałam bardzo dobre wspomnienia z lektury „Trylogii magów prochowych”. Nieco inne spojrzenie na magię, szczęk oręża i zapach prochu towarzyszące epickim bitwom, to była najbardziej emblematyczna zaleta cyklu. Całość wzbogacona o interesujących bohaterów budziła apetyt na więcej. Sięgając po „Grzechy imperium” spodziewałam się opowieści podobnej klimatem i rozmachem. I nie zawiodłam się, choć nie ukrywam, że pierwszy tom „Bogów krwi i prochu” nieco mnie zaskoczył.

Opowieść osadzona jest na Fantraście – kontynencie odległym od znanego z „Trylogii magów prochowych” Ardo, będącym kolonialnym przyczółkiem. Niepokorni tubylcy – Palo z problemami dogadują się z napływową ludnością, która z nowych ziem próbuje wycisnąć jak najwięcej. Akcja rozgrywa się dziesięć lat po wydarzeniach jakie miały miejsce w pierwszej trylogii, której bohaterowie zapisali się w pamięci ludzi jako osoby nietuzinkowe i godne szacunku.

Na pierwszym planie powieści umiejscowiono troje bohaterów. Pierwszym z nich jest Michel Bravis – urzędnik Czarnych kapeluszy - tajnej policji Landfall, będącym głównym miastem Fantrasty. Drugim z bohaterów jest Benjamin Styke, weteran wojen z Kezem, dowódca legendarnych Szalonych Lansjerów, którego po raz pierwszy spotykamy w obozie pracy, gdzie odsiaduje wyrok za niesubordynację. Ostatnią z pierwszoplanowych postaci, jest poznana już w poprzednim cyklu Vlora, dowodząca Strzelcami Wyborowymi – elitarną jednostką najemników.

Tym, co mnie najbardziej zaskoczyło w lekturze są liczne nawiązania do poprzedniej trylogii. Na tyle częste, że zaczęłam żałować, że tak słabo ją pamiętam. Zwłaszcza często wspominany jest Taniel Dwa Strzały oraz kulminacyjna scena „Trylogii Magów Prochowych”. To sprawia, że dobrze jest przed sięgnięciem po „Grzechy imperium” być zaznajomionym z pierwszym spotkaniem w świecie, w jakim spotkać można magów prochowych. Nie jest to jednak niezbędne, gdyż nawiązania są dość precyzyjne i wiele sytuacji wyjaśnia się dość wcześnie, by nie odczuwać zagubienia w rozgrywających się wątkach.

W powieści przeplata się kilka wątków silnie osadzonych wokół głównych bohaterów. Z jednej strony mamy Michela Bravisa, który w działaniach by awansować na Złotą różę – kolejny poziom w hierarchii Czarnych Kapeluszy wplątuje się w misję, która zdaje się go przerastać. Podobnie Benjamin Styke, po przedwczesnym opuszczeniu obozu pracy, dostaje enigmatyczne zadanie od tajemniczego zleceniodawcy, dzięki któremu udało mu się wyjść z obozu. Również Vlora przyjmująca kolejne zlecenie od rządzącej imperium Lindet nie spodziewa się, w jak poważny konflikt się wplątała. Wszystkie wątki przeplatają się przez całą powieść, by w końcu znaleźć wspólne rozwiązanie w zakończeniu powieści.

„Grzechy imperium” czyta się bardzo dobrze, ta grubo ponad siedmiuset stronicowa książka kończy się zaskakująco szybko. Spora w tym zasługa wartkiej akcji i dobrze wykreowanych bohaterów, którym z przyjemnością towarzyszy się przez każdy rozdział. Nie ma tu wątków znacząco słabszych i losy całej trójki śledzi się ze sporym zainteresowaniem. Język Briana McClellana jest przystępny, ale też bogaty i niezwykle sugestywny, idealnie sprawdza się w opisywaniu szybko rozgrywających się wydarzeń.

