czwartek, 20 czerwca 2019

Wilki

Autor: Adam Wajrak
Wydawnictwo: Agora
Rok wydania: 2015

   Wilki to dość mocno wyeksploatowany temat w popularnej od kilku lat literaturze przyrodniczej, a książka Adama Wajraka jest jedną z podstaw, które to wyczerpanie tematu rozpoczęła. Jego „Wilki” idealnie wpisały się w rosnącą popularność książek poświęconych naturze, zwierzętom i roślinom. A ponieważ sam główny bohater tej książki to zwierzę budzące pełen przekrój emocji, nic więc dziwnego, że świetnie napisana pozycja Adama Wajraka zdobyła rzesze entuzjastów.

    Wilk to zwierzę, które prawie nigdy nie było człowiekowi obojętne. Budziło zarówno podziw jak i nieracjonalny lęk. Przez stulecia towarzyszyło ludzkości, znacząc swój ślad w kulturze, sztuce, przesądach i w końcu w nauce. Będący symbolem niezależności i wolności, wilk od wieków jest również czarnym charakterem, którym straszy się dzieci. I gdy z jednej strony znajdziemy legendę o Remusie i Romulusie wykarmionych przez waderę, z drugiej natrafimy na masowe rzezie wilczych watah, posądzanych o wyjątkową krwiożerczość – jak choćby udokumentowe historycznie zbiorowe polowanie na bestię z Gevaudan, będące kanwą filmu „Braterstwo wilków” Christophe’a Gansa. Ten sam wilk, w pieśniach Jacka Kaczmarskiego przerodził się w symbol prześladowanej wolności i niezależności.

   Adam Wajrak zdaje sobie sprawę z historycznego znaczenia wilka w kulturze i obyczajowości człowieka. Gdy jako młody dziennikarz trafia do białowieskiej puszczy pełen niedowierzania odkrywa, że w miejscowych wilk nie budzi praktycznie żadnych emocji. To zainspirowało go do poszukania źródła atawistycznego wręcz lęku człowieka przed wilkiem i w książce poświęcony temu został cały rozdział.

   Znajdziemy też w „Wilkach” rozdział poświęcony Kazanowi – imiennikowi krzyżówki wilka  z psem z powieści „Szara wilczyca” Jamesa Olivera Curwooda. To uratowany przed niechybną śmiercią lub niewolą Kazan przez kilka lat był medialną twarzą białowieskiego wilka, a zdjęcia z jego udziałem pojawiały się w wielu publikacjach. Los Kazana wyraźnie wskazuje, jak ciężką dolą jest dola wilka trzymanego w niewoli i jak trudnym jest udomowienie prawdziwego leśnego zwierzęcia. 

   W opowieści Adama Wajraka nie brakuje też wzmianek o ekologicznym znaczeniu tego dużego drapieżnika. Wspomniane zostaje jego miejsce w lesie i to jak wielką rolę odgrywa w ekosystemie. Nie zabrakło też burzliwej historii jego relacji z człowiekiem na ziemiach polskich. Stosunkowo niedawno wzięty ponownie w ochronę gatunkową wilk, miał w Polsce ciężkie chwile. A ponieważ wilk jako drapieżnik zawsze w części społeczeństwa będzie budzić niechęć, to i dzisiaj nie ma najlżejszego żywota, gdy w lasach działają kłusownicy.

   Kolejnym ważnym i niezwykle interesującym motywem jest opis naukowej działalności Nurii, żony autora, która przyjechała z Hiszpanii by w Puszczy Białowieskiej pisać pracę naukową o tym, co w lesie strefy umiarkowanej dzieje się z padliną. Puszcza jako jedno z niewielu miejsc w Polsce, mogąca się poszczycić obecnością dużych drapieżników siłą rzeczy stała się też idealnym miejscem do zbadania co dzieje się z resztkami z wilczego stołu. Fragmenty poświęcone temu, kto kolejno wita do stołówki, by dokończyć wilczy posiłek są niezwykle ciekawe i niosą ze sobą wiele interesujących informacji..

   Książkę czyta się wyśmienicie i wyraźnie widać, że jej autor pracuje piórem. Z drugiej strony nie ucieka w banalny sentymentalizm i nawet, gdy pisze o śmierci poszczególnych zwierząt, to stara się zachować profesjonalny obiektywizm. Ilość źródeł oraz bliski związek z badaczką przyrody znacząco wpłynęły na merytorykę książki. Autor zwraca też uwagę, na to jak prowadzona jest medialna dyskusja o wilkach i jak wielkie znaczenie ma w niej użycie słów w Taki sposób, by kreowały ściśle określony wizerunek.

   „Wilki” Adama Wajraka to pod wieloma względami ważna książka. Przeciętnemu człowiekowi, który wilka kojarzył z negatywnymi postaciami z bajek oraz z doniesień medialnych o kolejnych zagryzionych owcach pozwala spojrzeć na to niezwykłe zwierzę z zupełnie innej perspektywy. Pomaga zrozumieć istotę wilczej rodziny oraz niezwykłą biologię gatunku. To w końcu świetnie napisana książka o najstarszym europejskim lesie, ostoi zwierzęcia, które w równym stopniu przeraża, co fascynuje.

sobota, 15 czerwca 2019

Mutant

Autor: Bogdan Loebl
Tłumaczenie: Rajmund Dąbrowski, Becky de Oliveira
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Rok wydania: 2018

   „Mutant” Bogdana Loebla, to moje drugie, po „Śpiącej jasnowłosej” spotkanie z twórczością tego polskiego autora. Po całkiem pozytywnych wspomnieniach z jego prozą postanowiłam sięgnąć po poezję. Nie jest to mój pierwszy kontakt ze współczesną poezją, więc w pewnym sensie widziałam, czego się spodziewać. Interesującym dla mnie było to, jak autor, którego prozę zdążyłam już poznać radzi sobie w liryce. Niewielki, dwujęzyczny zbiór, zawierający najnowsze wiersze pisarza, okazał się dobrym wyborem.

   Bogdan Loebl w poezji porusza podobne tematy do tych, o których pisał prozą. Tematy bardzo bliskie i nieobce nikomu z nas. Uczucia, świadomość siebie i świata oraz sposób postrzegania otaczającej nas rzeczywistości. Samotność i bliskość, młodość i przemijanie w poszczególnych utworach pojawiają się one wszystkie. Są to rzeczy zwyczajne, wręcz codzienne ale właśnie z racji na tę zwyczajność i codzienność, są ważne. Bo niejednokrotnie właśnie nazwanie rzeczy codziennej zwraca nam uwagę na jej istnienie, przez pryzmat utworu pozwala się zastanowić nad samym sobą, w jakim miejscu właśnie jesteśmy i kim właściwie jesteśmy.

   Ten niewielki zbiór wierszy to lektura chwilowa, idealna na krótką przerwę, zawierająca raptem kilkanaście krótkich utworów nie przykuje uwagi na zbyt długo. Z drugiej stron, jak z każdą poezją, jest to książka do której można zajrzeć za każdym razem, gdy najdzie nas taka potrzeba. W każdej chwili można sięgnąć po dowolny z wierszy, który swoją tematyką może skłonić do przemyśleń.

   Utwory są bardzo przystępne, napisane prostym, współczesnym językiem, który nie stanowi problemu i jest bardzo łatwy w odbiorze. Nie znajdziemy tu zbytnio wyrafinowanych metafor, czy alegorii, które każą nam się zastanowić, co też podmiot liryczny ma na myśli. W warstwie językowej zabrakło mi nieco plastyczności oraz malowania słowami obrazów, które można sobie wizualizować. Traci na tym nieco odbiór wierszy, gdyż nie są one sugestywne, przez co bardzo łatwo pozostać na nie obojętnym.

   Wiersze Bogdana Loebla zostały przetłumaczone na angielski przez dwoje tłumaczy. Widać tu wyraźnie wszystkie problemy, które pojawiają się przy tłumaczeniu poezji. Często w  tłumaczeniach cierpi rytmika utworów, które tracą nieco na swojej płynności oraz na grze słowem, jaka pojawia się w polskich wersjach utworów. Przetłumaczone zostały jednak dobrze i tam gdzie to możliwe zastosowane przez Bogdana Loebla środki stylistyczne zostały przełożone na inny język z jak najmniejszymi stratami w ujęciu poszczególnych utworów.

   Trudno mi polecić najnowszy zbiór wierszy Bogdana Loebla. Z jednej strony jest to typowy tomik współczesnej poezji, nie wyróżniający się absolutnie niczym, z drugiej zaś aż za dobrze wiem, jak ważny jest odbiorca przy lekturze poezji. Bo to jak ją odbieramy, zależy głównie od naszej wrażliwości i to, co zachwyci niektórych, może być zupełnie obojętnym dla innych. W momencie, gdy utwory, jak te zawarte w „Mutancie” nie mają w sobie nic, co sprawiłoby, że są wyjątkowe, ta wrażliwość czytelnika jest jeszcze ważniejsza. Są to wiersze, które albo trafią, albo nie trafią do czytelnika i myślę, że warto przekonać się o tym samodzielnie, czy poezja tego autora jest czymś dla nas.

Recenzja powstała na zlecenie portalu Sztukater.

środa, 12 czerwca 2019

Na wiosłach przez Atlantyk

Autor: Romuald Koperski
Cykl: Ocean niespokojny. Tom II
Wydawnictwo: Bernardinum
Rok wydania: 2019

   Gdy niecałe dwa lata temu świat obiegła wiadomość o niezwykłym wyczynie Polaka, który pokonał Ocean Atlantycki na łodzi wiosłowej, wzbudziła ona niemałe poruszenie. I choć sam czyn nie był mi obcy, nie miałam świadomości, że Romuald Koperski, nie tylko dokonał czegoś niezwykłego, ale też pisał o swoich wyprawach, z których ta choć nie była pierwszą, była póki co, jedyną morską wyprawą zakończoną powodzeniem.

   Lubię sięgać po książki, opisujące wyczyny ludzi, mierzących się z tym, co już na pierwszy rzut oka wydaje się niesamowite. Czy są to opowieści o podboju ośmiotysięczników, czy wspomnienia z  objazdu obu Ameryk w wielokilometrowej podróży, czy też jak w przypadku „Na wiosłach przez Atlantyk” historia umieszczona pośród morskich bezkresów.

