niedziela, 16 lutego 2014

Ula i urwisy. Nowi sąsiedzi

Autor: Katarzyna Majgier
Ilustrowała: Katarzyna Kołodziej
Cykl: Ula i urwisy, Tom I
Wydawnictwo: Nasza księgarnia
Rok wydania: 2014
Stron: 96

   Na pozór napisanie książki dla najmłodszych, to coś bardzo prostego. Jednak rzeczywistość brutalnie rozwiewa takie złudzenia, gdyż z jednej strony taka powieść musi zadowolić wymagających rodziców, a z drugiej zachęcić młodych czytelników do lektury. Nie jest łatwo pogodzić oba aspekty, czego rezultatem niejednokrotnie są banalne książeczki dla dzieci, nie niosące ze sobą żadnej wartości, albo piękne opowieści, które nudzą początkujące mole książkowe. Jak z tym wszystkim poradziła sobie Katarzyna Majgier? O tym możecie poczytać poniżej.

   Ula jest miłą pięciolatką, mieszkającą razem z rodzicami i babcią w domku z ogrodem, w którym spędza mnóstwo czasu. Gdy dowiaduje się, że będzie miała nowych sąsiadów, postanawia się odpowiednio przygotować, bo przecież skąd może wiedzieć, czego się po nich spodziewać? Wyobraża sobie różne, straszne scenariusze, ale rzeczywistość pozwala jej je zweryfikować.

   Narratorem powieści jest tytułowa bohaterka i to właśnie z jej perspektywy poznajemy otaczający świat. Rzeczywistość widziana oczami pięciolatki różni się mocno, od takiej, jaką oglądają dorośli. Ula patrzy na świat z uroczą, dziecięcą nieufnością, boi się zmian, zakładając, że muszą to być zmiany na gorsze. Odniosłam wrażenie, że rodzice nieco zbagatelizowali jej rozterki, nie podejrzewając nawet jakie emocje nią targają. Niestety smutną prawdą jest, że dorosłym dziecięce problemy wydają się błahe i bez znaczenia, stąd też w pełni rozumiem ich podejście.

   Książeczkę czyta się bardzo dobrze, prosty język, duża czcionka i gęsto wplecione ilustracje sprawią, że powinna zachęcić początkujących czytelników. Fabuła nastawiona jest bardziej na emocję targające dziewczynką, niż na akcję, czy zadziwiające przygody. Dzięki temu pomoże dziecku zmierzyć się z lękiem przed nieznanym, uświadamiając, że zmiany nie zawsze są złe, a potrafią być nawet zaskakująco dobre.

   Polecam tę książeczkę młodym czytelnikom, jak również rodzicom, by przypomnieli sobie, jak wygląda świat widziany oczami pięcioletniego dziecka. Dzieci powinna zmusić do myślenia, gdyż nie stawia prostych odpowiedzi, przedstawia jedynie, że nasze oczekiwania, nie zawsze się sprawdzają. Jest to pierwsza książeczka o przygodach Uli, ale z chęcią poznam jej dalsze losy.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

sobota, 8 lutego 2014

Kłamca. Viva l'arte

Autor: Jakub Ćwiek
Ilustrował: Dawid Pochopień
Kolory: Grzegorz Nita
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Rok wydania: 2012
Stron: 68

   Postać Lokiego, pochodząca z nordyckiej mitologii jest jedną z ciekawszych kreacji boga o jakiej zdarzyło mi się czytać. Świat wierzeń Wikingów jest niezmiernie interesujący, a fakt, że wielu twórców po niego sięga świadczy, iż jest on również szalenie inspirujący. Jednym z pisarzy, który pochylił się nad skandynawskim mitem o przebiegłym bogu kłamców, jest Jakub Ćwiek, autor dwóch zbiorów opowiadań, dwóch powieści oraz komiksu o Lokim. Po zapoznaniu się z trzema pierwszymi częściami opowieści o Kłamcy, przyszła pora by sięgnąć po historię, w której obrazy są równie ważne, co słowa.

   Realia w jakie Jakub Ćwiek wplótł Lokiego znam bardzo dobrze. Uratowany z wiecznej męki przez aniołów, zawarł pakt z Gabrielem i wykonuje zadania, którymi siły niebieskie się brzydzą. Pełni rolę pośrednią między szpiegiem, płatnym zabójcą, a detektywem, niejednokrotnie pomagając anielskim zastępom w trudnych przypadkach. Komiks osadzony jest w identycznym świecie, współczesności, nawiedzanej przez boskie i anielskie istoty.

   Kłamca zostaje zaangażowany do wyjaśnienia tajemnicy zaginięcia jednego ze śmiertelników, którego anioł stóż został brutalnie zamordowany. Śledztwo prowadzi go w świat nowojorskiej biedoty, żebraków i bezdomnych. Rozwiązując zagadkę natrafia na tajemniczych kultystów, wyznawców Quetzalcoatla, ale czy to wśród nich znajdzie chociaż wskazówki odnośnie losu zaginionego żebraka?

   Jak na komiks przystało ogromną rolę w opowiadaniu historii odgrywają obrazy. Ilustracje są dość mroczne, utrzymane w ponurych barwach idealnie oddają przedstawiony świat. Odniosłam jednak wrażenie dużego chaosu, a może raczej pewnych niedopowiedzeń, zmuszających do chwili refleksji i dogłębnego przeanalizowania ilustracji. Zwłaszcza sceny walki niejednokrotnie sprawiły mi problemy w interpretacjii zrozumieniu tego, co dokładnie przedstawiają. Zapewne był to zabieg celowy, jednak minimalnie zepsuł mi przyjemność płynącą z lektury.

   Bardzo interesujące jest oddanie postaci, choć i wobec nich mam mieszane uczucia. Podobała mi się postać Gabriela, zniewieściały elegancik z nieodłączna lilią w dłoniach. Pozostałe anioły sprawiały wrażenie nieco zdegenerowanych, wychudzeni, przygarbieni o niepięknych twarzach, na których próżno by szukać anielskiej dobroci. Nieco natomiast zawiodłam się na samym Lokim. Po lekturze książek miałam swoje wyobrażenie Kłamcy, odbiegające mocno od tego wykreowanego przez Dawida Pochopienia. Przede wszystkim przeszkadzała mi niezmienna mina malująca się na jego twarzy i taka postawa twardziela, u którego rzadkie przebłyski humoru wyglądają na objaw szaleństwa. Tytułowego bohatera wyobrażałam sobie trochę inaczej, widząc w nim przede wszystkim większą płynność w zmianie wyrazu twarzy. Wszak Loki był Kłamcą doskonałym, operującym twarzą niczym maską, jaką przybierał zależnie od okoliczności, a tego właśnie mi zabrakło.

   Komiks mi się podobał, miał swój specyficzny, nieco duszny, mroczny klimat. Zabrakło w nim natomiast poczucia humoru, za które tak bardzo polubiłam książki o Lokim. Jednak z czystym sercem mogę polecić ten komiks każdemu fanowi Kłamcy, gdyż z pewnością pozwoli spojrzeć na niego nieco inaczej. Nie mogę też nie wspomnieć, o genialnym zakończeniu komiksu, zwłaszcza, że w nim, w końcu doczekałam się swojej porcji humoru.

Komiks przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.

czwartek, 6 lutego 2014

Mały zbój. Tuzin wierszy dla urwisów

Autor: Anna Dmytruszyńska
Ilustrowała: Katarzyna Kołodziej
Wydawnictwo: OVO
Rok wydania: 2013
Stron: 24

   Bez wahania sięgnęłam po tę niewielką książeczkę, mimo że jej oprawa graficzna nie do końca przypadła mi do gustu. Miałam jednak nadzieję, że literacko spodoba mi się znacznie bardziej i nie zawiodłam się. Wierze niezmiernie przypadły mi do gustu, a co równie ważne, spodobały się też mojemu dziecku.

   Słów w tej książeczce nie ma zbyt wiele, zawiera wszak raptem dwanaście niedługich wierszyków, co sprawia, że stanowi idealną propozycję dla dzieci, które dopiero zaczynają swoją przygodę z literaturą. Krótkie historyjki opowiedziane w kilku, rymujących się zdaniach niosą ze sobą sporą dozę humoru i pobudzają wyobraźnię. Autorka poruszyła kilka codziennych tematów, jakie dotyczą kilkulatka, począwszy od zagadki, gdzie znikają skarpetki, po różne psoty, nieobce żadnemu dziecku.

   Kolorowe ilustracje sprawiają wrażenie namalowanych przez siedmiolatka, co pozwala młodym czytelnikom poczuć się niczym współautor książeczki. Wszystkie są utrzymane w ciepłej, radosnej palecie barw i idealnie współgrają z nastrojem wierszy Daleko mi do zachwytu nad oprawą graficzną, gdyż, jak już wspominałam, nie do końca jest w mi odpowiada, jednak wraz z tekstem tworzą nierozerwalną całość, co sprawiło, że mi nie przeszkadzały a tylko podkreślały wydźwięk zawartej w tomie poezji.