Pierwsza część „Bogów krwi i prochu” to bardzo dobry wstęp do kolejnego epickiego cyklu fantasy, osadzonego w interesującym świecie wykreowanym przez Briana McClellana. Interesujący bohaterowie, wielka polityka i równie wielkie bitwy, to coś czego nie brakuje w „Grzechach imperium”. Wartka akcja z niewielką ilością  niedopowiedzeń, które intrygują przyciągają uwagę czytelnika, na tyle dobrze, że od książki niezwykle ciężko się oderwać.

niedziela, 11 października 2020

Grzybownik

 


Grzybownik

Autor: Justyn Kołek, Ewa Furtak

Wydawnictwo: Pascal

Rok wydania: 2019


Jako wielka grzyboentuzjatka z ogromną ochotą sięgnęłam po stosunkowo świeżo wydaną pozycję jaką jest „Grzybownik”, który ukazał się nakładem wydawnictwa Pascal. To z jednej strony poradnik, z drugiej przewodnik po najpopularniejszych gatunkach grzybów z dołączoną mapą Polski, gdzie zaznaczono najbardziej grzybowe miejsca w kraju. Lektura okazała się całkiem przyjemna, choć do pełni zadowolenia nieco mi zabrakło.

Przede wszystkim książka jest mieszanką wielu różnych rzeczy. Jest w niej część poradnikowa, zawierająca ogólne wskazówki dotyczące sukcesów na grzybobraniu. Jest fragment poświęcony biologii grzybów, w którym podkreślono te ich aspekty, które mają znaczenie przy wyprawach po okazy. Jest niewielki fragment zawierający kilka prostych przepisów kulinarnych z pomysłami jak wykorzystać zbiory. Znajdziemy tu również część atlasową, która stanowi nieco ponad połowę książki a zawierającą jedynie około setki gatunków spotykanych u nas w kraju.

Jeśli chodzi o pierwszą, nieatlasową część książki to sporą niedogodnością jest w niej brak podpisów do załączonych zdjęć. Tym bardziej, że znajdziemy ich tam mnóstwo, są to fotografie całych koszy z mieszaną gatunkowo zawartością, ale też pojedynczych okazów i gatunków. Jakości zdjęć nie sposób zbyt wiele zarzucić, jednak brak podpisów jest już znacznie większym mankamentem, niespodziewanym wręcz brakiem. Załączona mapka jest raczej ciekawostką, wymieniono na niej około pięćdziesięciu lokalizacji znanych z „grzybowych” lasów. Nie wiem, czy to kwestia każdego egzemplarza, ale w moim irytującym było, że po pierwsze mapa jest na trwałe wklejona w książkę (dość nieestetycznie zresztą), po drugie jest wklejona do góry nogami.

Zupełnie inaczej ma się sytuacja z częścią atlasową, tu zdjęcia są właściwie opisane i każdy gatunek ma jedną fotografię z natury. Wyjątkowo więcej zdjęć ma muchomor zielonawy z uwagi na to, że jest najniebezpieczniejszym grzybem wielkoowocnikowym, jaki możemy spotkać w naszych lasach. Każdy grzyb został oznaczony na podstawie przydatności do spożycia, nie tylko odpowiednim piktogramem, ale i kolorem marginesów strony, tak że od razu mamy jasność czy przedstawiony gatunek nadaje się do jedzenia. Ograniczenie ilości przedstawionych gatunków do mniej więcej setki nie jest złym pomysłem, zwłaszcza, że książka skupia się na tych najczęstszych i najbardziej charakterystycznych, nie zagłębiając się w meandry dokładnego oznaczania zbliżonych wyglądem grzybów. Jest ich jednak mniej więcej o połowę mniej niż w powszechnie dostępnych atlasach grzybów i niektórych gatunków faktycznie brakuje.

Jeśli chodzi o merytoryczną wartość „Grzybownika” to jest całkiem nieźle. Napisana przez grzyboznawcę oraz klasyfikatora grzybów (oba tytuły wymagają zdania odpowiedniego egzaminu) książka budzi zaufanie czytelnika. Znalazłam tu jednak kilka nieścisłości, między innymi dotyczących zastosowania borowika ponurego, czy czernidłaka kołpakowatego. Nie ma ich zbyt wiele, jednak każda taka niedokładność automatycznie powoduje zdystansowanie się do przedstawionej treści.

„Grzybownik” czyta się całkiem nieźle, co nie dziwi, biorąc pod uwagę, że autorka zajmuje się dziennikarstwem. Zwłaszcza w części poradnikowej znać całkiem lekkie pióro i umiejętność operowania słowem. Część atlasowa, siłą rzeczy skupia się na opisach grzybów, a te są dość schematyczne i nie ma w nich miejsca na lingwistyczną finezję, gdyż mogłaby na tym ucierpieć prostota i rzeczowość jasnego przekazu. 