   Książka Romualda Koperskiego jest bogato ilustrowana zdjęciami z wyprawy, począwszy od fotografii niewielkiego miasteczka na Wyspach Kanaryjskich, z których Polak wyruszył na podbój oceanu aż po zdjęcia wybrzeża Tobago, na którym przygoda na pełnym Atlantyku się zakończyła. Obie fotografie dzieli ponad siedemdziesiąt dni, nic więc dziwnego, że spodziewałam się, iż książka będzie opisywać o zmaganiach człowieka z morzem.

   Moje oczekiwania zostały zaspokojone niestety tylko częściowo. Bo choć relacji z poszczególnych cisz i sztormów nie zabrakło, to jednak trudno powiedzieć, by były dominującym elementem publikacji. Palmę pierwszeństwa skradły im wywody z pogranicza filozofii istoty ludzkiej i jej rozwoju. W książce aż mnoży się od kolejnych rozważań, które można streścić znanym powiedzeniem, że „wiara czyni cuda”. Tę tezę autor przytacza wielokrotnie, począwszy od wspominek z poprzednich syberyjskich wypraw, poprzez znajdywanie przyczyn w nieudanej podróży przez Pacyfik, aż pod wniosek, że opisywana tu wyprawa nie powiodłaby się, gdyby nie usilna i niezachwiana wiara autora w jej powodzenie. I choć z jednej strony jestem w stanie zrozumieć, że samotna wyprawa oceaniczna musi wpłynąć na samorozwój i zwiększenie świadomości własnego ja, o tyle ilość oraz jakość refleksji będących odzwierciedleniem przytoczonego powyżej powiedzenia była nie tylko męcząca, ale i irytująca.

   Sięgając po książkę Romualna Koperkiego miałam nadzieję na malownicze i sugestywne opisy zmagania się człowieka z potężnym żywiołem, z majestatem natury, która choć w coraz mniejszym stopniu nieznana, wciąż pozostaje wszechpotężna. Wypatrywałam chciwie wszystkich fragmentów, w których podkreślona została potęga oceanu, czy objawiająca się ciszą połączoną  z wysysającym życie żarem lejącym się z nieba, czy też ukazująca swą niszczycielską siłę w szaleństwie sztormowych fal. Nie mogę stwierdzić, by takich fragmentów nie było, choć w moim odczuciu było ich bardzo mało. Prawie w ogóle swego miejsca za to nie znalazły w tej opowieści zwierzęta zamieszkujące ocean, bo choć autor wspomina dość enigmatycznie o towarzyszących mu ptakach, czy łowionych rybach, to o nich też nie dowiemy się zbyt wiele.

   „Na wiosłach przez Atlantyk” jest książką napisaną poprawnie. Z jednej strony nie znajdziemy tu błędów językowym a język jest wystarczająco bogaty i sugestywny, by nie móc mu nic zarzucić. Z drugiej zaś denerwująca jest wielka dysproporcja w tematyce, wraz z często nieco chaotycznie wprowadzonymi wariacjami na temat skuteczności automotywacji opartej na wierze i wmawianiu sobie, że wszystko musi się udać.

   Po lekturze odniosłam wrażenie, że w całej tej książce cała uwaga autora skupiona była na nim samym. Trudno też nie odczuć, że pokonanie oceanu łodzią wiosłową, było bardziej walką z samym sobą, niż z żywiołem. Tego drugiego zdecydowanie mi zabrakło i choć Atlantyk jest bohaterem tytułowym książki Romualda Koperskiego, to jednak można odnieść wrażenie, że został zepchnięty na drugi plan ustępując miejsca autorowi.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

niedziela, 9 czerwca 2019

Stosik (miał być malutki) na początek czerwca

   Jakoś tak wyszło, że spośród majowych premier, które mnie interesują tylko jedna zaplanowana była na koniec miesiąca. W związku z tym postanowiłam, że w czerwcu książek kupować nie będę. W tym celu skutecznie omijałam stronę mojej ulubionej księgarni i nawet, nawet twardo utrzymywałam się w postanowieniu. A potem, przy okazji nieksiążkowych zupełnie zakupów na Allegro, stwierdziłam - a sprawdzę, czy nie mają którejś z poszukiwanych przeze mnie książek. Nie mieli, ale mieli w sumie jedną, która już od jakiegoś czasu za mną chodziła. A ponieważ pakiet Smart, a książka kosztowała raptem 8,49, no to trzeba było troszkę dobrać. Więc dobrałam... A skutkiem jest ten niemały stosik, powiększony jeszcze o spory pakiet recenzentek. Kolejno to wygląda tak.


   Gdzie ten ssak? Dawid Kilon Poprzednią książkę z tej serii kupiłam jakiś czas temu i bardzo mi się spodobała. Gdy w ulubionym markecie Polaków zauważyłam tę, nie wahałam się zbyt długo.
   Dzieła dramatyczne William Shakespeare Sześciotomowy zbiór większość dramatów Shakespeare'a. I w sumie ja niby większość już miałam w innych wydaniach - w tym ciekawą kolekcję wydań ze spektaklami realizowanymi przez BBC, niemniej jednak, cena była kusząca, a szaleństwo antykwariatowe w pełni.


   Reliktowa puszcza karpacka Stanisław Kucharczyk, Robert Michalski Dwujęzyczny album prezentujący obszar Puszczy karpackiej. Zakup przy okazji obchodów rocznicy 4 czerwca. 
  Sen na kniaziach Robert Gmiterek Jedna z niewielkich recenzenckich pozycji, przeczytana, dość oryginalna, nie straciłam przy niej zbyt wiele czasu.
   Gosta Berling Selma Lagerlof Kolejna recenzentka z wydawnictwa MG - tych się troszkę zebrało w tym stosiku. Klasyka literatury, noblistka, nie trzeba mnie było specjalnie zachęcać.
   Pieniądze młodej pani Wilkie Collins Jeden z tych autorów, których książki biorę w ciemno, czy to do recenzji (jak tę), czy na zakupach.
   Branki w jasyrze Deotyma I znów powieść pisana dawno temu, jestem w trakcie lektury i dostałam to, czego oczekiwałam.
   Morderstwo ma motyw Francis Duncan Ponoć klasyka brytyjskiego kryminału - te słowa wystarczyły by mnie skusić. 
   Alpy na wariata. Pierwsze szczytowanie  Dariusz Kujawski Lubię czasem wysokogórską tematykę, to i się skusiłam.
   Cynobrowe pola Aleksandra Redlak Do wydawnictwa SQN Imaginatio mam ogromne zaufanie, stąd i ta pozycja w moich recenzentkach
   Barbakany w Polsce Bartłomiej Grzegorz Sala Co jak co, ale obok takich perełek nie potrafię przejść obojętnie. Ciekawa jestem na ile spełni moje oczekiwania, ale zapowiada się nieźle.
    Wesołe wiersze i smutne fraszki Stefan Tycjan Tyczyna Kolejna maleńka recenzentka i znów sięgnięcie po poezję. Zobaczymy.
    Wszystkie białe damy Piotr Borowiec Antologia opowiadań grozy, czemu nie? Ostatnia z recenzentek na stosie. Obawiam się jedynie, że mogę się nie wyrobić z lekturą.
   Zamiana Rebecca Fleet A to wygrana w konkursie, ogólnie śmieszna rzecz nieco, bo byłam pewna, że gram o Szwindel Jakuba Ćwieka, potem się okazało, że nagrodą była osłonka na kamerkę w laptopie, a następnie napisali do mnie z Marginesów, że osłonki im wyszły i wyślą książkę - tu znów przyszedł do głowy Ćwiek, no ale narzekać nie będę. Najwyżej wyląduje w grudniu na WOŚPowej aukcji.


   Król naftowy, Królowa pustyni, Kozak, Czarny Gerard, Benito Juarez, Rapier i tomahawk, W Hararze, Szatan i Judasz (trzy tomy) Karol May To już antykwariatowe zakupy i uzupełnianie kolekcji klasyków dla młodzieży.
   Spotkanie po latach, Czary Marigold Lucy Maud Montgomery I znów młodzieżowe klasyki, tyle że bardziej dziewczęce.
   Ssaki drapieżne Europy Piotr Sumiński, Jerzy Romanowski A to sprawca całego zamieszania. Przejrzałam ją i zachwyciła mnie połączeniem leksykonu o ssakach z ogromną częścią dotyczącą ich biologii i ekologii.
   Rodzina Palliserów Anthony Trollope Kiedyś wpadła mi w oko na Lubimyczytać, więc dorzuciłam do reszty.
   Tylko dla dziewcząt, Krystyna i chłopy Magdalena Samozwaniec Bardzo lubię jej prozę, a tych dwóch jeszcze nie miałam.
   Rebeka Daphne du Maurier Kolejna rzecz, która kiedyś tam wpadła mi w oku i którą w końcu kupiłam.
   Rosmus Rycerz białej róży Astrid Lindgren I malutki dziecięcy klasyk, uwielbiam książki tej autorki.
   Zbrodnie miłości Markiz de Sade Jakże odmienne klimaty, a jednak wciąż pozostaję wśród klasyków literatury.
   Człowiek o którego upomniało się morze Czesław Centkiewicz, Alina Centkiewicz Opowieść o Amundsenie autorstwa podróżników polarników - czego chcieć więcej.
   Upiór rodu Canterville'ów, Zbrodnia lorda Artura Savile Oscar Wilde Kolejny pisarz, którego nazwisko działa na mnie jak magnes.
   Wybór nowel i opowiadań Henryk Sienkiewicz Choć zdecydowanie wolę jego powieści to jestem przekonana, że prędzej czy później, przyda mi się ta książka.
   Pocieszne wykwintnisie Molier To jedna z tych rzeczy, którym trudno się oprzeć.
   Pamiętniki Adama i Ewy Mark Twain To kolejna drobniutka książeczka, za którą już od jakiegoś czasu się rozglądałam.
   W pewnym miasteczku Thomas Hardy I kolejny drobny utwór, obok którego ciężko było przejść obojętnie.