   Jest to godna polecania propozycja dla młodych czytelników, których z pewnością rozbawi, choć może również podsunąć kilka pomysłów na psotę. Nie zniechęci dzieci nadmierną objętością i podejrzewam, że zostanie niejednokrotnie przeczytana. Dorosły zapewne też nie raz się uśmiechnie, czytając o małych łobuziakach, zwłaszcza, jeśli am takich w domu.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

środa, 5 lutego 2014

Zdobycze lutego i kilka upolowanych w styczniu

   Zgodnie z niedawną zapowiedzią, pojawił się post z gatunku łowieckich, czyli prezentacja zdobyczy ze stycznia, jakoś mi nie szło pisanie w poprzednim miesiącu a i książek było mało. No i przesyłka od Sztukatera na początek miesiąca, z której już dwie pozycje za mną i oczekują na recenzje. Na zdjęciu prezentują się tak:


Od dołu licząc:
   Mały zbój, Tuzin wierszy dla urwisów Anna Dmytruszyńska Kolorowa książeczka w sam raz dla dziecka w wieku wczesnoszkolnych. Przeczytana, obejrzana i oceniona przez syna pozytywnie, recenzja wpadnie wkrótce.
   Ostatni smokobójca Jasper Fforde Mam nadzieję na lekką, przystępną fantastykę, zobaczę, jak będzie w rzeczywistości, podobnie jak poprzedniczka z zamówienia od Sztukatera.
   Mądrości Shire, Krótki poradnik jak żyć długo i szczęśliwie Noble Smith Nie toleruję poradników i pewnie gdybym nieco przemyślałam tę pozycję, to bym jej nie wzięła do recenzji, ale cóż słowo się rzekło...
   Ula i urwisy, Nowi sąsiedzi Katarzyna Majgier Kolejna książka dla dzieci, którą przygarnęłam w ramach współpracy, lubię czasem sięgnąć po tego typu lekturę.
   Gender Grzegorz Wróblewski Jestem ciekawa co kryje się pod tym tytułem, wszak słowo gender przeżywa ostatnio istny renesans. Również od Sztukatera.
   Opowieści niesamowite Edgar Allan Poe Przygarnięta z wymiany, muszę sprawdzić gdzie swój początek biorą horrory w literaturze..
   Bajeczki z obrazkami Wladimir Sutiejew Po długotrwałym polowaniu, w końcu mam własny egzemplarz. Zapłaciłam za niego niewspółmiernie dużo, do stanu w jakim się znajduje, ale co zrobić, nakład był niewielki, wydana dawno temu, więc osiąga niebotyczne ceny. Ale warta jest by w nią zainwestować!
   Poufny dziennik Dominika Pola, Mogucka noc, Rapsodia świdnicka, tom I i II  Władysław Jan Grabski To akurat zakupy dokonane przez moją mamę, ale i tak wpadają do wspólnej rodzinne biblioteki, więc pozwoliłam sobie wrzucić je na stosik. Nie wiem, czy po nie sięgnę, ale nie wykluczam, że tak, choć nie mam najbledszego pojęcia czego się spodziewać.
   Złota księga nalewek Jan Rogala Kupiona kiedyś tam, za niewielkie pieniądze, zawiera w sobie szereg przepisów od bardzo prostych, bo bardziej skomplikowane, od takich o niewielkich wymaganiach, po bardziej wyrafinowane. Inspiruje!
   Kłamca Viva l'Arte Jakub Ćwiek, David Pochopień ostatnia już pozycja od Sztukatera w tym miesiącu i podobnie, jak pierwsza w stosiku, ta już za mną. Niedługo z pewnością pojawi się recenzja.

   No i tyle, jest co czytać, póki co kończę inną książkę, więc te pewnie nieco jeszcze poczekają.

wtorek, 4 lutego 2014

Podsumowanie i lektury stycznia

   Styczeń skończył się już kilka dni temu, ale tak totalnie brak mi motywacji do pisania, że notka podsumowująca nieco się przesunęła. W pierwszym miesiącu 2014 roku wyniki mam zbliżone do średniej, więc źle nie jest, ale szału też nie ma. A w liczbach wygląda to tak:

    Przeczytałam 7 książek, w tym dwa e-booki (nieco podróżowałam, więc sięgnęłam po mobilniejszą wersję literatury). Ponieważ sporo pozycji było dość obszernych, to i stron było w normie: 2250, czyli ok 73 dziennie.

   Jeśli chodzi o nowe zdobycze, to było bardzo biednie i uwzględnię je niedługo, podsumowując zdobycze lutego, których już nieco wpadło. Pocieszający jest fakt, że nieco udało się odchudzić Poczekalnię.

   Udało mi się w styczniu napisać raptem 6 postów, w tym tylko 3 recenzje, więc nie jest dobrze. Odkryłam, że po zmianie wyglądu bloga, jakoś nie chce mi się tu zaglądać, muszę nad tym popracować i wrócić do mnie ascetycznych kolorów, możecie więc spodziewać się ponownych zmian.

  A przechodząc do lektur styczniowych to kolejno wpadły:

   Przekleństwo tronu Piastów Andrzej Zieliński

   Gdyby nie współpraca ze Sztukaterem, pewnie bym nie sięgnęła po taką książkę, tłumacząc sobie, że przecież mam co czytać. A tak, musiałam ją skończyć, z czego się bardzo cieszę, gdyż zainteresowała mnie niezmiernie i zaciekawiła ogromnie. Zresztą wspominałam o tym w recenzji.

   Złodziejka książek Markus Zusak

   To pod wieloma względami magiczna pozycja, a sięgnęłam po nią skuszona wieloma pozytywnymi opiniami, mimo że nie lubię takiej tematyki. Cieszę się, że ją przeczytałam, choć nie wiem jeszcze, czy chcę ją zatrzymać. Stare wydanie moim zdaniem jest znacznie ładniejsze od tego w filmowej okładce, ale to już kwestia gustu. O moich wrażeniach szerzej w recenzji.

   Chimeryczny lokator Roland Topor

   Polubiłam tego autora bardzo dawno temu i jeżeli ktoś ma chęć na mocno abstrakcyjną powieść, która daje do myślenia, to szczerze polecam. Miejscami wieje grozą, gdzie indziej surrealizmem, tak czy inaczej, jest to pozycja warta uwagi. Zmusza do zastanowienia się, czym jest normalność i jak ważne jest poczucie samoświadomości. Czy warto równać do otoczenia, czy lepiej pozostać sobą? Czy uległość w drobnych kwestiach nie zmienia nas w mentalnych niewolników, nie przewartościowuje spojrzenia na świat? Gorąco polecam tym, którzy lubią czasem pomyśleć nad lekturą.

    Ruth Elizabeth Gaskell

   Drugi po Chimerycznym lokatorze e-book w styczniu, który tylko sprawił, że tym bardziej pragnę dorwać wydanie książkowe, by w spokojnej lekturze skupić się na walorach językowych, miast podążać za fabułą. Powieść mnie zachwyciła, o czym pisałam już w recenzji. Wspomnę jeszcze o tej jakże pięknej okładce, idealnie symbolizującej zrzucenie krępujących więzów narzucanych przez społeczne normy.

   Bajeczki z obrazkami Władimir Sutiejew

   Pamiętam tę książeczkę z dzieciństwa. Po długotrwałych poszukiwaniach udało mi się ją nabyć we w miarę rozsądnej cenie. Co ważne, wciąż zachwyca i bawi. Mądre historyjki o zwierzątkach pomogą dziecku zrozumieć zawiłości otaczającego je świata. Pokażą, jak ważna jest przyjaźń i nauczą, że nie zawsze mój punkt widzenia, jest tym najlepszym.  Mądre w treści i zachwycające szatą graficzną, są idealną lekturą dla kilkulatków. Najlepszy dowód, by nie oceniać książki po okładce, która piękna nie jest i nie zdradza nawet ,jak cudne ilustracje znajdziemy w środku.

   Płonący las James Oliver Curwood

  Mam słabość do powieści tego autora, które choć często w tym samym stylu i powielające typowy dla niego schemat mają swój urok, któremu nie potrafię się oprzeć. Jest tu mężczyzna, który zaczyna dostrzegać, że świat nigdy nie jest czarno-biały, wielka miłość, ta jedyna na całe życie i oczywiście bogactwo północnoamerykańskiej przyrody, tym razem tylko w letniej odsłonie. Bezkresna lasy, rzeki i jeziora budzą tęsknotę i kuszą, by choć raz wybrać się w bezkresne odstępy kanadyjskiej tajgi.

   Sprzysiężenie czerwonego wilka Robert V.S. Redick

   Sięgnęłam po tę powieść z myślą, że przemęczę te pięćset stron i przynajmniej będę miała kolejną pozycję na półce wymianowej. Po trudnawym początku wciągnęła mnie niezmiernie i już wiem, że jej nie oddam. Urzekła mnie, zachwyciła, o czym mogliście poczytać w poprzedniej notce. Mam ogromną nadzieję, że MAG zdecyduje się wydać tom trzeci, gdyż druga część, którą właśnie czytam nie ustępuję w niczym tej książce. Nieczęsto spotyka się tak dobry debiut, warto więc zwrócić na niego uwagę.

sobota, 1 lutego 2014

Sprzysiężenie czerwonego wilka

Autor: Robert V.S. Redick
Tytuł oryginału: The red wolf conspiracy
Tłumaczenie: Małgorzata Strzelec
Cykl: Rejs Chathranda- Tom I
Rok wydania: 2008
Wydawnictwo: MAG
Stron: 472

   Z debiutami bywa różnie, niektóre zachwycają świeżością, inne nużą powielanym schematem. Czasem wydawnictwa zarzucają czytelników przeciętnymi powieściami, wokół których wrze różnie pojęta reklama, gdy inne powieści przechodzą zupełnie bez echa. Ten drugi los spotkał, niestety, rewelacyjną, debiutancką powieść „Sprzysiężenie czerwonego wilka”. Wydana w 2008 roku, pogrążyła się w niebycie i aż trzy lata czekała kiedy pojawi się w Polsce tom drugi. Sama sięgnęłam po nią dopiero teraz, mimo, że kilka ładnych lat zbierała kurz na regale. Mam szczerą nadzieję, że informacje o planowanej na drugie półrocze tego roku premierze tomu trzeciego okażą się prawdziwe, gdyż recenzowana powieść mocno pobudziła mój apetyt na więcej.