Dla miłośników grzybów, zwłaszcza tych niezbyt zaawansowanych, nie popierających wiedzy praktycznej wiedzą teoretyczną jest to całkiem niezła pozycja. Skupiona na nie zbyt wielkiej ilości gatunków, jakie można znaleźć i zbierać w Polsce nie rozdrabnia się w dokładnym oznaczaniu. Jest to wszak tylko (i aż) przewodnik a nie pełny atlas. Niewielki poręczny format sprawia, że spokojnie można zabrać „Grzybownik” ze sobą do lasu i warto się w niego zaopatrzyć przed kolejnym grzybobraniem.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

środa, 7 października 2020

Koniec świata w Makowicach

 


Autor: Jan Mazur
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Rok wydania: 2019

Sięgając po najnowszy komiks Jana Mazura zatytułowany „Koniec świata w Makowicach” nie miałam pojęcia czego się spodziewać. Szybki przegląd biografii i bibliografii, uświadomił mi, że jest to już doświadczony twórca, z wieloma nagrodami na koncie, a album, po który mam zamiar sięgnąć jest jego czwartym pełnoformatowym dziełem.

„Koniec świata w Makowicach” to opowieść o armagedonie i życiu po nim. Ale nie z perspektywy wielkiego miasta, a z puntu widzenia niewielkiej miejscowości gdzieś na wschodnich kresach kraju. Miejsce zawsze mocno odcięte od szeroko pojętego świata, takim zostaje również w obliczu zagłady jaka nastąpiła. Mieszkańcy radzą sobie najlepiej jak umieją, nie odrywając się od swoich codziennych zajęć, czy jest to praca na roli, czy picie piwa pod sklepem. To obraz świata, który zawsze jest i zawsze był gdzieś na uboczu cywilizacji, co sprawia, że wszelkie burze druzgoczące cywilizowany świat przechodzą bokiem.

Jednak kwestia społeczna i przedstawienie niewielkiej wiejskiej społeczności jest tylko jedną z poruszonych w komiksie spraw. „Koniec świata w Makowicach” to również opowieść o rodzinie i tym, jak trudne czasem bywa bycie razem z rodziną. To także opowieść o rewolucji, o wykorzystaniu okazji, by wyrwać się z okowów znanego, niedoskonałego świata, by spróbować wykreować go zgodnie z własną wizją. Z czego oczywiście wynikają kolejne problemy, gdy okazuje się, że burzyć jest łatwo, ale budować w myśl spójnej wizji zjednoczonej grupy jest już znacznie ciężej. To w końcu opowieść o ludzkim egoizmie i solidarności oraz o tym, jak czasem łatwo można zmienić jedno w drugie i jak niewiele trzeba, by takiej zamiany dokonać.

Nie znajdziemy tu infantylnego moralizatorstwa, gdyż autor nie krytykuje zachowań swoich bohaterów, nie potępia ich. Zostają przedstawieni z całym swoim bagażem słabości, z którymi czasem radzą sobie lepiej, czasem gorzej. Nawet jeśli jednak nie radzą sobie z nimi w ogóle i przez całą opowieść pozostają tacy sami, nie pada pod ich adresem bezpośrednia krytyka. Toksyczne relacje z rodziną, upadek ideałów, czy walka z własnym egoizmem, to tylko niektóre ze słabości, z jakimi mierzą się wykreowane przez Jana Mazura postacie.

Graficznie „Koniec świata w Makowicach” nie zachwyca. To bardzo proste, schematyczne, złożone z kilku kresek rysunki, którym daleko do plastycznego kreowania świata. To bardziej symbolika prostych obrazów, na których za pomocą minimalistycznej kreski oddane zostały emocje bohaterów. To w końcu całkiem sporo obrazków pozbawionych jakiegokolwiek tekstu, co w połączeniu z bardzo skromną oprawą graficzną, wymaga sporej wyobraźni, by zrozumieć co tak naprawdę autor pragnął przekazać.

Językowo komiks jest równie oszczędny, co graficznie. Tekstu nie ma w nim zbyt wiele a użyte w dialogach zdania są proste, co idealnie pasuje do bohaterów opowieści, będących prostymi ludźmi. Nie znajdziemy tu erudycyjnych popisów, ani kwiecistych metafor, zamiast tego jest minimalizm w środkach służący podkreśleniu znaczenia przekazywanej treści.