   Polki przeklęte Jarosław Molenda, Zagadki kryminalne PRL Kazimierz Kunicki, Tomasz Ławecki , Wierny mąż niewiernych żon Iwona Kienzler Kolejne trzy tytuły z kolekcji, pierwszego z autorów kojarzę, ostatnią z autorek również. Liczę na dobry kawałek historii.
   Polki. Podróż do wnętrza Polski Gerard Guegan Kolejna książka przywieziona z gdańskich obchodów 4 czerwca, zapowiada się ciekawie.
   Nieoczywista układanka polska Maja Kramer, Karolina Laube-Kramer To dość intrygująca pozycja w formie encyklopedii o Polsce. Szereg alfabetycznie uporządkowanych haseł, skłania do szukania szerszych informacji na poruszane tematy. Też przywieziona ze świętowania.

   No i wszystko, jak widać "niekupowanie książek" nie wyszło zupełnie a i w recenzentki obrodziło - cóż z reguły biorę prawie wszystko od MG. Nie mam pojęcia kiedy to wszystko przeczytam, a na regałach coraz ciaśniej. W porównaniu z poprzednimi stosami, ten aż roi się od literatury pięknej, widać równowaga musi być zachowana.

czwartek, 6 czerwca 2019

Basil

Autor: Wilkie Collins
Tytuł oryginału: Basil
Tłumaczenie: Joanna Wadas
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2019

   Gdy kilka lat temu zupełnie przypadkiem trafiłam na powieść „Księżycowy kamień” Wilkie Collinsa, wiedziałam, że będzie to jeden z tych autorów, na których najnowsze wydania będę  oczekiwać z wielką niecierpliwością. Szczęśliwym trafem jego powieści trafiły do planów wydawniczych oficyny MG, co po raz kolejny pozwoliło mi cieszyć się niezwykle wciągającą lekturą obnażającą dusze mieszkańców Londynu końca dziewiętnastego wieku.

   „Basil” to pisana z pierwszoosobowej narracji opowieść o bogatym drugim synu starego brytyjskiego rodu. Bohater wskutek własnych działań znajdujący się w kryzysowej sytuacji snuje swoją historię przybliżając czytelnikowi szczegóły swojego upadku. Przez opowieść przewijają się postaci jego brata, siostry i ojca oraz wspomnienie dawno zmarłej matki. Kolejnymi osobami, które wywarły na tytułowego bohatera ogromny wpływ są Margaret, jej ojciec pan Sherwin oraz jego sekretarz Mannion. Basil szaleńczo zakochany w dziewczynie, wierny zasadom honorowego postępowania, naraża rodową dumę na mezalians wiążąc się potajemnie z Margaret. Jak się z czasem okazuje kupieckie pochodzenie panny Sherwin jest tylko jednym z problemów, z jakim zmierzyć musi się młody szlachcic.

   „Basil” to przede wszystkim opowieść o destrukcyjnej potędze emocji. Jest wśród nich ta namiętna miłość, która miast tworzyć i uskrzydlać, sprowadza tylko nieszczęście.  Ogromną rolę odgrywa też duma, niepozwalająca na przekroczenie pewnych granic i splamienie rodzinnego honoru. Znajdziemy tu też miejsce na zemstę, która gdy już się dokonała nie koi poczucia krzywdy, a jedynie wzbudza pragnienia dalszego karania tych, których można obwinić o własne nieszczęście. Chciwość i pragnienie dołączenia do elity, które każe kupczyć nawet własną córką również znajdują w tej powieści swoje miejsce. Ale książka Wilkiego Collinsa nie ogranicza się tylko do tych złych stanów emocjonalnych, gdyż w kontraście do tych najczarniejszych cech ludzkiej natury pokazano oddanie i poświęcenie dla ukochanego brata oraz siłę prawdziwego wybaczenia, które niesie ulgę i pozwala spokojnie spojrzeć na własne położenie.

   Kolejnym bardzo wyrazistym motywem jest podkreślenie podziałów klasowych w dziewiętnastowiecznym londyńskim społeczeństwie. Wilkie Collins kładzie bardzo mocny nacisk na to, czym jest bycie dżentelmenem, jakie są powinności i możliwości związane ze szlacheckim pochodzeniem. Największą, niewybaczalną wręcz zbrodnią staje się mezalians, czytając nie mamy najmniejszych wątpliwości, że gdyby tytułowy Basil ograniczył się do uwiedzenia panny Sherwin a nawet gdyby został ojcem jej dziecka, byłoby to znacznie mniejszym przewinieniem niż podarowanie jej własnego nazwiska wraz z zaślubinami. Podobnie później, wydawać by się mogło najsensowniejsza opcja rozwiązania problemu i uwolnienia się z trudnej sytuacji zostaje natychmiast odrzucona, gdyż wiązałaby się ze skandalem.

   Lektura płynie bardzo przyjemnie. Powieść czyta się dobrze, a bogaty i bardzo plastyczny język tworzy niezwykle sugestywne obrazy i idealnie oddaje uczucia bohaterów. Zarówno te, o których świadomie pisze narrator, jak również te jakie dostrzec można na drugim planie jego relacji z wydarzeń z przeszłości. Po sposobie prowadzenia narracji widać wyraźnie czasy, w których książka powstała, jednak warstwa językowa nie jest ciężkostrawna i nie wymaga nadmiernej uwagi, można stwierdzić, że choć wyraźnie się zestarzała, to jednak zrobiła to z właściwym sobie wdziękiem.

   Fanom Wilkiego Collinsa nie muszę polecać „Basila”. To jego kolejna, równie pasjonująca, co poprzednie, powieść, która ukazała się w ostatnim czasie nakładem wydawnictwa MG. Znajdziemy tu wszystko, za co można cenić twórczość tego pisarza. Silne i wyraziste osobowości, równie silne uczucia, wspaniały portret angielskiego społeczeństwa z końca dziewiętnastego wieku oraz pewną dozę tajemniczości i niewiadomej, która czyni lekturę intrygującą.

Recenzja powstała na zlecenie portalu Sztukater.

niedziela, 2 czerwca 2019

Podsumowanie maja

   I nie wiadomo kiedy minął maj. Książkowo upłynął mi pod znakiem niekoniecznie porywających recenzentek. Cóż, decyzja by brać recenzentki, gdy w puli wyboru nie było ani jednego tytuły, na który naprawdę czekałam nie była dobrą decyzją. Bo chociaż nie są to książki złe, to jednak nie urzekły mnie na tyle, bym była w pełni zadowolona z lektury. Zysk taki, że wszystkie trafiły do kartonika, w którym zbieram już kolejną porcję książek, jakie trafią na WOŚPowe aukcje. Poza recenzentkami sporo było Asteriksa, gdyż dorwałam się do kolejnych tomów jego przygód. Poza tym, jak to u mnie, różnorodnie.


   Rafa koralowa Krzysztof Teisseyre Z serii Tajemnice zwierząt została mi tylko jedna do zdobycia i przeczytania. Ta była przed ostatnia i trzyma poziom całego cyklu. Jest to więc całkiem przyzwoita książka edukacyjna, która nieco się zdezaktualizowała, zwłaszcza w kwestii zagrożeń dotyczących raf.
   Niezgoda, Asteriks legionista Rene Goscinny, Albert Uderzo, Asteriks w Italii Jean-Yves Ferri, Didier Conrad Trzy kolejne tomy przygód małego Gala i jego "tylko nie gruby!" kolegi. Zabawne, oparte na stereotypach, ale przyjemne dla oka lektury.
   Artemizja Nathalie Ferlut, Tamia Baudoun Ten komiks skusił mnie do zamówienia recenzentek na maj. Jest dość brutalny, jednoznaczny, ale też interesujący. Graficznie niezupełnie moja bajka, raczej dość ponury w tonacji, co nieźle koresponduje z całym klimatem opowieści.
   Dumanowski Wit Szostak Urzeczona kilka lat temu jego Oberkami do końca świata, skusiłam się na inną recenzentkę od tego autora. Nie oczarowała mnie aż tak bardzo, ale przedstawiona tu alternatywna historia Polski ma swój urok.
   Rejs do Indonezji Kazimierz Ciemny Między innymi dla takich książek wciąż współpracuję ze Sztukaterem. Jest to pozycja, po którą z pewnością nie sięgnęłabym, gdybym nie była ograniczona w wyborze lektur. A tak miałam okazję poznać relację człowieka, który w latach sześćdziesiątych był członkiem załogi statku opuszczającego gdański port, gdzie został zbudowany, do portu przeznaczenia - Dżakarty. Interesująca pozycja.
   Rozbitek z "Arki" Gdynia Stanisław Rymaszewski Kolejna tego typu pozycja, również wydana przez Marpress - wydawnictwo typowo "morskie". Tym razem opowieść o polskim rybołówstwie w czasach powojennych. Pozycja zdecydowania dla wielbicieli tematu.
   Serce ciemności Joseph Conrad, Jacek Dukaj To książka znacznie bardziej Dukaja niż Conrada. Uwspółcześniona i napisana typowym dla Jacka Dukaja językiem, tylko fabułą przypomina swój literacki pierwowzór. Ciekawy eksperyment.
   Tajemnica świętych relikwii Ellis Peters Pierwszy tom opowieści o bracie Cadfaelu - mnichu detektywie, który w mej pamięci wciąż ma rysy Dereka Jacobi. Kryminalna zagadka osadzona w średniowieczu jest przyjemna i intrygująca.

  Ot i cały stos majowych lektur za mną. Recenzje większości z nich prędzej, czy później pojawią się na blogu, chyba, że któraś z pozycji budzi większe zainteresowanie, to w sumie mogę zmienić planowaną kolejność wpisów.

poniedziałek, 27 maja 2019

Jad

Autor: Daniel Karpiński
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2018

   Wybierając książkę nieznanego mi zupełnie Daniela Karpińskiego jako jedną z recenzentek zasugerowałam się opisem, spodziewając się klasycznej historycznej powieści z tajemnicą w tle. „Jad” tylko po części okazał się tym, czego się spodziewałam, w rzeczywistości zaś zaskoczył mnie niejednoznacznością i trudnością w zaszufladkowaniu do ogólnie przyjętych kategorii powieściowych.

   Akcja powieści prawie w całości osadzona jest w Toledo, w drugiej połowie osiemnastego wieku. Jednym z jej bohaterów jest Narcizio zatrudniony przy zaprojektowaniu i wykonaniu ołtarza w katedrze. Takie tło akcji i osnowę fabuły sugeruje okładkowy abstrakt, ale jest to tylko część prawdy, gdyż oprócz Narcizio równie ważną rolę odgrywa w powieści jego żona, natomiast o ołtarzu, choć odgrywa on swoją rolę, to jednak znacznie częściej się wspomina w celu nazwania ludzi przy nim pracujących.