   Autor stworzył pasjonujący świat- Alifros, gdzie większość życia skupia się na morzu. Niewielkie połacie, niezbyt gościnnych lądów i mnogość wysepek rozsianych po trzech oceanach sprawia, że nie sposób uniknąć marynistycznego języka pojawiającego się w powieści. Uniwersum ma swoją, spójną historię, która wiąże się z wydarzeniami, jakich jesteśmy świadkami. Autor stworzył szereg ciekawych i oryginalnych ras, które oprócz ludzi zamieszkują morza i krainy Alifros. Są tu przebudzone zwierzęta, które pewnego dnia odkryły w sobie świadomość. Niewielkie, cieszące się złą sławą zatapiaczy okrętów, ixchele, zwane przez ludzi pełzaczami. Tajemnicza rasa murgh, żyjących w morskich głębinach, czy migarzy, zajmujący się głównie handlem niewolnikami. Ważne miejsce w powieści zajmuje polityka i konflikt między wchodem- Arqualem, a zachodem- Mzithrinem. U źródła konfliktu leży wiara, lecz to imperialistyczne marzenia władców sprawiają, że wojna nigdy na dobre się nie skończyła a oba narody darzą się niesłabnącą nienawiścią.

   W celu zaprowadzenia pokoju między cesarstwami w rejs wypływa Chathrand- ostatni z Wielkich Żaglowców, zbudowany przed wiekami, gdy ludzkość zamieszkująca Arqual potrafiła jeszcze budować tak wspaniałe okręty. To właśnie na nim skupia się większość kluczowych dla powieści zdarzeń. Akcja rozkręca się dość wolna, gdyż pośród przygotowań do rejsu po kawałku poznajemy tło opowieści i jesteśmy wprowadzani w meandry historii oraz szczegóły i prawa rządzące Alifros. Spotykamy pasażerów statku, wokół których upleciona została wielopoziomowa intryga, za którą skrywa się prawdziwy cel przedsięwziętej wyprawy.

   Wśród bohaterów książki na pierwszy plan wysnuwa się małoletni Pazel Pathkendle, smołownik, pomocnik okrętowy, który dziwnym trafem znalazł się na pokładzie Chathranda. Chłopiec skrywa w sobie niespotykany talent do języków, wzmocniony jeszcze czarem, rzuconym niegdyś przez matkę. Jest odważny i nieco brawurowy, zaskakująco dojrzały, jak na swój wiek. Los, a może zacieśniająca się powoli intryga sprawia, że wkrótce zaznajamia się z Tashą Isiq, nastoletnią córką ambasadora Arqualu, przeznaczoną na żonę Mzithrińskiego księcia. Tasha jest inteligentną dziewczyną, która może nie wie, czego chce, ale z pewnością wie, czego nie chce. Wśród pobocznych bohaterów zaintrygował mnie Hercól, szpieg i wojownik a także stróż i przyjaciel Tashy. Zaciekawiła mnie Dradielu, królowa ixcheli, które również mają swój cel związany z wielkim żaglowcem. Wszystkie postacie są ciekawie nakreślone, nieschematyczne i posiadające w sobie indywidualne cechy charakteru. Do końca książki nie można mieć pewności, kto stoi po jakiej stronie, komu Pazel i Tasha mogą zaufać, a kogo unikać.

Powieść jest napisana bardzo dobrze. Podoba mi się spokojnie rozkręcająca się akcja, gdyż pozwala poczuć się częścią stworzonego świata. Autor nie zarzuca nas szeregiem gwałtownie następujących po sobie wydarzeń, gubiąc gdzieś ich sens, jak czasem się to zdarza debiutantom. Wprost przeciwnie, stworzył pełny obraz przeplatających się zdarzeń, które razem odkrywają powoli kolejne karty intryg i tajnych planów bohaterów. Wyraźnie widać spójność w kreacji świata oraz w koncepcji fabuły, co nie każdemu początkującemu pisarzowi się udaje. Połączenie powieści fantastycznej z marynistyczną było świetnym i wciąż dość świeżym rozwiązaniem, widać, że autor jest obeznany w temacie i żeglarski żargon użyty jest w naturalny i nienachalny sposób. W książce przeoczono kilka literówek, z czym nie po raz pierwszy stykam się w przypadku książek wydanych przez MAGa.


Ciężko mi cokolwiek zarzucić tej powieści, jedyne czego mi nieco zabrakło, to możliwość lepszego poznania fascynujących ras stworzonych przez autora. Zirytował mnie jeszcze fakt, że od początku wiemy iż Chathrand zaginie, co moim zdaniem było zupełnie niepotrzebne. Jest to kawał świetnie napisanej fantastyki, od której ciężko oderwać, niejednokrotnie zaskakuje czytelnika nagłym zwrotem akcji. Zdecydowanie polecam miłośnikom dobrze skonstruowanej intrygi w powieściach fantastycznych. Z przyjemnością sięgnę po tom drugi i niecierpliwie wypatruję zakończenia cyklu.

piątek, 24 stycznia 2014

Ruth

Autor: Elizabeth Gaskell
Tytuł oryginału: Ruth
Tłumaczenie: Katarzyna Melecha
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 544

   To już moje drugie spotkanie z tą autorką, a ponieważ „Żony i córki” wspominam bardzo dobrze, kwestią czasu było, kiedy sięgnę po jej kolejną powieść. Książka przypomina mi nieco swą fabułą „Mansfield Park” Jane Austen, choć zakończenie jest zupełnie różne, a i styl narracji jest odmienny. Zauważyłam natomiast niewielkie podobieństwo postaci Ruth, do Fanny, a także zbieżność w tym, jak różnica pozycji społecznej może wpłynąć na to, jak się jest postrzeganym.

   Akcją powieści toczy się na malowniczych angielskich i walijskich prowincjach. Autorka niezmiernie malowniczo opisała uroki krajobrazów, w pełni oddając zachwyt nad cudami natury. Barwne i pełne pięknych słów opisy, budują tło do niespiesznie następujących po sobie wydarzeń, a zmiany pogody, czy otoczenia idealnie harmonizują ze zmianami nastrojów bohaterów. Wystarczy odrobina wyobraźni by przenieść się w miejscu i czasie, towarzysząc Ruth w zbieraniu poziomek na leśnej polanie, albo w podziwianiu uroków nadmorskiego deszczu.

   Tytułowa Ruth, to szesnastoletnia sierota, terminująca u krawcowej, niewinna i naiwna dziewczyna nawet nie podejrzewa, jakie niebezpieczeństwo czyha na nią, gdy zacieśnia więzi z panem Bellinghamem. Przez okoliczności zmuszona do hańbiącej ucieczki przez długi czas nie zdaje sobie sprawy, z tego, w jaki pełen pogardy sposób, patrzą na nią przyzwoici ludzie. Porzucona i opuszczona znajduję ratunek i opiekę u życzliwego pana Bensona, który jako jedyny człowiek czuje do niej głównie współczucie. Jak dalej potoczą się losy dziewczyny i czy czeka ją choć odrobina szczęścia?

   Z początku żal mi było Ruth, która padła ofiarą ludzkiej podłości a przede wszystkim braku zrozumienia oraz pruderyjnego podejścia, że o pewnych sprawach się nie mówi. Irytowała mnie świadomość, że gdyby tylko, ktoś życzliwy porozmawiał z nią, zamiast od razu potępiać, sprawy potoczyć mogły się zupełnie inaczej. Dziewczyna od początku ma dość spore poczucie moralności, jednak nieświadomość sprawiła, że nie podejrzewał nawet, iż coś, co daje jej tyle szczęścia może być nieprzyzwoite. Z czasem dojrzała, zrozumiała swój błąd i pogrążyła się w pokucie. Chyba od tego miejsca przestałam ją lubić. Dręczące ją poczucie winy, sprawiło, że postanowiła pracować nad sobą, by zmazać hańbę. Mnie jednak cały czas denerwował fakt, że na dobrą sprawę, winy w jej postępowaniu nie było zbyt wiele, a na pewno znacznie mniej niż odczuwała. Wiedzieli o tym Bensonowie, którzy gdy tylko poznali jej prostolinijną naturę, zrozumieli, że padła ofiarą człowieka, myślącego tylko o sobie i otoczyli opieką, nie bacząc na to, jak to się może dla nich skończyć.