„Koniec świata w Makowicach” to całkiem udany, minimalistyczny w formie komiks poruszający wiele ważnych tematów i stawiający pytania, na które nie daje odpowiedzi wprost. To bardzo prowincjonalna opowieść, o ludziach zawsze mieszkających i bytujących gdzieś na pograniczach cywilizacji, którzy nawet jeśli korzystają z nowoczesnych technologii, to mentalnie zawsze pozostają poza granicami wielkiego świata. To w końcu całkiem przyjemna lektura, pozostawiająca po sobie pytania i zmuszająca, by zastanowić się, jakiej można udzielić na nie odpowiedzi.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.


niedziela, 4 października 2020

Podsumowanie września

Kolejny miesiąc się skończył, przyszła więc pora na podsumowanie, co tam też wpadło na moją półkę: "Przeczytane" w tym miesiącu. Gatunkowo było różnorodnie, ale prawie w całości są to recenzentki. Pociesza myśl, że sporą ich część miałam w bliższych lub dalszych planach. A tak, o trafiła się okazja. W sumie siedem książek, więc nie najgorzej. Stron też całkiem sporo. Na zdjęciu wygląda to tak.


Jestem leworęczny i co mi zrobisz? Michel Piquemal, Jacquez Azam Ta książka mnie zaintrygowała, gdy mi mignęła gdzieś na fanpage'u wydawnictwa. To książka dla młodych mańkutów, ale nie tylko. Dla rodziców dzieci leworęcznych i tych praworęcznych również. Bardzo przyjemna i świetna dla młodego czytelnika.

30 znikających trampolin Dorota Kassjanowicz Książka eksperyment językowy przeznaczony dla młodego czytelnika. To przedstawienie jednego, nieco absurdalnego, wydarzenia na trzydzieści możliwych sposobów.

O hultajach, wiedźmach i wszetecznicach. Szkice obyczajów XVII i XVIII wieku Bohdan Baranowski Do tej książki, jak i do poprzednio wznowionych przez Replikę tytułów tego autora przymierzałam się od jakiegoś czasu. Okazja się trafiła i już wiem, że pewnie sięgnę też po poprzednie tomy.

Krystyna i chłopy Magdalena Samozwaniec Jedyna nierecenzentka w stosie, wzięta jako coś szybkiego zanim znów pogrążę się w zamówionych książkach. Rzecz przyjemna, zabawna, typowa dla autorki.

Starsza pani znika Ethel Lina White Ta książka też chodziła za mną od czasu premiery, nie wiem, czy bym ją sobie kupiła, wiem natomiast, że zostanie u mnie, gdyż nie zawiodłam się na lekturze.

Śląski kopciuszek Gabriela Anna Kańtor Autorka przyzwyczaiła mnie do śląskich opowieści historycznych silnie opartych na faktach. Taka jest również ta książka, niesamowita historia, w którą trudno wręcz uwierzyć. Napisana równie przyjemnie, co Ławeczka księżnej Daisy, którą czytałam jakiś czas temu.

Krew Imperium Brian McClellan to będące w moich planach zwieńczenie trylogii Bogów krwi i prochu. Jest to dokładnie taka książka jakiej można się spodziewać i z przyjemnością wróciłam do tego świata.


Jak wspominałam, bardzo dobry wynik to nie jest, ale do złego też mu daleko. Oby październik był lepszy.

wtorek, 29 września 2020

Zbrodnie robali



Autor: Amy Stewart
Tytuł oryginału: Wicked bugs
Tłumaczenie: Dariusz Wójtowicz
Ilustracje: Briony Morrow-Cribbes
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2011

Sięgając po „Zbrodnie robali” Amy Stewart spodziewałam się interesującej książki pełnej entomologicznych ciekawostek mocno osadzonych w historii. To samo sugerował też podtytuł polskiego wydania książki, głoszący z okładki: „Wesz, która pokonała armię Napoleona i inne diaboliczne insekty”. Oczekiwałam publikacji, w której zbrodnie będą mocno doprecyzowane zarówno względem czasu, jak i miejsca oraz gatunku. „Zbrodnie robali” niezupełnie spełniły moje oczekiwania, zwłaszcza jeśli chodzi o historyczny aspekt prezentowanych owadów i innych bezkręgowców.

Książka skupia się na owadach, ale nie tylko. Jej bohaterami są również pareczniki, pajęczaki, skorupiaki a także pierścienice, płazińce i obleńce. Stąd też taki dość ogólnikowy tytuł i określenie ich grupy zbiorczo jako robale. Określenie jest nieprecyzyjne, ale w dostateczny sposób nazywa tak szeroką i zróżnicowaną grupę, jaką Amy Stewart opisała w swojej książce. Tak rozległy zbiór zwierząt skutkuje rzecz jasna całkiem pokaźną liczbą bohaterów, czy trzymając się konwencji autorki, zbrodniarzy.