   Rzeczywistość przedstawiona w powieści jest dość szczególna. Z jednej strony mamy Toledo, z grasującą ulicami hiszpańską inkwizycją, z wspaniałym pełnym możliwości Nowym Światem gdzieś za zachodnim horyzontem i z okolicznymi wioskami, zaopatrującymi mieszkańców w płody rolne. Brak konsekwencji w kreacji rzeczywistości wkrada się natomiast gdzieś w rozważania głównych postaci, snujących swoją opowieść. Pojawiają się w nich myśli na wyraz śmiałe, jak na czasy, w jakich umieszczeni zostali bohaterowie, charakteryzują się głębią filozoficznej analizy, popartej wiedzą wyniesioną z licznych, również późniejszych, nurtów filozoficznych. Trudno uwierzyć, by architekt, który nigdy nie przepadał za studiowaniem, ani tym bardziej jego prosta żona, mogli poszczycić się umiejętnością aż tak dogłębnej analizy oraz zdolnością stawiania typowych filozoficznych pytań.

   W powieści „Jad” ogromną rolę odgrywa pożądanie oraz miłość. W tej właśnie kolejności, z jednej strony miłość własna Narcizio, z drugiej zaś jego pożądanie do kochanki. W tle tego wszystkiego znajduje się zazdrość jego żony oraz jej zraniona duma. Jej senne wizje prezentujące zbliżenia kochanków przekształcają znaczną część powieści w dzieło erotyczne, w którym namiętność obydwojga przefiltrowana jest przez wrażenia żony, która długi czas nie wie, co jest jawą a co snem.

   Opowieść jest przedstawiona z perspektywy kilkorga narratorów, w których głównymi są Narcizio Tome i jego małżonka. I choć opowieść dotyczy głównie tego pierwszego, to jego historię poznajemy z różnych perspektyw, przez co dość dobrze możemy wniknąć w myśli i uczucia osób mu bliskich. Kolejnym dość intrygującym zabiegiem autora było przedstawienie różnych alternatywnych zwrotów akcji, każdy nieco inny i wszystkie wykluczające się wzajemnie. Dopiero ostatni z nich rozbudowany jest dalszą fabułą prezentującą konsekwencje zaistniałych zdarzeń. Każda z alternatyw wnosi natomiast coś nowego do opowiedzianej historii, uzupełniając historię postaci. Nie można też pominąć przypisów autora, które niejednokrotnie wybiegają znacznie wprzód względem toczącej się fabuły, wprowadzając dygresję w toczącą się opowieść i mające niewiele wspólnego z głównym jej nurtem.

   Książkę czyta się całkiem dobrze, choć nierówno. Napisana została przystępnym językiem niekoniecznie oddającym czasy w jakich rozgrywa się fabuła. Często też opisy zbaczają w stronę filozoficznych rozważań, które niekoniecznie pasują do zaprezentowanych wydarzeń. To dość znacząco wpływa na płynność lektury, gdyż te fragmenty wyraźnie odbiegają od stosunkowo płynnej akcji całości.

   „Jad” jest pod pewnymi względami dziwną książką, przeskakując pomiędzy powieścią historyczną, erotykiem, prozą przygodową oraz rozprawką filozoficzną prezentuje fikcyjną historię związaną   ze znanym z cudownej mocy ołtarzem w katedrze w Toledo. Na pewno jest to pozycja niebanalna, zarówno dzięki formie w jaką ubrana została fabuła powieści, jak i wszystkie dodatkowe smaczki wrzucone w nią przez autora. Z drugiej strony można czasem odnieść wrażenie, że została przeładowana dziwnymi zabiegami, co wprowadza pewien dysonans w lekturę.

Recenzja napisana na zlecenie portalu: Sztukater.

piątek, 24 maja 2019

Zmącony spokój pani labiryntu

Autor: Joe Alex
Cykl: Joe Alex. Tom V
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 1990

   Wydawana pod pseudonimem seria Macieja Słomczyńskiego Joe Alex, to zbiór ośmiu opowieści kryminalnych, w których tytułowym bohaterem jest alter ego autora. „Zmącony spokój pani labiryntu” to piąta książka przygód pisarza detektywa, która odrobinę wyróżnia się spośród pozostałych, będących klasycznymi kryminałami w stylu Agathy Christie.

   Jak w poprzednich odsłonach, tak i tutaj poznajemy historię, której narratorem jest Joe Alex. Tym razem opowieść ściśle wiąże się z jego przyjaciółką Karoliną Beacon, która natrafia na trop wielkiego archeologicznego odkrycia. W związku z tym przez pierwszą połowę powieści dominuje wątek przygodowy, gdy para bohaterów próbuje wysnute wnioski przełożyć na rzeczywistość, by w końcu zorganizować wyprawę, która pozwoli dowieść, czy domysły młodej archeolożki były słuszne. Gdy bohaterowie w końcu trafiają na niewielką wysepkę na Morzu Śródziemnym pojawia się sceneria idealna pod zbrodnię z gatunku: „zabiło jedno z nas”.

   O ile przygodowa część książki nie przykuła specjalnie mojej uwagi, wydała mi się wręcz nieco przydługim wprowadzeniem do właściwego tematu powieści, o tyle już kryminalny aspekt książki w zupełności spełnił moje oczekiwania. Przez długi czas, możemy się jedynie domyślać, kim jest sprawca i jakie miał motywy, a poznając bliżej niewielką grupkę zamkniętych na wyspie osób odkrywamy, że prawie każda z nich mogła mieć powód, by dokonać zbrodni. Joe Alex, będący jedną z dwóch osób spoza członków archeologicznej wyprawy musi odkryć nie tylko to jak dokonano zbrodni ale i dlaczego, by mieć pewność co do tego, kim jest zabójca.

   Jak zawsze u Joe Alexa akcja osadzona jest w początkach drugiej połowy dwudziestego wieku. W czasach wciąż jeszcze dość bogatych w możliwości dokonania wielkich odkryć i na tyle słabo skomunikowanych, zwłaszcza w rejonach dalekich od cywilizacji, że zamknięcie w niewielkiej przestrzeni kilkorga osób na parę dni jest czymś zupełnie zrozumiałym. Dobre wrażenie robi historyczne przygotowanie autora do zarysowania tła intrygi, trudno tu o nieścisłości i niedomówienia i choć uważam, że tak szczegółowe rozbudowanie wstępu do kryminalnej zagadki za nieco nadmiarowe, to nie mogę nie docenić wkładu pracy włożonej w to, by był on dobrze dopracowany.

  W kontekście pozostałych tomów przygód Joe Alexa „Zmącony spokój pani labiryntu” wpasowuje się bardzo dobrze w kreacje postaci. Wydarzenia i przeżycia bohaterów konsekwentnie kreują ich charaktery, nie zaskakując. W piątym tomie zabrakło prawie zupełnie komisarza Parkera, bliskiego przyjaciela Joe Alexa, pracującego dla Scotland Yardu, co jest logicznym skutkiem przeniesienia akcji z Anglii na Morze Śródziemne, gdyż o ile obecność Joe Alexa w wyprawie archeologicznej została bardzo dobrze wyjaśnione, o tyle umieszczenie w niej policjanta nie miałoby większego sensu.

  „Zmącony spokój pani labiryntu” czyta się dobrze, choć niezupełnie równo i choć w pierwszej części powieści dzieje się równie wiele, jak w drugiej, to jednak dynamika akcji oraz wrażenia jakie pozostawia lektura są zupełnie inne. Językowo książce nie można nic zarzucić. Znany ze świetnych tłumaczeń Shakespeare’a Maciej Słomczyński posługuje się piórem nad wyraz sprawnie i z wielką lekkością. Dzięki temu, z poszczególnych stron wręcz promieniuje rosnące napięcie, czy jest ono spowodowane nerwowym podnieceniem przed dokonaniem wielkiego odkrycia, czy też skutkiem niezwykle niesprzyjającej aury.

   Piąta część przygód Joe Alexa to bardzo dobrze napisany kryminał w klasycznym stylu, który nieco tylko zbacza w stronę powieści przygodowej. Intryga i wynikająca z niej zbrodnia są dobrze przemyślane i zaplanowane, z drugiej zaś strony ślady i poszlaki pozostawione przez mordercę pozwalają w pełni zrozumieć tok myślenia pisarza  detektywa. Jest on logiczny i sensowny, co zawsze cenię w powieściach kryminalnych.

wtorek, 21 maja 2019

Stos pomajówkowy

   Zbierałam się, zbierałam i zebrać nie mogłam, by zaprezentować kolejne książkowe nabytki na moich półkach. A trochę się tego uzbierało. W tym miesiącu ponownie przytuliłam kilka recenzentek, porobiłam też zakupy w jednym z internetowych antykwariatów i choć szukałam jednej książki, kupiłam ich znacznie więcej przy okazji uzupełniając nieco kolekcję Asteriksów. Ponadto... zakupy w ulubionym książkowym dyskoncie, podwójne, bo część to pozycje, które chciałam kupić, a pozostała część to takie, które wylądowały na stosie jako prezenty. Tematyczni - dominuje komiks i literatura popularnonaukowa. Coraz mniej tej pięknej w moich zakupach, choć już mam na oku kilka premier. 
  A podwójny stosik prezentuje się tak.