   Największą chyba wartością tej powieści jest obraz purytańskiego społeczeństwa angielskiej prowincji. Ludzi, gotowych potępić, bez dania racji, każdego kto mógłby się dopuścić niegodziwości. Żaden z nich nie szukał usprawiedliwienia, dla biednej dziewczyny, patrząc tylko na jeden błąd, który popełniła w życiu. Zdarzenie z wczesnej młodości na długi okres wyłączyło ją ze społeczeństwa nadając jej piętno hańby i miano kobiety upadłej. Ciężką pracą i poświęceniem Ruth, po wielu latach zaskarbiła sobie szacunek części społeczeństwa, jednak wiele drzwi pozostało dla niej na zawsze zamkniętych. W tej nieżyczliwej i niewybaczającej gromadzie znalazło się kilkoro życzliwych osób, które potrafiły zrozumieć, że popełnienie w młodości błędu nie skreśla człowieka na całe życie. To dzięki nim Ruth znalazła w sobie siłę oraz wolę walki i chociaż nie myślała o poprawie swojego wizerunku, to jednak dążyła do bycia jak najlepszą osobą, by móc, gdy będzie trzeba, stanąć przed Bogiem, prosząc by jej nie opuszczał.

   Język książki urzeka i czaruje. Gaskell wspaniale opisuje emocje targające bohaterami, w pisząc o czynach nie ocenia i nie wartościuje. Narratorka uczestniczy niczym bierny obserwator, niejednokrotnie pisząc, o tym co widziała i słyszała, sprawiając wrażenia naocznego świadka i uczestniczki zachodzących wydarzeń. Przedstawia rozmaite poglądy na te same spawy wkładając je w usta, bądź myśli bohaterów, jednak w żadnym miejscu nie określa, które z nich są słuszne. Pokazuje szeroki obraz, ocenę pozostawiając czytelnikowi.

   Bardzo miło wspominam tę lekturę, choć niejednokrotnie nachodziła mnie złość na bohaterów. Na Ruth, która dała wzbudzić w sobie poczucie winny niewspółmierne do popełnionych czynów. Na krótkowzroczność społeczeństwa, wydającego wyroki, bez żadnych okoliczności łagodzących. Na specyfikę tych bezdusznych czasów, w których pokorna postawa Ruth była jedyną dopuszczalną. Książka mi się podobała i z chęcią do niej jeszcze wrócę, polecam ją wszystkim miłośnikom XIX wiecznej Anglii. Odradzam zaś, tym, kórzy oczekują typowego romansu historycznego, który nie zmusza do myślenia.

niedziela, 19 stycznia 2014

Najprostsza nalewka świata

   Dawno nie pojawił się żaden kulinarny post, więc postanowiłam to nieco nadrobić. Bohaterem dzisiejszego odcinka będzie nalewka, banalnie prosta w wykonaniu, za to wymagająca sporo cierpliwości. Na zdjęciu nalewka z malin, w przygotowaniu nalewka na mandarynkach.


   Niezbędne składniki są w zasadzie tylko cztery:
- owoce (dowolne, zależnie od upodobań i fantazji)
- 0,5 litra spirytusu
- woda
- cukier

   Ciężko napisać mi bardzo konkretny przepis, ponieważ wiele rzeczy zrobione było "do smaku", a co za tym idzie nawet nie liczyłam ile cukru, czy wody zużyłam.
Zacznę więc po kolei: 
Owoce- około 3 litrów owoców miękkich, takich jak porzeczki, maliny, jeżyny, jagody itd... albo około kilograma twardszych owoców: brzoskwinie, ananasy, mandarynki, pomarańcze itp... Wrzucamy oczyszczone i wypłukane owoce do dużego słoja, po czym zalewamy spirytusem, tak aby były w całości zamoczone. Słoik zakręcamy i dosatawiamy w ciemny kąt na minimium trzy tygodnie, jak postoi dłużej, nie ma problemu.. Co kilka dni wyciągamy go, by porządnie wstrząsnąć zawartością. Efekt jest taki, że spirytus wyciągnie wszystko co dobre z owoców, pozostawiając w nich swój nieprzyjemny posmak. Po okresie ekstrahowania, należy zlać spirytus przez sito, owoce nie nadają się do niczego, tak rpzechodzą spirytusem. Teraz zaś następuje najtrudniejszy do opisania etap. Należy przygotować syrop, poprzez rozpuszczenie cukru w gorącej wodzie i dodawać do spirytusu w takiej ilości, by zyskała odpowiednie walory smakowe. Cukier neutralizuje smak alkoholu dodając nalewce słodyczy. W przypadku kwaśnych owoców, trzeba dać go więcej, niż w przypadku tych słodszych. Po dodaniu wody z cukrem, rozlewamy do butelek, czy karawek i odstawiamy na kolejny tydzień.
Na nalewkę malinową z powyższego zdjęcia zużyłam około szklanki cukru i mniej więcej dwa litry wody, chodziło mi o uzyskanie naelwki, w której alkohol byłby nieomal niewyczuwalny.

Przepis jest bardzo ogólny, jednak mam nadzieję, że posłuży do inspiracji, gdyż jest banalnie prosty, nalewka zaś nie za mocna, za to bardzo smaczna.

wtorek, 14 stycznia 2014

Złodziejka książek

Autor: Markus Zusak
Tytuł Oryginału: The book thief
Tłumaczenie: Hanna Baltyn
Ilustrowała: Trudy White
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2008
Stron: 496

   O tej powieści czytałam wiele pozytywnych opinii i chociaż tematyka powiązana z Drugą Wojną Światową nigdy nie była mi bliska, postanowiłam sprawdzić, czym jest książka, budząca tak wielki zachwyt. II Wojna Światowa, temat ponury i ciężki, a jednak autorowi udało się go przedstawić w sposób bardzo przyjemny, budząc jednocześnie smutne refleksje. Książka jednocześnie bawi i wzrusza, śmieszy i wyciska łzy, jednym słowem jest piękna.

   Zima roku 1939, niewielkie niemieckie miasteczko w okolicach Monachium, to właśnie tu, pod skrzydła rodziny zastępczej trafia dziewięcioletnia Lisele Meminger, wciąż śniąca koszmary po śmierci swego małego braciszka. Ma ze sobą pierwszą skradzioną książkę, mimo że nie ma pojęcia, co kryje się pod zapisanymi słowami. Po początkowych trudnościach oswaja się w nowym otoczeniu, zaczyna spędzać pierwsze beztroskie chwile. Tę atmosferę, której wciąż daleko do sielanki burzy wybuch II Wojny Światowej, całkowicie odmieniając życie Złodziejki książek.

   Markus Zusak narratorem swej powieści uczynił Śmierć, kreując go na opiekuna odchodzących dusz. Nie budzi lęku, ani tym bardziej odrazy, niejednokrotnie zrobiło mi się go żal gdy skarżył się na nadmiar pracy, jaką zgotowała mu Wojna. Opowiadanie o Lisele niejednokrotnie przerywa, niezmiernie trafnymi, rozważaniami na temat ludzkiej natury. Śmierć przyjmuje w swe opiekuńcze ramiona każdą duszę, niezależnie od wyznania, czy światopoglądu, wszystkim duchom zapewnia ukojenie. Taką śmierć można polubić, a co ważniejsze miło uwierzyć, że właśnie tak wygląda ostatnia podróż duszy, w opiekuńczych ramionach śmierci.

   Główną postacią powieści jest tytułowa Złodziejka książek, Lisele Meminger, dziewięciolatka, która wskutek traumatycznych przeżyć dojrzewa stanowczo za szybko, po kolei tracąc wszystkich bliskich. Lisele jest wyjątkowa dzięki książkom, czuje do nich ogromny pociąg i nie potrafi im się oprzeć, nawet gdy w grę wchodzi kradzież. Jej przybrani rodzice to osoby proste i nieco wulgarne, jednak okazali wielką odwagę i jeszcze większe serce, gdy okoliczności tego wymagały. Takich rodzin, jak Hubermannowie z pewnością było wiele, gdyż nawet w morzu okrucieństwa znaleźć można prawdziwe człowieczeństwo, poczucie sprawiedliwości i dobroć, która przezwyciężyć potrafi nawet strach o własne życie.

    Książka zachwyca językiem. Barwny i piękny budzi w czytelniku szeroką gamę emocji oddając nastroje bohaterów i poglądy nietypowego narratora na następujące po sobie zdarzenia. Lektura pozostawia czytelnika w miłej zadumie, w refleksji na temat śmierci oraz godnego życia, ukazując, że wszędzie znaleźć można przejawy prawdziwego dobra. Trudny temat wojny i holocaustu poruszony został w sposób, który nie przygnębia i nie ciąży, skłaniając do zadumy.

   Jest to lektura, którą polecam każdemu. Budzi wiele sprzecznych emocji, oddając rozmaite uczucia, jednak jest, przede wszystkim, piękna. Stanowi interesujący kontrast dla większości powieści osadzonych w klimatach wojennych, które niejednokrotnie przytłaczają ciężką atmosferą poruszanych problemów.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Przekleństwo tronu Piastów

Autor: Andrzej Zieliński
Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza Rytm
Rok wydania: 2013
Stron: 212

   Z wielką ciekawością sięgnęłam po tę książkę. Historię zawsze uważałam za niezmiernie interesującą, jednak kluczowym w poznawaniu jest sposób jej przekazania, tak by nie wiało nudą. Uważam, że autorowi tej publikacji się to udało i chociaż pozycja ta stanowi kronikę kolejnych Piastów starających się o Polski tron, jednak ujęcie ich w świetle klątwy, którą obciążona została, ponoć, polska korona sprawia, że lektura nie nuży.