Skoro są i sprawcy, to muszą być też zbrodnie. Te są różne, z grubsza zebrane w kilku dziedzinach. Mamy więc, robale przerażające, obrzydliwe, niszczące, czy takie które żyją naszym kosztem. Nieco mnie zirytował tak silny antropocentryzm w przedstawianiu bohaterów. Robale zostały zaprezentowane ściśle z ludzkiej perspektywy i na przykład ich niesamowite zwyczaje rozrodcze, będące skutkiem pokrętnych ścieżek ewolucji, zostały sprowadzone do banalnego: „obrzydliwe” lub „przerażające”. Cała więc niezwykłość występująca w przyrodzie zawężona została do tego, czy jest ładna, lub nie. Znacznie silniej jest to podkreślone wśród zwierząt uznanych za niszczące, czy mordercze – tu znów skupiono się na tym jakie szkody powodują ludziom w ich uprawach, hodowlach i zdrowiu.

Z powyższego wynika kolejny denerwujący brak. W książce tak silnie skupionej na człowieku, zabrakło zupełnie miejsca na rolę tytułowych robali w środowisku. Wspominana jest walka pestycydami celem zniszczenia zagrożenia, bez wzmianki, jak silny wpływ ma to na cały ekosystem. Zupełnie zabrakło pewnego balansu, z którego wynikałoby, że nawet najpotworniejsze (korzystając z książkowych określeń) szkodniki, mają w ekosystemie swoją rolę do odegrania. I o ile w świecie silnie zurbanizowanym ich rola często bywa niszcząca, o tyle założenie, że całkowita eksterminacja gatunku może rozwiązać problem, jest bardzo kontrowersyjne.

Jednak tym, co mnie najbardziej rozczarowało w tej książce jest jej oderwanie od historii. Wprawdzie czasem pojawiają się wzmianki historyczne – jak choćby w opowieści o wszach, to w moim odczuciu jest ich zdecydowanie za mało i są zbyt ogólnikowe. Spodziewałam się przytoczenia autentycznych wydarzeń znanych z historii światowej, w których swoją rolę odegrały owady i inne robale. Tego było niestety mało, a i większość opowieści osadzona jest w historii Stanów Zjednoczonych, co stanowi jedynie niewielki urywek historii światowej.

„Zbrodnie robali” to mimo wszystko całkiem ciekawa książka. Znajdziemy tu naprawdę sporo ciekawostek, bardzo dużo informacji, często niezwykłych, dotyczących cyklów życia różnych niewielkich organizmów. To krótki przegląd niewielkiej fauny (głównie tej amerykańskiej), z którą wielu ludzi musi borykać się na co dzień. To opis ich wpływu na życie i działalność człowieka, który nie zawsze jest oczywisty.

Książkę Amy Stewart czyta się całkiem dobrze. Autorka posługuje się stosunkowo prostym w odbiorze językiem, nieprzesadnie naszpikowanym naukowym słownictwem. I choć ono również się w niej pojawia, to najczęściej z dokładnym wyjaśnieniem, co znaczą użyte terminy. To również odpowiednio budowane napięcie, dzięki któremu książka jest interesująca, temu z pewnością służy również jej mocno medialny tytuł, sugerujący sensacyjne wiadomości z frontu pomiędzy człowiekiem a robalami.

„Zbrodnie robali” nie są złą książką. Na moich niezbyt entuzjastycznych wrażeniach z pewnością odbiło się rozczarowanie odnośnie tego, czym ta książka jest. Nie mogę też pominąć świetnych ilustracji, jakich całkiem sporo znajdziemy w książce. Czarno białe szkice bohaterów książki są bardzo realistyczne i pomagają w wyobrażeniu sobie zbrodniarzy o jakich wspomniano. Pod względem merytorycznym rażących błędów brakuje, ale ani nie jestem biologiem, ani znawcą stawonogów i robaków, by to w pełni ocenić. Tak czy inaczej, polecam tę książkę, każdemu kto lubi przyrodnicze ciekawostki, gdyż jest to coś przy czym z pewnością nie będzie się nudził.