   Kolorowy świat płazów Maria Ogielska, Rafa koralowa Krzysztof Teisserye Dwa z trzech brakujących mi tomów Tajemnic zwierząt, niestety nie w zielonych okładkach, poddałam się i zamówiłam te z kolorowym wydaniu. Jak się okazało, gdy teraz zerknęłam na swoją półkę na Lubimy czytać, miała już tę pierwszą w zielonym wydaniu. Cóż... za nieuwagę się płaci, a książka wyląduje na aukcji WOŚPowej. Drugiej na szczęście nie mam, podobnie jak ostatniej z brakujących mi tomów w serii, czyli Ssaki drapieżne.
   Asteriks legionista, Asteriks na igrzyskach olimpijskich, Niezgoda, Dwanaście prac Asteriksa Rene Goscinny, Albert Uderzo; Syn Asteriksa Albert Uderzo, Asteriks u Piktów, Asteriks w Italii Jean Ives Ferri, Didier Conrad; Tajemnica magicznego wywaru Olivier Gava, Fabrice Tarrin Kolejne tomy Asteriksa w kolekcji, muszę dobrze ogarnąć jakich mi brakuje, a jest ich coraz mniej, by nie powtórzyć sytuacji  powyżej.
   Artemizja Nathalie Ferlut, Tamia Baudouin Ten komiks był mocno promowany i co tu dużo mówić, skusiłam się na recenzentkę. Lektura nie zawiodła i póki co mam z niej najlepsze wrażenia jeśli chodzi o majowe recenzentki.
   Krótka historia jednego zdjęcia Jakub Kuza Książka autora fanpage'a o tym samym tytule to akurat wygrana w konkursie. Wygląda i zapowiada się ciekawie.
  Rozbitek z "Arki" Gdynia Stanisław Rymaszewski Szukając książek do paczki recenzenckiej zdecydowałam się na tę, nie był to najbardziej trafiony wybór, niestety, gdyż książka, choć nie za długa czyta się wyjątkowo opornie.
   Rejs do Indonezji Kazimierz Ciemny To kolejny recenzencki tytuł sygnowany wydawnictwem Marpress, jeszcze przede mną, ale mam nadzieję, że wrażenia będą lepsze niż po poprzedniej.
   Dumanowski Wit Szostak To chyba największe rozczarowanie z recenzenckiej paczki. Po bardzo dobrych wspomnieniach z Oberków do końca świata spodziewałam się czegoś innego, bardziej urzekającego w formie i tematyce.
   Randka z Hugo Bosym Agnieszka Lingas-Łoniewska To wygrana w konkursie, nie do końca moja bajka, ale na WOŚPowe aukcje idealna.
   Słowiańscy królowie Lechii Janusz Bieszk Nie wiem co przyświecało Bellonie, że wydała tę książkę, nie wiem też dlaczego pojawiała się w tak dobrze zapowiadającej się serii, no ale cóż. Niech służy jako ciekawostka, jak daleko można wytoczyć swoje fantazje i nazwać je literaturą naukową.
   Historia brudu Katherine Ashenburg To dla odmiany bardzo dobra pozycja, którą znam ze starego wydania i wspominam rewelacyjnie. Przystępna, ciekawa, pełna źródeł - czyli dokładnie taka, jaka powinna być tego typu książka.


      Między nami. Wiersze zebrane Jacek Kaczmarski Grube tomiszcze, które już kiedyś wpadło mi w oko, kupione jako prezent i jestem pewna, że przypadnie do gustu.
   Piórka prawie wszystkie Jan Izydor Sztaudynger Uwielbiam jego fraszki, a ten tomik (no dobra, tomiszcze) to pięknie wydany zbiór, również przeznaczona na prezent i również pozostanie w rodzinnej biblioteczce.
   Patolodzy. Panie doktorze czy to rak? Paulina Łopatniuk Autorka niezwykle interesującego bloga wydała książkę - biorę w ciemno. Jestem szalenie ciekawa tej pozycji napisanej przez najbardziej rozpoznawalną polską patolożkę.
   Plamka Mazurka Marek Pióro I kolejna pozycja "bloggerska" tym razem autorstwa ptasiarza snującego przepiękne opowieści o ptakach znanych i mniej znanych. Jestem zaintrygowana i mam nadzieję się nie zawieść.
   Zadziwiający świat ptaków Jim Robbins Kolejna "ptasia" książka w biblioteczce. Wydawnictwo sobie cenię, książka zapowiada się ciekawie.
   Trucizna Eleanor Herman Przegląd różnych przypadków otrucia skusił mnie tematyką. Ciekawa jestem pióra i rzetelności tej autorki. 

  To już wszystko, czyli ponownie mnóstwo stron do czytania, z których raptem niewielką część mam za sobą. Recenzje pozycji od Sztukatera pojawią się w najbliższym czasie, a reszta będzie cierpliwie czekać aż przeczytam. Nie ukrywam, że w kolejce największe szanse mają Tajemnice zwierząt i Asteriks z racji niewielkich objętości i lektury idealnej jako przerywnik.

niedziela, 19 maja 2019

Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt

Autor: Emilia Dziubak
Ilustracje: Emilia Dziubak
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania:2018

   Gdy jakiś czas temu zupełnym przypadkiem natrafiłam na książkę obrazkową „Rok w lesie” Emilii Dziubak, znaną mi wcześniej dzięki „Opowiem Ci mamo, co robią dinozaury” wiedziałam, że ta ilustratorka trafi do grona tych, których kolejnych pozycji wypatruję z niecierpliwością. „Rok w lesie” Oczarował mnie całkowicie, prezentując dość charakterystyczną kreskę i mocne nasycenie barw. Zapowiedź „Niezwykłych przyjaźni w świecie roślin i zwierząt” powitałam z wielką radością i wiedziałam, że muszę ją mieć.

   Podobnie, jak wspomniany wyżej „Rok w lesie”, jest to książka przeznaczona dla dzieci i choć tekstu jest w niej znacznie więcej – wciąż jest to książka obrazkowa. Grube, tekturowe kartki wytrzymają niejedno kartkowania i przeglądanie. Na co drugiej stronie znajdziemy krótki opis różnego rodzaju zależności między organizmami żywymi, większość powiązana z korzystnym oddziaływaniem co najmniej dla jednej ze stron.

   Co z jednej strony nieco zaskakujące, z drugiej zaś zabawne, w „Niezwykłych przyjaźniach w świecie roślin i zwierząt” znajdziemy też fabułę. Po zwierzęcych zależnościach oprowadza nas kot Homer. Nieco znudzony życiem, rozczarowany i niedopieszczony obraził się na dotychczasowych przyjaciół i poszedł szukać nowych. W swej wędrówce natrafia na przeróżne rodzaje „przyjaźni” spotykanej w naturze i sam musi podjąć trudną decyzję, czy któryś z nich mu odpowiada.

   W tej niezbyt nachalny sposób książka staje się przewodnikiem po ekologicznych zależnościach. Nie padają w niej trudne do zapamiętania nazwy takie jak mutualizm, czy komensalizm, ale przedstawione zostały prawie wszystkie możliwe relacje między gatunkami. Pominięte zostało jedynie drapieżnictwo i to tylko w tej najbardziej oczywistej formie. Kolejną ciekawostką są zaprezentowane hybrydy, międzygatunkowe mieszańce, takie jak najbardziej znany i oczywisty muł, ale też znacznie mniej popularny Grolar.

   Warstwie popularnonaukowej nie można absolutnie nic zarzucić. Przedstawione zależności zaprezentowane są w prosty i zrozumiały sposób i często będą ciekawostką nie tylko dla młodego czytelnika. Poza przykładami znanymi dość powszechnie, jak między innymi błazenki żyjące w ukwiałach, czy rekin wraz z przyklejoną do niego podnawką, znajdziemy tu również relacje znacznie mniej oczywiste, jak choćby termity i bakterie zamieszkujące ich przewód pokarmowy.

   Tym co jednak najbardziej zachwyca i przyciąga wzrok w „Niezwykłych przyjaźniach w świecie roślin i zwierząt” jest jej oprawa graficzna. Ilustracje Emilii Dziubak są kolorowe i pełne życia. Idealnie też prezentują omawiana gatunki. I choć nie znajdziemy tu tak wielkiej dbałości o szczegóły anatomiczne roślin i zwierząt, jak na przykład w ilustracjach Katarzyny Bajerowicz, to jednak zwierzęta zostały zaprezentowane w sposób jednoznaczny i z zauważalnie większą dbałością o drobiazgi u tych mniej znanych.

   Najnowsza książka Emilii Dziubak, to przepiękna i mądra książka. W urzekających ilustracjach wprowadza młodego czytelnika w świat ekologicznych zależności, prezentując na jak różne sposoby mogą współistnieć ze sobą rozmaite gatunki roślin i zwierząt. To pozycja, która wizualnie zachwyca, zarówno wyrazistą kreską, jak i nasyceniem barw. To w końcu jedna z tych lektur, do których wraca się wielokrotnie, zarówno z dzieckiem, z którym tę samą książkę przegląda się codziennie, jak i tym nieco starszym, które już jest w stanie zrozumieć sens króciutkich opisów do ilustracji.

piątek, 17 maja 2019

Przebiśniegi

Autor: Aleksandra Bzdzikot
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Rok wydania: 2018

   Felietony to dość popularna forma publicystyki, idealny sposób na przekazanie własnych przemyśleń w jakimś temacie. Miejscem publikacji najczęściej jest prasa a wielu poczytnych felietonistów ma swoje stałe rubryki w znanych gazetach i czasopismach. Czasem też zbiory najlepszych, starannie wyselekcjonowanych tekstów ukazują się w formie książki, co jest idealnym rozwiązaniem dla tych, którzy z prasą mają kontakt jedynie sporadyczny. Czymś zupełnie innym są zbiory felietonów osób znacznie mniej rozpoznawalnych medialnie, choć zdecydowanie trudniej o opublikowanie takiego zbioru i prym w publikacji takich wiodą wydawnictwa selfpublishingowe. Takim tomikiem felietonów jest wydana nakładem Warszawskiej Firmy Wydawniczej książka „Przebiśniegi” autorstwa Aleksandry Bzdzikot.

   Poszukując wiadomości na temat autorki, dość szybko znalazłam informację, że jest przede wszystkim malarką mieszkającą na stałe w Zurychu. „Przebiśniegi” to jej literacki debiut, choć felietony dla prasy pisała już wcześniej. Trzydziestoletnia artystka w felietonach pisze o tym, co ją otacza, ludziach, emocjach i zdarzeniach pozwalając sobie, a zarazem czytelnikowi, na złapanie krótkiego oddechu w krzątaninie codzienności.

   Teksty zawarte w „Przebiśniegach” są dość podobne do siebie. Widać ogromne skupienie autorki na otaczających ją ludziach i emocjach krążących między nimi. Aleksandra Bzdzikot próbuje znaleźć jakiś klucz w widzianych przed sobą relacjach, nadając im znaczenie. Jest tu też codzienność ujęta z lekką przekorą i autoironią, sprawiającą, że lektura może być zabawna.