   Tytułowa klątwa, którą rzekomo obłożona została władza królewska w Polsce, to anatema rzucona przez arcybiskupa gnieźnieńskiego Gaudentego, brata Świętego Wojciecha. Problem jednak w tym, że fakt rzucenia przekleństwa na cały ród Piastów jest mocno wątpliwy. Informacja o nim pojawia się i to w dość enigmatyczny sposób w kronikach Galla Anonima i tylko tam. Żadne inne źródła, w tym zagraniczne, nie wspominają o tak ważnym wydarzeniu, jak obłożenie rodu panującego ekskomuniką. Czy więc klątwa faktycznie miała miejsce? Czy może nieskuteczność zdobywania i utrzymania władzy na tronie polskim zawdzieczają Piastowie własnej nieudolności, porywczości i braku konsekwencji w podejmowanych działaniach? Ciężko powiedzieć, co było przyczyną, faktem pozostaje, że spośród Piastów zaangażowanych w królewską władzę w Polsce, tylko Władysław Łokietek i Kazimierz Wielki odnieśli sukcesy.

   Autor w swojej publikacji przedstawia kolejno losy szesnastu książąt z dynastii Piastów, którzy próbowali sięgnąć po koronę, co często wymagało uprzedniego zjednoczenia ziem Polski. Pierwszym, na którego klątwa miała wpływ był Bolesław Chrobry. Dzięki podbojom stworzył ogromne państwo w środkowej Europie i brakowało mu tylko korony namaszczonej przez papieża, by został w pełni uznanym królem. Jednak, gdy po wielu przejściach w końcu udało mu się założyć upragnioną koronę na swoją głowę, nie cieszył się nią zbyt długu, umierając jeszcze w tym samym roku. Ostatnim bohaterem książki jest Bolesław IV Warszawski, próbujący wspiąć się na polski tron po śmierci Władysława Warneńczyka, jednak również jemu staranie te nie przyniosły oczekiwanych rezultatów.

   Książka jest bardzo ciekawa, autor wprawdzie wysnuł tezę klątwy jednak nie tyle jej broni, co raczej pozwala użyć jej, jako wymówki, którą można usprawiedliwić niekoniecznie logiczne działania kolejnych pretendentów do polskiego tronu. Zawirowania wokół władzy w Polsce nie były niczym niezwykłym w średniowieczu. Niejednokrotnie o przejęciu władzy decydowała trucizna, czy skrytobójczy zamach. Co ciekawe, w Polsce równie wiele do powiedzenia mieli możnowładcy, a czasem nawet mieszczanie. Jak widać idea polskiego warcholstwa, żyła już w czasach, gdy nasze państwo dopiero się kształtowało. Można niepowadzenie w stworzeniu silnego państwa tłumaczyć klątwą, można szukać innych zewnętrznych przyczyn, jednak najczęściej winę ponosili ci, którzy po koronę sięgali. Nadmierne okrucieństwo, brak konsekwencji w działaniach i porywczość to jedynie kilka z często powtarzających się wad u kandydatów na polskiego króla.

   Lektura nie sprawiła mi problemów, autor użył klarownego języka, a informacje dawkuje w taki sposób, że nie wieje nudą. Jedyne, co może przeszkadzać to ogromna ilość imion, przewijających się na kartach tej książki, zwłaszcza, że większość z nich to Bolesław, Kazimierz, Władysław. Nawet mimo przydomków, można się momentami zgubić. Książka byłaby dużo bardziej przejrzysta, gdyby zamieścić w niej drzewa genealogiczne kolejnych gałęzi Piastów.

   Uważam, że jest to dobra pozycja, pozwalająca na historię spojrzeć z nieco innej, szerszej perspektywy. Dla miłośników historii pozycja ta na pewno jest warta uwagi, tym tylko trochę zainteresowanym polecam ją również, gdyż jest bardzo interesująca i niejednokrotnie szokuje.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

czwartek, 2 stycznia 2014

Podsumowanie roku 2013

   No i przyszła pora na zamkniecie roku 2013 w liczbach. Ogólnie miniony rok mogę zaliczyć do udanych, spotkało mnie sporo miłych rzeczy, kilka zupełnych niespodzianek, no i zaczęłam blogować, co dało mi sporo przyjemności.

   A teraz przejdę do liczb:
   Książkowo było tak:

   W tym roku przeczytałam dokładnie 119 książek
   Co dało w sumie: 31423 strony, czyli około: 86 stron dziennie, najlepszy czytelniczy wynik osiągnęłam w lipcu, gdzie średnio czytałam 133 strony dziennie. Najsłabszy był sierpień, gdzie licznik skromnie zatrzymał się na 55 stronach.
   Jeśli chodzi o gatunki literackie, to było tak: 
   Dominowała fantastyka, w ilości 33 tytułów.
   Następna w kolejce klasyka literatury: 30 tytułów
   Później już sporo mniej: Kryminał: 18 tytułów
   Proza współczesna: 13 tytułów
   Literatura dziecięca: 12 tytułów
   Literatura popularno-naukowa: 7 tytułów
   Książki dla młodzieży: 6 tytułów

   Moja biblioteczka wzbogaciła się o 345 książek, czyli jak łatwo zauważyć blisko jedna książka dziennie! Sporo książek znalazło nowy dom, co jednak cieszy, że komuś sprawią radość. Tak, czy inaczej Poczekalnia pęka w szwach.
   Opublikowałam 42 recenzje, co jest dobrym wynikiem, zważywszy, że ten blog nie miał być blogiem recenzenckim.

A nie książkowo:

   Pojawiło się 8 notek krawieckich i 12 notek kulinarnych, na 12 notkach możecie poczytać również to co literacko stworzyłam. 
   Licznik wyświetleń zbliża się do magicznej liczby 10000 a obserwatorów mam już 61. Dziękuję Wam wszystkim, że zaglądacie na mojego bloga, nie spodziewałam się, że będzie aż tak popularny.
   Blog przeżył jedną metamorfozę graficzną, mam nadzieję, że podoba się Wam jego nowy design.
  Podjęłam też jedną współpracę, z której jestem zadowolona, gdyż mobilizuje mnie do sięgnięcia po książki, po które normalnie bym nie sięgnęła.

   Mam nadzieję, że kolejny rok będzie równie udany, albo nawet jeszcze lepszy. Oby nie zabrakło mi weny do dalszego blogowania i recenzowania książek.

środa, 1 stycznia 2014

Podsumowanie i lektury grudnia

   Dziś przyszła pora, by podsumować literacko mijający miesiąc, podsumowanie roku wrzucę jutro, albo pojutrze. Grudzień był bogaty w książkowe zdobycze i przyzwoity pod względem ilości przeczytanych książek.
A w liczbach wygląda to tak: 

   Przeczytałam dokładnie 12 książek, z których osiem doczekało się recenzji, co w sumie dało: 2358 strony, czyli ok: 76 stron dziennie. Nie jest to zbyt imponujący wynik, ale najgorszym też bym go nie nazwała.
   W grudniu moja biblioteka wzbogaciła się o: 48 tytułów, cześć z nich już zdążyła opuścić moje progi, ale i tak jest ich bardzo dużo.

   A przechodząc do opinii:

   Młody samuraj Chris Bradford

   Nie urzekły mnie przygody młodego Anglika w kraju Kwitnącej Wiśni, o czym przekonać mogliście się z recenzji. Książka szuka nowego domku.

    Obligacje za milion dolarów Agatha Chrisie

   Kolejny zbiór opowiadań Królowej kryminału, wiele z nich można znaleźć w innych zbiorach wydawanych przez Wydawnictwo Dolnośląskie i choć miałam już z nimi styczność wcześniej i tak przeczytałam z wielką przyjemnością. Niezawodny Hercules Poirot z typowym dla siebie zaangażowaniem rozwiązuje rozmaite kryminalne przypadki, ratując swoich klientów z mniejszych, bądź większych oprecji.

   Sezon burz Andrzej Sapkowski

   Nie zawiodłam się na niej, tak bardzo, jak się tego spodziewałam. Odbiega poziomem od wcześniejszych przygód Geralta z Rivii, ale i tak uważam, że warta jest przeczytania.

    Ostatni bohater Terry Pratchett

   Cudowne ilustracje, które przeglądałam już nie wiem ile razy, to główna, ale nie jedyna zaleta tej książki, o czym poczytać możecie w recenzji


   Glizdawce Orson Scott Card

   Długo się przymierzałam do zrecenzowania tej powieści, ale nie dałam rady wyjść dalej niż za pierwszy akapit, w sumie nie wiem, czemu. Książka mi się podobała, choć nie była najlżejszą lekturą. Pozostało po niej pytanie o własną wolę i o to ile można, a ile trzeba poświęcić dla świata, a którym się żyje Gorąco polecam miłośnikom science fiction. oraz fanom autora.