piątek, 25 września 2020

Rouletabille u cara


Autor: Gaston Lecroux

Tytuł oryginału: Rouletabille chez le Tsar

Tłumaczenie: Oparto na wydaniu przedwojennym

Seria: Joseph Rouletabille. Tom III

Cykl: Klasyka francuskiego kryminału

Wydawnictwo: Wydawnictwo CM

Rok wydania: 2019

Wspominając dobrze mój pierwszy kontakt z serią „Klasyki francuskiego kryminału” wydawaną przez oficynę CM, z wielką przyjemnością sięgnęłam po koleją książkę z cyklu. Tym razem wybór padł na powieść Gastona Lecroux’a, którego „Upiór z opery” dzięki musicalowej adaptacji Andrew Lloyda Webera zapisał się mocnym akcentem w kulturze XX wieku. Książka „Rouletabille u cara” to dla mnie pierwszy kontakt z twórczością autora oraz z samą postacią redaktora-detektywa nazwiskiem Rouletabille.

Główny bohater to młody człowiek, który na zaproszenie cara przyjeżdża do Petersburga, by pomóc chronić życie generała Triebasowa, po tym jak nihiliści wydali na niego wyrok śmierci. Generał będąc gubernatorem Moskwy dostał zadanie stłumienia buntujących się studentów, czego skutkiem były masowe egzekucje i zwózki w głąb Syberii. Z drugiej strony Fiodor Fiodorowicz, to dobry mąż i wzorowy ojciec i taki jego obraz poznajemy oczami Roulettabille’a. Redaktor detektyw podejmując się trudnego zadania wyjaśnienia szczegółów zamachów oraz uniknięcie kolejnych nie spodziewał się z czym przyjdzie mu się mierzyć.

Opowieść Gastona Lecrouxa to w znacznej mierze bardzo ciekawy obraz Rosji w przededniu rewolucji. To z jednej strony wystawne przyjęcia i ludzie, zdawać by się mogło kulturalni, z drugiej zaś kult siły i władza mocniejszego. Carskie rozkazy spełniane są bez żadnych dyskusji, a życie ludzkie, przynajmniej tych, którzy myślą inaczej, nie jest zbyt wiele warte. Dla młodego Francuza wizyta w Petersburgu to wyprawa wręcz egzotyczna, gdzie dzikość Rosjan miesza się z ich pozornym ucywilizowaniem. W powieści kontrast robi silne wrażenie i niektóre sceny zaskakują nie tylko bohatera, ale i czytelników.

„Rouletabille u cara” to w sporej części kryminał, w nieco mniejszej zaś zarówno powieść szpiegowska, jaki sensacyjna. O ile początek historii nosi w sobie znamiona typowej, klasycznej intrygi kryminalnej, o tyle dość szybko fabuła zmierza coraz bliżej w stronę opowieści szpiegowskiej, by w końcu narzucić czytelnikowi galopujące tempo sensacji. To pomieszanie gatunkowe może być nieco męczące i odniosłam wrażenie, że pomysł na intrygę w pewnym momencie zaczął się rozmywać, dlatego trzeba było ratować sytuację w każdy możliwy sposób. Co nie zmienia faktu, że kompozycję powieści ciężko nazwać złą, spodziewałam się po prostu nieco innej, bardziej czystej gatunkowo książki.

Utwór Gastona Lecroux czyta się bardzo dobrze. Wprawdzie momentami można się nieco zagubić w dygresjach i opowieściach przedstawionych Rosjan, to jednak wciąż bez większych problemów śledzi się linię fabularną. Użyte słownictwo jest bogate i zawiera w sobie sporo słów typowych dla kultury rosyjskiej, jednak ich znaczenia bez problemu można się domyśleć z kontekstu w jakim zostały użyte. Stylistyka zdań nadaje powieści dobre tempo, czasami może nawet zbyt szybkie.

„Rouletabille u cara” to ciekawa pozycja, obowiązkowa nie tylko dla miłośników kryminałów – gdyż jest dość wczesnym przedstawicielem gatunku, ale również wszystkim miłośnikom carskiej Rosji. Kryminalna intryga ma sens i dobrze została rozplanowana, choć jej rozwiązanie zdaje się nieco dłużyć, przechodząc czasem w szereg gwałtownych wydarzeń. Lektura powieści budzi apetyt na więcej, a postać reportera-detektywa jest na tyle ciekawa, że z chęcią poznam więcej jego przygód., czego niestety nie ułatwiają polscy wydawcy.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.