   Dobór tematyki felietonów z jednej strony sprawia, że bardzo łatwo jest zrozumieć ich kontekst. To często zwykłe wydarzenia, znane każdemu z nas z codzienności. W tekstach zostały one ujęte z nieco szerszej perspektywy, która skupia się, nie na samym przeżywaniu, co na refleksji dotyczącej rozgrywających się wydarzeń. Z drugiej strony poruszanie tak zwyczajnych tematów może wydać się mało interesujące, tym bardziej, że mimo wszystko, zostały ujęte dość powierzchownie i dla kogoś świadomego rządzących ludźmi emocji mogą wydać się mocno spłycone.

Brakuje tu również komizmu, z którego bardzo umiejętnie korzystają znani felietoniści, wymieniając choćby Macieja Sturha, czy rubasznego wręcz Jeremy’ego Clarksona. Nawet, gdy tematyka poszczególnych teksów oscyluje wokół zabawnych tematów, zostają one poruszone w tak beznamiętny sposób, że nie bawią. Poszczególne tekstów nie budzi prawie żadnych emocji, a głównym uczuciem, które mi towarzyszyło podczas lektury, było politowanie i zażenowanie, nie tyle nijakością ujętych tematów, co miałkością ich opisania.

   Felieton zawsze kojarzył mi się, z dość uporządkowaną refleksją, często zabawnym spostrzeżeniem, które, choć może wydawać się oczywiste, może równie dobrze poszerzyć horyzonty czytelnika. Sposób, w jaki Aleksnadra Bzdzikot ubrała swoje obserwacje rzeczywistości w słowa z jednej strony czyta się dobrze i są bardzo przystępne, z drugiej zaś nie przynoszą zbyt wielu wrażeń. Gdy dodać do tego brak błyskotliwego spojrzenia na świat w tematyce tekstów, otrzymujemy dzieło nijakie i miałkie. Po przeczytanie dowolnego tekstu, nie czuć absolutnie żadnej chęci na sięgnięcie po kolejny felieton, co spowodowało, że lektura książki stała się nieco wymuszona.

   O ile bardzo lubię twórczość zdolnych felietonistów, o tyle lektura „Przebiśniegów” była dla nie męczącym przejściem. Teksty bez polotu, bez szerszego spojrzenia w kontekst poruszanych spraw, nie przykuwają absolutnie niczym. Dla każdego czytelnika, choć trochę świadomego siebie, otoczenia oraz natury praw rządzących zjawiskami i ludźmi, książka wydaje się infantylna i miałka.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

poniedziałek, 13 maja 2019

Rosomak

Autor: Kryza
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Rok wydania: 2017

   Czasem sięgam po książki niespodzianki, a ich obecność na mojej półce czytelniczej wynika najczęściej ze zobowiązań recenzenckich. Są to książki, po które w innym przypadku raczej bym nie sięgnęła. W tej kategorii mieści się sporo literatury popularnonaukowej, zwłaszcza tej leżącej nieco poza moimi zainteresowaniami, jale też i beletrystyka nienależąca do grup, po które sięgam najczęściej. Bywają to też książki wydawane nakładem niewielkich oficyn wydawniczych, czy będące skutkiem self-publishingu. Czasem wśród tego typu pozycji można trafić na coś naprawdę wyjątkowego, na co w innych okolicznościach raczej bym nie natrafiła. Znacznie częściej zaś, pozycja po którą sięgam z podanych powyżej powodów okazuje się być stratą czasu, co skutecznie zraża mnie do dalszych eksperymentów na tym polu. Bywają też takie książki, do których mimo początkowych oporów z biegiem stron i czasu, przekonuję się coraz bardziej

   Powieść „Rosomak” autorstwa enigmatycznej Kryzy należy do ostatniej z wymienionych opcji. Skusiła mnie stosunkowo niewielką objętością oraz intrygującą szatą graficzną. Brak jakichkolwiek informacji o książce, spowodował, że (wyjątkowo) zaczęłam czegokolwiek o niej szukać w sieci. Wynik poszukiwań nie napawał optymizmem. Nieliczne recenzje, na które natrafiłam, były jednoznacznie negatywne, skutecznie zniechęcając mnie do lektury. Z każdej z nich jednak wyłaniał się obraz książki absurdalnej, pełnej nieszablonowych rozwiązań i niestereotypowych bohaterów. Powieści, w której ciężko było odnaleźć sens pośród abstrakcyjnych wizji autora. I to był ten czynnik, który mnie ostatecznie przekonał – jako wielka miłośniczka prozy Rolanda Topora nie mogłam tak po prostu opuścić tej książki.

   „Rosomak” to przede wszystkim opowieść o emocjach oraz ich destruktywnym wpływie na ludzi. Główna bohaterka, nastoletnie dziewczę imieniem Hilaria, gromadzi w sobie pokłady złości, które ma nadzieję uwolnić kiedyś w kulminacyjnym wybuchu. Ignorowana i niezauważana przez rodziców, nie posiadająca żadnej więzi z rodzeństwem i lubiąca przeciwstawiać się wszystkim i wszystkiemu dziewczyna ma mnóstwo okazji, by zbierać złość. I nawet miłość, która się pojawiła, jest wypaczona przez gniew i odrzucona przez niego. Zresztą, ta sama miłość z czasem staje się pożywką dla Filonii – staruszki, której żal za utraconym ukochanym zatruwa życie Hilarii i zmienia miłość w toksyczną, równie destrukcyjną co gniew, siłę. Kolejną postacią powieści jest tytułowy Rosomak, przesiadujący w poprawczaku chłopak o traumatycznym dzieciństwie, ślepo i głupio zakochany w Hilarii, całą mocą nastoletniego uczucia. Jest to chyba jedyne pozytywne uczucie pojawiające się w książce, ono też zostaje najmniej wypaczone przez samego Rosomaka, jak i osoby go otaczające.

   Absurdalne i abstrakcyjne metafory tworzą niezwykły świat. Po prostu miasto, w którym rozgrywa się akcja powieści, to na pozór zwyczajne nieduże miasteczko, w którym jednak dzieją się dziwne rzeczy, z uwagi na niezwykłe moce bohaterów. Jednak nawet pod tymi niecodziennymi postaciami, kryją się bardzo zwyczajne i codzienne uczucia. Ból, gniew, żal, wstyd i strach mają swoje stałe miejsce w życiu bohaterów powieści i to one kreują ich rzeczywistość. Brak oparcia w kimkolwiek i czymkolwiek sprawia, że postacie staczają się w objęcia szaleństwa, każde pogrążając się coraz bardziej w odmętach absurdu.

   Największą wadą powieści jest jej warstwa językowa. Odniosłam wrażenie, że jeśli książka przeszła w ogóle korektę, to ta była bardzo pobieżna. Liczne powtórzenia, błędy w odmianie słów (choćby rażąca wręcz: „ta piega”), skutecznie utrudniały lekturę. Składnia zdań też pozostawiała co nieco do życzenia, jednak ich przekaz pozostawał jasny – w granicach absurdu określonych przez ton w jakim ta powieść jest utrzymana. Słownictwo nie zachwyciło niczym wyjątkowym, a nazwy własne budowane na zasadzie określeń, jak „Po prostu miasto”, czy „Uczęszczany park” z jednej strony sugerowały pełną dowolność przeniesienia realiów na znany nam świat, z drugiej zaś sprawiały wrażenie wrzuconych na siłę i nieco od niechcenia.

   Podsumowując „Rosomak” nie jest tak złą powieścią, jakiej można by się spodziewać po lekturze tych kilku obecnych w sieci recenzji. Jest książką wymagającą od czytelnika zdolności dostrzeżenia pod oparami absurdu i abstrakcji głębszego dna, pełnego spraw bardzo nam bliskich. Z drugiej strony forma w jaką ubrana została opowieść o żyjącej gniewem Hilarii pozostawia sporo do życzenia i sprawia wrażenie nieco niedbałej. To wszystko przekłada się na wrażenie odrobinę zmarnowanego potencjału, który mógłby w pełni rozkwitnąć przy większej staranności ze strony wydawcy.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

piątek, 10 maja 2019

Przygody młodego podróżnika

Autor: sir David Attenborough
Tytuł oryginału: Adventures of the young naturalist. The ZOO quest expeditions
Tłumaczenie: Adam Tuz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2018

   Od dziecka miałam wielką słabość do programów i książek przyrodniczych. Dość szybko też i już zdecydowanie świadomie zwróciłam uwagę na filmową twórczość sir Davida Attenborougha. Niewiele czasu było potrzeba, bym z wielkim zainteresowaniem sięgnęła po książki przyrodnicze jego autorstwa, ubolewając jedynie nad tym, że jest ich tak mało. Wydane w tym roku nakładem Prószyńskiego i Spółki „Przygody młodego podróżnika” powitałam z wielką radością i niecierpliwie zabrałam się do lektury.

   Najnowsza książka sir Davida Attenborougha jest w pewnym sensie wyjątkowa. Nie jest to typowa pozycja popularnonaukowa, w której, wśród licznych, barwnych fotografii, poznajemy mnóstwo przyrodniczych ciekawostek, czy nieznane gatunki roślin i zwierząt. Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest brak kolorowych zdjęć, które zastąpione są przez te utrzymane w monochromatycznej kolorystyce. Ponadto jest to typowa książka podróżnicza, z tym, że autor zdecydowanie bardziej skupia się na łowach w egzotycznych sceneriach, niż na obyczajach spotykanych ludzi. 

   „Przygody młodego podróżnika” to zapis trzech wypraw, w których brał udział sir David Attenborough, a których celem było zdobycie egzotycznych zwierząt na potrzeby londyńskiego ogrodu zoologicznego. Pierwsza z nich odbyła się w roku 1954, w czasach, w których takie praktyki były czymś zupełnie normalnym, a o współczesnych standardach i przepisach dotyczących ochrony gatunkowej nikt nawet jeszcze nie myślał. Sir David Attenborough w „Przygodach młodego podróżnika” zrelacjonował trzy wyprawy, w których wziął udział. Jego celem była Gujana, w której poszukiwał okazów z oryginalnej południowoamerykańskiej fauny. Kolejnym krokiem były łowy na smoka z Komodo, była to zdecydowanie najbardziej szalona wyprawa, która odbyła się w okresie sporych niepokojów w Indonezji. Część trzecia książki poświęcona jest łowom w Paragwaju, a głównym ich celem było złapanie zwierząt z rzędu pancerników.