   Szara dama Elizabeth Gaskell

   To jedyny ebook przeczytany w tym miesiącu. Zachwycona powieścią Żony i córki sięgnęłam po tę nowelkę. Jest to historia nieszczęśliwego małżeństwa opisana w liście matki do córki. Teoretycznie historia, jakich w dziewiętnastym wieku nie brakowało, jednak oddana została z wielkim wyczuciem. Napięcie budowane jest powoli i do samego końca nie można mieć pewności, jaki będzie finał tej historii i co było pierwotną przyczyną napisania listu. Pochłonęłam ją błyskawicznie i szczerze polecam miłośnikom XIX wieku.

Opowiem ci mamo, co robią mrówki Marcin Brykczyński 

  Pokochałam tę książkę od pierwszej chwili, gdy po nią sięgnęłam, Przecudne ilustracje sprawiają, że mogłaby istnieć również bez zawartych w niej tekstów. Więcej o niej znajdziecie tu.

    Tajemnice pachnidła Agata Wasilenko

   To pierwsza książka popularnonaukowa w dzisiejszym zestawieniu. Przeczytałam z niemałym zainteresowanie, dowiedziałam się z niej kilku ciekawych rzeczy, choć raczej nie zapadnie mi w pamieć. Odsyłam do recenzji. Książka znalazła już nowy domek, ja bym raczej do niej nie wróciła, typowa pozycja na jednorazową lekturę.

   Zosia z ulicy kociej Agnieszka Tyszko

   Była to przyjemna, nie za długa lektura. Wspominam ją miło, choć nie wyryła się w mojej pamięci. Trafiła w dobre ręce, w wieku znacznie bardziej odpowiednim na taką książkę, niż moje. Zainteresowanych odsyłam do recenzji.

   Nasza różna Europa Ludwik Stomma

   Kolejna popularnonaukowa pozycja w dzisiejszym zestawieniu. Niezmiernie ciekawa, choć nie podejmę się stwierdzenia na ile wiarygodna, jak źródło wiedzy historycznej. Jest interesującą opowieścią, o wielu różnych okolicznościach, kształtujących pierwszą Rzeczpospolitą. Również zrecenzowana.

   Kacperkowy pamiętnik Małgorzata Kudelska

   Nie jest to zła książka, ale nie jest też porywająca. Wierszyki sympatyczne, zabawne i prawie zawsze z jakimś morałem, jednak nie wzbudziły większych emocji. W porównaniu z klasyka poezji dziecięcej wypadają jednak dość słabo. Ilustracje barwne, nieco zbyt chaotyczne, w pewnym sensie oddają sposób, w jaki rysują przedszkolaki są w sumie miłe dla oka. Przedszkolakom mogę polecić, choć gdybym sama miała kupić jakąś książkę dla młodego czytelnika pewnie zdecydowałabym się na inną pozycję.

    Kati we Włoszech Astrid Lindgren

   Również zrecenzowana, pochłonęłam ją jednego dnia. Jest to ciepła i słodka, ale nie przesłodzona, opowieść, napisana w bardzo dobrym stylu. Konieczne muszę poszukać pozostałych odsłon przygód Kati.

   Jak widać był to bogaty i różnorodny miesiąc, choć z pewną przewagą literatury dziecięcej i młodzieżowej. Większość książek przeczytałam w  ramach współpracy, choć znalazłam też czas, by sięgnąć po swoje książki.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Stosik na koniec roku

   O tym, że uwielbiam dostawać paczki z książkami wie chyba każdy z moich czytelników, zrozumienie dla tej słabostki podejrzewam znajdę  większości z Was. Dziś dotarła do mnie kolejna paczuszka, ostatnia w tym roku, miała być już jakiś czas temu, ale jak mawiają co się odwlecze, nie uciecze. A wszystkie książki to efekt wymiany, z przesympatyczną Ulą, która zawsze znajdzie dla mnie jakieś skarby.

Stosik nie za wielki, w większości kryminalny:


   I jak zawsze od spodu licząc:
   Siódme wtajemniczenie Edmund Niziurski Książek tego autora wciąż przybywa u mnie na półce, tylko jakoś czasu przybywać nie chce...
   Egipacjanin Sinuhe Mika Waltari Podobnie, jak z poprzednikiem, jego książek w biblioteczce coraz więcej, chyba czas ostro wziąć się za lekturę.
    Dziewczyna z poza szlaku James Oliver Curwood Jak już niejednokrotnie wypominałam uwielbiam tego autora jeszcze z dzieciństwa. Każda jego powieść, to dla mnie spora przyjemność.
   Narzeczona pana Hire, Premier, Kot, Maigret i oporni świadkowie, Pomyłka Maigreta Georges Simenon To tylko jedna z przyczyn, dla których nazwałam ten stosik kryminalnym.
   Emilka dojrzewa Lucy Maud Montgomery Pierwszą część przygód Emilki mam już od jakiegoś czasu, teraz przyszła kolej na drugą odsłonę.
   Zielona Gęś Konstanty Ildefons Gałczyński Tę jedną zaczęłam już wyrywkowo czytać i chyba ma największe szanse na rychłą lekturę.
   Potentaci Maurice Druon Zachwycona jego Królami przeklętymi ma zamiar sięgnąć po kolejne powieści.
   Trędowaty od Św. Egidiusza, O jedno ciało za dużo Ellis Peters Kolejne dwa tomy zagadek kryminalnych rozwiązywanych przez brata Cadfaela, nie wiem, czy kiedyś, uda mi się oddzielić tę postać od Dereka Jacobi.
   Portret Doriana Graya Oscar Wilde Od jakiegoś czasu mam na półce wersję oryginalną, najpierw jednak sięgnę po tłumaczenie.
   Pierwsza Hrabina Wessex Thomas Hardy Strzał w ciemno pod znakiem klasyki, mam nadzieję, że się nie zawiodę.
  Blondynka z podbitym okiem Erle Stanley Gardner Ostatni kryminał na stosie, dołącza do niemałej już kolekcji klasycznych kryminałów.

   I to już wszystko jeśli chodzi o zdobycze książkowe upolowane w tym roku. Niedługo podsumuję kończący się właśnie rok 2013 i obawiam się, że zdecydowanie więcej książek nabyłam, niż przeczytałam. Mogę się tylko łudzić, że za rok będzie lepiej.

Kati we Włoszech

Autor: Astrid Lindgren
Tytuł oryginału: Kati i Italien
Tłumaczenie: Anna Węgleńska
Cykl: Kati- Tom II
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2007
Stron: 164

   Nie wiem, czy wśród moli książkowych znajdzie się choć jedna osoba, której obce jest nazwisko autorki. Jej „Dzieci z Bullerbyn” czy „Przygody Pippi” rozbudzały i nadal budzą miłość do książek u całych pokoleń młodych czytelników. Opowieść o Kati przeznaczona jest dla nieco starszych czytelniczek, jednak w powieściach dla młodzieży Astrid Lindgren radzi sobie równie znakomicie, co w książkach dla najmłodszych. „Kati we Włoszech” to drugi tom z trzyczęściowej opowieści o wchodzącej w dorosłe życie, sympatycznej mieszkance Sztokholmu. Nie miałam okazji zetknąć się z pierwszym tomem, jednak w niczym nie przeszkodziło mi to w czerpaniu przyjemności z lektury tej powieści.

   Autorka zabiera czytelników do Włoch przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Razem z Kati mamy okazję poczuć romantyczny nastrój Wenecji, natchnioną atmosferę Florencji, czy przespacerować się nocą ulicami Wiecznego Miasta. Opisy wszystkich tych miejsc są o tyle warte uwagi, że oprócz przedstawienia zabytków, czy urywków historii w dużej mierze oddają ducha Włoch skąpanych we wczesnojesiennym słońcu. Bez trudu możemy sobie wyobrazić, że razem z Kati i Evą siedzimy na piazza popijając espresso, czy buszujemy po sklepikach w poszukiwaniu jedwabnych tkanin.

   Kati i Eva, to dwie zwyczajne stenotypistki w biurze adwokackim, które na skutek niespodziewanej wygranej w zakładach sportowych postanowiły zrealizować swoje marzenie- podróż do Włoch. Wykorzystały wyczekiwany urlop, by poznać, a przede wszystkim poczuć ducha Italii. A ponieważ w tak niesamowitym otoczeniu wszystko może się stać, więc pełne nadziei na przygodę wyruszyły razem z grupową objazdową wycieczką, by zaliczyć największe i najważniejsze włoskie miasta.

   Tytułowa bohaterka jest taką szarą myszką. Niepozorną, oczytaną dziewczyną o bystrym umyśle, twardo stąpającą po ziemi. Zostawiła w Sztokholmie chłopaka, z którym była od trzech lat, gdyż czuła, że przyzwyczajenie to nieco za mało, by wiązać się na całe życie. Jej najbliższą przyjaciółką jest obdarzona seksapilem Eva, której dołeczki w policzkach niejednego mężczyznę zwiodły na manowce. Nieco szalona i zabawna, jednak podobnie jak Kati posiada silny kręgosłup moralny i wie, na ile może sobie pozwolić. Obie dziewczęta polubiłam, ponieważ choć dalekie są od ideału, są też niezmiernie sympatyczne i z chęcią bym je poznała.