   Opowieści o łowach na egzotyczne zwierzęta są pod wieloma względami niezwykłe. Nie tylko stworzenia, które wchodzą w krąg zainteresowań przyrodników, ale i niezwykłość krajów, w których ich poszukują wielokrotnie zdumiewa. Biorąc pod uwagę, że opisywane wydarzenia rozgrywały się ponad siedemdziesiąt lat temu, można uświadomić sobie ogrom różnic, nie tylko wśród krajów takich jak Indonezja, Gujana, czy Paragwaj, ale nawet tak nam bliskich jak Holandia. Opis sceny, w której sir David Attenborough poszukuje na lotnisku w Amsterdamie pokarmu dla młodego ostronosa uświadamia czytelnikowi, jak wiele zmian zaszło od tamtych czasów. Pokonywanie logistycznych trudności jest niezwykłe nie tylko ze względu na trudno dostępne obszary, które przemierza grupa łowców, ale i ze względu na wielce osobliwy, żywy ładunek, który muszą ze sobą zabrać.

   Książkę czyta się bardzo dobrze. Jak zawsze w przypadku publikacji autorstwa sir Davida Attenborougha mamy do czynienia z dobrze napisaną literaturą popularnonaukową. Tu przy okazji autor pokazuje się również jako bardzo dobry reportażysta. Jego relacje z podróży, nie tylko zawierają mnóstwo interesujących szczegółów, czy zabawnych ciekawostek, ale też przemycają sporo wiedzy przyrodniczej i podróżniczej. Język publikacji jest na bardzo wysokim poziomie a autor po raz kolejny łączy umiejętność przekazywania przyrodniczej wiedzy ze świetnym piórem.

   „Przygody młodego podróżnika” to pasjonująca lektura. Relacjonowana krok po kroku podróż (właściwie trzy podróże) w poszukiwaniu rzadkich gatunków zwierząt jest niezwykła zarówno ze względu na swój cel, jak i na egzotykę przemierzanych miejsc. Sir David Attenborough po raz kolejny oddaje czytelnikom dzieło wyjątkowe i choć tym razem, znacznie słabiej ilustrowane, to jednak pełne pasji z odkrywania świata, którego dawno już nie ma. Jest to świetna propozycja zarówno dla miłośników książek podróżniczych, jak i dla tych, którzy zawsze chętnie czytają o zwierzętach.

Recenzja powstała na zlecenie portalu Sztukater.

niedziela, 5 maja 2019

180 000 kilometrów przygody

Autor: Tony Halik
Wydawnictwo: Bernardinum
Seria: Biblioteka Poznaj Świat
Rok wydania: 2006

   Pamiętam, jak będąc dzieckiem z wielką przyjemnością oglądałam, tak zwaną, telewizję edukacyjną, która we wczesnych latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, w niczym nie przypominała tej znanej z czasów obecnych. Królowały nieliczne, często dobrze zrobione programy, podparte sporą wiedzą merytoryczną. Jedną z takich audycji, był „Pieprz i wanilia” cykl reportaży podróżniczych prowadzonym przez Tony’ego Halika i Elżbietę Dzikowską. Wspominam ten program bardzo dobrze i już wtedy zrodził się mój podziw dla ludzi, którzy potrafią przemierzać bezdroża,  by poznać nowe miejsca i światy. Długo natomiast trwało, zanim sięgnęłam po pierwszą z dość licznych wydanych w Polsce książek podróżniczych Tony’ego Halika i wiem już na pewno, że nie będzie to moje ostatnie spotkanie z jego reportażami. 

   „180 000 kilometrów przygody” to zapis z podróży po Ameryce Łacińskiej. Nie jest to kronika, ani dziennik, to zbiór krótkich opowieści o przygodach, które spotkały Tony’ego Halika oraz jego ówczesną żonę w trwającej blisko cztery lata wyprawie. W roku 1962 mieszkający w Buenos Aires podróżnik zapragnął odpocząć od letnich upałów na Alasce. Tak zrodził się pomysł niezwykłej przygody, w którą zabrał swą żonę Pierrette oraz psa, później towarzyszył im urodzony w podróży syn Ozana. Środkiem lokomocji był jeep pickup, zmodyfikowany tak, by nie tylko udźwignął wszystko, co potrzeba, ale też, by dał radę dotrzeć absolutnie wszędzie, gdzie chęć przygody zagna podróżników. Gdyż plan dotarcia na Alaskę, był jedynie szkicem, modyfikowanym w ramach odkrywanych po drodze atrakcji i ciekawostek.

   Trasa wyprawy rozpoczętej w Buenos Aires schodzi na południe, aż po Ziemię Ognistą, by później odbić na północ przez Chile, Peru, Boliwię, Kolumbię i wszystkie małe państewka Ameryki Środkowej aż po Meksyk. Wyprawa szła dalej, przez Stany Zjednoczone i Kanadę, by zakończyć się na Alasce, jednak w książce uwagę poświęcono jedynie krajom Ameryki Łacińskiej, których egzotyka, zarówno jeśli chodzi o świat przyrody, jak i kulturę oraz historię ludów ją zamieszkujących jest niezwykle pociągająca, z racji swej odmienności. O dalszych losach wędrówki nie dowiadujemy się nic, poza króciutkim wspomnieniem, że się odbyła.

   Książkę czyta się wyśmienicie i trudno nie docenić umiejętności narracji Tony’ego Halika, który idealnie maluje obrazy oraz kreśli rozgrywające się na jego oczach zdarzenia. Wyrywkowo zdawane relacje nie nudzą, skupiają się na tym, co autor uznał za najbardziej interesujące i najciekawsze. Czasem znajdziemy tu zwyczajną relację obserwatora, niekiedy zaś przytoczone są opowieści ludzi, których podróżnik spotkał na swojej drodze, zarówno Indian, jak i miejscowych z europejskim pochodzeniem. Język, którego używa Tony Halik jest bardzo przystępny i niezwykle bogaty, pełny lokalnych słów i zapożyczeń z wielu języków, które jednak są zawsze wyjaśnione, tak by nie trzeba było się domyślać ich znaczenia.

   „180 000 kilometrów przygody” to pasjonująca książka, która zabiera czytelników w świat bardzo odległy, nie tylko w przestrzeni ale i w czasie. Wyprawa Tony’ego Halika miała miejsce prawie osiemdziesiąt lat temu. Ten okres przyniósł nie tylko wiele zmian na scenie politycznej państw Ameryki Łacińskiej, ale i ogromny przeskok technologiczny. To sprawiło, że opisywanego przez podróżnika świata już dawno nie ma. Dlatego też jego relacja zachwyca egzotyką i nieosiągalnością.

Recenzja powstała na zlecenie portalu Sztukater.

czwartek, 2 maja 2019

Książkowy kwiecień

   Kwiecień książkowo wyszedł mi całkiem nieźle, może pomogło odstawienie recenzentek na miesiąc - na poniższym stosie jest tylko jedna, w sumie marcowa jeszcze, skończona zaraz na początku kwietnia. Wolny od recenzentek czas wypełniłam lekturą moich zbiorów, sięgając po książki, z których niektóre czekały na swój czas bardzo długo. Wśród lektur spory udział miała klasyka powieści i pozycje dla dzieci, ale i kryminał czy fantastyka miały swą reprezentację. Jakościowo całkiem nieźle, książek słabych nie było w ogóle, książek takich sobie też w zasadzie nie. Najsłabiej wypadła seria Tajemnic zwierząt, ale i nie spodziewałam się po niej wielkich wrażeń

   Kolejno przyszło mi sięgnąć po:



   Psy domowe Katarzyna Bulman, Ryby ozdobne od Amazonii do Sumatry Michał Korwin-Kossakowski, Zwierzęta w naszym domu Hanna Gucwińska, Antoni Gucwiński To trzy kolejne i ostatnie z posiadanych przeze mnie tomów serii Tajemnice zwierząt, którą darzę wielkim sentymentem. Wrażenia umiarkowanie pozytywne.
   Drzewo Katarzyna Bajerowicz To dość ciekawa pozycja, w której kartki latają luzem, gdyż mogą służyć za puzzle, z których stworzyć można piękne, tytułowe drzewo. Graficznie jak zawsze u tej autorki bardzo dobrze, merytorycznie też bez zastrzeżeń.
   Grzyby. Cuda i dziwy Anna Kujawa To niewielka, ale i nie zupełnie malutka broszurka wydana przez Białowieski Park Narodowy, którą udało mi się wygrać w konkursie na jednym z fanpage'y. Zdjęcia w niej piękne a i ciekawych informacji nie brak. Jak ktoś chce się przekonać, to zapraszam na stronę BPN, gdzie jest ona dostępna online.
   Kim jest ślimak Sam Maria Pawłowska, Jakub Szamałek, Katarzyna Bogucka To książeczka, która swego czasu wywołała sporo zamieszania. A ponieważ tematyka jest mi bliska - zwierzęce zachowania - oraz uważam, że dzieci powinny być otwarte na świat, szum wokół tej książki podziałał na mnie jak zachęta. Lektura nie rozczarowała i co zachwyca, to przypisy w książce dla dzieci.
   Harda Horda Ewa Białołęcka, Anna Kańtoch, Milena Wójtowicz, Magdalena Kubasiewicz, Marta Kisiel, Anna Hrycyszyn, Aleksandra Janusz, Agnieszka Hałas, Aleksandra Zielińska, Aneta Jadowska, Anna Nieznaj, Martyna Raduchowska To jedyna z recenzentek w tej grupie i tak wyszło, że i jedyna fantastyka. Antologia opowiadań o przekraczaniu granic, czasem smutno, czasem straszno. Ogólne wrażenia dobre.
   Biografia prawdziwka Pal Karlsen To również bardzo przyjemna pozycja pokazująca, jakie znaczenie grzyby (w szczególności prawdziwki) mają dla ludzi z różnych rejonów Europy i świata. 
   Fatalne jaja, Diaboliada Michaił Bułhakow O ile o Mistrzu i Małgorzacie słyszał prawie każdy, o tyle dwie nowelki tego autora, były mi zupełnie obce. Wrażenia z lektury jednak bardzo dobre, a absurd będący narzędziem do przekazania pewnych mądrości, zachwyca.
   Ethan Frome Edith Wharton Kolejna nowelka, jednak jakże inna od dwóch (w jednym tomie zawartych) powyższych. Pełna subtelności opowieść o tym, jak błędne decyzje mogą wpłynąć na całe nasze życie. Lektura równie wciągająca, co smutna.
   Piekło jest we mnie, Jesteś tylko diabłem Joe Alex Dwie kryminalne opowieści w bardzo klasycznym stylu. Pokład samolotu oraz stara posiadłość, to scenerie zbrodni, których musiał dokonać, ktoś spośród niewielkiego grona osób.
   Fanny Hill. Wspomnienia kurtyzany John Cleland To książka bardzo bezpośrednia, nieco wyuzdana, zwłaszcza biorąc pod uwagę czasy, w jakich powstała oraz prezentująca bardzo męskie spojrzenie na najstarszy zawód świata. Lektura jednak była bardzo przyjemna, choć dziś niezbyt gorsząca.