Książkę czytało mi się niesamowicie przyjemnie. Sprawia może wrażanie nieco naiwnej i infantylnej, jednak jest przeurocza i wzruszyła mnie. W działaniach Kati ukryta jest ważna prawda, by nigdy nie decydować się na spędzenie życia z kimś, kogo nie jest się pewnym, że przyzwyczajenie to zbyt mało, by się pobrać. Można zarzucić bohaterce, że nie postąpiła z Janem zbyt ładnie, jednak starała się go nie oszukiwać i nie zwodzić. Jak tylko doszła do przekonania, że to nie on powinien być jej mężem powiadomiła go czym prędzej. Czy w takim postępowaniu kryje się droga do szczęścia? O tym musicie przekonać się sami, zawierając znajomość z przesympatyczną Szwedką.


Książkę polecam każdej dziewczynie, która dopiero zaczyna odkrywać miłość oraz każdej kobiecie, w której wciąż czasem siedzi mała dziewczynka wierząca w bajki o księciu na białym rumaku. Powieść jest słodka, jednak nie przesłodzona, a co najważniejsze autorka z maestrią buduje napięcie i oddaje uczucia oraz nastroje bohaterów, wciągając czytelnika bez reszty. Panom tej historii polecać nie będę, gdyż jest to typowo dziewczęca opowieść.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.

niedziela, 29 grudnia 2013

Nasza różna Europa

Autor: Ludwik Stomma
Wydawnictwo: ISKRY
Rok wydania: 2012
Storn: 212

   Sięgnęłam po tę pozycję, by nieco skurczyć mą historyczną ignorancję, bo choć od zawsze uważałam historię za niezmiernie pasjonującą dziedzinę, nigdy nie natrafiłam na osobę, która przekazałby mi ją w strawnej wersji. Czy ta książka choć co nieco zwiększyła moją wiedzę o świecie minionym? Ciężko powiedzieć i choć czytałam ją z przyjemnością, jednak nie czuję się dużo mądrzejsza niż przed jej lekturą.

   Jest to dość dziwna książka, autor wybrał trzynaście dat, ważnych w historii pierwszej Rzeczpospolitej i podsumował co w danych latach działo się z Europie. Datą otwierającą to swoiste kalendarium jest data Chrztu Polski, zamyka je zaś data ostatniego rozbioru- rok 1795. Nie jest to jednak wyczerpujące źródło wiedzy o Europie, nie pozwala na to objętość tego dość skromnego dzieła. Jest to zbiór opowieści, wyrywków historii opowiedzianych w bardzo przystępnym, nieco gawędziarskim stylu.

   Autor wysnuwa w tej pozycji wiele teorii, rozprawia się między innymi z mitem, od lat powtarzanym w szkołach, o niekorzystnym położeniu geopolitycznym naszego kraju, wskazując wprost, że Niemcy bardzo długo nie były potęgą, która miała możliwości zagrożenia Polsce. Kolejną interesującą informacją, która na pozór tylko wydaje się być oczywista jest fakt opóźnienia kulturowego Polski, względem zdecydowanie lepiej rozwiniętym państwom położonym w Europie zachodniej. Przyczyna takiego opóźnienia jest prozaicznie banalna- odległość. Pokonanie już kilkuset kilometrów w średniowieczu stanowiło spore wyzwanie i zabierało dużo czasu, co wprost przekładało się na znikome tempo przekazywania informacji o tym co się dzieje w szerszym świecie. Z biegiem lat odległości nie zmalały, skurczył się natomiast czas potrzebny na ich pokonanie, co miało swoje odwzorowanie w rozwoju kulturalnym Rzeczpospolitej.

   Autor rozprawia się również nieco z narodową dumą, mocno opartą na nacjonalistycznym egoizmie. Wprost wskazuje, że to wcale nie jest tak, że Polska od zawsze była pokrzywdzona przez państwa ościenne. Rzeczpospolita miała swoje lata chwały i swój upadek zawdzięcza głównie błędnym decyzjom politycznym, a nie tylko imperialnymi aspiracjami zaborców.

   Jest to dość przystępnie napisana książka, czyta się ją jak opowieść podróżnika, który zdaje relacje z tego co widział w innych krajach. W przeciwieństwie jednak do gawędziarza, autor podaje informacje o źródłach, z których korzystał, co pozwoli wnikliwemu czytelnikowi dowiedzieć się, gdzie warto zerknąć, by zgłębić temat. Nie mogę jednak nazwać tej książki rzetelnym źródłem wiedzy, zbyt wiele tu dywagacji, snucia teorii oraz dygresji, sprawiających, że czasem trudno się czytelnikowi odnaleźć w meandrach rozważań autora.

   Ta książka zdecydowanie poszerza horyzonty oraz zmusza do myślenia i to uważam za jej podstawową zaletę. Pozwala spojrzeć na Europę z nieco innej perspektywy, zrzucić nieco z oczu klapki narodowej martyrologii. Dlatego polecam tę pozycję tym, którzy lubią czasem szerzej spojrzeć na otaczający ich świat., odradzam zaś poszukującym poważnego źródła informacji, czy publikacji ściśle historycznej.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

czwartek, 26 grudnia 2013

Zdobyczy grudnia odsłona prezentowa

   Tegoroczny Mikołaj wnikliwie przestudiował listę moich upragnionych książek, co poskutkowało niemałym stosikiem znalezionym pod choinką. Oprócz stosiku dla mnie, na drugą fotkę załapał się stosik bardziej rodzinny, pełen książek, które również wzbogaciły moją rodzinną bibliotekę, a po które może kiedyś sięgnę. 
   Mój prywatny stosik wygląda tak:


   I klasycznie od dołu licząc:
   Organista Erlend Loe, Peter Amundsen Książka poświęcona Shakespeare'owi i tajemnicy zawartej w jego twórczości, Rzecz totalnie niespodziewana, ale wydaje się być interesująca.
   Mężczyzna, który tańczył tango, Ostatnia bitwa Templariusza Arturo Perez Reverte Uwielbiam tego autora już od dawna, gdy jeszcze w liceum sięgnęłam po jego Klub Dumas. Drugą z książek na tym stosie już czytałam, ale z przyjemnością do niej wrócę.
   Chłopcy, Chłopcy- Bangbang Jakub Ćwiek Autor urzekł mnie morzem humoru w Kłamcy, po przygody wiecznych chłopców sięgnę z przyjemnością, tym większą, że pierwszy tom ilustrował Boli, autor Bolibloga, który uwielbiam.
   Opowieści z Meekheńskiego pogranicza, Wschód-zachód Robert M. Wegner W Poczekalni kisi się tom trzeci, Mikołaj dał mi tom drugi, czas chyba solidnie zapolować na tom pierwszy i w końcu zabrać się za lekturę.
   Pomnik cesarzowej Achai, tom II Andrzej Ziemiański- Jakoś z początkiem stycznia ma wyjść tom trzeci, jeśli będzie tomem ostatnim, mogę spokojnie zacząć lekturę (pierwszy tom mam już od dawna). Chcę uniknąć takiej sytuacji, jak z Achają, gdy na trzecią część czekałam stanowczo zbyt długo.
   Dzieci z Bullerbyn Astrid Lindgren To miał być prezent dla siostrzenicy męża, ale okazało się, że inna osoba również zakupiła tę książkę. Prezent wymyśliłam inny, a powieść zagarnęłam dla siebie. Czytałam ją szalenie dawno temu i z wielką ochotą do niej wrócę.

I jeszcze drugi, "nie mój" stosik:


   120 lat sportu samochodowego w Polsce, Robert Mucha, Stanisław Szelichowski To książka męża, choć sama z pewnością ją przejrzę, a może nawet przeczytam.
   Płacz aniołów, Złoty lis Wilbur Smith Te dwie powieści Mikołaj dostarczył mojemu tacie, może kiedyś po nie sięgnę, choć mnie akurat ten autor nie oczarował.
   Koniec Świat w Breslau, Śmieć w Breslau Marek Krajewski Kolejne dwa prezenty, które otrzymał mój tata. Te mają większą szansę, że jednak po nie sięgnę.
   Między zabójstwami Aravind Adiga A to prezent męża, hinduski kryminał, jestem szczerze zainteresowana.

   Tak więc kolejnych czternaście tytułów pojawiło się w rodzinnej bibliotece, pozostaje tylko pytanie: kiedy ja to będę czytać?!

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Zosia z ulicy Kociej

Autor: Agnieszka Tyszka
Ilustrowała: Agata Raczyńska
Cykl: Zosia
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2013
Stron: 224

   Lubię, od czasu do czasu, odnaleźć w sobie dziecko i w takich momentach sięgam po literaturę dla najmłodszych czytelników. A ponieważ w najbliższej rodzinie dzieci nie brak, więc poza przyjemnością z lektury zyskuję również wiedzę, o tym co polecić, a co odradzić małym książkowym molom. Jeśli chodzi o tę konkretną książkę, to ani nie podbiła mego serca, ani nie budziła we mnie irytacji, pozostała mi zupełnie obojętna.

   Tytułowa Zosia Wierzbowska to dziewięcioletnia, przeciętna dziewczynka obdarzona poczuciem humoru i bujną wyobraźnią. To ona wprowadza czytelnika na ulicę Kocią w podwarszawskich Łomiankach, choć sama dopiero co się tam wprowadziła. Z początku czuje się niepewnie, jednak z czasem zaczyna oswajać okolicę i powoli odkrywa pozytywne strony wyprowadzki z Warszawy.

   Zosię łatwo można polubić. Jest sympatycznym, dość inteligentnym dzieckiem, życzliwie podchodzi do otaczającego ja świata. Nie podobały mi się jej delikatne uprzedzenia względem sąsiadek zza płotu, czy kuzyna Misia, co jednak nie przeszkadzało Zosi w próbach nawiązania z nimi bliższego kontaktu. Interesującą postacią z pewnością jest ciocia Malina, matka Misia i Krzysia, kobieta o artystycznej duszy i bardzo ekstrawertyczna. To właśnie ona ułatwia swej siostrzenicy pogodzenie się ze zmianami w jej życiu. Towarzystwa tytułowej bohaterce dotrzymuje prawie nierozłączna siostra Mania, z którą Zosia wymyśla rozmaite zabawy oraz dwoje kuzynów: Misio i Krzyś, najmłodszy z całej gromadki.

   W powieści sporo się dzieje. Siostry Wierzbowskie przeżywają szereg zwyczajnych, codziennych przygód, które opatrzone komentarzem Zosi zdają się być dużo bardziej niesamowite. Ulicą Kocią rządzą koty, powoli wkradające się pod numer piąty. Sporo miejsca poświęcono też ogrodowi, niewielkiemu skrawkowi zieleni otaczającemu świeżo kupiony dom. Jednak odniosłam wrażenie, że fabuła prowadzona jest w nieco chaotyczny sposób, taki zlepek nie do końca powiązanych ze sobą wydarzeń, szereg stosunkowo krótkich opowieści zamkniętych w poszczególnych rozdziałach.

   Taka kompozycja utworu z pewnością jest przystępniejsza dla młodych czytelników, którzy dopiero zaczynają czytać powieści. Nie za długie rozdziały gęsto okraszone zabawnymi ilustracjami na pewno ułatwią lekturę młodym miłośnikom książek. Ilustracji w powieści jest sporo, czarno białe rysunki, dość chaotycznie porozrzucane po stronach mogą nieco rozpraszać w trakcie lektury, jednak na pewno przyciągają uwagę.


   Ogólnie jest to dość dobra książka, pełna ciepła i humoru, na pewno sprawi przyjemność dzieciom w wieku wczesnoszkolnym. Bardziej aktualna, niż powieści Astrid Lindgren, pełna jest nawiązań do klasycznych utworów prozy dziecięcej, co może skłonić czytelników do sięgnięcia po nie. Miło spędziłam przy niej czas i z czystym sercem mogę ją polecić każdej dziewięciolatce. Zabrakło mi w niej niestety, czegoś wyjątkowego, co sprawiłoby, że ta książka nie byłaby tylko jedną z wielu pozycji, które znaleźć można na rynku wydawniczym.

niedziela, 22 grudnia 2013

Tajemnice pachnidła

Autor: Agata Wasilenko
Wydawnictwo: Grodkowskie
Rok wydania: 2007
Stron: 126

   Film „Pachnidło” Toma Tykwera, oparty na powieści Patricka Süskinda o tym samym tytule wielu ludziom otworzyło nieco oczy, a przede wszystkim nosy na ulotny świat zapachów. Nic więc dziwnego, że autorka, która zawodowo zajmuje się perfumami postanowiła skonfrontować swoją wiedzę, z tym, co można było zobaczyć w kinie, bądź wyczytać w książce. Lektura „Pachnidła” już za mną podobnie, jak film, więc po książkę sięgnęłam z dużą dozą ciekawości.

   Jest to opowieść o perfumach, wyrywki z historii perfumiarstwa i praktyczne porady, jak dobrać sobie zapach. Wstawki dotyczące konkretnych produktów, pozwalają lepiej zrozumieć rolę, jaką pachnidła mogą pełnić we współczesnym świecie. Gdyby w tej książce można było znaleźć próbki omawianych perfum, byłaby idealna. Warto ją połączyć z wizytą w perfumerii, ponieważ niezmiernie ciężko jest wyobrazić sobie zapach. Chociaż opisy zarówno perfum, jak i grup zapachowych są dość dokładne i znajome zapachy łatwo można wydobyć z własnej pamięci, jednak już stworzenie w umyśle konkretnych kompozycji, w których skład często wchodzą aromaty zupełnie nieznane jest szalenie trudne, jeśli nie niewykonalne.

   Książkę czyta się bardzo dobrze. Autorka w miarę możliwości unika posługiwania się bardzo branżowym żargonem, a na końcu odnaleźć można słowniczek pojęć ściśle powiązanych z tematem. Nawet laik nie powinien mieć najmniejszych wątpliwości, ze zrozumieniem tego, co Agata Wasilenko opowiada o, jej zdaniem najważniejszych, kompozycjach zapachowych. Wolałabym, by w tej pozycji pojawiło się więcej profesjonalnych informacji, choć to akurat kwestia ścisłe powiązana z moim chemicznym wykształceniem.

   Co mi zdecydowanie przeszkadzało, to pojawiająca się niekiedy powtórzenia, zupełnie, jakby książka była zbiorem niepowiązanych ze sobą felietonów zamiast stanowić jednolitą całość. Brakowało mi jakiejś myśli przewodniej, która by połączyła teksty, doprowadzając do jakichś konkretnych wniosków, splatała wszystko w jedną myśl. Teoretycznie taką ideą miało być rozprawienie się powieścią, albo nawet bardziej z filmem „Pachnidło”, ja jednak nie odebrałam tego w ten sposób i ciągłe nawiązania do obrazu Tykwera tylko mnie irytowały.

   Jest to z pewnością bardzo ciekawa pozycja, która pozwoli nieco zgłębić temat perfumiarstwa, choć jak dla mnie było to trochę zbyt mało. Tę książkę można potraktować bardziej jako ciekawostkę, niż jako źródło rzetelnej wiedzy. Myślę, że może również zachęcić do częstszego sięgania po pachnidła i do bardziej świadomego ich wyboru.

   Książka jest godna polecanie, zwłaszcza dla tych, którzy lubują się w rozmaitych ciekawostkach, dla tych, co lubią zbierać różne informacje o otaczającym ich świecie. Nie polecam jej natomiast osobom, które poszukują bardziej konkretnej wiedzy z dziedziny historii, czy przemysłu perfumeryjnego.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.

środa, 18 grudnia 2013

Szybki, świąteczny konkurs oraz rzecz niezmiernie ważna

   Ponieważ już za niecały tydzień, do grzecznych dzieci przyjdzie Mikołaj, do grzecznych dorosłych pewnie również się wybierze, postanowiłam Wam drodzy Czytelnicy osłodzić nieco magię zbliżających się świąt poprzez kolejny blogowy konkurs. 

   A ponieważ radość i szczęście pomnaża się, gdy się nimi dzielić, zachęcam Was również gorąco do wzięcia udziału w Ogólnopolskiej Zbiórce Darów Kulturalnych organizowanej przez portal Sztukater.pl. Podzielmy się tym, co dla nas moli książkowych jest niezmiernie ważne- dostępem do kultury. Akcja polega na zbiórce darowizn i książek, które zostaną przekazane placówkom walczącym z wykluczeniem społecznym. Więc jeśli macie jakieś zbędne książki, nie wahajcie się, by podzielić się nimi, z tymi, którym ich brakuje! Zachęcam również do polubienia strony na faceboku.



   Z tą akcją powiązany jest również mój nowy konkurs.

Zasady: 
1. Organizatorem konkursu jestem ja- autorka tego bloga.
2. W związku z punktem 1, cała pula nagród pochodzi z mojej prywatnej kolekcji.
3. Wspomniana w punkcie 2 pula nagród wygląda tak. Zwycięzca po ogłoszeniu wyników będzie miał prawo wybrać sobie jeden tytuł* zamieszczony na podlinkowanej półce. Tytuł ten musi być obecny na półce z chwilą ogłoszenia wyników!
4. Konkurs potrwa od dzisiaj do momentu do 23 grudnia do 23.00
5. Ze zwycięzcą skontaktuję się osobiście, choć na odpowiedź będę czekać najwyżej tydzień.
6. Warunkiem wzięcia udziału w konkursie jest:
a) Podanie swojego imienia/nicka w komentarzu pod postem (nie przyjmuję anonimowych zgłoszeń!) oraz adresu e-mail.
b) Wykonanie zadania konkursowego.
c) posiadanie adresu korespondencyjnego na terenie Polski
d) warunkiem koniecznym jest umieszczenie informacji o Zbiórce darów kulturalnych na swoim blogu/fb, czy dowolnym portalu społecznościowym (w zgłoszeniu, oczekuję linka odnoszącego się do miejsca, na którym udostępniono informacje o akcji charytatywnej)
7. Dodanie bloga do obserwowanych oraz podlinkowanie konkursu nie jest obowiązkowe, będzie jednak miłym gestem.

Zadanie konkursowe

   Napiszcie list do Świętego Mikołaja z prośbą o wymarzoną książkę.

* Wszystkie książki są używane a ich stan jest różny, wydania niekoniecznie pokrywają się z tymi, które widnieją na półce. Informacji o stanie wybranej książki udzielę przed wysłaniem nagrody, przewiduję też możliwość zmiany tytułu na inny na życzenie zwycięzcy (przed wysyłką!), jeżeli stan książki nie będzie zadowalający