   No i tyle, w sumie trzynaście pozycji, z których pięć to bardzo drobne lektury. Wrażenia zdecydowanie na plus, no i dodatkową zaletą było odchudzenie (niewielkie, ale jednak) wiecznie puchnącej Poczekalni. Recenzje niektórych pozycji ze stosu, pojawią się na blogu prędzej czy później, chyba, że ktoś miałby specjalne życzenie, by były już teraz.

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Pani Walewska

Autor: Wacław Gąsiorowskiego
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2018

   W polskiej historii postać Napoleona Bonaparte ma swoje mniej, lub bardziej zaszczytne miejsce. Trudno jednak mówiąc o roli jaką spełnił na ziemiach polskich na początku dziewiętnastego wieku pominąć zupełnie postać jego kochanki Marii Walewskiej. Barwna historia ich romansu jest podstawą na jakiej Wacław Gąsiorowski zbudował fabułę powieści „Pani Walewska”.

   Maria jest nastoletnią dziewczyną, która zgodnie z wolą rodziny została poślubiona ponad osiemdziesięcioletniemu, majętnemu magnatowi – Walewskiemu. Dla młodej dziewczyny małżeństwo jest uciążliwą rutyną, Maria, zamknięta w prowincjonalnych Walewicach, oddaliła się od świata. Gdy podczas wyjazdu do Warszawy, w ramach nieco szalonej eskapady udało jej się pokłonić cesarzowi, zwróciła na siebie jego uwagę i wbrew sobie, musiała zacząć prowadzić dworskie życie. 

Nie sposób pominąć postaci pana Walewskiego, gdyż to w skutek jego decyzji, kształtowało się życie Marii. To on, początkowo zrezygnowany i zdecydowany na rychły powrót do Walewic, całkowicie zmienia zdanie, gdy spotyka go zainteresowania ze strony dworu. Wspominając dawną świetność, kiedy to biesiadował u boku królów, jest zupełnie ślepy na fakt, że wszelkie względy skierowane w jego stronę, są tak naprawdę skierowane w stronę jego uroczej małżonki. Własna duma zaślepia go na tyle, że nawet, gdy Maria zwraca mu uwagę, że może istnieć taka możliwość, wyśmiewa jej obawy i tym usilniej namawia, by aktywnie brała udział w dworskim życiu.

   Małżeństwo Walewskich zostało przedstawione bardzo dobrze. Wyraźnie zarysowana została ogromna przepaść lat, dzieląca małżonków oraz związane z tym zupełnie inne spojrzenie na świat. Gąsiorowski pokazał, co stało się przyczyną, takiego a nie innego postępowania Marii, ukazał ją zaplątaną w sieci konwenansów i zależności. Państwo Walewscy zestawieni zostali na zasadzie kontrastu: stary, obyty, ale od dawna nieaktywny dworzanin, dla którego dworskie życie i intrygi, swego czasu, nie miały żadnych tajemnic oraz młodziutka i niedoświadczona, pani Walewska, która z zaskakującym wyczuciem wbrew sobie stawia swoje pierwsze kroki na dworze.

   Postacie z dalszych planów również przedstawione zostały z dużym pietyzmem i konsekwencją w kreacji charakterów. Są to bohaterowie z krwi i kości, posiadający swoje mocne i słabe strony, gotowi do rzeczy wielkich, czasem zapalczywi i lekkomyślni. Związani z życiem dworskim, ciągłym pilnowaniem tego, by utrzymywać się łaskach, łasi na profity jakie mogą wyciągnąć, pilnie śledzą zmieniające się sympatie i antypatie, by tylko nie wypaść z dworskiego obiegu.

   W powieści warszawski dwór został przedstawiony bardzo dokładnie, szczegóły dotyczące obowiązujących strojów, wystroju pomieszczeń oraz obyczajów zostały zarysowane wyraźnie a liczne malownicze opisy sprawiają, że bez większych trudności możemy poczuć atmosferę na nim panującą. Od razu też widać różnice, gdy zestawić przedstawione scenerie, ze znanymi nam z literatury i filmów dworami angielskimi, lub francuskimi.

   Językowo nie można powieści nic zarzucić. Bogactwo słownictwa, z licznymi wtrąceniami z francuskiego – bardzo typowymi dla tego okresu, idealnie oddają ducha przedstawionych czasów i panujących zwyczajów. Składnia nie sprawia problemów i książkę czyta się bardzo lekko, podobnie jak inne utwory Wacława Gąsiorowskiego.

   Bardzo dobre przedstawienie dworskiego życia w dziewiętnastowiecznej Warszawie oraz świetnie zarysowane charaktery bohaterów to podstawowe zalety książki. Dodając do tego umiejętnie poprowadzoną fabułę, znakomicie ubraną w słowa, otrzymujemy bardzo dobrą powieść historyczną, która pozwala na chwilę zanurzyć się w świat, którego od dawna już nie ma.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.

czwartek, 25 kwietnia 2019

Smok z czekoladowym sercem

Autor: Stephanie Burgis
Tytuł oryginału: A dragon with a chocolate heart
Tłumacznie: Anna Nowak
Ilustrajce: Freya Hartas
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2018

   „Smok z czekoladowym sercem” to debiutancka powieść amerykańskiej pisarki fantastycznej literatury młodzieżowej Stephanie Burgis. Jest to książka przeznaczona dla starszych dzieci i młodszych nastolatków, jednak jej lektura przyniesie wiele pozytywnych wrażeń również dorosłemu czytelnikowi.

   „Smok z czekoladowym sercem” to, jak nietrudno się domyśleć na podstawie tytułu, opowieść o smokach i czekoladzie. Główną bohaterką jest młoda smoczyca Aventurine. Najmłodsza w rodzie, posiadająca dwójkę rodzeństwa, oczytanego i zafascynowanego ludźmi brata oraz przemądrzałą i wszechstronnie uzdolnioną starszą siostrę. Na ich tle Aventurine czuje się dość zwyczajnie, co skutkuje jej ogromną wolą odkrycia swojej pasji. Również ochota sprawdzenia własnych możliwości budzi w niej chęć do buntu, skutkującą samotną wyprawą na zewnątrz rodzimej jaskini. Dość szybko okazuje się, że świat niesie ze sobą sporo niespodzianek, zarówno tych miłych, jak i tych bardzo niemiłych. Pierwszą z nich jest odkrycie czekolady, której niesamowity zapach zupełnie oczarował młodą smoczycę. Drugą zaś jest niespodziewana przemiana w człowieka, co dla silnego i dużego smoka jest poważnym szokiem. Nie bacząc na wszystko, Aventurine uwięziona w ciele dwunastoletniej dziewczynki wyrusza do miasta, by znaleźć kogoś, kto przywróci jej prawdziwy kształt, oraz, co ważniejsze, by ponownie skosztować czekolady.

   Postać Aventurine to idealny przykład młodziutkiej nastolatki. Dziewczynka/smoczyca z jednej strony bardzo potrzebuje bliskości rodziny, z drugiej zaś za wszelką cenę, chce pokazać najbliższym na co ją stać. Pokonując własne słabości, próbuje udowodnić wszystkim wokół oraz samej sobie, że potrafi sobie poradzić w każdych warunkach. Oczywiście jej osąd okoliczności, jest typowym spojrzeniem dziecka, w związku z czym na wiele rzeczy reaguje zbyt emocjonalnie, co w znacznym stopniu utrudnia jej działania. W książce znajdziemy przepiękny, wielowymiarowy opis dojrzewania do podejmowania własnych decyzji oraz zmierzenia się z ich konsekwencjami.

   Kreacja przedstawionego świata oraz postaci otaczających Aventurine jest bardzo dobra. Góry zamieszkane przez smoki, czy tłoczne miasto, w którym wyraźnie ścierają się warstwy społeczne zostały przedstawione bardzo dokładnie i drobiazgowo. Mniej lub bardziej przypadkowi towarzysze dziewczynki, to postacie przemyślane. Mają swoje charaktery i postępują zgodnie z nimi. Dotyczy to postaci ze wszystkich planów opowieści. Również procesom produkcji czekolady i wykonanych z niej smakołyków niczego nie można zarzucić. Trudno mimowolnie nie przełknąć cieknącej ślinki, gdy czyta się o kombinacjach smakowych produkowanych w Czekoladowym sercu pyszności.

   Powieść czyta się bardzo dobrze. Napisana jest lekkim i przystępnym językiem, nie wolnym jednak od archaizmów, czy słownictwa ściśle związanego z czekoladą. Bogactwo słownictwa nie przytłacza jednak pozwalając się cieszyć przedstawioną treścią, bez konieczności zaglądania do słowników, przy jednoczesnym wzbogacaniu zasobu słów. Oprawa graficzna książki również zasługuję na pochwałę. Sztywna oprawa, dobrej jakości papier, oraz urocze, jednak nie nazbyt częste, rysunki robią bardzo dobre wrażenie.

   „Smok z czekoladowym sercem” Stephanie Burgis to świetna lektura młodzieżowa, jedna z tych książek dla dzieci, na którą zdecydowanie warto zwrócić uwagę. Dobrze wykreowany świat pełen interesujących postaci oraz rewelacyjnie przedstawiony, wolny od niepotrzebnej, dydaktycznej otoczki, proces dojrzewania głównej bohaterki to bardzo mocne elementy tej powieści. Zresztą, czy dobrze napisana i przemyślana książka o smokach i czekoladzie może być zła?

Recenzja powstała na potrzeby portalu Sztukater.